Teraz jest Pn, 23 września 2019, 11:21

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 265 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 14, 15, 16, 17, 18
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Pn, 9 września 2019, 11:28 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
Obrazek

06.09 (piatek)
Bieg: 10.km, sr. tempo 4:41
Pogoda byla bardzo niepewna, a nie mialem ochoty dlugo kulac sie w deszczu i jeszcze moze przeziebic tuz przed zawodami,
wiec pobieglem na stadion i pokrecilem sie troche w kolko.
Pierwsze 6km w formacie BNP, az do 4:06, potem spokojniej.

07.09 (sobota)
Pogoda zupelnie nierowerowa, wiec padlo znowu na bieganie.
I ponownie stadion, zeby moc jakby co wrocic szybko do domu.
1km rogrzewki, potem 10km (25 kolek -> moj rekord! :hej: ) jako lekkie BNP: od 4:40 do 4:18, na koniec powrot do domu.
W sumie 12.2km, sr. tempo 4:49, sr. tetno 146

Niedziele odpuscilem na rzecz regeneracji. Bylem tylko z synem pograc w pilke i to musialo wystarczyc.
Swoja droga nie lubie taperingu, szczegolnie tak dlugiego, dziwnie sie czuje :ojoj:
Ale skoro wszyscy mowia, ze taki ma byc to niech tak bedzie.

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Śr, 11 września 2019, 10:26 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
Obrazek

09.09 (poniedzialek)
Plywanie w klubie: 1h, 2km, staralem sie nie przedobrzyc, ale troche za duzo nog trener wrzucil :ble:

10.09 (wtorek)
Bieg: 8.2km, sr. tempo 4.53, sr. tetno 147
Uklad: 1km rozbieg, potem 6km tempem 4:40-45, na koniec spokojny powrot do domu.
Trening krotki, wiec pobieglem na tartan i pokrecilem 15 kolek.
Nudno troche, ale zaczynam doceniac ta stalosc warunkow: brak nawrotek, przejsc, nieplanowanych zwolnien/przyspieszen itp.
Chyba sie przyzwyczailem. Zobaczymy jak bedzie zima.

11.09 (sroda)
Dzisiaj w planie rower. Pogoda dopisuje, ma byc slonce i +22.
Jazda nie bedzie dluga, jakas godzina z hakiem max. Nogi maja sie poruszac i tyle.

12.09 (czwartek)
Jutro mam juz urlop i bedzie masa pakowania, wiec pewnie na forum juz nie wejde.
Przed wyjazdem mam w planie jeszcze tylko krotki basen: ~30min, 1000-1200m i to by bylo na tyle.
Typowej "rozgrzewki" dzien przed startem niestety nie dam rady zrobic, bo musze 2 razy skoczyc do centrum:
1. przed poludniem odebrac pakiet + zaliczyc pogadanke
2. po poludniu check-in + pasta party
Sporo bede spacerowal na nogach tego dnia, wiec nie skostnieja.

Odezwe sie pewnie dopiero po powrocie w niedziele lub co bardziej prawdopodobne w poniedzialek.

3 dni, uff, 3 dni :ojoj:
A myslalem, ze sie denerwowalem przed pierwszym maratonem, LOL :hejhej:

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Pn, 16 września 2019, 10:14 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
Obrazek

Wiele w tej chwili nie napisze, musze zebrac mysli.
Krotko mowiac: dotarlem do mety w zalozonym prze siebie czasie, czyli sub11.
Dokladnie rzecz biorac 10:47:32.
Dlaczego nie ziscilo sie marzenie i nie bylo <10:30? Ano to sie okazje, ja juz te mysli poukladam :hej:

Ogolnie mowic jestem zadowolony, byloby glupio gdybym nie byl.
Ale czy w pelni? Nie, na pewno nie. Nie bylbym soba, gdyby tak bylo :oczko:

Zdjecie juz po powrocie do domu (to cholerne naklejki schodza bardzo ciezko):
Obrazek

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Pn, 16 września 2019, 14:18 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
Jak bede za wiel myslal, to sie do tego nigdy nie zabiore, wiec zaczynam skrobac...

