Od kontuzji do maratonu w Walencji 7.12.2025

Moderator: infernal

Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

Jeszcze kilka słów o samym wyjeździe. Pakiet ogarnąłem przez tour operatora Raz Event Maraton. Tak wiem zarobią na mnie trochę, ale odstawiając alko sądzę że więcej zaoszczędziłem. Nie lecę z nimi w piątek lecz z kolegą z Wawy w czwartek bezpośrednio do Walencji. Stamtąd metrem nr 5 bezpośrednio z lotniska w okolice noclegów. A'propos noclegów to dzieją się cyrki. Tour operator załatwia 3 noclegi w hotelu NH Ciudad Valencia na Avinguda del Porto 217... a to raptem 15-20' spacerem od miejsca startu i mety! Na szczęście na początku września załatwiłem 1 nocleg z czwartku na piątek przez Airbnb za 250zł...na Av. del Porto 214 :) co za fart. Tzn fart będzie jak wszystko się uda, bo czytałem, że Hiszpanie usuwają rezerwacje czując szybki zysk. Czytałem też że w hotelach pojawia się overbooking... Pewien biegowy turysta pisał, że zamiast niedaleko startu, został przeniesiony 7km dalej. Nie wiem czy to wszystko prawda, ale może tak być. W końcu mamy nadmiarowe 100 tysięcy osób w tym dniu w mieście.
Obecne ceny noclegów są kosmiczne. A trzeba pamiętać, że maraton startuje o 8,15. Natomiast do 8 jest ciemno. Oczywiście jest wiele stref startowych, bo Ci biegnący na czas 4h+ ruszają po 9.30
Zostałem przydzielony do strefy niebieskiej. Najpierw jest Elita, potem ambitni amatorzy sub 2.38 a moja strefa 2.38-2.49.
Startujemy o 8.15 a kolejna fala o 8.25.. gdzieś mi mignęło, że część osób na sub 2.50 startuje też o 8.25 - może tak być że np na macie pomiarowej 5km będę przykładowo na miejscu 2000, ale kilkanaście minut później będę już na 2500 miejscu.

Mój nr startowy to 33195

Przypuszczam, że ego biegaczy może tworzyć niemiłą atmosferę na starcie (pisał o tym Bartek Olszewski). Planuję wystartować spokojnie, uniknąć przepychanek, nadkładania dystansu nawet kosztem czasu. Jeśli pierwszy kilometr pokonam w 4.30 to mam jeszcze 41 innych km aby pobiec dobrze.
Bazując na doświadczeniu na pierwszych kilometrach będę musiał określić swoje maksymalne tempo przy akceptowalnym wysiłku. Rok temu w Budapeszcie było to tempo 4.00/km - leciałem tak do 25km, gdzie pokonały mnie podbiegi na moście Arpada, najpierw ten z Bulwaru na most, a potem ten z Wyspy Małgorzaty na ten sam most. Ostatecznie całość pokonałem pokonałem w 2.51.11 czyli po 4.03-4.04/km.
Trzeba dodać, że nie byłem wówczas w ogóle przygotowany więc liczę teraz na lepszy wynik. Ponadto wtedy zwiedzaliśmy Budapeszt całą sobotę :)
Co do temperatury, to nadają ocieplenie w Walencji. Gdzieś koło 14 mają być nawet +22 stopnie. Niewątpliwym plusem jest start o 8.15 a nie 9, czyli tuż po wschodzie Słońca. Długi cień budynków powinien bardzo pomagać.

Dzisiaj jeszcze kolega napisał, że ogarnia bilety na mecz Valencia-Sevilla w niedzielę o 16.15 :) bajka! Za 90 euro ale skusiłem się na mecz La Liga na Estadio Mestalla. Kiedyś to dwukrotni finaliści LM. Raz przegrali z Bayernem po karnych a raz 0-3 z Realem Madryt.
Technicznie pewnie lepsi niż Rajović. Kurcze zdążyłem to wczoraj napisać, a on zaliczył kolejne pudło sezonu. Ech
Oczywiście nie samym biegiem człowiek żyje. Koniecznie będzie trzeba pozwiedzać w czwartek i piątek, a nawet poszukać Świętego Graala - podobno to właśnie ten kielich znajduje się w Katedrze Walenckiej.
Ahoj przygodo!
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
PKO
Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

Tydzień startowy

Przed żadnym dotychczasowym maratonem czy ważnym dla mnie biegiem, nie było tak źle.


Poniedziałek i wtorek to wielokrotne pobudki w nocy. Syn sporo kaszlał, a to wc i zamiast 7.5h snu wpadło po 5h w kilku ratach.
W środę wieczorem pojechałem pociągiem do Warszawy. Kolega, z którym leciałem, mieszka niedaleko Okęcia więc logistycznie super, tym bardziej że samolot do Walencji startował o 5.35 Koledze w dodatku 10 dni wcześniej urodził się syn więc udało się łącznie przespać około 4 godzin.

Czwartek:
Pobudka o 3.00 i już po nieco ponad godzinie byliśmy w terminalu. Wszystko poszło sprawnie. W ogóle leciała tym samolotem fajna ekipa. Był Henryk Szost, Mariusz Giżyński, Bartek Falkowski a tuż obok mnie po lewej ręce siedział jakiś dobry zawodnik. Od słowa do słowa i okazało się, że to Patryk Pawłowski - brązowy medalista Mistrzostw Polski w maratonie, rozgrywanych przy okazji wrześniowego Maratonu Warszawskiego, gdzie startował prosto z porodówki. Akurat jemu, nie tylko ja, ale i gros ludzi wówczas kibicowało najbardziej.

