Sprawdzian zaliczony
Zbieg okoliczności
Raczej nie zapisałbym się na ten półmaraton ani na żaden inny bieg przed docelowym październikowym maratonem, chyba żeby coś, a w szczególności jakaś dycha, odbywało się gdzieś tuż pod nosem. Tak się jednak składa, że mój pracodawca od czasu do czasu funduje chętnym start w większych imprezach sportowych w okolicy. Tym razem to nie była ściśle rzecz biorąc moja okolica, ale największa impreza w mieście w którym mieści się główna siedziba mojej firmy - Lille. Mówiąc - największa impreza w mieście - nie mam na myśli samego półmaratonu, tylko wydarzenie kulturalno-społeczne, przy okazji którego bieg się odbywa - Braderie de Lille czyli podobno największy doroczny jarmark w Europie, w ciągu weekendu przez miasto przewija się 2-3 miliony odwiedzających (samo Lille ma około 1.1mln wmieszkańców) i zjadają tony muli i frytek. Co do muli, owszem można je zjeść wszedzie, w szczególności tu w Belgii są one już częścią, żeby nie powiedzieć fundamentem lokalnej kultury, ale to co się dzieje w Lille w ten jeden weekend w roku to coś naprawdę wyjątkowego - wpiszcie w Google "Braderie de Lille" i przejdźcie do wyników wyszukiwania w zdjęciach - jeden obrazek mówi czasem za tysiąc słów.
Plan czyli strategia
Kiedy przyszedł mail od koleżanki od eventów z pytaniem czy nie chciałbym pobiec, chwilę się wahałem bo to jednak daleko i w ogóle, ale w końcu przeważyła mysl, że muszę skądś wiedzieć co mam właściwie biec w październiku. Z pierwszym maratonem było prościej - zadanie na zaliczenie - przebiec, zadanie na szóstkę przebiec poniżej 4 godzin. Za drugim razem trzeba pobiec na miarę swoich możliwości, ale jakie one są?
Oczywiście, ze trochę ściemniam bo przecież mam swoje założenia i swoje tempa treningowe. Chodziło razej o odpowiedź na pytanie, czy te założenia są realne.
To miał być mój drugi w życiu start na dystansie półmaratonu, więc chciałem pobić swoją życiówkę z debiutu czyli 1:41:38 - najlepiej o sto sekund, schodząc z wynikiem poniżej stu minut.
Czas 1:39:59 na połówce to tempo nieco poniżej 4:45. Mój chytry plan był taki - podzielę sobie dystans na trzy części - dwie dychy i finisz. Pierwszą dychę postanowiłem pobiec po 4:44, a drugą jak dam radę to przyspieszyć, a jak nie to wytrzymać tempo z pierwszej. Na finisz nic nie planowałem - uznałem, że jak dowiozę planowy czas do dwudziestego kilometra to na ostatnim włączy się euforia i wynik będzie bezpieczny, a jak nie dowiozę to już i tak nic się nie da zrobić. W Garminie wklepałem sobie taki "workout"z alertami tempa:
1. 10 km bieg 4:40-4:44min/km
2. 10 km bieg 4:34-4:44min/km
3. do naciśnięcia przycisku
Na pierwszym odcinku zostawiłem sobie margines, ale nie za duży i wydaje mi się, że trafiłem idealnie. Drugi odcinek zamieżałem pobiec nie wolniej niż pierwszy, za plan maksimum uznałem przebiegnięcie drugiej dychy o minutę szybciej niż pierwszej, dlatego dolną granicę poluzowałem dokładnie o 6 sekund na kilomentr, czyli właśnie o minutę na całości. Wiedziałem, że mając 10km w nogach będę już biegł rozsądniej i bez kozakowania, więc ta dolna granica była raczej pro-forma.
Logistyka
Równie istotna co strategia na sam bieg była logistyczna strona owego przedsięwzięcia. Ode mnie z domu do Lille jest 130km, czyli jakaś godzina i dwadzieścia minut drogi, niestety w dniu jarmarku miasto jest kompletnie zamknięte ulice przeradzają się w stragany i knajpy - o wjeździe samochodem nie ma mowy. Bieg zaczyna się o 8:30 - wydawanie pakietów o 7:30. Poranny Eurostar jest pomyślany pod kątem mieszkańców Lille pracujących w Brukseli, ale nie odwrotnie - zero szans na dojazd koleją tak rano. Na szczęście w pracy mam kolegę, urodzonego Lillczyka (wymysliłem to słowo), który poradził mi, żeby pojechać samochodem do Villeneuve d'Asq (przedmieścia Lille), zaparkować na parkingu centrum handlowego i stamtąd wziąść metro do centrum. Słaba strona tego planu, a właściwie każdego planu w tej sytuacji była taka, że z domu musiałem wyjść koło 5:30, a wstać jeszcze wcześniej. Tak też zrobiłem. Na śniadanie nagotowałem sobie owsianki, wrzuciłem do niej banana, miodu i suszonych owoców i do tego mocną kawę. Domownicy odmówili śniadania, ale dzielnie wstali i zapakowaliśmy się do samochodu.