12.09 (czwartek)
Czwartek i piatek wzialem urlop, wiec sie nie musialem spinac (tak myslalem).
Potem zerknalem na liste... i sie spialem :hej:
Z plywania rano nic nie wyszlo, bo bym nie zdarzyl z pakowaniem. Kurde, ile tego bylo.
Wszystko co moglem bralem na zapas, czyli podwojnie.
Juz dalek od domu oczywiscie okazalo sie, ze 2 czy 3 pierdolek zapomnialem (np. gumki recepturki),
ale rodzina poratowala, wiec mi sie upieklo :oczko:

13.09 (piatek)
Rano o 11-ej byla pogadanka, a od 11:30 zaczeli wydawac pakiety.
Niestety rodzinie podiwanili zapasowy rower (dzien pracy, wiec reszta byla w uzytku) i umusialem dyrdac prawie 3k w jedna strone na piechote.
Inaczej sobie wyobrazalem odpoczynek "dzien przed".

W drodze...
Obrazek

Na miejscu: strefa zmian jeszcze pusta:
Obrazek



Po odebraniu pakietow znowu z buta do domu i znowu (prze)pakowywanie.
Musialem podjac ostateczne decyzje w sprawie wyboru kol, butow na rower, ew. rekawkow i butow do biegania.
Wg prognozy mialo byc do 20 stopni, caly dzien slonecznie i niewielki wiatr, wiec padlo na stozki Ron-a,
buty rowerowe tri (czyli jade bez skarpetek) oraz Kinvary (bieglem juz w nich maraton i postawilem na sprawdzonego konia).
W ostatniej chwili do worka wrzucilem tez cienkie rekawki "jakby co".

W miedzyczasie skoczylem tez do sklepu na piechote, bo okazalo sie, ze lodowka dosc pusta. Nastepne 1.5km w nogach.

Potem worki na plecy, na rower i spokojnie podjechalem, zeby zrobic check-in, rozwiesic worki na stojaku i nastepne zameldowac sie na pasta-party.

Rakieta w drodze...
Obrazek

Tam bedzie jutro plywane (za tym budynkiem po lewej stronie jest start):
Obrazek

Rower odstawiony. Milo, blisko do wyjscia, trzeba kroce biec z rowerem:
Obrazek

Worki juz na wieszaku. Pierwszy z brzegu. Mniej szukania i wiecej miejsca na przebranie :usmiech:
Obrazek

Potem naladowalem sie porzadnie weglami na pasta party i podreptalem do domu.
Wieczorem zwykle zycie rodzinne. Wczesniej i tak bym nie zasnal, wiec dopiero kolo 24 zameldowalem sie w lozku.
Zasnalem nawet szybko. Budzik mialem nastawiony na jakos 5:15-20 o ile dobrze pamietam.
Ale to juz inna historia... :oczko:

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Wt, 17 września 2019, 10:31 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
Obrazek

16.09 (pon)
Mowia, ze plywanie jest dobre na regeneracje, wiec sie zabralem i pojechalem rowerem do klubu na trening.
Rower tez podobno rowniez wskazany, wiec wszystko pasowalo. Mocy w nogach nie bylo, ale dojechalem :oczko:
Plywanie ku memu zdumieniuposzlo jak z nut. Nie bylem sie po prostu w stanie zajechac.
Oddech spokojny jak tafla zamarznietego jeziora. Serio :orany:
Nawet drabinka 400m na koniec (25d/50g/75z/100k/75z/50g/25d) weszla az milo.
Chyba musze czesciej startowac :hahaha:
W sumie godzinka plywania i 2150m.
Powrot do domu na rowerze pod gorke tez spoko, tylko przelozenie mniejsze niz zwykle, zeby nogi nie musialy mocno pracowac.
A dzisiaj? Czuje sie tak jak po weekendowej 30-ce, czyli w sumie luz. W porownaniu do dnia wczorajszego, to betka :spoczko:

__________________________________________________________________________
Wracajac do relacji z soboty: nastepna czesc sie napisze, ale to pozniej jak bede mial chwile.

Za to mam filmiki z finiszu :usmiech:

Nakrecony przez moja zone:
https://www.youtube.com/watch?v=E1-7mzecqgM

I oficjalny, nakrecony z drugiej strony bramy (czas na filmie ~11:27:30):
https://www.youtube.com/watch?v=J30CngiVFz4&feature=youtu.be&t=41250

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Wt, 17 września 2019, 13:39 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
c.d.