Walencja przywitała nas bardzo chłodną aurą. Nawet w środku dnia, przy +12 a może i +14 stopniach chodziliśmy w czapkach. Nie wiem czy to wilgotność, czy to efekt bliskości morza i wiatru, ale było mi zimno. W ogóle z lotniska jedzie metro i nawet taki laik jak ja, intuicyjnie by się do niego dostał. Przed wejściem zrobił się trochę zator do biletomatów (jest także tradycyjne okienko).
W rejon startu/mety jedzie linia nr 5. Aby dostać się z tam z lotniska należy kupić bilet SUMA AB+ (a i b to strefy miejskie a + to lotnisko). Po nieco ponad 30 minutach jazdy, wysiedliśmy na ostatniej stacji: Maritim skąd miałem 300m do pokoju z którego korzystałem z czwartku na piątek.
Nocleg ten kosztował mnie 50e +opłata AirBnb. Mimo bardzo dobrego kontaktu z właścicielami, nie mogłem się przez kilka minut dodzwonić stojąc na dole przy bramie wejściowej. Po czym podeszła do nas jakaś kobieta przechodząca chodnikiem i po prostu otworzyła nam drzwi..:) Chyba nie wyglądaliśmy na occupados :)

Nareszcie udało się nawiązać kontakt i zameldowałem się w mieszkaniu. Właściciele tacy po 50-tce wynajmowali kilka pokojów - akurat był ktoś z Australii i Brazylii - wszyscy biegacze. Lokum było skromne, ale czyste. Widać pokój chyba po dorastającym synu - bo sporo ścian swoje przeżyło :) A i co nie jest standardem, zadbano, abym miał elektryczny grzejnik w pokoju.
Kolega Karim nocował jakieś 1.5km dalej i miał utrudniony kontakt, bo osoba nie mówiła słowa po angielsku :)

W końcu udało i tam się dostać. Mieszkanie otworzyła Kolumbijka - mieszkająca tam z mężem i 3 córkami w wieku szkolnym. Mówiła bardzo dużo - my nie rozumieliśmy jej, a ona nas. Choć wydaje mi się, że w ten weekend nauczyłem się więcej hiszpańskich słów niż ta (swoją drogą bardzo uprzejma) kobieta przez angielskich przez całe życie. Na szczęście google translator pomógł :). W sumie zarabiając na wynajmie turystom wypada umieć cokolwiek, ale trzeba chcieć.
Pokój Karima był no co tu dużo mówić mocno obdrapany. Na plus tylko że na głowę nie padało. W ogóle jest tam wszędzie bardzo ciasno w tych kamienicach. Nie ma możliwości nawet wniesienia mebli, a na pewno jest to wyjątkowo utrudnione.
Moje pierwsze wrażenie jest takie, że w Polsce nawet żyjąc w skromnych wydawałoby się warunkach, absolutnie nie mamy się czego wstydzić.

Potem na szybko chcieliśmy coś zjeść. Stanęło na dobrej pizzy u Włocha, jakieś zakupy w supermarkecie (uważam, że mają tam dosyć tanio w takich sklepach) i można było chwilę się zdrzemnąć. Karim jeszcze poszedł biegać z naszym wspólnym kolegą Dominikiem (też z Torunia) a ja uciąłem sobie 2h drzemkę, bo byłem totalnie wykończony.
Wieczorem pojechaliśmy na starówkę. Trochę pochodziliśmy, wstąpiliśmy do Katedry Walenckiej (podobno to tam znajduje się Święty Graal), potem byliśmy niedaleko Mercado Central, przy jakiejś pięknej fontannie i w paru miejscach, których nie jestem w stanie opisać:)
Tak minął dzień pierwszy.
Udało się nawet pospać 7.5h ciągiem - nadal to za mało, ale to było bardzo potrzebne. Karima obudziłem telefonem po 10 :)
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

Piątek 05.12

Z kolegą stwierdziliśmy, że coś zjemy, kierując się ku plaży/ dzielnicy portowej. Tutaj jest duże pole do popisu, bo udało się kupić ryż z kurczakiem + pałką kurczaka za całe 4euro. Można tanio zjeść, tylko trzeba poszukać w bocznych uliczkach. Plażę Walencja ma przepiękną, naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. Było na tyle ciepło, że kobiety grały w siatkówkę plażową i zupełnie nie wiało. Potem krótki spacer po swoje rzeczy i skierowałem się do hotelu na Avinguda del Port raptem 200m od mojego pierwszego miejsca noclegowego. Udało się zameldować niemal godzinę wcześniej niż to było w zapisie.
Krótki odpoczynek i wraz z grupą która dotarła kilkadziesiąt minut później wybieraliśmy się po pakiety. W ogóle ekipa z Modlina leciała do Madrytu a stamtąd szybką koleją 370km pociągiem. Ludzie wyglądali jak zombie wobec czego część z nich poszła spać.

Pakiety odbiera się w Feria Valencia - godzinę jazdy metrem z przesiadką. Jeśli ktoś kiedyś będzie potrzebował to wsiadając na stacji Ayora (do której z hotelu miałem 300m) jadąc linią nr 7 przesiadaliśmy się na stacji Jesus. Następnie przesiedliśmy się na linię nr 2 i jechaliśy do stacji les Carolines. Stamtąd 5 minut spacerem po pakiety. Akurat mieliśmy szczęście, bo czekaliśmy raptem 10' na zewnątrz, po czym zostaliśmy wpuszczeni do środka.
Dalej w kolejce stałem może 15 minut i gdy podszedłem do wolontariuszki... ta gdzieś poszła :) Wokół ludzie odbierali pakiety a ja stałem jak d... na środku.
Na szczęście zlitował się nade mną inny wolontariusz. W pakiecie wiadomo różności. Najbardziej rozbawił mnie worek kartofli :) Wiem, że Hiszpanie mają przekąskę patatas bravas, choć można z łatwością znaleźć trochę lepsze rzeczy.

