bieg bez orientacji, po Sokolich Górach;
trasa planowo pokręcona - co chwila zmiana szlaku; najpierw czerwonym Orlich Gniazd; po drodze Puchacz, ileż to razy mówiłam, że nigdy więcej? do tej pory ani razu nie udało mi się na niego wbiec, zawsze musiałam wchodzić a i tak na beztlenie; no więc dalej czerwonym, miało być że do Zrębic i stamtąd niebieskim; okazało się jednak - trasa wychodzi na szosę, a nie o to mi dziś chodziło; nawrót, czarno-żółtym na Górę Knieję przez skałki Idziego; w międzyczasie przegapiłam oznaczenia trasy, aaa, czyli, że znowu Puchacz; na szczycie z oczu już mi dymiło, choć wcale nie wbiegałam; ledwo weszłam;
z górki, żółtym, okrężnie mijając wzniesienia - tzn. taki plan, rzut okiem na zegarek - nie zdążę na bus, następny za trzy godziny; nawrót, Puchacz

, hah, biegiem; zapewne rysująca się w głowie perspektywa powrotu do cz-wy z buta tak zadziałała; ileż to jednak w głowie siedzi, tych ograniczeń
po co to piszę? za każdym razem jak dziś wbiegałam/złaziłam/właziłam/zbiegałam/ - myślałam o sobie - nie nadaję się to tego, słaba jestem, do bani moje plany; a teraz siedzę i planuję następną wycieczkę - iluż to ludzi zajmuje się sprawami o których nie mają pojęcia? no! to nie będę się wyłamywać
14,5 km trailu, troszkę ponad 1,5 godziny; +/- 550m
+ 2 kmy dotruchtu w mieście
teraz

wiosną

zawsze pięknie; fot. pożyczone