7 tygodni do Maratonu
poniedziałek - 05.03.
wolne
1h rozciągania i rolowania
wtorek - 06.03.
12,38 km - 1:06:15 (5:21/km) - HR 139
Marznący deszcz, ślisko, recovery ale trochę ciężkie uczucie.
środa - 07.03.
3,30 km - 17:06 (5:10/km) - HR 130
11,90 km - 53:24 (4:28/km) - 3x3k Threshold @4:00/km (500m jog + 500m E breaks)
3,40 km - 18:36 (5:20/km) - HR 133
Suma: 18,70 km
11:51 - 3:57/km - HR 164
11:55 - 3:58/km - HR 170
11:56 - 3:58/km - HR 170
+1*C, trochę ślisko z powodu piasku na asfalcie. Super trening, weszło nawet trochę szybciej niż planowałem - dobrze czułem, gdy przekraczałem próg. 3:58/km to było
comfortably hard, niżej już zdecydowanie ciężej, a gdy spadało do 4:00-4:02/km, było zdecydowanie luźniej. Ładna restytucja - poniżej 140 miałem już po 250 metrach truchtu. Przerwy trochę za długie, wystarczyłoby 800 m, może nawet 600 m, ale tak ustawiłem w zegarku i już nie zmieniałem podczas treningu, bo to niemożliwe. Za to wchodziłem w Easy/Recovery od połowy. Nie zrobiłem czwartego powtórzenia (jak było w planie), choć dałbym radę, ponieważ miałem poczucie, że byłoby to już żyłowanie. Nigdy też nie robiłem aż 12 km progu na jednym treningu (w sumie wyszłoby 21 km), a w niedzielę mam start na dychę, więc zluzowałem z poczuciem dobrze wykonanej roboty
3x3km Threshold.png
czwartek - 08.03.
12,42 km - 1:04:06 (5:13/km) - HR 134
+6*C, wreszcie odwilż! Trochę grząskie podłoże, ale bardzo dobrze się to biegło, świeżo, rozprostowałem nogi. Niski HR, fajnie.
piątek - 09.03.
wolne
sobota - 10.03.
8,40 km - 44:50 (5:18/km) - HR 136
Recovery przed jutrzejszym startem, +10*C, po raz pierwszy od listopada dół na krótko

Trochę ciężko się biegło, ale to normalne. Biegłem głównie po grząskim w parku, gdyby nie to HR byłby bliżej 132.
niedziela - 11.03.
3 km Easy
10,00 km - 38:38 (3:51/km) - HR 179 - Bieg Kazików
3 km Easy
Suma: 16 km
Do Radomia pojechałem z planem złamania 39 minut, czyli biegiem po 3:53/km. Wstałem ładnie o 7.30 rano, waga pokazała 62 kg (to dużo, przeważnie startowa u mnie 59,5-60,5 kg), wypiłem szklankę soku jabłkowego, przegryzłem krówkami

i wyszedłem na pociąg. Podziwiając podczas jazdy napęczniałe od odwilży pola i leśną ściółkę, przeżuwałem dużą kanapkę z serem i szynką i wypiłem pół litra soku. Na miejscu w Radomiu trochę musiałem się ogarnąć, żeby odnaleźć biuro zawodów, ale odbiór pakietu (numeru i agrafek) poszedł już sprawnie. Start blisko fizycznie (200 m), ale czasowo jeszcze daleko (3 h), więc usiadłem w kawiarni i wszamałem sernik popijając herbatą. O 11 spotkałem się z kolegą z forum, który też biegł, potem przypadkowo spotkałem starego znajomego (34 min) z dziewczyną (36 min), u którego w aucie zostawiłem rzeczy i pobiegliśmy na rekonesans trasy się rozgrzewać. W 3 km wplotłem mały podbieg i dwie przebieżki. Pogoda idealna +13*C, trochę słońca za chmurami, trochę wiatru. Noga luźna, tętno niskie, samopoczucie super i dziwny spokój. Na kwadrans przed startem jeszcze kibelek i ruszam na linię.
Pierwszy kilometr był po kostce brukowej (ale gęstej, nie to co we Lwowie) w dół. Poleciałem go w 3:36, niby szybko, ale postanowiłem się nie oszczędzać i wskoczyć od razu na wysokie tętno. Drugi i trzeci kilometr nadal zdecydowanie szybciej od planu, ale tętno się zgadzało (startowe na dychę to 178 i tyle biegłem, od czwartego km już wyżej). Czułem, że lecę mocno, ale miałem wrażenie, że dociągnę do końca. Na czwartym kilometrze długi podbieg (w sumie z 700 metrów, ale w połowie miał wypłaszczenie), więc trochę wolniej (3:55, schodzi z trasy mój kolega z poziomu 34 min z powodu niedoleczonej choroby), na piątym znów szybciej (3:49) i na tym km podłączyłem się do dwóch biegaczy (na zdjęciu), którzy biegli mocnym równym tempem, a tak przynajmniej mi się zdawało. Kilka razy się wyprzedzaliśmy, dając sobie zmianę. Piątka weszła w 18:50 wg znacznika i 18:53 wg zegarka, czyli bardzo szybko, ale do tej pory cały czas było w dół i tylko jeden poważny podbieg (mniejsze wchodziły po drodze lekko). Przemknęła mi myśl, że może złamię 38 minut, ale od razu uświadomiłem sobie, że teraz będzie tylko trudniej i będę w ciemnej dupie i wchodząc na drugie (ostatnie) kółko, myślałem tylko jak i gdzie będę tracił sekundy
Na 6 i 7 km (3:51 i 3:53) już zacząłem odczuwać ciężkość, ale była znośna. HR jakby stał w miejscu - 181. Odczuciowo miejscami dokucza też śmierdzący smog. Mobilizuję kibiców do dopingu w trzech miejscach, gdzie jest ich więcej