W osobnym miejscu odbierało się koszulki, ale też trzeba było pamiętać aby zabrać agrafki, które nie były w worku z pakietem.

Z Expo nie korzystałem. Owszem trzeba je było pokonać aby w ogóle móc wyjść na zewnątrz. Było chyba wszystko poza tańczącym pingwinem na środku :)
Tuż po wyjściu sprawdzaliśmy czy działają chipy w naszych numerach startowych. Wszystko grało i grupą można było udać się w podróż powrotną do hotelu, gdzie dotarliśmy po 19.30
Tam spotkałem swojego współlokatora z pokoju. Wyglądał niemal identycznie jak Jurgen Klopp - znany niemiecki trener piłkarski. Zastanawiałem się czy wziąć autograf:)

Chwilę pogadaliśmy i wraz z pewnym 77-letnim mężczyzną z naszej grupy udaliśmy się spacerem w kierunku Miasta Sztuki i Nauki. Muszę przyznać że Pan Jerzy Dygudaj jest niesamowity. Będąc grubo po 60-tce biegał maraton poniżej 3.40 - także zawstydzał wielu młodych biegaczy.

A Miasto Sztuki i Nauki? No cóż, bajka to mało powiedziane. Mimo, że wolę naturę czy stare budowle, to owe futurystyczne budynki zapierają dech w piersiach. Stamtąd do hotelu mieliśmy niespełna 2 kilometry. Warto było poznać drogę, którą potem trzeba wrócić z mety maratonu do hotelu.
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

Sobota
Liczyłem, że się wyśpię.. spałem od 22 do 1 w nocy i potem chwilę od 5 do 7
Wstałem jak zombie. Zegarek pokazywał że 3 parametry zdrowia poza normalnym poziomem. HRV spadł z 80ms (dolna norma dla mnie) na 46 Czułem się fatalnie.
O 9.30 było spotkanie z Heniem Szostem, Adamem Kszczotem, JJ, ekipą bieganie.pl przy Hotelu Turia. Obiecałem dzień wcześniej, że zrobię za przewodnika i pojedziemy tam. Poza tym i tak byłem umówiony ze znajomymi, że się tam zobaczymy. 3 lub 4 stacje metrem - wysiadka na Alameda i byliśmy w Ogrodach Turii. W ogóle to wyjście z metra jest wprost w korycie dawnej rzeki. Tak sobie pomyślałem... przecież przy poważnych ulewach woda spływa tam, gdzie spływała od tysięcy lat a stamtąd wprost do tej stacji metra...

Mieliśmy stamtąd jakieś 2.5km aby dotrzeć na miejsce zbiórki. Ogrody Turii zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Spotkałem nie dziesiątki, ale setki biegaczy. Poza tym spacerowicze, szkółki piłkarskie, kobiety umawiające się na jogę itp. A ... i nie spotkałem nikogo z psem na smyczy! Czysto i raj dla biegaczy :szok: Piękny zielony teren z kilkudziesięcioletnimi palmami. Dodatkowo wrażenie robiły piękne mosty ....nad drzewami i pustym korytem rzeki :)

Zaczęliśmy truchtać i po chwili byliśmy na miejscu. Adam Kszczot wypalił: "ooo my to się chyba znamy?" - no tak, bywam przecież często w Łodzi.
Zrobiliśmy parę fotek i udaliśmy się na rozruch w Ogrodach Turii - gdzie biegliśmy w kierunku stacji naszego metra, co nam bardzo odpowiadało, bo po rozgrzewce i rozciąganiu nie wracaliśmy z naszymi sportowcami na miejsce zbiórki lecz w okolice własnego hotelu. Co do samego rozruchu, to w zwykłej koszulce przy tempie 5.40/km o godzinie 10 rano było mi ewidentnie za gorąco :( Pomyślałem sobie - Boże ... przecież jutro tak przez 42 kilometry...
W drodze powrotnej padło hasło, aby wybrać się na miejsce startu i mety - a ja wspominając, że byłem tam dzień wcześniej wieczorem, zostałem wytypowany na przewodnika ;)

Następnie miałem się przespać w hotelu, ale wystarczyło położyć głowę na poduszkę i nic z tego. Poleżałem więc tak ze 3 godziny, pod wieczór lekki obiad i odprawa maratońska z organizatorami wyjazdu.

Wyjście z hotelu wyznaczono na godzinę 7.00
Trzeba było się wyspać :)
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

Udało się zasnąć około 22...szkoda że pobudka przypadła dokładnie na 1.00.
Nie było spania do rana amen. Miałem dużo czasu na przemyślenia spodziewając się nadchodzącej katastrofy. Myślałem nad taktyką biegu. Jak zacząć? Nie chodzi o to aby skończyć "na Jezusa" niesionym pod ramię przez dwóch towarzyszy niedoli. To nie bohaterstwo, to skrajna nieodpowiedzialność. Nie można doprowadzić się do takiego stanu jakieś 2.5-3 tysiące kilometrów od domu w obcym kraju. Świat nie kończy się na maratonie w Walencji.

