Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Jak wygląda trening amerykańskich Rangersów, jak się biegało w trakcie wojny w byłej Jugosławii, ile razy podciąga się na drążku, jakie są jego najbliższe biegowe plany startowe - o tym i o innych sprawach opowiada nam Gen. Roman Polko, który w ten weekend startuje w Biegu Katorżnika.

polko_5241.jpg

Adam Klein: Czy mógłbyś powiedzieć parę słów o swojej karierze wojskowej?

Gen. Roman Polko: W 1985 roku skończyłem Wyższą Szkołę Oficerską we Wrocławiu (popularny Zmech). Pierwszą przydział służbowy otrzymałem w Jednostce Specjalnej w Dziwnowie, z którą przeniosłem się do Lublińca. 20 miesięcy spędziłem na misji UNPROFOR w Krajinie. Po studiach w Akademii Obrony Narodowej trafiłem do 6. Brygady Desantowo-Szturmowej. Z 18. Batalionem Desantowo-Szturmowym wyjechałem na misję do Kosowa gdzie dowodziłem kontyngentem liczącym blisko tysiąc żołnierzy, czyli więcej niż wynosi obecnie polski udział w misji w Iraku. Z Kosowa trafiłem do GROM-u, z którym pojechałem do Iraku oraz – jako dowódca jednostki – nadzorowałem realizację zadań m.in. w Kosowie i Afganistanie. To były najlepsze lata mojej służby wojskowej. Z GROM-u przeszedłem do wojskowo-cywilnej administracji – zostałem Zastępcą Szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Poza tym okresem całe moje życie wiązało się z Jednostkami Specjalnymi.

Jak to się stało?


Kwestia wyboru – jeszcze w szkole oficerskiej. Mogłem wybrać np. kierunek polityczny albo dać się zwerbować do Służb Informacyjnych. Ale była też Kompania Rozpoznawcza, a w niej pluton o profilu Działania Specjalne. I to było to, co od początku mnie fascynowało. Jak wielu, chciałem być komandosem i nosić czerwony beret.

Żeby dostać się do takiej jednostki, to trzeba się było wykazać jakąś sprawnością fizyczną tak? Bo nie każdy się przecież nadaje?

Oczywiście. Już w Zmechu WF był jednym z najważniejszych przedmiotów i jego niezaliczenie wiązało się z wyrzuceniem ze szkoły. Moją domeną była gimnastyka przyrządowa. Byłem dobry na drążku, na poręczach. Startowałem nawet zawodach. Reprezentowałem też szkolę w biegach i marszach na orientację. Jeździłem na Marsze Studenckie w Beskidy. W Ośrodek Sprawności Fizycznej w Szkole Oficerskiej startowałem w biegu zespołowym.

Zmech rozwijał w wielu sportowych dziedzinach. Obowiązkowa była jazda konna, szkolenie spadochronowe, nauka jazdy na nartach. Rozwijaliśmy się równomiernie we wszystkich dziedzinach. Codziennie rano - jak w każdej jednostce wojskowej - mieliśmy zaprawę. A w jej ramach obowiązkowe 3km biegu w całkiem niezłym tempie. Poza tym marsze, różne ćwiczenia kondycyjne…

W jednostkach specjalnych sprawność fizyczna była podstawą działania. Na porządku dziennym były marsze na 20, 50 a nawet i 100km, z pełnym obciążeniem, z plecakiem z oporządzeniem. Do tego dochodziła walka wręcz, kursy nurkowania, żeglarskie, kurs instruktora narciarstwa, wspinaczka, no i skoki ze spadochronem.

To moja prawdziwa pasja. Powiem nieskromnie - osiągnąłem wszystko, co można, jeżeli chodzi o poziom kwalifikacji. Doszedłem do instruktora klasy mistrzowskiej. Uczyłem się od najlepszych: skakałem z mistrzami Polski i światową elitą spadochronowa specjalizująca się w tzw. „BASE jumping”.

polko_irak1.jpg

Operacja w Iraku. Z odsłoniętą twarzą - Roman Polko. (ze zbiorów GROM)


Ale wracam do tych treningów kondycyjnych, było to jakoś zaplanowane?