Sobota rano.
Pobudka przed 5:30, goraca herbata, cos do zjedzenia, standardzik.
Szwagier z zona zawiezli mnie na start.
Troche pozno sie tam zameldowalem, bo o 7:00 niby zamykali strefe dla pelnego dystansu.
Odnioslem butelki do roweru, przebralem sie w pianke do pasa, zalozylem kapcie (bo zimny beton z rana, bylo tylko +8),
oddalem worek z czystymi rzeczami "po zawodach" i poszedlem w okolice strefy startu, gdzie zalozylem do konca neopren.
Tak sobie stoimy, gadamy, jakis Polak sie nawet trafil, bo chcial pozyczyc krem na otarcia. Czas sobie spokojnie mija.
Nagle patrze na rece zony, a tam wisi moj numer statrowy, ktory od kilkunastu minut powinien sie znajdowac w czerwonym worku z rzeczami na rower, ktory to worek wisial sobie w zamknietej juz dla mnie strefie zmian. Fak. Pierwsza skucha. Szybka decyzja: albo pakuje go pod pianke razem z paskiem, albo lece i probuje sie wbic do strefy. Decyduje sie na druga opcje. Do pierwszej zawsze moge wrocic. Lece w tych kapciuszkach dookola calej strefy, bo check-in jest po drugiej stronie. Tam juz wejscie dla "longow" zamkniete tasma, ale po lewej wciaz otwarte dla tycg ze sredniego (strefe dopiero o 8-ej dla nich zamykaja). To ja jak gdyby nigdy nic przechodze i zaraz za namiotem myk w prawo i do wieszakow! Patrze a tam wciaz jeszcze kreci sie calkiem sporo osob z dlugiego dystansu, wiec odetchnalem. Wpakowalem numer do worka i z powrotem na start, uff :hej:

Stoje sobie tej kolejce, patrze na tych ludzi dookola, na usmiechajaca sie do mnie rodzine za barierka i nagle zabrzmial w glowie kawalek Elektrycznych Gitar: "a co ja robie tu... co Ty tutaj robisz?". No i nie wiedzialem. Chyba dopiero w tym momencie, po raz pierwszy zdalem sobie sprawe w co sie wpakowalem. Bez kitu. Jakbym kijem w leb dostal :bum:
Na szczescie nie bylo juz wiele czasu do namyslu, bo wlasnie wzywali nasza grupe, czyli age-grouperow 45+ startujacych w klasie open.

Woda kurde byla zimna (17-18), a niby miala byc duzo cieplejsza niz powietrze. Dobrze, ze mam dobrze dopasowana pianke i niewiele wody mi sie od razu nalalo. Doplywam do bojek startowych (start grupowy z wody) i czekamy jeszcze kilka minut, az sie cala reszta wladuje. Potem start.
Pralka byla calkiem konkretna, bylem w koncu calkiem z przodu. Nie dalem sie jednak zwariowac i od razu szukalem swojego tempa. Wiedzialem, ze jak przeszarzuje na poczatku, to potem nie bedzie zmiluj. Nie lubie na treningu plywac zbyt dlugich kawalkow, wiec w tym roku wiecej niz 1500-1600 w jednym kawalku nie przeplynalem.