Celem minimum był czas poniżej 3 godzin. Stwierdziłem, że spróbuję biec na tyle szybko, aby tętno nie rosło a tempo było akceptowalne. Wziąłem na start 0.5 litrową butelkę wody. Przypuszczałem, że na pierwszym punkcie z wodą w okolicy 5.7km będzie tłok więc skorzystam z własnej wody.
Zjadłem lekkie śniadanie (pozdrawiam jedzących jajecznicę :) ) Inwestycja w kalorie pewnie się zwróciła :)

Około 7.30 znajdowałem się niedaleko startu. Dwóch przewodników z Raz Event jakieś 10' wcześniej zawróciło do hotelu, aby udać się po następną grupę. Nadal było całkowicie ciemno. Tak na dobrą sprawę jasno zrobiło się około godziny 8.00 Niedziela przywitała nas temperaturą +15 stopni o wschodzie słońca. Nie miałem żadnych sensacji żołądkowych i po krótkiej rozgrzewce udałem się do niebieskiej strefy startowej (nr 3). Ruszaliśmy o 8.15 w pierwszej fali razem z Elitą, "sub elitą" amatorów (do 2.38). Wydawało mi się że ustawiłem się właściwie. Spotkałem kilku Polaków - jednego z Geparda Kępno w charakterystycznej koszulce, a drugiego w w koszulce "Kolejorza". Obaj biegli na sub 2.50 Sam zdecydowałem się startować w czerwonym singlecie Polska, który kupiłem parę dni przed wylotem.

Ujrzałem nawet pacemakerów na 2.50, którzy jakimś "poboczem" przeszli mocno do przodu. Bieg rozpoczyna się z mostu lekkim zbiegiem, ale nie można było nabrać prędkości ze względu na tłok. Unikałem przepychanek jak mogłem. Kilka razy utworzyły się zatory, ale mimo tego, ten pierwszy kilometr pokonałem w 4.11

Potem wyraźnie przyspieszyliśmy i kolejne kmy wpadały nieco poniżej 4.00/km Już na drugim kilometrze było mi bardzo ciepło więc tam pierwszy raz wziąłem łyka i polałem szyję wodą. Niestety nadal było ciasno i problem pojawiał się na zakrętach. Tuż obok mnie zderzyło się dwóch zawodników i obaj polecieli na twarz zdzierając sobie dłonie, kolana... Upadli raptem 2m obok mnie. Te trudne wymagające skręty sprawiały, że dosyć szybko nadłożyłem sporo dystansu i Garmin "strzelał" km znacznie przed chorągiewkami. Oczywiście kiedy mogłem, pilnowałem niebieskiej linii oznaczającej najkrótszą drogę do mety. Uprzedzając pokonałem 42.47km i jak się okazało to najmniej spośród osób, których wyniki widziałem. Ludzie zwykle pokonywali 42.5-42.6 a mój kolega Karim 42.7km. W sumie dogoniłem go gdzieś ok 4 kilometra i razem lecieliśmy aż do 18, kiedy to przyspieszył, zostawiając mnie z tyłu.

Zazwyczaj pamiętam wiele szczegółów jednak tym razem byłem tak skoncentrowany, że nie zauważyłem nawet piłkarskiego Estadio Mestalla - klubu Valencia CF - dwukrotnego finalisty LM (przegrali raz po karnych z Bayernem i raz 0-3 z Realem).

Na matach pomiarowych zerkałem na czas i tak 5km w 20.12; 10km 40.10; 15km 1.00.11 - bieg prowadziłem wyjątkowo równo, mimo narastającego zmęczenia i rosnącej temperatury. Polewałem się i piłem na każdym punkcie z wodą - na szczęście podawano ją w butelkach, z których było łatwiej się pić i z którymi można było kawałek biec.

Organizator zaplanował 3 punkty z żelami energatycznymi na trasie, z których korzystałem (zjadłem również 3 swoje). Trasa generalnie płaska jak stół, rzesze kibiców - z każdym kilometrem coraz więcej - nic tylko to cholerne słońce i rosnąca temperatura (po 30 kilometrze +22-23 stopnie w cieniu.
Być może byłoby ciut luźniej na początku gdybym biegł przed Pacemakerami na 2.50 (oni realnie lecieli na 2.47-2.48 od początku), ale po godzinie biegu było już sporo miejsca i żadnych problemów na punktach odświeżania itp.

Połówkę minąłem w 1.24.30 - o 1s wolniej niż rok temu w Budapeszcie, gdzie wcale nie przygotowałem się do maratonu. Kawałek dalej w okolicy 22.6km pod naszym hotelem stała ekipa Raz Event Maraton - z którymi zbiłem piątkę. Na 26km w okolicy Hotelu Turia stała prawdopodobnie Karolina Obstój z bieganie.pl z kolegą, flagą Polski i głośno dopingowała. No tam już było gorąco - natomiast trzeba przyznać że wiele kilometrów jest zacienionych dzięki wysokim kamienicom wzdłuż ulic.

Zacząłem wyprzedzać coraz więcej osób, mimo że moje tempo nie rosło. Kryzys wydawał się być daleko - co prawda od 8km czułem paznokieć w lewej stopie (drugi palec zaraz za dużym) - uprzedzając on był już odciśnięty wcześniej i narósł nieco jeden na drugi wobec czego po biegu był cały czarny - no i już go nie mam. Podolog powiedziała, że nie ma gwarancji że on w ogóle odrośnie, bo dużo martwej tkanki wokół.

Kolega, który śledził mnie na żywo wrzucił screena że na 10.25km byłem w okolicy 4100 miejsca a na mecie skończyłem ponad 1200 lokat wyżej. Średnio wyprzedzałem blisko 40 osób na kilometrze - przy czym po 30km zdecydowanie ponad 50 - i to wszystkich teoretycznie mocniejszych ode mnie.

Pamiętam, że w okolicy 30 km biegłem po 3.56-3.58 i tak sobie myślę, pociągnę tak do końca, ale między 32-35km jest 15m przewyższenia i tempo spadło na 4.06/km; gdzie kolejne leciałem po 4.01 - fajnie widać że 1m up zabiera 1s - czyli na 15m straciłem 15s.