W 1987 roku przygotowywałem żołnierzy do wieloboju w działaniach specjalnych. Konkurencje były bardzo fajne: pływanie na 100m w umundurowaniu i na 50m bez munduru, strzelanie na celność, bieg na 3000m z całym oporządzeniem, strzelanie sytuacyjne i tzw. tor francuski, bo wzorowany na torze przeszkód francuskich komandosów.
Prawda jest taka, że kondycję utrzymywałem dzięki temu, że nie stałem z boku instruując żołnierzy „zrób to czy tamto”, ale razem z nimi wykonywałem zadania, np. czołgałem się w błocie.

Ale przemyślany sposób utrzymywania kondycji poznałem dopiero na kursie Rangers w Stanach Zjednoczonych. Jest on zasadniczo przeznaczony dla Amerykanów, ale dopuszczani są obcokrajowcy. I ja tam trafiłem – na zasadzie oddelegowania.

W którym roku byłeś na tym kursie Rangers?

Dosyć późno, bo choć jest to kurs dla dwudziestoparolatków, ja go kończyłem w 1997 roku, czyli w wieku 35 lat. Opiera się on na doprowadzeniu organizmu do działania w ekstremalnych warunkach. Już przed kursem ograniczano sen do dwóch, trzech godzin na dobę, posiłek – do jednego razu, za to rozgrzewka, która polegała na wymęczaniu, trwała dwie godziny. W jej ramach np. trzeba było w ciągu dwóch minut zrobić 52 pompki i płynnie przejść do 62 skrętoskłonów, też w ciągu 2min. Następnie był bieg na 5 i 3mile, to jest 8 i 5km. Bieg polegał na poruszaniu się w szyku zwartym i śpiewie. Kolega nie mógł „uciec” na odległość większą niż wyciągnięta dłoń. Inaczej od razu trafiało się na koniec. Za nieśpiewanie – tak samo. W dodatku instruktorzy, którzy biegli z boku i nadawali tempo, pod górkę przyśpieszali, a z górki - zwalniali, by było trudniej.

Co pomagało przetrwać? Motywacja, by nie wracać do Polski z podkulonym ogonem, bo wstyd, była ważna, ale przede wszystkim pomagali koledzy. Myśmy się nawzajem nakręcali. Kurs uczy odporności fizycznej, ale też psychicznej. Podczas 20 milowego marszu w górach, z pełnym obciążeniem, gdy zbiegaliśmy na zejściach, but mi się ślizgał i miałem na stopach pęcherze z krwią. Poszedłem do lekarza, bo myślałem, że tak jak u nas zostanę zwolniony z działań na jakiś czas, dostanę „trampki”, jak to nazywaliśmy (nosiło się je zamiast wojskowego obuwia), a tam mi tylko strzykawką wyciągnęli krew, nakleili sztuczną skórę, buty na nogi i z powrotem. A jak nie, to rezygnujesz z kursu albo jesteś wydalony dyscyplinarnie. Bo „brakuje ci motywacji”. A odpaść z tego powodu to był największy dyshonor.

Kiedy pracowałeś w Kosowie czy w Jugosławii to byłeś narażony na realne niebezpieczeństwo?

Na samym początku miałem dość niebezpieczny posterunek w Bogovoli. Widziałem, jak ginęli po obu – serbskiej i bośniackiej – stronach. Na Wzgórzach Żgela Bośniacy zbudowali procę z drzewa i dętki od samochodu i wystrzeliwali granaty na Serbów. Często też ich ostrzeliwali. Zdarzało się tak, że moździerzyści (oni już tak mają chyba we krwi) przez pomyłkę ostrzelali moją pozycję. Tylu ofiar i takiej eskalacji przemocy nie widziałem nigdzie indziej nigdy potem – ani w Iraku, ani w Afganistanie. To była naprawdę niebezpieczna misja. A my – pod niebieską flagą ONZ – nie mieliśmy nawet 10% możliwości bojowych jak Ci ludzie, których mieliśmy kontrolować. Widać to było choćby po sprzęcie: oni mieli czołgi, moździerze, a my – karabinki AK-47.

polko_hus.jpg

Irak. Jeden z pałaców Saddama Hussajna.


