" Po poznańsku"
Dzień zapowiadał się ciekawie. O 6 rano termometr wskazywał tylko 2 stopnie. Zimno. Do torby zapakowałam tyle ciuchów ile się dało, bo tak naprawdę do końca nie miałam pojęcia w co się ubrać na bieg. Zapowiadano ok 6-7 stopni z lekkim słońcem, ale jak to będzie, tego do końca nikt nie mógł przewidzieć.
W tym roku depozyt znajdował się w hali Targów Poznańskich, więc oszczędzono nam atrakcji przebierania się na kortach pod chmurką, tak jak to było poprzednio. Trochę krępujące w zeszłym roku było zmienianie bielizny wśród tłumów spacerujących biegaczy obu płci.

Wtedy w mokrych ciuchach poszłam do samochodu i przebrałam się dopiero na przydrożnej stacji benzynowej. W tym roku była szansa, że narzucę na siebie czyste, suche ubranie w bardziej dyskretnym miejscu.
Odebraliśmy pakiety. Przy rejestracji zrobiłam błąd, ponieważ nie podałam swojego czasu na 10k. Jakoś dziwnie nie mogłam znaleźć tego pytania. Trudno, polecę z debiutantami, a znając swoje szczęście - w ostatniej fali.
Dostaję czerwoną torbę do ręki, zaglądam do środka z ciekawością co tym razem zawiera pakiet.
Jest mój numer startowy. Jakimś cudem nie biegnę ze strefy "I", lecz "G", czyżbym była w jakieś bazie danych u nich?
Do Poznania przyjechałam z piątką znajomych, ale w zasadzie każdy z nas startował z inną falą. No ładnie. Nie znam Poznania. Jak ja ich znajdę po ukończeniu biegu?
Nie mam bladego pojęcia jak wrócić na Targi. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą telefon, a wraz z nim kilka groszy na taksówkę i postanowiłam, że "koniec języka za przewodnika", jakoś dam sobie radę, a jeśli nie dam, to będę dzwonić do któregoś z kumpli z prośbą o ratunek.
Do zamknięcia stref pozostało około 10 minut, trzeba było więc się ustawić w odpowiednim dla siebie miejscu, biali na prawo - czerwoni na lewo tak, aby powstała flaga Polski.
Krótka rozgrzewka i hymn zaśpiewany przez 11.5 tysiąca głosów.
Rusza pierwsza fala, za krótką chwilę kolejna i następna. W tym roku bardzo szybko wypuszczają jednych za drugimi. Trochę ciasno, co chwilę obijam się o kogoś lub ktoś obija się o mnie.
Docieram do flagi z napisem 1km. W głowie pojawia się myśl ...co ja robię tu, przecież już jestem zmęczona, jak ja dociągnę te 9km?
Na drugim kilometrze wcale nie było lepiej. Kiedy mijałam flagę z oznaczeniem 3km pomyślałam ... jeszcze tylko 7km, mam nie po kolei w głowie
Na czwartym wyglądałam już tego progu który wyznaczał 5km. Gdy tylko tę magiczną linię przebiegłam pomyślałam sobie ... teraz tylko taki mały Parkrun ... i koniec, dam radę
Od tego momentu poszło jeż lżej. Kibice poznańscy są niesamowici i niezastąpieni. Ukłony dla nich.
W pewnej chwili jakiś gość w bardziej średnim wieku pojawił się na horyzoncie. Trochę showman, wszędzie go było pełno i wszyscy go musieli zauważyć, ale tą swoją energią dzielił się na prawo i lewo zachęcając wszystkich którzy mieli kryzys, do niepoddawania się. Podrywał do biegu każdą wędrującą ze zmęczenia osóbkę. Biegłam raz przed nim, raz za nim i tak sobie patrząc doleciałam do 7km.
Kolejny kryzys. Podbieg ok 1km. Gość znów pomaga wszystkim wkoło. Nagle na trasie mama z dwójką dzieci. W rękach trzymają garnki i łyżki, uderzają w nie ile sił zachęcając do biegu. Brawa dla tej mamy.
Kawałek dalej zespół rockowy ( a przynajmniej tak mi się wydaje) szarpie struny w piosence "Highway to Hell"

, nogi same podrywają się do biegu w rytm muzyki. Ulica niemiłosiernie wznosi się w górę. Po drodze mijam jeszcze księży grających na basie, elektroakustyku i perkusji. Kiedy przebiegłam 8km wiedziałam już, że dam radę. Dalej to już był czerwony dywan, medal, rogal i lodowata Cisowianka

.
Udało się. Życiówki nie ma, ale wiedziałam, że po tylu problemach, które miałam od zeszłego roku, jeśli przebiegnę w 1:10:00 to będzie sukces. Gdzieś tam w głębi serca tliła się nadzieja na 1:08:00. Gdy przebiegałam przez metę zegar odnotował:
1:06:58. Plan wykonany w całości i nawet z lekką "zakładką".
No fajnie, jeszcze tylko muszę wrócić po torbę. Złapałam się jakieś grupki biegaczy i poczłapałam za nimi. Niestety oni zaczęli iść w innym kierunku niż mi się wydawało że powinnam. Zapytałam ich więc o drogę. Wskazali mi tę, która mi się wydawała, że jest właściwa, czyli intuicja mnie nie zawiodła. Kiedy dotarłam pod umówiony filar, nie byłam ostatnia, czekaliśmy na jeszcze jedną osobę z naszej "paczki".
Dałam radę. W przyszłym roku też będę chciała pobiec, a na razie ...tę Mikołajkową Dychę chyba sobie podaruję, szczególnie, że muszę na chwilę zluzować z bieganiem i ustawić wreszcie leki, które na czas treningów i startu odstawiłam.
Plany na przyszłość?
Czekam na start zapisów na smerfną piątkę (marzec) - nie wyobrażam sobie znów nie pobiec,
...i ...zapisałam się na Wings For Life w Poznaniu. Jeszcze nie biegłam.
Czy dorzucę coś więcej, tego nie wiem. Czas pokaże.
Na razie cieszę się pięknym, posrebrzanym medalem, który zajął honorowe miejsce na mojej ścianie.