Po 35 kilometrze wyprzedziłem zarówno kolegę z Geparda Kępno, jak i tego w koszulce Lecha Poznań + kilku innych Polaków - no i zacząłem wyprzedzać bardzo wiele kobiet. Jak wiadomo kobiety mają lepszą wytrzymałość i potrafią rozsądniej zacząć - no i kobieta biegająca 2.50 to jak mężczyzna z poziomu 2.32-2.35 - a już na takim poziomie są to osoby przygotowane o wiele lepiej niż ja - gdzie kryzysy nie powinny zdarzać się tak często.
Im bliżej mety, tym rosła moja ekscytacja. Kibice zrobili szpaler niczym kolarzom podjeżdżającym na Col du Tourmalet czy Mont Ventoux bądź też na innych słynnych podjazdach Tour de France czy Giro d'Italia. Ten doping i to wspomnienie zostanie ze mną do końca życia. Coś niebywałego.
Jakieś 2 kilometry przed metą odpięły mi się dwie dolne agrafki a właściwie to namoknięty od wody i potu numer startowy został przecięty - przez chwilę biegłem trzymając lewą ręką numer startowy.

Ostatni kilometr (oznaczony co 100m) to słynny niebieski dywan. Łzy w oczach, uśmiech na twarzy pomieszany z ogromnym zmęczeniem i pełnia szczęścia w sercu. Tak trzeba żyć!

Meta 2.49.23
1.24.21+1.24.52
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

Zestawię teraz wszystkie kilometry, piątki - te z zegarka z oficjalnymi.

OFICJALNIE:
5k - 20.11
10k- 40.10 (5km w 19.59)
15k- 1.00.10 (20.00)
20k- 1.20.06 (19.56)
21.1- 1.24.31
25k- 1.40.12 (20.06)
30k- 2.00.25 (20.13)
35k- 2.20.48 (20.23)
40k- 2.40.52 (20.04)
42.2- 2.49.23

WEDŁUG ZEGARKA:
1) 4.11,2
2) 3.58,3
3) 3.58,1
4) 3.56,7
5) 3.58,9 5k: 20.03

6) 3.59,4
7) 3.58,3
8) 3.57,0
9) 3.58,7
10) 3.56,3 5k: 19.50

11) 4.05,5
12) 3.58,1
13) 3.57,3
14) 3.56,7
15) 3.58,6 5k: 19.54

16) 3.56,1
17) 3.57,0
18) 4.00,9
19) 3.57,3
20) 3.58,6 5k: 19.50

21) 3.58,9
22) 4.00,1
23) 3.58,5
24) 4.04,9
25) 3.55,4 5k: 19.58

26) 4.02,1
27) 4.02,0
28) 4.05,3
29) 4.00,6
30) 3.56,9 5k: 20.07

31) 3.57,6
32) 3.58,7
33) 4.06,6
34) 4.05,8
35) 4.05,1 5k: 20.14

36) 4.01,5
37) 4.01,5
38) 4.01,6
39) 3.58,8
40) 3.52,7 5k: 19.56

41) 3.58,5
42) 3.53,2
0.47km - 1.39,3 - 3.33/km
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

Po maratonie udałem się prosto do hotelu. Odświeżyłem się i poprzebijałem pęcherze. Chwila odpoczynku, jedzenie i trzeba było iść na mecz :)
Valencia-Sevilla - Raptem 3 stacje metrem. Wysiada się na Aragon tuż pod Estadio Mestalla. Razem z kolegami z Zabieganych Łubianka nie żałowaliśmy pieniędzy na dobre miejsca na trybunie głównej. Warto było. Wiadomo inna kultura kibicowania, nie ma opraw, ale 50 tysięcy ludzi śpiewających hymn - ciary przechodziły. Samo spotkanie rozkręciło się dopiero po samobójczym trafieniu gospodarzy w 58'. Od tego momentu Sevilla cofnęła się a gospodarze niesieni dopingiem atakowali raz za razem, doprowadzając do remisu w 93 minucie. Wiadomo jako sędzia patrzyłem na poczynania hiszpańskiego arbitra. Wiele razy powtarzałem kolegom, że nie stosuje prewencji, sieje wiatr więc zbierze burzę.
I tak też się stało. Zaczął ostro sypać kartkami, a idiotyczną decyzję podjął na sam koniec. W 90+5 minucie rozpędzona Valencia wywalczyła rzut rożny. Stadion w euforii od dwóch minut po wyrównującym golu. Pełne skupienie, zawodnicy ruszają w pole karne... a sędzia w tym momencie zakończył spotkanie. Generalnie awantura na boisku. Skończyło się jeszcze dwiema czerwonymi kartkami.

Wieczorem jeszcze kulturalne 2 piwa i można było szykować się na poranny samolot,

Czas na logiczne wnioski i refleksje.
1) Kompletny brak snu niemal mnie powalił. Wystarczy że uzyskamy wynik o 3% słabszy - to przy 2h50' daje 5min 06s różnicy! A to byłby już wynik poniżej 2.45.00 - pełnia szczęścia.
2) Temperatura - radziłem sobie jak mogłem. Te wolniejsze o 5s kilometry to efekt zwalniania i polewania się na punktach odświeżania. Tutaj wszystko perfect. Nie miałem żadnego kryzysu.
3) Brak siły - nie biegowej, ale siłowni nawet jakichś przysiadów z hantlami itp w domu. Tu jest ogromna rezerwa.
4) Przed startem (a także na mecie) spotkałem biegacza 45+ mającego PB 35.00 na 10km - uzyskał on czas poniżej 2.41 - więc kolejna rezerwa.
5) Plan treningowy od 1 września, powinien zostać poprzedzony solidną bazą - powiedzmy 400km w 5 tygodni. Ja wybiegałem 170km - ale wracałem po kontuzji.
6) Nie uważam, aby brakowało mi długich wybiegań 25km+ Ok należy walczyć o większy kilometraż - ale chyba w inny sposób - zamiast 10-11km w 50' - warto pomyśleć na 15-16km w 75' - tak aby zamiast 270-300 zrobić bliżej 330-350km/m-c

Z samego biegu jestem zadowolony - to była historia z happy endem :)

Jakie plany? W niedzielę biegnę Łubianka GP Cross 8.8km - potem pewnie 3 tygodnie przerwy i bawimy się dalej. Jeśli czas i zdrowie pozwolą to może HM w Warszawie? Nie wiem, zobaczę. Wchodzę teraz w M40 od nowego roku - Garmin pokazuje wiek sprawnościowy 31 lat :) Zapewne w biegach na kilkaset osób regularnie mogą wpadać podia w kategorii wiekowej więc chciałbym więcej startować.

