Teraz jest Cz, 13 sierpnia 2020, 16:56

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 415 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 23, 24, 25, 26, 27, 28  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 11 października 2019, 09:50 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
październik miesiącem oszczędzania.

Motto:
--popełniłem już wszystkie możliwe błędy a te niemożliwe już czekają w kolejce do popełnienia--

jestem gorszy od polityka, nie dość, że obiecuję to jeszcze dotrzymuję a że parę tygodni po czasie ?
...cóż, przykryjmy to grubym pledem wstydu.
chciałoby się powiedzieć, że tyleeee się wydarzyło w ostatnich kilku tygodniach, że nie było kiedy chwycić, za klawiaturę, ale wiadomo, kombinacja lenistwa, niemocy, pustki we łbie to przerażające combo.
szczególnie ta pustka i niemoc w placach.
teraz jakby to tak pięknie ująć po polsku, cofamy się do tyłu i zerkamy wstecz przez ramię tandety.
Felek śpiewał - nie wiem ciągle dlaczego zaczęło się tak, czemu zgasło też nie wie nikt …
tak też było ze mną wszystko było dobrze, aż nagle było niedobrze.
ostatni ciężki trening przewaliłem, miało być 16km w TM około 4:16 dałem rade 12 km w tym tempie, ale tętno było już w okolicach T10 a ja byłem zgon.
to były okolice połowy września a ja stwierdziłem, że muszę złapać trochę oddechu.
po 15 tygodniach orki z pomocą Kierownika, wyciągnąłem się jak ten munchausen ręką za włosy z bagna niemocy, ale trzeba było powiedzieć w końcu - pass.
potrzebowałem chwili oddechu, jednak nie do końca jestem taki ajon men jak mi się wydawało.
posypała mi się też lekko lewa łydka i wciąż dokucza, nie mocno, nie słabo, taki constans.
lekki ból jest i ani nie chce się więcej nasilić, ale też i zejść nie chce.
i to chyba tyle w temacie zaległego biegania.
aktualnie reprezentuję formę wszystko ciężko, być może jednak organizm trawi jeszcze te 15 tygodni i w końcu ruchnie się to tak, jakby foucolt chciał ale póki co jest ciężko.
październik miesiącem roztrenowania więc plumkam coś 4-5 dni w tygodniu, podbiegi, ostatnio 20x100m100 metrów, miało być 20x100/200 ale jak się czytać nie umie….
wczoraj piramidka 1/2/3/4/5/4/3/2/1 min, wszystko to idzie ciężko i nijako.
o podbiegi wpadły dwa razy, to to akurat lubię po tych 10x200 to nogi miętkie miałem jak niektórzy sumienie.
ale to może i dobrze, jak ma tak iść słabo to teraz jest najlepszy na to czas.
generalnie bieganie z Michałem uważam za bardzo dobry pomysł.
od dawien dawna nie biegałem na takim wysokim poziomie, można by powiedzieć, że te 15 tygodni było lepszych od ostatnich 5 lat.
do przemyślanie jest tylko jakie długie robić cykle przygotowawcze przed startem, bo wygląda na to, że 15 tyg to jest max.
kolejna sprawa, akcenty maksymalnie dwa myślę maksymalnie, ale długie bieganie połączone z akcentem, czyli coś do polizania z lizaków od danielsa.
ale,
kierunek, droga- jak za PRL jedyna słuszna i nic kurwa, żadni dawni towarzysze, nie zawrócą nas z raz obranego celu.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Śr, 23 października 2019, 13:00 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
zasmarkaniec

tak i oto wujek robert się zepsuł.
niby nie mocno, niby delikatnie, ale biegać nawet za chiny ludowe się nie dało.
po delikatnym roztrenowaniu, wróciłem do delikatnego biegania i było dobrze.
każdy to zna, było.
w zeszły poniedziałek biegałem 20x100m/200 metrów na stadionie, jakoś bez specjalnego żyłowania,
powiedziałbym, iż nawet delikatnie, po około 21/22 sek na 100m.
generalnie dla mnie to szybko, bo ja bardzo rzadko biegałem takie treningi i zawsze brakowało mi takiej zwykłej szybkości.
speed demon to na pewnie nie ja- ja po drugiej stronie skali, kiedyś byłem typem endurance monster.
pamiętam jak przygotowywałem się do pierwszego GWINTa to potrafiłem tydzień w tydzień biegać treningi np- sobota 6x1450m podbieg solidny całość kolo 21 km a niedziela 45km w terenie po 5:10 na tętnie 133.
i tak 4- 5 tygodni pod rząd, i nic, nie strzykało, nigdzie nie bolało, nie płakało.
albo taki trening 60km w terenie po 5:24 a po nim jeszcze na 20km roweru poszedłem.
inna sprawa, że tak zacząłem dokładać i kombinować, ze tylko spierdoliłem wszystko na sam koniec i zamiast być w pierwszej 5tce np. byłem 26. faktem kolejnym jest, że spadłem z dziesięć miejsc po tym jak koło setnego kilometra dołożyłem sobie kolejne 4 no i po balu panno lalu.
skończyłem ostatecznie 26sty
w każdym razie to było dawno, dawno, temu - teraz jestem raczej tylko monster.
niemniej seteczki weszły lepiej niż panu gienkowi w barze pod zgniłym ogórem,
można by rzec bez popitki, ino chleba wystarczyło powąchać.
wtorek było dobrze, środa podbiegi.
i zaczęło na rozgrzewce przed podbiegami kłuć w dupsku.
czasy teraz takie, że nawet nie byłem specjalnie zaskoczony, włączysz pan interneta i co drugi chwali się teraz, że go kłują w tyłek, ale jednak trochę zaskoczony byłem tym faktem niemiło, bo nic nie wskazywało na zażycie jakichś rozkoszy- a tu proszę dupsko boli.
jako, żem twardy jest, jeszcze bardziej niż głupi, postanowiłem kontynuować i pielęgnować dalej ten ogród rozkoszy ziemskich pana boscha.
10x200 metrów podbiegu weszło, ale od szóstego dosłownie ze łzami w oczach.
ale jak już zdążyłem się pochwalić, odporność na ból mam większą niż na rozum, więc skończyłem pochlipawszy trochę z cicha, nawet się dużo przy tym nie posmarkałem.
i tu w zasadzie koniec piosenki bo okazało się w czwartek, że co głupiemu po rozumie skoro jego nie ma.
za to został ból dupy taki, iż w rzeczony już czwartek, mimo osmarkania się a jakże po raz kolejny, już nie dałem rady zrobić więcej niż jakieś 300 może 302,5 metra.
za to ból też se postanowił pobiegać i umiejscowił się gdzieś w prawym boku.
znaczy, skończyły się żarty zaczęły się narty.
błyskawicznie zasięgnąłem konsultacji specjalisty i już za chwilę czytałem milion porad co to mnie może napierdalać i dlaczego.
drogą dedukcji i indukcji wyszło, że to tak zwany pas boczny i pomaga na niego rolowanie. solidne.
i tu chuj, okazało się, iż solidnie to wyrolował wszystkich jeden pan z panią co to firmę mieli gdzie tam inny panowie ciągnęli im. takie to czasy, że nawet pociągnąć to nie potrafi już nikt porządnie, bo potem wyszło, że owszem ciągnęli, ale tylko samolot, i to nawet nie oni tylko jakieś podróby ubrane na żółto.
wszędzie przebierańcy.
także nawet na tym polu, są zdecydowanie lepsi ode mnie.
znów pochlipawszy z cicha, porolowałem się na tym pomarańczowym co mam, ale też to jakaś pierdolona masakra, bo ten ból to w takim miejscu, że ja zanim wlezę na tego jebanego rolera, to wszystkiego mi się odechciewa. jak jakiś pierdolony hudini muszę się gimnastykować.
jeszcze kijem się po tym traktuje, bo jak wiadomo powszechnie kij najlepszy lekarz, na wszystko.
ale powoli jakby mniej bolało, inaczej i jak przebiegłem na próbę ze 100m dzisiaj to już się tak nie osmarkałem jak ostatnio. jutro próba delikatna będzie powolnego powrotu do rzeczywistości.
ahoj przygodo.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Cz, 14 listopada 2019, 10:31 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
taki piszę i piszę tego wpisa po raz n-ty i chęci nie mam żadnych do klepania w klawiaturę.
szczególnie po porannej lekturze przepychanek na forum, czytam i powoli oczom przestaję wierzyć.
zaglądając tutaj przez ładnych parę lat, przyzwyczaiłem się już do różnych nocy długich klawiatur,
sam mam prędkie palce i nieraz potrafiłem palnąć różne rzeczy, nie zawsze ładne, ale jednak w 99% przypadków gdzieś tam chwila refleksji zawsze po tym była.
nikt mi nie dał prawa ocenia postawy i zachowania poszczególnych osób, więc daruję sobie jakieś pseudo analizy, ale faktem jest, że po prostu odechciewa się pisać, bo kogo to tak naprawdę interesuje, jak mam wrażenia, że nawalanka w paru wątkach jest zdecydowanie ciekawsza.
Smutne to.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Śr, 11 grudnia 2019, 10:55 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
rakiety i sztachety.