No to plyniemy. Slonce dopiero wschodzi, po lewej z tylu, wiec widocznosc swietna, bardzo szybko zlapalem rytm i widze, ze wcale nie wszyscy mnie wyprzedzaja :ble:
Pierwsza boje wzialem troche szeroko, zaraz potem druga, tutaj juz lepiej. Wyplywamy na dluuuga prosta. Tutaj troche myszkowania, doganialem jakies grupy, musialem omijac, ktos mnie wyprzedzal, co chwile jakies wodorosty ladowaly mi na twarzy czy na rekach, ale nie w paszczy na szczescie. W tym czasie jakos slonce cale juz wyszlo i plynelismy praktycznie prosto w nie. Widac bylo niewiele, szczegolnie kolorow bojek, na szczescie te od nawrotow byly wysokimi cylindram dla odroznienia. Widze juz niedaleko bojke, zeby w koncu skrecic w lewo, a tu nagle mnie ktos smyra po nodze. Nie pierwszy i nie ostatni raz, ale cos mnie tknelo i spojrzalem jeszcze raz przed siebie. Bojka, do ktorej plynalem byla cylindryczna, owszem ale metalowa i innego koloru. Fak! Moja bojka zostala z 10-15m po lewej. No to szybko zawrocilem, ale troche czasu poszlo sie... Gdyby nie ten koles (celowo czy nie), to bym pewnie jeszcze z 10m dalej poplynal zanim bym sie zorientowal :bum:
Na nastepnej prostej, prowadzacej juz prawie do celu... pierwszej petli :hej: wpadlem w lache wodorostow unoszaca sie na wodzie. Lache, nie kilka sztuk, tak raczej powierzchni sredniego pokoju. Kuzwa no! Staram sie lezec jak najbardziej plasko i wiosluje duzo mocniej, zeby sie przez nia przepchnac. Udalo sie, ale cenne sekundy znowu przelecialy.
Potem na drugiej petli dolaczyli sie akurat ci ze sredniego dystansu, wiec znou zrobilo sie troche tloczno. Z czasem zrobilo sie lepiej i dopiero na sam koniec drugiej i ostatniej petli, na ostatniej prostej do wyjscia bylo troche przepychanek.W okolicach przedostatniej boi zaczal mnie lapac skurcz w lewa lydka, ale rozciagnalem i potem juz nie wrocil.
Samo plywanie troche sie dluzylo, ale zakonczylem je w dobrym zdrowiu. Wyszedlem na nieco chwiejnych nogach, pierwszych kilka krokow bylo bardzo dziwnych, ale potem juz poszlo.
Oficjalny czas 1:07:41 (reczny kilkanascie sekund mniej, ale mata byla dalej), co dalo mi 27 miejsce na 116, czyli 23% stawki. Biorac pod uwage, ze latem prawie nie plywalem bylo lepiej niz myslalem (cel <1:10).
Potruchtalem z zegarkiem w zebach do namiotu i zabralem sie za przebieranie. Nie spieszylem sie zbytnio. +/-1-2 minuty nie graly tutaj roli. Chwilie myslalem nad tym, czy zalozyc te rekawki i padlo, ze tak, co bylo dobra decyzja. W drodze do roweru odbilem jeszcze w bok do toalety (dopisz spoko ze 2 minuty) i do roweru...

Wg oficjalnych danych T1 zajelo mi 6:45. Niemalo, ale i nie jakos specjalnie duzo. Jest ok.

c.d.n.

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Śr, 18 września 2019, 11:30 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
Po raz pierwszy zdecydowalem sie zakupic oficjalny pakiet zdjec.
Kupa kasy (IMO), ale pogoda byla ladna, zatem zdjecia calkiem mile, do tego premierowy dlugi dystans i finisz z synem, wiec uleglem :hej:

Wybralem na razie 2 fotki adekwatne do aktualnego stanu relacji :oczko:

Obrazek
Obrazek

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Cz, 19 września 2019, 10:59 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
czesc 2

W T1 mialem przed oczami jeszcze taka niecodzienna scenke.
Wzialem worek z wieszaka, wywalilem rzeczy na podloge, schylilem sie, podnosze glowe... a tu ze 2m ode mnie tylek. Goly tylek :hej:
Koles przebieral sie calkowicie na rower (komfort ponad wszystko! :oczko:) i nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby 3m za nim,
w kacie namiotu nie stala wolontariusza, starsza pani. Stala niewzruszona i tylko patrzyla nieco w bok :hahaha:

Ale wracajmy do tematu.
No to biegne sobie aktualnie po rower uwazajac, zeby na jakis drobny kamyk nie nadepnac, co nie jest latwe, bo niestety nie bylo chodnika i trzeba bylo dreptac po mocno chropowatym betonie. Zatem rower w dlon i do wyjscia. Na zmeczonych nogach i bez odswiazajacego treningu nie ryzykowalem nawet wskakiwania, tylko majestatycznie wsiadlem konwencjonalnie, ale przyjamniej buty czekaly juz na mnie w odpowiedniej pozycji. Na poczatku bylo gesto i malo prostej, wiec nie szlo mi za dobrze z wkladaniem nogi do butow. Postanowilem odpuscic i poczekac chwilie. Ze 200m dalej wyjechalismy na gladka prosta i tak sie podopinalem.