Jeżeli ktoś przebrnął przez moje wpisy ocierające się być może czasami o grafomanię :) to szacun. Każde słowo wsparcia w komentarzu daje mi wiele radości - takie zwykłe dobre słowo to coś co bardzo cenię. Dziękuję
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

14.12 nd ŁUBIANKA GP CROSS

Edycja grudniowa odbywa się w Zamku Bierzgłowskim. Składa się z dwóch pętli (przy czym po pierwszym kółku nie wbiegamy na dziedziniec - start/meta). Całość to ok. 8.8km. W ramach przygotowań i regeneracji po maratońskiej nawadniałem się piwem. Np. w czwartek oglądając 4 polskie drużyny w Lidze Konferencji za każdą z nich wypiłem po jednym. Miałem nadzieję, że trening zaprocentuje :)

A tak na serio chciałem znowu poczuć klimat lokalnych zawodów. Wpisowe to jedynie 25zł. Na wyjazd umówiłem się z kolegą, który przybiega zazwyczaj jako jeden z ostatnich, ale cieszę się że walczy z nadwagą poprzez sport. Do biura zawodów ulokowanego na dziedzińcu (chyba tak trzeba to nazwać?) zamku krzyżackiego dotarliśmy około 10.30 a start wyznaczono na godzinę 11.00

Zapisanych było 101 osób - a wiadomo jak to na lokalnych zawodach, zna się połowę z nich więc było sporo przywitań, gratulacji, wspomnień z Walencji.
Rozgrzewka była mocno pozorowana. Może zrobiłem 1km, parę ćwiczeń rozciągających i już trzeba było stanąć na starcie.
Trasa to w 100% Cross - 0 asfaltu. Nie było lokalnego najlepszego biegacza. Z groźnych konkurentów - Damian, który w maju uzyskał 16.39 na 5km plus może z 3 zawodników z poziomu 18-18.20 na 5km. Postanowiłem że zacznę spokojnie i zobaczę co będzie się działo. W tygodniu usunąłem 2.5 paznokcia więc je zakleiłem plastrami i stwierdziłem, że zobaczę jak mi się będzie biegło po maratonie a następnie zdecyduję co robić.

Wybiegliśmy spokojnie z dziedzińca zamku i ruszyliśmy w lewo, lekko pod górę polną drogą, która przez blisko 800m była osłonięta drzewami. Zgodnie z przewidywaniami pierwszy biegł Damian. Następnie Paweł, który zawsze za szybko zaczyna, dalej była 20-30m przerwa i ja biegłem tuż za 3 zawodnikiem. O dziwo za moimi plecami nie było słychać za bardzo nikogo. Wiedziałem, że po 1.5km jest skręt w lewo i naprawdę kawałek dalej "jebitny zbieg". Od 800m do tego zakrętu nie mieliśmy żadnej osłony przed wiatrem więc chwilę się ociągałem z atakiem na 3 miejsce wykorzystując plecy kolegi. No ale gdy km strzelił w 3.47,5 a chwilowe spadło na 3.55 to musiałem ruszyć i gonić czołową dwójkę. Po skręcie w lewo jeszcze może przez 200m czuć wiatr a potem już... z górki na pazurki. Na szczęście nie było dużo błota i udało się zbiec naprawdę szybko. Minąłem nawet drugiego zawodnika i zbliżyłem się do Damiana. Tam na dole przy lesie droga jest bardzo zapiaszczona. Dosłownie jakby człowiek biegł po plaży - na szczęście może raptem przez 100m. Drugi kilometr wpadł w 3.34,5. A dalej cóż płaski cross, nawet przez powalone po niedawnych śnieżycach drzewo, trochę taką jakby łąką choć cały czas płasko, Dalej w lewo do szutrowej utwardzonej drogi prowadzącej do osiedla nowo bogackich ( a trzeba przyznać że działki tam naprawdę kosztują dużo). Biegłem równo z liderem i zbliżaliśmy się do morderczego podbiegu. Oj Ci cholerni Krzyżacy wiedzieli, gdzie zbudować zamek. Właściwie na przestrzeni wielu kilometrów kawałek od Wisły (czy to 3km jak w Toruniu czy podobnie w Unisławiu, Starogrodzie, Chełmnie) znajduje się parudziesięciometrowe wyniesienie terenu. Tutaj na przestrzeni 400m mieliśmy do pokonania mniej więcej 35m przewyższenia. No dla mnie kawał góry. Nadal upieram się że najsłabszy jestem na podbiegach, ale mój towarzysz niedoli tuż przed górką miał bardzo podwyższone tętno - a ja nie. Wbiegałem więc tempem może 4.30/km na kadencji 200 tup, tup, krok za krokiem do góry. Okazało się, że się wyraźnie odrywam od kolegi.

Ruszyłem zatem jako lider na drugie okrążenie. Biegłem swoje, bez jakiegoś przyspieszania. Wysiłek i tak był duży, a mięśnie obolałe. Mówię byle tylko przetrwać ten wiatr na wniesieniu, dalej bezpiecznie zbiec i będzie dobrze. Siódmy kilometr rozpoczynał się od zbiegu - gdzieś na tej łące już na płaskim zerknąłem...3.26,5! Wow

Dalej biegłem już bliżej 3.40/km na dużym zmęczeniu. Przez lewe ramię po skręcie zerknąłem, gdzie jest kolega. Na oko miał już minutę straty. Z każdy metrem zbliżałem się do mety, tylko jeszcze ten cholerny krzyżacki podbieg!