Już nie pamiętam, które to były Igrzyska Olimpijskie, a może mistrzostwa świata ?
ale nie data jest ważna ani impreza a postać.
Człowiek drugiego planu w tym wypadku.
To był ten czas kiedy Korzeniowski został mistrzem czegoś tam ważnego na 50 kilometrów w pięknym stylu, abstrahując kompletnie już od tego, że ten chód sportowy to fatalna konkurencja jak dla mnie, ani to ładne, ani wymierne, za to pokraczne strasznie.
No ale do brzegu, więc pamiętam jak tam za Korzeniowskim „przyszedł” ruski.
Walka na trasie była straszna, gonił go ten rusek i gonił i nie dogonił.
Za to na mecie był tak wyjebany, że nie miał sił się nawet wypierdolić.
Stał chyba tylko siłą woli, jakby mu motyl siadł na ramieniu, to na 100 procent byłby jak ten wilk co to z zającem kiedyś też po stadionie się ganiali i mu motylek na sztandze siadł.
Ten obraz tego ruskiego jak tak stoi w tym słońcu i słania się na nogach nie mając sił się wypierdolić zawsze staje mi się przypomina po ciężkim treningu.
Powinna być taka skala potreningowa - wyjebany jak ruski od 1 do 10
ja wczoraj po podbiegach nawet się nie zbliżyłem do polowy skali, ale i tam miałem dość.
Jak siadłem na schodach celem pogłaskania kota, to wstać nie mogłem przez parę minut.
Znaczy trening było taki jaki miał być, do domu dał wrócić, ale niewiele ponadto.

To już chyba czwarty tydzień kiedy wróciłem do biegania, noga jeszcze pobolewała jakiś czas,
ale od parunastu dobrych dni, śladu nie ma najmniejszego po bólu, więc robię swoje i zaczynam zabawę od nowa.
Poczśtki jak zwykle ciężkie po powrotach, tętno w kosmosie, ja słaby jak kuropatwa, noga nie kręci, ale też i niczego innego się nie spodziewałem, więc jakoś specjalnie nie jestem niczym zdziwionym.
Najważniejsze, że można już wrócić do regularnego biegania i zabawa zaczyna się od nowa.
Taka never ending story z tego się robi.

Póki co dużo było spokojnego biegania, parę akcentów w tym np. 6 kilometrów ciąglego który miał być w drugim zakresie czy tam inaczej pisząc w TM co przekłada się u mnie na jakieś 160 bmp a został przewieziony totalnie, bo ostatni chyba kilometr kończyłem już na 176, no ale niech pierwszy rzuci adidasem ten co to po takim powrocie, od razu nie chciał sprawdzić jak tam forma.
Po sprawdzeniu, okazało się, że nie ma czego sprawdzać, więc zostaje droga smętna, żmudna i mało ciekawa, za to sprawdzona. Spokojne podbijanie bębenka.
Póki co dużo siły biegowej, jak wczorajsze 15x200m podbiegu całkiem przyzwoitego, około 10m up na te 200m plus bonus w postaci wiatru w pysk. Ten wiatr mnie tak rozmontował wczoraj, ale w tym wypadku nic to nie zaszkodziło a wręcz pomogło sądząc po dzisiejszych nogach.
W piątek chciałbym pobiegać takie szybkie delikatne podbiegi 20x170m bo taką mam prostą koło domu, lekko 2-3 metry pod górę na odcinku, ale przy dynamicznym bieganiu, czuć to mocno.

Koncepcje mam taką a Kierownik potwierdził, ze niegłupia ona, żeby robić tylko dwa jakościowe treningi w tygodniu w tym długie bieganie połączone z treningiem tempa mocy czy tam innej zarazy.
Jeżeli nie będzie innych wytycznych to rozbiję to chyba na wtorek i piątek, gdyż ponieważ, w poniedziałek po tygodniu w pracy wyglądam jak ten ruski na mecie, wyjebany jak sfrustrowany leszcz i lepiej zrobić rozbieganie spokojne niż się katować.
Potem wtorek konkret , środa czwartek, spokojne kilometry i piątek znów w łeb długo i solidnie do tego. Do tego co czwarty tydzień zdecydowane zejście z kilometrów -taki wywczas wtedy.
W moim wieku to najważniejszą jednostką treningową jest regeneracja, więc nie ma już co napierdalać treningów dzień po dniu na maksa, jest szansa, że na takim planie dużo więcej się ugra.