No to jedziemy. Tego dnia mialo byc +20 i slonce. I bylo, tyle ze pozniej. Poranek wciaz byl zimny.
Pierwsze kilka km wiedzie przez zacieniony las, ja w mokrym tri-suicie, kurka zmarzlem jak cholera.
Nie moglem doczekac sie slonca.
Nareszcie! Wyjechalismy na dijk (czyt. tame) wzdluz Gooimeer. Staram sie jechac spokojnie, zeby sie nie spalic.
Zerkam na zegarek, zeby sprawdzic tetno. Fak! Czujnik HRM-Tri sie nie polaczyl z zegarkiem, kurka, no!
Nie uzywalem go od czasu, gdy ponownie uruchomilem stary HRM-Run, ale ma swiezutka baterie, wiec nie wiem co sie stalo.
Niech to szlag, bede jechal na czuja czeo na rowerze niestety nie lubie, mam za malo doswiadczenia, ktore mialem wlasnie m.in. zdobyc na tych zawodach.
No to jade "jakos", staram sie raczej spokojniej niz za mocno.
Kilometry leca, wzialem wode z punktu, zeby moc popijac zel (na pierwsze kilometry mialem iso w 0.5l butelce).
Z czasem niestety poczulem znajome uczucie w kiszkach i nerkach. Udalo mi sie dociagnac do punktu na ~80km i musialem zajac toi-toi-a na jakies 5min (calosc operacji to 6min w plecy :smutek: ).
Cholera, z niezbyt dobrych srednich 32km/h zrobilo sie ledwo ciut ponad 30km/h.
Ale po wizycie w smierdzacej budce wstapily we mnie nowe sily i nastepne 30km jechalem jak natchniony: srednia z 5-kilometrowek oscylowala wokol 35km/h, co podciagnelo srednia z calosci na ponad 32km/h.
Ale potem przeszedl pierwszy kryzys. Od 120km predkosc przelotowa spadla i srednia powolutku tez. O poprawie mowy nie bylo, walczylem o jak najmniejsze straty. Kryzys byl bardziej mentalny i spowodowany niewygodami, szczegolnie jesli chodzi o ramiona i okolice styku z siodelkiem, ktore swoja droga jest swietne. Wczesniej przy 90km mialem wieksze problemy niz teraz po 120-130km. Jesli chodzi o ramiona, to pozycje mialem dosc wygodna, ale cecha plaskich tras jest to, ze z pozycji aero prawie sie nie wychodzi. Ta stalosc, niezmiennosc pozycji potrafi dac w kosc. Na trasach pofalowanych co jakis czas sie staje na pedaly itd, wiec jest chociaz chwilowa zmiana. Tutaj mi ich brakowalo. Od 130km do konca (o ile dobrze pamietam) staralem sie juz wykorzystac kazda mozliwa chwile, zeby zmienic pozycje (skrety, dojazdy do punktow zywieniowych itd.).
Do tego ponownie wypite plyny dawaly o sobie znac i wiedzialem, ze nie dociagne do T2. Zatem na ~145km kolejna, tym razem krotka (3min) wizyta w toi-toi.
To juz 9min w plecy, cholera. Ale nic to trzeba jechac. To jade.
Swoja droga wolontariusze w Almere sa pierwsza klasa. Wychodza z siebie, zeby Ci pomoc: zachecaja, pocieszaja, sa naprawde aktywni, chapeau!
Do konca walki juz za wielkiej nie bylo. Pare osob jeszcze wyprzedzilem, ale generalnie jechalismy podobnym tempem.
W odroznieniu od pierwszej petli bylo spokojnie i pusto (masy ze sredniego dystansu juz dawno skonczyly, a szybcy z dlugiego juz w T2 :ble:).
Musze przyznac, ze pod pewnymi wzgledami bardzo milo sie jechalo te ostatnie kilometry.
Wiatr co prawda przybral na sile i bylo coraz bardziej niewygodnie, ale mentalnie osiagnalem stan rownowagi. Shifu bylby ze mnie dumny :hej:
Ostatnie 2-3km przez las juz zupelnie spokojnie, zeby nogi odpoczely, kilkaset metrow przed T2 wyszedlem z butow.
Do lini koncowej dojechalem jak profi, az sie sedzia zdziwil, bo myslal, ze przejade lini a za to by byla (kara!).
Zeskoczylem pieknie i pobieglem odstawic rower.