OPEN - 1/101
8.82km-32.38
t.3.42/km
97 metrów przewyższenia.


A na mecie: domowa pomidorówka, dwa rodzaje ciasta (przepyszny sernik), kawa, herbata, woda, napoje do picia. I to wszystko za 25zł.

Był to 3 bieg spośród 9 w całym cyklu. Aby zostać sklasyfikowanym, należy ukończyć 6.

Po tych dniach rozpusty, objadania i picia, stanąłem na wadze - 68.9kg przy 184cm. Naprawdę muszę dużo "żreć" żeby waga nie spadała. Niedługo wyjazd na Mazury a potem powrót na święta do Torunia. Pewnie wytrzymam 2-3 tygodnie bez biegania, kto wie:)
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
Morderca_z_głębi_lasu
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 807
Rejestracja: 02 lis 2016, 14:48
Życiówka na 10k: 34:31
Życiówka w maratonie: 2:47:32
Lokalizacja: Nienack

Nieprzeczytany post

W 2025 roku przebiegłem niewiele ponad 2100km wliczając w to sędziowane mecze. Znowu skandalicznie mało.
Na głównych dystansach startowałem po 1 razie:
5k-16.43
10k - 34.31
HM- 1.18.32
M- 2.49.23

Znowu nie było słabych biegów - to na pewno cieszy.

Miałem takie postanowienie, aby biegać więcej, w sumie nadal je mam, przy czym rok rozpocząłem od kontuzji.

W czasie świąteczno-noworocznej rozpusty przytyłem 5kg. No ale trzeba było trochę pożyć "normalnie".
Plan na styczeń zakładał wybieganie 300km. Z tego nici - mam 161 a jutro Top Cross.

4 stycznia byłem umówiony z kilkunastoosobową grupą na wybieganie. Obiecałem że przyjdę, w końcu tyle razy do mnie pisali. Specjalnie wstałem w niedzielę wcześniej a za oknem śnieżyca. Widok wyjątkowo rzadki w Toruniu - bo tu pada sporadycznie.
Do umówionego miejsca miałem ponad 3km. Nie było lekko, ale zdążyłem. Na miejscu zapytałem o trasę biegu. Akurat wiało i sypało z północnego-zachodu więc zaproponowałem, aby biec w kierunku pn-zach, gdzie po 1.5km dotarlibyśmy do lasu (dającego osłonę) koło Barbarki i dalej w kierunku Motoareny, tak aby w drugiej części mieć wiatr w plecy. No ale zarządzono inaczej. Jako że nie chciałem być apodyktyczny i niemiły, tylko pokręciłem nosem i ruszyliśmy w kierunku odwrotnym. Najpierw lasem a powrót z wmordewindem. Niestety przebijaliśmy się przez zaspy. Potem wracając z Łysomic do Torunia biegliśmy pasem przeciwpożarowym. Jakieś 30cm nawianego śniegu a pod spotem przeorana ziemia. Zacząłem czuć ból z tyłu za kolanem - a do domu na oko to jeszcze z 7km...pod wiatr.
Razem wyszło 21.58km. Nazajutrz nie chodziłem, kuśtykałem.

W perspektywie były 4 z 9 zawody cyklu Łubianka GP Cross w niedzielę 11 stycznia. Postanowiłem, że odpocznę i w weekend zdecyduję czy pobiec, a bardzo mi zależy na ukończeniu tej rywalizacji. Należy pamiętać że też pracuję na dobry wynik drużyny Biegowi Przyjaciele i nie mogłem ich zawieść.

11.01 nd
ŁUBIANKA GP CROSS - edycja 4/9 ZAMEK BIERZGŁOWSKI

Tego dnia bardzo wiało z północy. Przenikliwy, mroźny wiatr a trzeba było jakoś sobie poradzić. Wymyśliłem sobie, że założę nakładki (takie z Decathlonu co zabieramy do chodzenia po prostych szlakach w górach). Wybrałem się na rozgrzewkę ze znajomymi, ale po klikuset metrach zawróciłem. Nie chciałem szarpać się z wiatrem. Do tego, kompletny brak formy. Jadłem i piłem i nie była to tylko coca cola. Przytyłem 5kg. Oczywiście w głowie miałem swój plan na bieg. Zwycięstwo było zarezerwowane dla Miłosza Tomaszewskiego "Muchy". Pisałem o nim wiele razy. Bieganie jest dla niego terapią na zło tego świata. Jest niesamowity. 1.07 w półmaratonie na trudnej trasie to nie jest jego szczyt możliwości. Chłopak w ramach rozgrzewki przybiegł kilkanaście km Zamku Bierzgłowskiego. Zdeklasował nas i wrócił biegiem do domu. Na szczęście biega w naszej drużynie - tzn wystartował 1 raz - no ale wynik do klasyfikacji drużynowej wszedł. Indywidualnie aby zostać sklasyfikowanym trzeba 6 razy przekroczyć linię mety. Jego nie było podczas 3 pierwszych edycji.

A co do mnie...hmm - miałem zacząć wolno i w miarę możliwości przesuwać się do przodu.