Do 13 stycznia biegam bez wprowadzeniowo a od trzynastego, cykl 15 tygodniowy do Blackpool Marathon 25 kwietnia z połówką w Liverpool po drodze 16 marca bodajże.
Być może sobotę 4 stycznia będę miał wolną od kamieniołomów, więc polecę wtedy parkruna, z treningu bez tam żadnego kombinowania z luzowanie, ale coś tedy też pokaże gdzie jestem (o ile nie będzie wiało jak od tygodnia 60-70km/h w porywach)

Jak już się tak spowiadam, to wyznam jeszcze, iż zanabyłem metodą wymiany biletów płatniczych- Hoki Carbon Rockety. Pierwsze wrażenie – twarde, wygodnie, szybkie, ale bardzo twarde.
Być może trzeba chwilę się do nich przyzwyczaić, raptem dwa czy tam trzy treningi w nich zrobiłem, ale nie wiem jeszcze czy jestem z nich zadowolony bardzo bardzo czy tylko tak se.

No i po ostatniej aktualizacji windowsa, dostałem takiego wkurwu, że pogoniłem w pizdu z komputera na amen. Sformatowałem cały dysk włącznie z partycją odzyskiwania i zainstalowałem linuxa.
Czyli wróciłem do korzeni. No wracałem prawie dwa tygodnie, inna sprawa, bo chyba przeleciałem wszystkie główne dystrybucje w różnych odmianach, aż w końcu stanęło na Manjaro mint i jestem więcej niż zadowolony.
Piszę o tym dlatego, iż w końcu też zaczął mi działać normalnie Golden Cheetach.
Przymierzałem się parę razy już do niego ( to jest program do analizy potreningowej darmowy, na wszystkie platformy ) ale na kompie z windą strasznie mulił, a do tego niestety nie zachęca on nowych użytkowników swoim wyglądem początkowym i intuicyjnością, ale po tym jak przysiadłem chwilę do niego jestem więcej niż zachwycony.
Program jest niesamowity i żadnego innego tak dobrego nie spotkałem. Do tego działa offline. Oby było tylko co analizować w nim. Ale polecam każdemu kto chce się pobawić w konkretną analizę swoich treningów.

I to tyle mój motyle, co u mnie.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 3 stycznia 2020, 13:29 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
bieganie, bieganie.

żyję i nogami fikam, chciałby się napisać to i piszę,
powoli ogarniam rzeczywistość, tą treningową i poza, ale jako, że to jednak jest blog na bieganiu.pl
trochę jednak o bieganiu poopowiadamy.
i tu zalega cisza, bo w sumie nic szczególnego się nie wydarzyło, nie pobieglem nagle 10km poniżej 40 min, ani 5 km poniżej 20.
pobiegałem za to dużo podbiegów, parę ciągłych, jakieś rytmy, generalnie, proza życia, proza.
noga nie boli, dupa nie boli, cholera za bardzo nie ma o czym pisać.
nawet parę dni niewiatrowych było.
było ale się skończyło i wszytsko wrócilo do normy.
wieje w wuj.
teraz moda na nie pisanie na bieganiu o bieganiu, a ja jakoś celu takiego za bardzo nie widzę.
wiem, wiem już nikt nie chce czytać o tym, co jak ile i po ile, ale to po cholerę pisać o czym innym tutaj ?
tzn, podobaja mi się blogi nietreningowe, bardzo lubię je czytać, ale w mom przypadku, ambitnego amatora wkraczającego w tym roku w kategorę m50 a chcącego nabiegać sub 3 trzeba jednak pisać o bieganiu.
i znów po raz kolejny potwierdzę, iż wiem że to nuda, sztampa, po raz tysieczny to samo, ale cóż, szczerze ?
jebac to.
to mnie kręci i napędza lepiej niz niejden serial z DDR a kto oglądał Telefon110 doskonale wie o czy mówię.
więc będzie o cyferkach, nudnych wybieganiach, zdychaniu na tempach i umieraniu na interwałach.
bo całe te bieganie takie właśnie jest, nudne, smętne, do chuja niepodobne i nie wiadomo do czego potrzebne.
ale życ się bez niego nie da.
przynajmniej dla mnie i przynajmniej póki co.
bo coś robić trzeba.
sztuka epistolarna umarła.
śpiewać nie umiem, na szydełku też nie za bardzo.
biegać też co prawda niekoniecznie, ale tu widzę większe szanse poprawy niż w wokalistyce.
mógłbym, co prawda sprawdzać się w felietonach, ale tam ostatnio taka konkurencja, że prędzej 35 na dyche zrobię, niż poziomem dorównam.
także, będzie o bieganiu.
jutro parkrun, na cuda nie liczę ale cieszę się z pierwszej wolnej soboty od pół roku.
w czwartek sprawdzian na 10km, smaotny wilk w samotnym biegu, coby wiedzieć na czym stoję
a od zaprzyszłego tygodnia start 15 tygodniowego planu do Blackool Marathon.
realnie patrzać na tą chwilę sub 3:10 powinno być, ale po cichu liczę, że może jednak dotrenuję do tych sub 3.
cuda się zdarzają, np przestałem praktycznie pić piwo.
więc czymże jest maraton w 2:59 przy tym ?
małym pryszczemi ino.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 10 stycznia 2020, 10:37 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
parkrun
ps
zapomnaiłem napisać, już staruch kat M50 jestem od tego roku.