Potem znowu do namiotu, biore worek z rzeczami do biegania, przebieram sie, lapie zele i lece na trase.

T2 zajelo mi rowno 4min, co jest spoko, zgodnie z zalozeniami.

Czas czesci rowerowej: 5:44:36.
Zadowolony za bardzo nie jestem, liczylem raczej na atak na 5:30.
Moj czas dal mi 87 miejsce w grupie na 116, czyli zalapalem sie ledwo do 75% :smutek:
Dla porownania w zeszlym roku, na polowce bylem na rowerze 60-y na 212.
Ok, bez przerw w toi-toi byloby 5:35, ale to nic nie zmienia. Jedyne co, to mysle, ze z pulsometrem byloby jednak lepiej.
Czuje, ze nie dalem z siebie tyle ile moglem, bo balem sie przesadzic, zeby nie zaprzepascic biegania.
Ale jest jak jest, czasu nie cofne. Nastepnym razem bedzie lepiej :oczko:

W rekawkach, a zatem przed 80-ym km, bo w kibelku sie ich pozybylem (znaczy sie schowalem pod stroj).
Obrazek
Obrazek

To juz druga petla:
Obrazek
Obrazek
Obrazek

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - 140.6 mil...
Nowy postNapisane: Cz, 19 września 2019, 15:26 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
czesc 3 i ostatnia

Wybiegam zatem z T2 mocno spozniony, bo cala rzesza mnie na rowerze wyprzedzila.
Wiedzialem, ze nie moge przestrzelic, szczegolnie na poczatku musze trzymac sie w ryzach,
a przez brak pulsometru (pasek zdjalem w T2 i zostawilem) musialem polegac tylko na GPS-ie.
Dobrze, ze znam ta trase, biegalem tam juz wiele razy, zarowno na zawodach jak i na treningu,
wiec wiem, ze GPS generalnie nie przeklamuje. Sygnal jest mocny i rzadko zaklocony.
Pierwsze kilkaset metrow wiedzie miedzy budynkami widocznymi z tylu za mna, wiec GPS-owi jeszcze nie ufalem :oczko:
Obrazek

Bieglo mi sie dobrze mimo drewnianych nog. Najwazniejsze, ze nie mialem zadnych objawow kolki czy skurczow przepony.
Czulem jednak, ze jest juz zmeczona po plywaniu i rowerowaniu.
Po jakmis kilometrze zaczynalem odzyskiwac wladze w nogach i moglem tez spojrzec na tempo.
Zakladalem, ze bedzie dobrze jak bede mogl trzymac okolice 5:00, bo to takie moje tempo, ktorym sie nie mecze i moge biec i biec.
Zegarek pokazal jednak 4:42 po pierwszym km, 4:37 po drugim, potem 4:42 i dalej regularnie 4:45-4:50.
Gdzies na 10-ym km musialem krotko odwiedzic toi-toi, ale to byla minutka :hej:
Co do zywienia, to mialem ze soba 4 zele High5 ISO, w tym 3 z kofeina. Reszta miala pojsc z punktow.
Pierwszy kilkanascie minut dalem sobie na ustatkowanie jelit po zmianie pozycji z rowerowej. Potem zaczalem je regularnie wciagac.
Tempo 4:45:4:50 trzymalem mniej wiecej do 16-go kilometra, wtedy poczulem nieodparta potrzebe odwiedzenia toi-toi na dluzej :hej:
W zdejmowaniu trisuita i zakladaniu go, nawet na mokre cialo w tym momencie bylem juz mistrzem. Mimo to wizyta zajela mi rowne 3min.
Co gorsza przy ubieraniu sie z tylenj kieszonki wyskoczyl mi ostatni zel (z kofeina! :smutek:) i wpadl tam gdzie nie powinien :ble:
Nic to, lece dalej. Tempo zaczelo troche spadac, ale wciaz trzymalo sie na dobrym poziomie przez nastepne 10km.
Od 26km jednak byc gorzej. Miesnie zaczynaly mowic, eee, dlugo jeszcze? :hahaha:
Do tego kiszki zaczynaly grac jakiegos dziwnego kankana. Od 16-go km wzial z punktu tylko 1 zel: lepiego jak cholera PowerGel-a
i postanowilem dalej leciec juz tylko na wodzie, iso i glownie coli.
Tak od 28-go kilometra (czyli jeszcze 2 petle do konca) wszystko zaczelo sie rozgrywac w glowie.
Braki energetyczne nie dawaly mi sie tak we znaki jak coraz mniej wspopracujace miesnie: nigdy do tej pory na przyklad nie bolaly mnie czasie biegani kostki.
Do tego tylek, czworki, pasmo biodrowo-piszczelowe, stopy, wszystko wolalo "litosci".
Do tego kiszki alarmowaly ponownie, ale jak sie okazalo, to byl alarm falszywy. Nastepne 2:39min stracone.
Lece dalej.
Tempo na 33ym kilometrze zaczelo wedrowac wyraznie powyzej 5:30 i na 36 i 37km dobilo nawet do 6:00.
Na ostatnie 4km zebralem sie jeszcze w sobie i kolejno wskoczyly w 5:42, 5:35, 5:35 i 5:27 na koniec.
Na ostatnich kilkuset metrach wyprzedzilem jeszcze ze 20 osob :niewiem:, mini podbieg, zekret w lewo i wpadam na prosta do bramki.