Powstało trochę filmów o wojnie w Jugosławii, nie wiem czy widziałeś „Ziemię Niczyją”, (No Man’s Land), czy to przypominało trochę tamte czasy?

Rzeczywiście, było tak jak w tym filmie; tragikomedia. Opowiem historię. Szef lokalnej placówki serbskiej chciał urządzić sobie posiłek, ale jego mama nie pozwoliła mu zabić barana. On jednak nocą go zabił, a jej powiedział, że to Bośniacy. A ona – niewiele się namyślając - wzięła granaty i poszła na Bośniaków. Musiał biec za nią z karabinem, żeby głupot nie narobiła. Użycie broni było na porządku dziennym: jak szli łowić ryby, to wrzucali granaty do rzeki.

Były też rzeczy po prostu straszne. Np. starsza kobieta zdesperowana tym, co się dzieje, popełnia samobójstwo, wysadzając się granatem. Jednego razu Serbowie, ostrzeliwani ze wzgórz Żgela, poprosili mnie o pomoc bo mieli rannego. Podjechałem w czasie ostrzału, niebieska flaga wysoko, licząc na to że mnie nie zastrzelą. Ludzi zostawiłem, bo miałem nie do końca przeszkolonych. Wziąłem opatrunki, patrzę - dostał w pachwinę, nabój wyszedł mu przez pośladek. Już w drugim dniu misji pomagałem serbskiemu saperowi, który dzień wcześniej pokazywał mi niebezpieczne miejsca, a następnego dnia urwało mu ręce podczas prac minerskich.

Z Serbami udawało mi się dogadać, bo mnie szanowali. A szacunek tych ludzi to było coś. Przez blisko dwa lata, które tam spędziłem, dochodziło do różnych incydentów, wyrzucano siły ONZ z samochodów, strzelano obok często na postrach. Potrafiłem rozpoznać, kiedy mnie chcą zastraszyć, kiedy nie. Zawsze się uśmiechałem, choć nie zawsze byłem pewien, czy rzeczywiście chcą tylko strzelać obok. Bywało i tak, że miałem lufę przystawioną do głowy. Sprowadzałem sytuacje do absurdu – uśmiechałem się, żartowałem. Zagrożenie było permanentne, ale nauczyłem się z tym żyć.

Jugosławia nauczyła mnie panować nad emocjami. W sytuacji bojowej nie myśli się o zagrożeniu, o tym, że można zginąć, bo na to nie ma czasu. Albo nad sobą panujesz albo się złamiesz. I to jest Twój koniec.

Ale ponieważ mieliśmy rozmawiać o wojsku i sporcie, to opowiem jedno zdarzenie sportowe z Jugosławii. To piękny teren górski, więc pomyślałem sobie, że pobiegam. Ponieważ rejon był niebezpieczny to na wszelki wypadek asekurował mnie samochód, a że tarpana nie miałem, to było to auto typu Star, czyli wielka buda. Mówię do kierowcy: „Chłopie nie będziesz przede mną jechał i mi tutaj kurzył, jak ja sobie trenuję. Jedź kilometr przede mną, zatrzymuj się, a jak ja dobiegnę to znów podjeżdżaj do przodu. I tak żeśmy zrobili. Samochód ruszył, ja wystartowałem, on zaczął odjeżdżać i nagle sfora zdziczałych psów, bo tam były domostwa opuszczone, rzuciła się za mną w pogoń. Dogoniłem ten samochód i wskoczyłem na pakę. Kierowca był bardzo zdziwiony, gdy po kilometrze zobaczył mnie w środku. Odechciało mi się biegania w tym terenie.

polko_kat2.jpg

Bieg Katorżnika 2007, start do biegu eliminacyjnego - z numerem 407 w niebieskiej koszulce - Roman Polko


Jak długo byłeś w GROM-ie?