3-2-1- START
O matko czemu oni biegną tak szybko? Byłem gdzieś na 10-12 pozycji. Przede mną patrzę jakiś no trochę taki grubasek. O jeżu ale się zapuściłem. Ale spokojnie to dopiero początek. Po kilkuset metrach nie mieliśmy osłony lasu i dostaliśmy centralnie w twarz wiatrem. Tzn ja sprytnie biegłem za kimś, nawet przesuwając się lekko do przodu. Nakładki trzymały dobrze. Ci którzy ich nie mieli, niestety ślizgali się. "Muchy" to już prawie nie było widać. Potem biegł samotnie Bartek, Damian , dalej dwójka niezłych biegaczy (jeden z nich 18.14 na 5km, okazało się że też kolega namówił go do naszego teamu). Potem paru zawodników z poziomu 19-20/5km i ja.
Pierwszy kilometr: 4.17 :)
Przetrzymałem odcinek pod wiatr. Czasami biegłem za, czasami obok, ale po prostu chciałem to przetrwać.
Zbliżał się skręt w lewo w stronę lasu, gdzie był bardzo intensywny zbieg. Kawałek przed zakrętem oderwałem się od swojej grupy i ruszyłem do przodu. Gdzieś na początku zbiegu strzelił drugi km w 3.59. Widziałem, że kilku kolegów ma problem z utrzymaniem równowagi, ja natomiast zbiegłem na pełnej [...] wskakując na 5 pozycję. Przy dobrych wiatrach zakładałem, że uda się ograć nieznajomego a do Damiana (biegającego 16.39/5km) mogę już stracić. W klasyfikacji generalnej liczy się suma miejsc więc to czy przegram o minutę czy sekundę nie ma znaczenia.

3km w 3.46 - był to efekt tego zbiegu. Cały 4 kilometr po lodzie przykrytym odrobiną śniegu zrobiłem w 3.54 - ale tam wiało w plecy.
Biegnąc w trójkę, zbliżaliśmy się do tego wielkiego podbiegu. Tam na blisko 500m zegarek wyliczył 36 metrów przewyższenia zarówno na pierwszym jak i drugim okrążeniu więc te dane są wiarygodne. Absolutnie nie zamierzałem forsować tempa. Nieznajomy kolega wyprzedził mnie, a następnie Damiana na podbiegu i oddalił się na kilka metrów. 5km zamknąłem w 4.28 - ponad pół minuty wolniej niż miesiąc wcześniej. Ten bezsensowny atak pod koniec pierwszego okrążenia kosztował go jednak bardzo dużo i mimo, że biegliśmy wolno (tempo chwilowe nawet 4.40), to minęliśmy go bez problemu kawałek dalej. Teraz do pokonania był 6km (4.21) na przetrwanie pod wiatr a dalej należało pokazać cojones i dotrwać jakoś do mety walcząc ramię w ramię z bardzo dobrym zawodnikiem. Bezdyskusyjnie - nie umordowałem się tak podczas maratonu. Wyjątkowo rzadko doprowadzam się do takiego stanu (np Top Cross w styczniu 2025 gdzie finisz znajduje się po 170m podbiegu).

Nie ukrywam, liczyłem że na zbiegu kolega trochę odpuści, ale nic z tego - obaj biegliśmy na granicy upadku. 7km w 3.44,5 po śniegu i lodzie to dobry wynik. 8km w 3.50,5 - obejmował odrobinę biegu przez łąkę i dalej z wiatrem po lodzie. I tutaj nakładki pomogły - mozolnie, z każdym krokiem oddalałem się o kilka cm. Chwilę wcześniej spojrzałem, gdzie jest Bartek - miał spokojnie z 200m przewagi. Ok zatem powstrzymując odruch wymiotny, ścisk żołądka trzeba było pokazać że nie słabnę i liczyć że kolega za plecami pogodzi się z 4 miejscem. Został jeszcze ten cholerny krzyżacki podbieg. Miałem wrażenie że się zaraz zatrzymam. Krok po kroku zbliżałem się do szczytu wzniesienia. Obejrzałem się przez ramię i wiedziałem, że nie oddam 3 pozycji. Miałem już wystarczającą przewagę. O dziwo do Bartka zbliżyłem się może na 20-30 metrów, ale on już skręcał w prawo na dziedziniec. 10s później zrobiłem to samo - przy czym pozwoliłem sobie na kilkanaście kroków marszu, po czym spokojnie dobiegłem do mety.

Zawody 8.8km z czasem 35.52 (tempo 4.04/km) ukończyłem na 3 pozycji. Z całą pewnością prowadząc się sportowo byłbym oczko wyżej. Nie żałuję jednak. W końcu spędziłem czas z rodziną. Odwiedziłem 3 seniorów rodziny (razem kończyli w grudniu 283 lata!)

Dzień po zawodach poczułem bardzo silny ból w prawej stopie. Tak jakby bolało to główne ścięgno, które widać przy zadzieraniu stopy do góry (tak wiem nie ścięgno, ale przyczep chyba boli :) Pewnie to efekt tych podbiegów i nakładki. No nic znowu było 5 dni wolnego - potem 3 dni biegania - potem ból z tyłu kolana (taki przeciążeniowy). Znowu przerwa. Obecnie jestem po 3 dniach truchtania 11-13km i odpukać jest w miarę dobrze.

Jutro Top Cross Torunia na dystansie 6666m w temperaturze -15 stopni przy odczuwalnej -20 :) A po zawodach uroczystość podsumowująca cykl z 2025 roku, który wygrałem.

Cały czas coś się dzieje, a motywacja do treningów tylko większa.
Choć dla mnie trochę za zimno. Trochę - o jakieś 40 stopni :)
5k-16.38 (Toruń 12.05.24) 10k-34.31 (Poznań 16.03.25) HM-1.18.32(Łódź 6.4.25) M-2.47.32(Łódź 2023)
Blog: [url]viewtopic.php?f=27&t=56594[/url]
Komentarze: [url]viewtopic.php?f=28&t=56591&start=0[/url]
New Balance but biegowy
ODPOWIEDZ