Miał być test na 10 kilometrów w tym tygodniu, ale cóż, plany maja to do siebie, że chciał nie chciał i tak nie dał rady.
Czy ja już kiedyś wspominałem, że u mnie od czasu do czasu wiatr wieje ?
Bo nie wydaje mnie się.
No to chyba jednak czas wspomnieć.
Ale zacznijmy od miłego złego początku.
Fajnie weszły kilometrówki w zeszły wtorek,
niby nie, że jakoś tam specjalnie lekko, czy też chociaż w miarę szybko, nie- nic z tych rzeczy,
zwykła robota, coś jak przerzucanie obornika, ale w czystej oborze i biorąc pod uwage, że nie było całkiem po płaskim,
trasa niestety lekko pofalowana, to i tak średnia z temp cieszy.
Trzypiećsześć średnio na kilometr na przerwie długiej jak codzienny seks i tak
sześć razy.
Mówimy oczywiście o kilometrówkach nie o seksie.
Mnie w każdym razie ucieszyło, bo weszło równo i gładko a w końcu za bardzo nic nie biegałem tego typu
od dawna, więc i świeto prawie jak na 1 maja.
do tego, dd roku prawie, pierwszy prawdziwie wolny weekend, więc od razu ustawilem się na parkruna coby zobaczyć gdzie jestem z formą.
No i zobaczyłem.
Od piatku wiało, niby niemocno coś koło 30 na godzinę, ale w porywach do 50ciu.
I sobota to samo, rano jak wstałem, nie byłem w nastroju do przyśpiewek góralskich jak to zobaczyłem.
Udało się uchronić drzwi przed wyrwaniem z framugi, ale to było jedyne zwycięztwo.
Do tego niż gruszki ni z pietruszki waga w ciagu paru dni podskoczyła o 2 kg.
Niby co tam, dwa kilo, ale jakoś mnie to nie ucieszylo, że przybyło obywatela.
Coby jednak nie strugać strasznie bohatera a i z prawdą się za bardzo nie mijać, to okazało się, iż
jednak trochę mniej wiało niż się spodziewałem na samym starcie.
Owszem wciąż koło 30stu ale z momentami ciszy i bez większych podmuchów.
Sam parkrun jest dość ciężki do biegania u mnie, dwa zakręty po 180 stopni skutecznie zwalniaja do prawie zera a jako, że kółka są dwa to już samo to zabiera trochę z tempa.
Do tego po drugim zakręcie zaczyna się od razu podbieg długi na ponad 500 m i naprawdę ciężki, znów pomnożony przez dwa nie wspomaga przy uzyskaniu dobrego wyniku
a do tego jak zawsze wiatr wiał w pysk idelanie na odcinkach pod górkę, więc ten tego.
chujowo i tyle.
ale jako, że wolny weekend zobowiązywał nie było co tam płakać nad warunkami, jest jak jest i lepiej prędko nie będzie.
Nogi bez polotu, chyba ciężkie jeszcze po tych kilometrówkach wtorkowych, ale generalnie sam bieg był dość równy jeżeli chodzi o intenesywność.
Zacząłem coś w okolicach 3:50 start z lekkiej górki i starałem się tego trzymać dalej, zaczęły się jednak zakręty i pod górkę wiatr w pysk więc szło i po 4;15 nawet
ale zbierałem się po tym znów i znów kulalem swoje.
Na drugim kole chwilę pod tą górkę powiozłem się za jakimś młodym, ale ja nie lubię tak za plecami kogoś więc ze 100 metrów za nim a potem on do sameg szczytu wiózł się za mną,
wyprzedzilismy jeszcze ze 2-3 młodzieniaszków ale i tak na samym końcu przed metą mnie pyknął.
No cóż, młodość.
Na mecie byłem 14 z czasem 19:53 więc jak na okres niebiegania jakichiś akcentów bardzo fajny wynik.
Ostatni parkrun był biegany jakoś tak w sierpniu w dużo lepszych warunkach po paru miesiacach konkretnego treningu, a zakończył się dokładnie tym samym wynikiem.
btw, na te parkruny u mnie to parę osoób przychodzi, bo mimo dziadowskiej pogody bieg ukończyły 643 osoby.
wczoraj miałem leciec jeszcze test nten a 10km, ale wieje, wieje, wieje, więc Derekcja stwierdziła, że nie ma co już szaleć zaczyna się solidny trening od poniedziałku pod maraton i mam już sobie odpoczywać w tym tygodniu,.
Więc sobie odpoczęłem biegając w poniedziałek 4x1200/2 min
nie weszło najlepiej, wiaterk skutecznie korygował tempo i nie chciałem tego dopinać na siłę w zakładanych 4:05 /km więc cos koło 4:08 , niemniej średnio mi to weszło, cieżko i bez polotu,
wtorek sobie zrobiłem wolne a środę pociurlałem 10km sily biegowej po parku, gdzie na te 10km spokojnego biegu weszło ciut ponad 200m pod górę.
Po wolnym wtorku było w miare miło i przyjemnie, tyle, że nuda skurwesyńska, ale jakaś specjalna nowość to nie jest, swoje trzeba było biegać i już.
Wczoraj zaś zabawę miałem biegową. Dużą konkretną bym powiedział.świniobicie raczej niż zabawa.
1/2/3/4/5/4/3/2/1 min na takich samych przerwach.
Postanowiłem sprawdzić ile mam dobiegu nad morze, bo od przyszłego tygodnia zaczynają się ciągłe i stwierdziłem, że trzeba to biegac nad morzem.
Przynajmniej prawie płasko i nawet jak wieje, to dużo łatwiej utrzymać zakładaną intensywność niż na pętli która nie dość , że pofałdowana to jeszcze w 90% wieje pod górkę w pysk.
Lekko nie było, bo jak zwykle wiater Panie wiater, garmin po treningu pokazał że wiało ponad 40/h ale ja i to bez garmina wiedziałem.
Odcinki 1/2/3/4 poleciałm pod wiatr i słabo to szło, ale jakoś szło w okolicach 4:02 niemniej jak wybiegłem za zabudowę nad czyste morze, dostałem taki wiatr w pysk, że od rzu porzuciłem mysli o biegnięciu 5 minut pod ten wiatr,
zastopowało mnie praktycznie an luznym biegu a co tu o akcencie mówić, więc w tył zwrot i z wiatrem pleco bocznym już szło zdecydowanie lepiej. Ciężko, ale lepiej. Wszystko już wchodziło ciut ponieżej 4/km
więc jak na obecną nieformę naprawdę nieźle.
Dobiegu się okazało, że mam prawie 5.5 km w jedna stronę więc wraz z HAHA zabawą, i powrotem wyszedł jak wpysk półmaraton od drzwi do drzwi 21.110 m.
dziś właśnie zbieram się na jakieś spokojne rozbieganie i to tyle mój motyle co u mnie.
A od poniedziałku zaczynamy kręcić srubkę, ale spokojnie, powoli po torach ospale...

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pn, 20 stycznia 2020, 16:07 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
stryd sryd.

Dwa dni zimnicy w pracy dobiło mnie totalnie, z nosa dziś jak z kranu, kicham co 15 sekund a tu popołudnie stadion do zrobienia, no ale o tym więcej to w przyszłym tygodniu będzię.
na razie na tapecie zeszły tydzień, w koncu weekend się dziś zaczął i to przedłużony bo do pracy dopiero w niedzielę zamiast w spobotę, więc można by rzec, że jestem prekursorem jednodniowego tygodnia pracy.
niestety kolejny weekend będzie już zwykły pięciodniowy, no ale cóż, nigdy szczęście nie trwa za długo...
zeszły tydzień był w stylu: lepiej żeby padało niż ma być błoto i lepiej żeby wiało niż padało ?
No właśnie, nie ma lepiej, szczególnie, że caly zeszły tydzień wiało i padało w zestawie razem.
Tzn raz wiało i padało jednocześnie a kolejny raz padało i wiało naraz.
Pogoda była taka, że nawet koty nie chcialy na dwór wychodzić, a to już naprawdę duża rzadkość.
Poniedziałkowy stadion więc przesunęłem na środę, z nadzieją, iż może jednak nie będzie aż tak wiało.
I proszę bardzo, pierwszy raz chyba się udało trafić z pogodą.
Byłoby idealnie, tylko ten lekki zefirek co to sobie wwesoło dmuchał tak koło 30/h lekko zjebał sprawę.
Ale poza tym bez zastrzeżeń !!!
W planie było 12x400 po 3:51 na przerwie 1:30 lub 200 metrów.
Ja słaby jak kuropatwa do takich treningów, ale mus to mus.
Rano zrobiłem sobie roztruchtanie na pętelce koło kurnika, taka akuratna niecałe 6 km ma.
btw, stwierdziłem, że skoro mogę spokojnie biegać 2x na dzień to dlaczego z tego nie korzystać i zamiast napierdzielać kilometry w jednej sesji,
to lepiej sobie to porozbijać na parę mniejszych.
Wiem, że 50 lat to żadna wymówka i nie kwękam tu z tego powodu, niemniej regeneracja jednak już nie ta co kiedyś, i nie widzę sensu ani powodu na umartwianie się w imię nie wiadomo czego.
Co prawda są jednostki - to nie ludzie, to wilki -co to łacha ze mnie drą, że to w pidzamie biegam i kapciach, ale podłość ludzka nie ma granic.
inna sprawa, tu jest taki obyczaj, że w pidzamie to się chodzi wszędzie,
już chyba kiedys pisałem o tym, widok baby w banku w pidzamie dziwi tylko wtedy jak jest jedna,
bo co stało się z pozostalymi czetrema ? Może chore ?
czy taki zakaz odprowadzania dzieci do szkoły w pidzamach ?
to jest, trzeba to powiedzieć wyraźnie, jakaś kurwa segregacja i rasizm w czystej postaci.
Zamordyzm tu straszny.
Co komu pidzama w szkole przeszkadza ?
A że wygląda to jakby pół szpitala wyszło na spacer ?, to i tak nikogo nie dziwi.
Tu jest jeden wielki dom wariatów.
Zreszstą, na dziś wszytscy żyją wczorajszą wygraną Liverpool z tymi szmaciarzami z Manchester z którymi to mają kosę od zawsze, i to jest ważniejsze nawet od megan i harrego.
kiedyś gadałem z jedną nauczycielką i było cos o strojach ludowych i ona mówi mi tak, mamy wieczorek w szkole, hindusi maja własne, arabowie własne, chińczycy własne, a jak jak idę na taki wieczór taki to co mam ubrać ?
szalik reedsów , jak ja tylko taki mam strój ludowy ???
ja to cztery mecze na krzyż w życiu oglądałem, ale jeżdzi ze mną do pracy kibol i fan FC Liverpool i jestem skutecznie indoktrynowany.
wczoraj o 16stej to pół kamieniołomów szło do domu mecz oglądać.
I to był jedyny powód ważny powód, na jaki można było dostać pół dnia urlopu.
życie :-)
no ale wracając z mielizn do prozy stadionu, 12 x400 poszło może nie gladko, ale poszło.
Taki byłem skupiony nad użalaniem się nad sobą jaki to ja biedny jestem i nieszczęśliwy, że muszę napierdalać w ten wiatr, iż nawet nie zauważyłem, że skończyłem ostatnią pętlę z serii.
Polecialm kolejną a zegraek mi krzyczy: a ty kurwa gdzie debilu, no ale już z tej radosci, to jeszcze 200m w tempie machnąłem coby pięć kilometrów wyszło równo całe.
Przerwy weszły 1:10-1:11 ale co ja zrobię, że te 200 metrów takie krótkie.
Generlanie fajny solidny trening, jak na mnie i chwilę obecną -na krawędzi szybkości.
Szybciej już tylko z przepasci.
Wolny jestem jak ślimak w ciąży.
Czwartek dobijałem kilometry a piątek przyszło 10km ciągłego biegać.
na szczęście nie wiało, trochę, ale naprawdę trochę.
Poleciałem nad morze ciut ponad 5 rozgrzewki potem 5 w jedna powrót w dróga i 5 schłodzenia.
Ciagly miał być biegany na tetno do 160 i tak byo, normalnie chyba na zegarmistrza się przekwalifikuje tak mi ładnie i dokładnie szło.
Wyszło 10km po 4:27 bodajże na tętnie 159 dokładnie.
Piszę bodajże, bo już na stadione jakieś cuda wychodziły.
Stryd niby dokładny co do metra a zamiast 400 pokazywał mi 440m kółko lub 450 .
na bogato.
Nie pasowało mi to mocno, ale jakoś nie miałem siły aby mysleć nad tym za dużo i dopiero w piątek po biegu zaskoczylem, że stryd owszem,
łaczył się z zegarkiem, ale tylko jako czujnik mocy, a tempo i dystans brał z gps.
Więc co ja biegalem na stadionie to ja wiem, ale co na ciagłym to gps jedyny wie.
No ale na tetnie 160 jak było w planie ,więc co za róznica po ile.
Robi mnie ten zegarek w chuja, jak młodego.
Czuj czuj czuwaj.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 24 stycznia 2020, 15:13 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
bez tytułu

tydzień zaczął się od powodzi z nosa.
nie wiem co mi było, ale laciało z nosa jak na dobrej imprezie z saturatora, do tego kichałem dosłownie co minutę lub dwie.
we łbie pustka większa niż zwykle, normalnie czarna dziura, ale cóż nie wiało a w planie był stadion
8x600 po 3:45 / na 2min /300 metrów.
układ z dyrekcją był taki, że jak tylko nie będzie szło, to od razu mam kończyć i nic nie kombinować.
generalnie, nie powinenem biegać w ogóle w ten poniedziałek, czulem się podle, ale nie wiało, a niepobieganie stadionu skutkowało przesuniuęciem tego treningu na środę, lub nawet czwartek i to już w ogóle mogiła, ciemna.
jakoś się z domu wywlokłem i poszli konie po baltonie.
od samego początku czułem luz w nodze, ale bieglo się fatalnie.
każde jedne okrążenie męczone jak piekarski, na jakimś bezwładzie, ale domykane dość nieźle.
niemniej od początku do końca nie czułem się dobrze, i dosłownie modliłem się o szybki koniec.
mnie lub treningu.
przerwy robiłem 300metrowe, za krótkie bo około 1:40, ale kompletnie na to nie zwracalem uwagi, było źle i parłem tylko do jak najszybszego finału.
wypisz wymaluj jak w niemieckim pornolu.
udało się całość zamknąć w 3:46 może nawet 3:45 bo parę kólek zamykałem poźniej na zegarze niż powinenem.
chrzanił mi się dystans i chcialem biegać 700.
niemniej, trening jednak zamknięty cały i to tak jak być powinien był, więc moralne zwycięztwo duże, bo naprawdę miałem chwilę zawahania, co ze sobą w ten piękny poniedziałkowy wieczór zrobić.