GROM-em dowodziłem prawie 5 lat. I to w niezwykle ważnym czasie – gdy wykonywaliśmy w Iraku pierwsze zadania ściśle zarezerwowane dla wojsk specjalnych. To jednostka na najwyższym poziomie, żadna malowana armia wystawiana na defilady. Są to siły niewielkie, ale niesamowicie skuteczne. W Iraku garstka żołnierzy GROM-u wykonała tak kluczowe, skomplikowane i trudne zadania, że Amerykanie nie bali się poświęcać setek żołnierzy do ich zabezpieczenia.

Brałeś bezpośredni udział w tych akcjach?

Jako dowódca odpowiadałem za nadzór nad wszystkimi działaniami i uzgadnianie ich zarówno ze sztabem w Polsce jak i sojusznikami na miejscu. Chodziło przede wszystkim o zasady działania, kwestie pomocy medycznej, użycia polskich sił, koordynację linii ognia etc. Ciążył na mnie obowiązek podejmowania kluczowych decyzji o tym, czy podejmujemy się realizowania misji. To było dla mnie najtrudniejsze. Łatwiej jest pójść z ludźmi na pierwszą linie i się bić niż siedzieć w sztabie i patrzeć. Jeżeli tam – w polu - coś się stanie, to ponoszę za to odpowiedzialność. Niełatwo było podejmować decyzje bez wiedzy, czy Saddam Husajn ma broń chemiczną czy nie, czy jej użyje? Czy platforma jest zaminowana?
Podczas kilku trudnych zadań byłem z żołnierzami. Po jednym z takich zadań jeden żołnierz powiedział: „Dowódco, narodziliśmy się na nowo”. To najlepiej oddaje poziom zagrożenia, w którym działaliśmy.

Czy w Gromie jest ktoś taki, kto dba o to, żeby sprawdzić czy żołnierze są przygotowani wydolnościowo, siłowo, sprawnościowo?

Ci ludzie sami wiedzą, że muszą o swoją sprawność dbać. I rzeczywiście to robią. Oczywiście korzysta się z pomocy specjalistów. Współpracowaliśmy z Wojskowym Instytutem Medycyny Lotniczej, który prowadził sprawdziany wydolnościowe. Mieliśmy świetnych lekarzy, własny Ośrodek Zdrowia, z dobrą opiekę medyczną i rehabilitacją.

Czy ci wojskowi z GROM-u są skoszarowani?

Nie. GROM składa się tylko z żołnierzy zawodowych, wyselekcjonowanych z elitarnych jednostek. Kandydat przechodzi specjalną selekcję np. testy na klaustrofobię, kondycyjne. Następnie odbywa roczny kurs podstawowy. Podczas tego kursu ćwiczenia sprawnościowe prowadzone są pod okiem instruktorów od walki wręcz poprzez treningi siłowe, szybkościowe. Sprawdzamy również ich odporność psychiczną.

polko_kat.jpg

Bieg Katorżnika 2007


Powiedz jak wygląda taki normalny dzień, w którym akurat nie ma żadnych akcji?

Nie ma czegoś takiego jak pobudka, zaprawa, zajęcia, obiad etc. Opracowuje się kilkuletni program szkolenia, w który wpisuje się konkretne zajęcia, np. poligony, działania na rzeczywistych obiektach, jak metro warszawskie czy Pałac Kultury, platformy na morzu. Ćwiczy się też działania w sytuacjach kryzysowych np. odbijanie zakładników.