Plan z centrum hadlowym sprawdził się w 110%, tzn. kiedy dojechaliśmy przed 7.00, wjazd na parking był jeszcze zamknięty i musieliśmy znaleźć miejsce na zewnątrz, ale przy wyjeżdżaniu okazało się to błogosławieństwem. Krótka walka z automatem do biletow w metrze to już stały punkt programu w każdym mieście gdzie korzystam z transportu publicznego po raz pierwszy lub okazjonalnie, ale nie było aż tak źle.
Gotowi...
Ponieważ startowałem "w barwach" firmy to pakiet startowy odbierałem w siedzibie (a ściślej na parkingu) tejże. To niewielka różnca w stosunku do tego gdzie pakiety odbierali uczestnicy bo firma mieści się tuż przy miejscu z którego startował bieg. Pakiet był ciekawy - tylko Francuzi mogli na taki wpaść - np. dobrze, że nie przyszło mi do głowy pociągnąć łyka bursztynowego płynu z plastikowej butelki, która wchodziła w skład owego pakietu bo dopiero uważna lektura etykiety ujawniała, że był to... ocet. Koszulka techniczna od firmy była w pakiecie oprócz, a nie jak zazwyczaj - zamiast koszulki oficjalnej, co było miłe. Po przebraniu się, zdjęcie pamiątkowe z tabunem ludzi, których widzę pierwszy raz na oczy i na start. W międzyczasie zrobiła się 8:15, więc czas był najwyższy. Dobre trzy/ cztery minuty truchtałem wzdłuż ustawionego już za linią startu tłumu zanim dotarłem do miejsca gdzie ów tłum rzedł na tyle, że można było próbowac się w niego wbijać. Pomyslałem, że to nawet dobrze, bo się trochę tym truchtem rozgrzałem, a ludzie wokoło pozwalali mi tego ciepła nie tracić. Warunki pogodowe na starcie były idealne do biegania, ale ciut zbyt chłodne do stania w miejscu (12C).

...Start
Start odbywał się co prawda w falach, ale tylko w trzech: elita, ludzie z papierami na <1:30, reszta pospólstwa. Ja na dodatek, ustawiłem się bardzo daleko od czoła tej ostatniej. Punkt 8:30 przez tłum przeszedł pisk, oklaski i inne objawy radości z czego wywnioskowałem, że Kenijczycy już nie muszą stać. Ja na swój "start" musiałem czekać jeszcze ze dwie minuty. Cudzysłów bierze się stąd, że przez linię startu przeszedłem, a nie przebiegłem. Dobrze, że ją w ogóle zauważyłem i wystartowałem Garmina. Po kilkunastu metrach zacząłem nieśmiało truchtać, a potem coś jakby biec, ale prawie niemożliwe było kulturalne wyprzedzanie więc Garmin szarpał mnie za nadgarstek i wielkimi cyframi krzyczał 5:35, 5:26 i takie tam. Na pierwszym znaczniku, średnie tempo było 5:16, zacząłem łapac doła. Pomału żegnałem się z myślą o jakimkolwiek wyniku. Tłumek rzedł, tempo rosło, ale miałem wrażenie, że zbyt wolno, że nie da się odrobić - krótko mówiąc zacząłem panikować. Wiara wróciła na trzecim znaczniku, średnie tempo jeszcze było trochę za wolne, ale już coraz bliżej, zegarek pokazał równo 3.00km, kiedy mijałem znak czyli nie było żadnego rozjazdu GPS'a z oficjalnym pomiarem trasy co upewniło mnie, że mogę polegac na pomiarach. Oby tylko te pomiary zaczęły się mieścić w zadanym zakresie...
I wreszczie jakieś 250m za trzecim znacznikiem upragniony komunikat "In the Zone", ufff.. Nie chciałbym uchodzić za takiego, któremu im lepiej tym gorzej, ale wtedy przez chwilę zaświtała mi myśl, że skoro zacząłem jak żółw ociężale, a teraz średnie tempo odcinka jest już w zakresie to znaczy, że biegnę za szybko i że się zmęczę i w ogóle bedzie ZŁO.