wtorek parę kilometrów patataju, wciąż z kranem zamiast nosa, niemniej już dużo mniejszym,
a srodą skoro nie wiało a samopoczucie lepsze dużo, chociaż dalekie od idealnego, więc środą 10 ciągłego.
rozsądek podpowiadał, nie robić 5km rozgrzewki i schłodzenia też pięciu, tylko aby aby a kilometry się dokręci w tygodniu.
miało być żwawiej niż w zeszły tygodniu gdzie było po 4:27 na tetnie 159 o te 3/4 uderzenia więcej.
polazłame jednak do parku, a tam jest petelka zmierzona notabene takim kółkiem drogowym, więc wiem, że po najkrótszej linii jest tam 2037m tyle, że 12 metrów w pione ma taka petelka, więc wcale nie mało.
ciągła huśtawka tam góra-dół, góra-dół a nawet, o zgrozo- są fragmenty, dół-góra.
postanowilem to pobiegać na moc, tylko i wyłacznie, ostatnie 10 km nad morzem było srednio na 296 watt więc chciałem się trzymać jakichś 300 watt gdzie teoretycznie mam 295 maratońskie.
znaczy wszystko w rodzinie chociaż czasem być może zastęopczej.
nie patrzyłem na tempo tętno-nic, na budziku tylko moc.
pierwsze kólko, a nawet dwa takie raczej szarpane, bo musialem się dostosować do tych górek dołków, żeby w miarę równo trzymać te 300 watt , ale lapowałem co petelkę i od razu zauważyłem, że pokazywało równo 1.99km lub 2km, czyli te 37 metrów za mało lekko licząc bo biegłem pewnie ciut szerzej niż mierzyłem.
doesen’t matter.
tętno szło powoli do góry i widziałem, że z okrażenia na okrążenie, średnie z kólka zaczynało być wyższe niż planowane 163.
biegło się jednak wciąż odczuciowo nieźle, cały czas swobodnie kontrolowałem moc czyli tempo, momentami musialem się hamować, więc stwierdziłem, iż mimo tego, że jest ciut mocniej niż zakladane, trzymam cały czas tą samą moc.
ostatnie dwa były już średnio na tetnie 171 czyli tam gdzie zaczyna się mój hipotetyczny próg / treshold - jak tam zwał tak zwał, ale bez dryfu i mimo, ze trudno to dość swobodnie.
jakbym musiał dokręciłbym jeszcze te 2 km, ale nie musiałem więc nie dokręciłem, mimo że przez chwilę mi chodziły takie mysli po głowie, czyby sobie tego nie udowodnić.
jednakże bat w postaci co powie kierownik, a na pewno nic dobrego nie usłyszę, skutecznie wyhamował moje zapędy do zbytniego przeginania, tym bardziej, iż trening mimo że na 100% nie był przewieziony to był jednak ciut za mocny.
średnio wyszło po 4:16 na tętnie 167 co z jednej strony cieszy, ale z drugiej każe skorygować tempo nastepnym razem, ciut w dół.
co nastąpni niewątpliwie i samoistnie, bo już zapowiadają wiaterek coś kolo 40/h.
znaczy nihil novi sub sole.
wczoraj i dzisiaj po spokojne 14.5km - róznica może tylko taka, że wczoraj wleczone po 5:22 na tetnie 130 ale było piekne słoneczko i ciepełko to aż się chciało drobić,
a dzisiaj za to siąpiło i zimno jak w psiarni, więc żwawiej poszło bo 4:53 na tetnie 139.
biorąc pod uwagę, że jak to u mnie -płasko jak garbatego plecy -jestem zadowolony.
jutro dobiję 16km a może nawet 18 wleczonego i tydzień zamknę pieknym wynikiem ponad 80 km co nie zadrzało się już od 3 -4 lat ?
nie będzie żadnych wtyków dziś do felietonów, ani opowieśći kombatanckich, bo we łbie wciąż szumi mocniej niż zazwyczaj a ja jednak szanuję czytelnika, nawet jeżeli jest tylko jeden lub dwa.
więc nie będę bredził więcj niż normalnie.
z fajnych rzeczy, no może tylko jak zwykle kierowcy, czyli znów miłe te chwile, jak zatrzymują się na środku skrzyżowania, żeby przepuściuć pana robert jak biegnie.
cieżko się przyzwyczaić do takiego zachowania, ale widać będę musiał.
czuj czuj, czywaj.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Cz, 30 stycznia 2020, 16:13 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
stary a durny.

w sobotę miałem dobiegać spokojnie do kilometrażu, przypomniało mi się jednak, iż miałem w miarę możliwości pobiegać po wzniesieniach luźne biegi więc skręciłem w lewo na pobliską góreczkę, i byłoby fajnie, gdyby diabeł mnie nie podkusił jakiś, polatać te góreczki mocno.
One same w sobie są dość cieżkie, to tki rozległy teren z paroma wbiegami i zbiegami, każdy o innej długości i nachyleniu, a ja każdy ten podbieg atakowałem na maksa, niby niewielkie te podbiegi od 200 m do 550 ale wyszło 4x bardzo mocnego biegania.
Noga pieknie podawała, biegło mi się idealnie, każdy podbieg PR, no ale...
zdecydowanie za mocno, po treningu dostałem kubeł zimnej wody na łeb od Michała i należało się.
akcenty w tym tygodniu biegowym były zrobione nieźle, niemniej ciagły może nie przewieziony, ale już na styk a ja do tego dołozyłem jeszcze po - rozbieganie 14.5 km po 4:53 niby nie mocno, niby na tętnie średnim 136 ale czułem, że na pewno nie jest to żaden bieg regeneracyjny
no i potem te podbiegi.
jako, iż feedback co derekcja myśli o takim bieganiu został umieszczony publicznie na moim Garmin Connect,
pozwalam sobie zamieścić tutaj i mam nadzieję, że Michał za złe mi tego mieć nie będzie.

Widzę zaczynasz dosypywać koksu do pieca.
Kto bogatemu zabroni.
Raczej w dalszym rozwoju wypadków odpuść sobie to nadrabianie i dodawanie bo zaczynasz wkraczać na ścieżkę gości co do planów jeszcze dodają podbiegi, rytmy, przebieżki i chuj wie co tam jeszcze bo przecież jak tego nie dodadzą i jeszcze z 20 km nie dojebią i siłę biegową koniecznie też to gówno z tego będzie. A potem jest po 30 maratona dupa zimna bo sił jakoś dziwnie zabrakło.
A to jest długi plan i długi bieg i siły trzeba rozsądnie rozkładać i mieć jakieś zaufanie tak do myśli jak i do siebie samego.
Bez tego to szkoda czasu.
Raz tam nie problem ale jednak róbmy swoje i tylko swoje.
To powinno wystarczyć myślę i nie ma co świrować.

Pomyśl Robert o tym dlaczego początkiem września nie pobiegłeś sprawdziany na 10km mimo, ze plan szedł dobrze i forma rosła i wszystko wydawało sie ok.
Robisz forme na konkretna datę więc róbmy to na ten czas a nie na to, by mieć super samopoczucie dziś.
Dziś co jest to mało istotne, to niczego nie rozlicza a wszelakie podbijanie i przeginanie powoduje, że trudno trafić w cel.
Jak się łódką mocno huśta to jest fajna zabawa ale zwykle człowiek wyjebie się do wody miast spokojnie dopłynąć do celu.
To proste. Trening jest mało spektakularny ale ma rozliczyć się wynikiem.
Nie szukaj sprawdzania co dwa dni, to bez sensu. Wiem, ze taka natura jest biegania treningowego ale trzeba to brać na filtr i olewać.
Bierzesz info o tym, że idzie dobrze z drugiej pochodnej, to wystarcza. Róbmy swoje, nie mniej i nie więcej. Droga długa do zrobienia jest, idzie dobrze więc trzeba trzymać kurs i tyle.


Cóż w sumie nic dodać nic ująć.
Krótko i na temat, za to lubię Michała.

może jakbym miał inaczej dni treningowe rozpisane, tzn inny układ dni biegowych, może czaem taki dorobiazg by nie zaszkodził, ale ja mogę biegać tylko 5 dni pod rząd i jak tego nie zregeneruję odpowiednio, to padnę znów na pysk, czytaj końcowy wynik będzie kompletnie nieadekwatny do włożonej roboty.
Pracuję dwa dni w tygodniu sobota-niedziela po 12 godzin , cieżka fizyczna robota, w poniedziałek rano to mam dość wszystkiego i dochodzę do siebie do środy, a w poniedzialek muszę zrobić pierwszy akcent bo stadion czynny i raczej cieżko to przełożyć na wtorek bo wtorek stadion zamknięty.
więc zostaje układ poniedziałek czwartek na akcenty i nic więcej już się tu nie upchnie.
jedynę co to staram się rozbijać treningi czasem na dwa w ciagu jednego dnia, jak ostatni poniedziałek, czyli rano 5.6km żeby się jakoś rozruszać i wrócić do zywych po weekendzie, a wieczorem stadion.

właśnie, poniedziałkowy stadion.
zeszły tydzień skończylem na 78 km
ten chcę zamknąć w granicach 80 i już widzę, że będzie ciężko,
na szczęście kolejny też z dwoma akcentami, ale kilomtraż odpoczynkowy
coś w granicach 50/55

dopłyneli mu do brzegu tego tygodnia, po tych wynaturzeniach osobistych, które i tak musialem uciąć zdecydowanie, bo z sześć stron mi tu, by wyszło, tak sie rozpędzać zacząłem z tym pisaniem, a patrzac po komentarzach pod moim blogiem, czyta go jedna w porywach dwie osoby, więc, żeby nie było jak z treningiem, całe te pisanie psu w dupę.
niemniej mamy poniedziałek, ja sobotę miałem wolną od fabryki, więc niedziela tylko w kamieniołomach i nawet nie byłem za mocno zmęczony w poneidziałek rano.
wiało trochę, ale tez łaskawie, nie 60/h jak w niedziele, tylko normalnie tam sobie leciutko z 15/h i to stałego bez żadnych porywów.
nogi niestety czułem, że nie były najlepsze, może jakbym nie pobiegał jet soboty jak głupek i tak byłoby tak samo, ale sobota była, i wyglądało na to, że nie zdążyłem się zregenerować.

w planie 6x800/400 czyli w sumie 3 min/3 min w założeniach.
jak mówiłe, mocno nie wiało, ale jednak wiało i to na ostatniej prostej w pysk, czyli po wyjściu z łuku zaczynała się zabawa.
pierwsze dwie koła poleciałem trochę zachowawczo, 2 sekundy za wolno, ale obawiałem sie tego wiatru, a może pobiegłem rozsądnie po prostu i nie piłowałem tempa pod ten wiatr tylko trzymałem intensywność, bo przy każdej ostatniej dwustumetrówce mialem 2:15 na budziku czyli czas idelany na te 3:45/km.
dla mnie to już szybko, naprawdę, szybko, nie mam obieganych tych szybkości i to trening konkretny już jest, poza moją granicą komfortu. trzecia najgorsza ale z sekundę szubciej, po prostu zacząłem trzymać tempo pod ten wiatr. czwarta, piąta odczyciowo najgorsze, bo już zaczyna wszytsko się robić ciężkie, a do końca daleko. jednak nie odpusczałem i zaczeły się już kulać, po 3 min. ostatnią pod ten wiatr ewidentnie podciciągnąłem mocniej i urwałem 2 sekundy z tych 3 minut. przerwy były krótsze niż 3 minuty, 400 metrów wychodziło mi po około 2:42 sekundy mimo, że pierwsze 3040 sekund maszerowałem bo inaczej znów chyba by wychodziły po około 2;10/2:20 a miałem wyraźnie napisane 3 kurwa minuty a nie 2 . TRZY!!!! niestety do mnie tak trzeba.
ale cały trening dobry, może, żeby nie ta sobota siedząca w nogach ? tego nie wiem, ale z tyłu głowy na pewno, może by poszło te 1-2 sekundy na kółku szybciej. a może dzięki temu własnie, nie zacżałem za mocno i poszło jak miało pójść.
byłem zjebany konkretnie, nie wiem czy bym dał radę jeszzce jedne osiemset dokręcić w tm tempie, 400 na pewno, być może 800 bo to jak człwoiek wie, że nie musi to wtedy właśnie wychodzi, ale to czyste gdybanie.
ważne, że było równo, mocno i solidnie, czyli tak jak miało być.
tempa dobrane dobrze wykonanie też okazało się solidne.
kolejne dwa dni zeszły już na patatajach.
we wtorek lało i wiało ponad 40/h.... kurwa co za pogoda, zmusiłem się do wyjścia na prawie 10km, wolno, ale i tak przez ten deszcz i zimnicę lekko za szybko, coś koło 5:30 , ale wczoraj to już drobiłem. wiało tak samo albo gorzej, ale nie padło, wyszło nawet słoneczko, było coś koło 9c więc drobiłem w okolicach 6/km bez żadnego ciśnienia sluchając audibooka.
ale biegło się cieżko, źle i siedziała już czwartkowa kobyłka w głowie.
łydki uda były pospinane, więc troszki sie porolowałem i wieczorem sobie pooglądałem serwis windy.com przed czwartkowym treningiem i dużo tam czerownego było na wykresie, zdecydowanie kurwa za dużo.