Tam ku mojemu zdziwieniu i wzruszeniu czekal moj starszy syn, ktory koniecznie chcial ze mna finiszowac.
Szybko przez glowe przeleciala mi tylko mysl: kurs, bedzie DSQ (*), ale jak sie okazalo to bylo dozwolone i radosnie razem wpadlismy na mete.
Uczucie bezcenne :taktak:

Czas biegu: 3:44:32, co dalo mi 26 miejsce w grupie. Jestem w gruncie rzeczy zadowolony.

Potem medal, koszulka, cos do przegryzienia. Uczucie dziwne, bo czuje sie calkiem dobrze, nie ma patrzenia na buty itp.
Tylko jak potem chcialem usiasc na laweczce, to nie bylem w stanie kontrolowac upadku, tylko z bolem pacnalem tylkiem w drewno :hahaha:

Czas calosci 10:47:32. Jak na debiut jest ok. Narzekac nie moge i nie bede.
No dobra, pewnie bede, jak sie zabiore za analize :bleble:

Obrazek
Obrazek

Strasznie lubie to zdjecie, bo jest na nim cala moja rodzina:
Tymek biegnie ze mna (to jasne), ale zaraz po lewej przy barierce stoi Gabriel (w okularach),
a miedzy nami z tylu widac moja zone, ktora wlasnie kreci filmik, ktory wczesniej podlinkowalem :usmiech:
Obrazek

I sam moment finishu:
Obrazek

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sikor - after the race is before the race...
Nowy postNapisane: Pn, 23 września 2019, 10:37 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 lipca 2015, 15:36
Posty: 2569
Obrazek

Male podsumowanie tgodnia postartowego.
Biegani wciaz nie bylo wcale (no dobra, przyznaje sie, 2 razy gralem z chlopakami w pilke :oczko:).
W poniedzialek zrobilem normaln trening plywacki w klubie.
Zrobiem tez 3 treningi rowerow, w tym jeden 30min typowo regeracyjny na poczatku tygodnia.
W piatek byla godzinka (sr. 24.9km/h, sr. tetno 126), a wczoraj mocne 1:20h (srednio 26km/h i sr. tetno 139).
Wczoraj mi sie naprawde dobrze jechalo. Nie czulem juz slabosci w nogach, wrecz przeciwnie :taktak:

W sumie w tygodniu wyszly 4h treningu, he, he :hej:
Dziwnie tak jakos, tyyyle czasu...
Pogoda psuje sie zupelnie, wiec pewnie zakoncze jezdzenie na zewnatrz. Wstawie czasowke na trenazer i bede krecil w domu.
Do konca pazdziernika i tak nie bedzie tego duzo, tak pewnie 2x po godzince, dla utrzymania, bo skupiam sie jeszzce w tych ostatnich tygodniach przed maratonem na bieganiu.
W sumie, to aktualnie nawet nie mam planu co biegac :bum:
Jutro postaram sie juz jednak podreptac, na razie 30-40min i do konca tygodnia bede sie pewnie powoli rozkrecal, w zaleznosci jak organizm bedzie reagowal.

_________________
Moj blog oraz komentarze do niego


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 265 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 14, 15, 16, 17, 18

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL