Świąteczna Niedziela.
Po sobotnich pląsach leśno-polnych czułem się świetnie...Owszem, to i owo bolało, ale "przegląd bym przeszedł" :D :D . Szukając scenariusza na wypełnienie czasu po rezurekcji i świątecznym śniadaniu, przyszło mi do głowy, że zaaplikuję sobie mocniejszy bodziec...taką spóźnioną (bo niedzielną) Golgotę, jeśli wolno mi zachować jakieś odniesienie do okoliczności

.
Góra Łez. Bardziej Górka..Moja prywatna. Odkryta zimą lub jesienią. Środek lasu, pośród terenów pięknie "pogniecionych" przez masy lodowca w czasach zamierzchłych, a dziś przykrytych płaszczem lasu...To jednak wzniesienie, uczynni leśnicy...oczyścili, niemal ogołocili

, stwarzając idealne warunki do samozagłady dla takiego szajbusa w rozmiarze XXL, jak ja :D :D . Pewnie kulali by się ze śmiechu widząc jak zapierniczam zwłaszcza ostatnim, mocno nachylonym odcinkiem, niczym masywna kozica. Kozioł znaczy się

. Ale czasem, gdy w głowie i duszy sztormowo, przyjemnie jest "spiąć pośladki" i sponiewierać ciało

. To pozwala się świetnie odmulić, ale też popracować nad dystansem do spraw przeróżnych i nabrać siły.
W końcu podbieg.....to alegoria życia :D
Pod górę...