Złoty Potok-Ostrężnik-Czatachowa-Mirów-Bobolice; szlakami: czerwonym, niebieskim, trochę czarnym, znowu czerwonym; powrót z Bobolic do Złotego Potoka wyłącznie czerwonym, Orlich Gniazd; na tym najmniej się gubiliśmy; a w gubieniu się i kluczeniu to jednak jesteśmy mistrzami;
mam wielki szacunek do zawodników TJ, którzy potrafią w nocy , przy ogromnym zmęczeniu, odnaleźć właściwą drogę – a wspomnieć trzeba, że na tych zawodach nie ma powiewających, widocznych z daleka wstążeczek;
cudna pogoda, widoki, można opowiadać godzinami; nie tylko przestrzeń i skały; dreszcze po plecach przechodziły, gdy przebiegaliśmy przez te fragmenty rezerwatu, po których niedawno szalał Ksawery; buczyna karpacka - połamane, powalone drzewa, groźnie i pięknie to wyglądało
niecałe 37 km trailu po jurze krakowsko-częstochowskiej
4h 25'; powoli i z przerwami, bo zbyt pięknie, by ot tak przelecieć i nie popatrzeć, ale i tak trasa trochę mnie złoiła; +/- 1350 m z podłożem jak to na transjurze;

fot. nie moje
wreszcie udało się założyć i sprawdzić nowe butki; rewelacja, ależ one mają kły!
niestety same nie biegają; to była solidna lekcja – daleko mi jeszcze do miejsca, o którym myślałam, że zajmuję
a teraz chciała, nie chciała musi lecieć bo nie samym tylko jej bieganiem żyje rodzina; pozalegałabym teraz chętnie w bujanym fotelu; zalegać będę jutro, bo pewnie poczuję jeszcze te wszystkie górki i dołki