Na wyświetlaczu Garmina miałem tylko trzy pola - czas, odległość i średnie tempo lapa, więc nie wiedziałem jak to wygląda w szczegółach, ale okazuje się, że rzeczywiście do połowy czwartego kilometra przyspieszałem dość znacznie, w sumie pierwsze cztery wyszły tak - 5:16, 4:50, 4:28, 4:17. Trochę zwolniłem, ale średnie tempo ciągle rosło, żeby w połowie szóstego kilometra zacząć zachaczać o dolny alert. Zwolniłem bardziej, biegło się lekko, ale za każdym razem kiedy pokazał się alert na 4:40 posłusznie zwalniałem przywracając wskazanie na 4:41. I takie tempo z czasem 46:52 przywiozłem na pierwszą dychę. Łyknąłem żel, popiłem wodą, przybiłem piątki z moimi kibicami i uwierzyłem, że wytrzymam. Postanowiłem zdjąć te 6 sekund z tempa z zastrzeżeniem, że w razie kryzysu wracam do 4:41 albo nawet 4:44 - tak czy siak mam już swój zapas wypracowany. Tym razem nie było już jednego ryzyka - tego że poniesie mnie fantazja i że przyspieszę o więcej niż te 6 sekund. Ustalenie tempa na 4:35 kosztowało mnie sporo pracy i musiałem uważać, żeby nie spadało, a nie jak w pierwszym odcinku, żeby nie rosło.
Słonko zaczynało coraz mocniej operować, więc piłem więcej niż potrzebowałem. Jestem przekonany, że słabe nawadnianie było odpowiedzialne za męki które przeżywałem w koncówce swojego pierwszego maratonu, dlatego wolę dmuchać na zimne. Wodę miałem w Camelbaku, ani razu nie korzystałem z punktów na trasie. Na 13-tym znaczniku zauważyłem, że dystans z Garmina odstaje o 90m na moją niekorzyść, to znaczy mam do przebiegnięcia 90m więcej niż twierdzi zegarek. Na szczęście miałem tyle zapasu, że nie musiałem się tym przejmować.
Między bieganiem na treningach, a tym na zawodach jest kilka oczywistych różnic, ale co ciekawe nie zawsze jestem pewien które z nich mają podłoże bardziej fizjologiczne, a które bardziej psychiczne. Np. nawet jeżeli na treningu jest ciężko to kiedy już wiem że zbliża się koniec przeważnie dostaję drugi wiatr w żagle i czuję, że mógłbym jeszcze trochę. Na zawodach natomiast zawsze te ostatnie kilometry to mordęga. Teraz nie było inaczej - zaczęło się przed 19-tym kilometrem, zaczęły mnie nachodzić myśli, że już nie mam siły. I tu właśnie przydaje się trening progowy albo TM, w tym sensie, że dzięki tym jednostkom wiemy jaki mamy zapas od pierwszej myśli "mam dość" do faktycznej kapitulacji. Postanowiłem łynąć drugi żel. Zasadniczo na 2km przed metą działanie żelu pewnie jest już żadne, ale znowu - efekt psychologiczny - pojadłem, popiłem, no to w drogę. I tak lekko słabnąc, zaliczyłem drugą dyszkę (wg. Garmina) w czasie 45:59 i ze średnim tempem 4:36min/km. Mimo, że to prosta matematyka nie wiedziałem ile wynosi mój całkowity czas - jakoś głowa nie chciała dodawać, a ja postanowiłem nie sprawdzać tylko biec i utrzymać tempo, tempo ktore trochę osłabło, ale wciąż było lepsze od założeń. Zabawne, że gdzieś na początku drugiej dyszki w napływie endorfin chodziło mi po głowie, że skoro mi tak nieźle idzie to może zrobię jakiś SFF (super fast finish). Kiedy przyszło do ostatniego kilometra już mi głupoty nie chodziły po głowie. Zaczęły się za to odzywać mniej lub bardziej wyimaginowane dolegliwości, zaczęło mnie kłuc w nerce, pasek pulsometru zaczął uwierać i w ogóle... aż tu wreszcie na horyzoncie zaczyna majaczyć linia mety, nad nią zegar z czaem brutto - 1:40:00, wiedziałem że różnica między moim czasem brutto, a czasem netto będzie liczona w minutach, więc - taaaak, jest! Na macie końcowej stopuje Garmina - 1:37:58, odwracam się - na dużym zegarze 1:40:12, za parę minut przyjdzie SMS z czasem oficjalnym 1:37:59 - uwielbiam tą sekundową końcówkę.
I to by było na tyle.
Za ogrodzeniem moja dzielna drużyna kibiców. To już po 11:00, a oni na nogach od piątej rano, na czczo bo rano nie mieli ochoty jeść, a teraz byli zajęci wypatrywaniem mnie na trasie. Wyjście ze strefy finiszowej zajęło mi dobre 5 minut - trudno powiedzieć po co była taka długa. Co ciekawe ekipa wręczająca medale nie rzucała się zbytnio w oczy, stała tuż przy wyjściu i trzeba ją było wypatrzeć bo można było wyjść bez trofeum. Medal jest z całą pewnością najmniejszy w mojej niewielkiej kolekcji i pierwszy do którego w komplecie nie było wstążki, ale i tak jest dość ładny.
A mule... zjem w domu
Trochę się nastawiałem na te słynne mule, które mają być lajtmotywem całego tego święta, ale zostałem przegłosowany i posiłek spożyliśmy w złotych łukach

Wziąłem McWrapa z kozim serem i frytki, które normalnie w mac'u zastępuję sałat(k)ą, ale jak szaleć to szaleć to szaleć