Trochę zaskoczenie, bo 500 m lecimy parkiem po ścieżce, ale trudno. Pytam dwóch kolegów, czy lecą na złamanie 38 min, odpowiadają, że trochę wolniej. Na 8 km koledzy słabną, więc ich wyprzedzam, a i tak wchodzi w 3:59. 9 km to prawdziwa walka, bo znów ten długi podbieg (Strava naliczyła 14 m w górę), męczę się bardzo, ale utrzymuję tętno 181 i wchodzi 4:08 (chwilowo na podbiegu nawet 4:20). Strasznie to deprymuje, w głowie oczywiście porównuję z pierwszym km w 3:36 (który był jakby wczoraj), głowa każe się w ogóle zatrzymać, ale oczywiście to ignoruję i cisnę. Jedyny raz oglądam się za siebie, dwaj koledzy jakieś 20-30 metrów za mną. 9,3 km utrzymuję tempo 3:53, jeden z kolegów dostaje drugie życie i mnie wyprzedza. Znów wbiegamy do parku, ostatnia prosta, ostatni km zamykam niby w 3:52, ale wg Garmina ostatnie 40 m pokonuję w tempie 3:20. (Koniec końców na mecie pierwszy kolega przybiega 3 sek szybciej, a drugi 5 sek wolniej ode mnie.) Mój wynik
38:38, czyli znów remis

poprzednia życiówka 39:39, czyli minuta szybciej!
Po biegu trzymam się barierki i potrzebuję minuty, żeby do siebie dojść, czyli dałem z siebie wszystko

Gratulujemy sobie z dwoma kolegami wspólnej walki

Dostaję bardzo smaczny izotonik na bazie naturalnych składników oraz słodką drożdżówkę i medal, idę na 3 km roztruchtania. Niby druga piątka znacznie wolniej i można by dywagować, czy dobrze zrobiłem otwierając tak mocno - w wynikach widzę zawodników, którzy złamali 38 minut otwierając tak samo szybko jak ja oraz wolniej niż ja. Uważam, że z powodu pofałdowanej trasy (ale zdecydowanie mniej niż we Lwowie) ciężko byłoby mi biec całość równo i na drugim podbiegu i tak bym stracił. A tak pokazałem, że jestem w stanie utrzymać wysoką intensywność na drugiej piątce (wykres HR jest wręcz idealny). Na płaskiej trasie pewnie pobiegłbym 38:20 (3:50/km), może nawet lepiej. Na pewno to udowodnię w przyszłości

a teraz bardzo cieszę się z życiówki, kontynuuję trening i za dwa tygodnie biegnę półmaraton na łamanie 1:25 (dowiedziałem się, że drugi zając będzie biegł NS, więc najpewniej z nim pobiegnę).
5 km - 18:53 (3:46/km)
5 km - 19:45 (3:57/km)
1 km - 3:36
2 km - 3:44
3 km - 3:48
4 km - 3:55
5 km - 3:49
6 km - 3:51
7 km - 3:53
8 km - 3:59
9 km - 4:08
10 km - 3:52
10k Kaziki 2018.png
21.png
5x bieganie - 68 km
1x siła i stabilizacja
rower - 30 km
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.