Dowódcy odpowiedzialni za swoich ludzi po przejściu takiego szkolenia widzą, w czym są oni słabsi i piszą odpowiednie programy rozwijające te kulejące obszary. I, co ważne, ludzie nawzajem się kontrolują. Jeśli widzą, że ktoś ma słabą kondycję albo źle wykonuje działanie, to nie chcą z nim pracować, iść na zadania, bo można po prostu zginąć. Dlatego GROM-owców nie trzeba pilnować, nie trzeba zmuszać do doszkalania. Sami to robią, bo wiedzą, że od tego zależy ich życie.

Zdarzają się kobiety w GROM-ie?

Tak i są rewelacyjne. Ale nieliczne.

Skończyłeś działać w GROM-ie w 2006 i pomyślałeś, że musisz jakoś dbać o kondycje i stad się wziął pomysł biegania maratonów?

Nie. Stało się to wcześniej. Zawsze mówię, że wiele zawdzięczam swoim podwładnym. I tak było z maratonami. Jarek Szota, mój kierowca z GROM-u, biegał maratony i gdy mnie woził, to ciągle o nich opowiadał. I to mnie zafascynowało. Postanowiłem spróbować. Pierwszy maraton pobiegłem w Warszawie w 2003 roku z czasem 4:25.

polko_mw.jpg

Flora Maraton Warszawski 2006


Przygotowywałeś do niego czy pobiegłeś z marszu?

Wydawało mi się, że można pobiec z marszu i specjalnie się do niego nie przygotowywałem. Coś tam biegałem, ale stanowczo za mało. I bez planu, tak w ramach przerw w pracy. Bardziej się organizacyjnie przygotowywałem, taka koszulka a takie buty, a może nie Izostar tylko coś innego. Teraz całkowicie ze wspomagaczy zrezygnowałem, po prostu piję wodę albo to, co mi na trasie dają. Rok później pobiegłem już godzinę szybciej 3:35, a w ubiegłym roku 3:27.

Jak wyglądały przygotowania? Ile kilometrów tygodniowo biegałeś?

Nie stosowałem treningów zalecanych przez podręczniki. Mam książkę Skarżyńskiego, ale to nie dla mnie. Nie poświęcam się tylko bieganiu. Staram się urozmaicać trening, ale na zasadzie kaprysów. Np. jak pojadę w góry, jak mam ochotę biec szybciej to sobie przyśpieszę. Najbardziej mi pomogło bieganie do pracy i z powrotem, po 12,5km. Wyszło to przez przypadek – zrezygnowałem z jazdy samochodem ze względu na korki. Przeciętnie wychodziło 70km tygodniowo.

Wykonujesz jakieś ćwiczenia?

Robię pompki i brzuszki, ale w domu, bo siłownie mnie nie pociągają.

Podciągasz się nadal regularnie?

Jak mam taki kaprys, to tak. Kiedyś bez problemu robiłem 30 podciągnięć, dziś na pewno kilkanaście. To i tak o wiele więcej niż normy wojskowe.

Czy po Biegu Katorżnika masz jakieś plany w maratonie lub inne biegowe?

Start w Human Race, a wcześniej udział w zakończeniu pucharu Maratonu Warszawskiego. Biegnę dla przyjemności, bo w swojej kategorii mam już zagwarantowane trzecie miejsce. Myślę o tym żeby przebiec 100km w Kaliszu. Zbyszek Rosiński namawia mnie do Maratonu Komandosa, który się biegnie w mundurze, z 10 kg plecakiem. No i oczywiście planuję pobiec Maraton Warszawski, jestem już nawet na liście startowej.

Powinniśmy inaczej patrzeć w Polsce na bieganie i tego typu sporty. Przede wszystkim jako na sport masowy. U nas przeciętne wyniki są dużo lepsze niż na Zachodzie. To pokazuje, że to nie jest sport powszechny i ludzie często się wstydzą, niepotrzebnie zupełnie. Gdybym ja tak do tego podszedł, to bym nigdy nie wystartował w maratonie.

Dziękuję za rozmowę.


polko_5242.jpg