w czwartkowym planie było 20-do 24 tempem 4:40/45 ale z założeniami, że ma być to poprostu pobiegane z dyspozycji dnia ( tak przynajmniej zrozumiałem ) ciut mocniej od swobodnego wybiegania, z poprawką na ten jebany wiater, o lekko pofałdowanej trasie nie wspomnę.
odpuściłem tym razem wybieganie nad morzem przy tej pogodzie, i postanowiłem pobiegać po parku, bo mimo, że petelka ma tylko 2 km, to jednak mozna się trochę przed wiatrem schować.
popiłem Vitargo z rana, i do cyrku.
i pierwsza miła niespodzianka, nie wiało, no niby garmin pokazuje 20/h ale nie wierzę, nie wiało i już , moze z 10/h ale to może, może.
te, 20 ta owszem, możliwe,że pokazuje, bo na ostatnim kółku bez słowa ostrzeżenia, żadnych znaków na niebie i ziemi, nie wiało, a jakby kto dżinna z butelki wypuścił, dojebało nagle, ale to było ostatnie koło.
petelka wymierzona co do metra kółkiem z licznikiem co to je amazon przysłał, ma 2037m a stryd pokazywał praktycznie 2013, więc biegłem szybciej niż pokazywał budzik, ale już znam ten bład i wiem, że to około 5 sekund, przy tym dystansie.
sprawę komplikował dość długi z 500-600 metrowy podbieg tak w połowie trasy, bo powoli i sytematycznie napędzał tętno.
generalnie trochę byłem w kropce, Michał pisał tempem sie nie stresuj ma być deko mocniej niż spokojne bieganie, ale też napisał cos koło 4:40/45 w dobrych warunkach, a były dobre , no może te jebane góreczki bo uzbierało się na całości 170 metrów prawie, ale ad rem, więc tak nie bardzo wiedziałem jak to biec, żeby nie przegiąć, ale żeby też za słabo nie było. poleciałem na wyczucie i na moc, ciut słabszą niż moje TM na dzień dzisiejszy.
bo myśle, że te 4:40/45 to wlaśnie realne tempo maratonu, chociaż patrząc po tetnie to może ciut szybciej.
mówimy o stanie na dzisiaj.
na początku dość długo chyba do 8 a nawet 12tego kilometra zamykałem się w tętnie 152 średnim - to i tak wyżej niż oczekiwałem, ale to około 78% mojego Hrmax, potem powolutku rosło, w czym zdecydowanie miał swój udział Pan czas i Pani górka, ale starałem się nie piłować tego i jakoś to wypośrodkować.
przedostatnieto już tetno średnie 158 ( 82% Hrmax), niemniej po górce wciaż wracało do tego 152 więc może tragedii nie było. dochodzi do tego czas zmeczenie, wiadomka, niemniej te 2-6 km bym jeszcze dociagnął jakbym musiał,
ale to byłoby kosztem konkretnego spadku tempa, albo zdecydowanego wzrostu tętna.
całość wyszła po przeliczeniach 24 444 co daje 4:44 na tetnie 152 srednim.
wolałbym na 144 no ale cóż, nobody perfct.
nie wiem jeszcze co kierownictwo na ten trening, czy znów nie przewiozłem, bo po to wlaśnie mi Michał, żeby zdecydowanie mi kierunek pokazywać, bo co mi się wydaje lekkie, to wcale nie jest lekkie i potem pikuje jak ten messerschit zestrzelony nad londynem.
tak w ogóle to ostatni wpis z europy, bo od jutra, to ja już będę innym człowiekiem.
mam jeszcze parę przemysleń w temacie biegania też Michała- infernala, zagladam ostatnio dużą ciekawością na jego bloga.
tak myślę, że jesteśmy na mocno zbliżonym poziomie teraz, przynajmniej patrzać po czasie 5km, ale wkroczyliśmy na kompletnie oddzielne ścieżki treningowe,
i ciekawi mnie gdzie to nas zaprowadzi.
ale to może już w tomie II bo i tak widzę, że się książka napisała.
czuj czuj, czuwaj.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pn, 10 lutego 2020, 17:17 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
kachu kachu i do piachu

wygląda na to, że im więcej czasu na wszystko, tym mniej na nic.
wolnego niby od cholery, a ja w niedoczasie strasznym.
dlatego dzisiaj krótko, naprawdę krótko.
tydzień był zeszły czwarty z piętnastotygodniowego planu pod maraton, oznaczony jako wypoczynkowy,
czyli dwa akcenty a kilometrów mniej.
dwa poprzedzające było po około osiemdziesiąt per łeb/ więc ten sześdziesiąt i basta.
dwa pierwsze dni spokojne bieganie, wiało już nieźle, a jak do tego trzeci tydzień już podziębiony.
jakaś masakra, wciąż rzężę, charczę i pluje.
modelowy gruźlik.
3-dniowy antybiotyk, ale na poniedziałkowy stadion szans w takim zdrowiu nie było, więc przełożony na środę został.
2 minuty przed wyjściem na trening kurier przynosi nowy zegarek, nic nie ustawiam, bo i po co przecież,
paruję tylko pasek HR i lecę biegać kilometrówki.
5x1km dokładnie.
i tu niespodzianka, okazuje się, że zapodaje się samoczynnie, tryb blokady ekrany, a ja nie wiem jak go wyłączyć, a jako, że chcę mieć stadion w miarę pusty, nie pierdolę sie z zegarkiem, klnę głupotę i lecę te kilometrówki na nic.
czyli zapinam je mocno jak mogę na 400 metrowych przerwach.
jakie to mocne było, nikt nie wie, bo zegarek się lapował co jeden kilometr, na stadionie GPS działał tak se i tak po prawdzie jeden wielki wuj wie co to było.
jedynym policzalnym wyznacznikiem było tetno i patrząc, żze dochodziło do 177 chyba znaczyło, że było dobrze i konkretnie.
odczciowo poleciałem to na 95 % jak na warunki treningowe, bo ten zegarek mnie wkurwiał ( bo p[rzecież nie glupota własna ) ale trening uważam za dobry.
w piątek miałem 11 km ciągłego w planie, niestety znów tyłku głwbokim z czasem i udało się tylko zrobić 5km mocnego biegu.
wiało, już początkie tego jebanego kurestwa się zaczynały, co to przewala się teraz, nie że aż tak mocno, maks 30/h ale biegalem po pętli i to niekoniecznie płaskiej, i akurat wiało w pysk pod górkę,
na tych pieciu km było jakies 30 metrow up więc wcale niemało.
myslałem, że dobrze będzie jak polecę koło 4;10/ na kilometr a tu
niespodziewanie, takiej nogi dostałem, jak alkoholik przed trzynastą, i zapierdalałem
jak po pierwszą wypłatę.
te odcinki podgórkowo-wietrzne były ciężkie, ale dostałem takiego szwungu, że nic mi nie przeszkadzało, ostatnie km leciały już na średnim tętnie 176 a 5km skończylem poniżej 20 minut.
akurat czwarty kilometr zaczął się pod górkę więc wyszło, że leciałem go koło 4;12 patrzać po tempie więc naprawdę sporo musiałem nadrabiać żeby pero wyszło na zero.
ale moc była taka, że nawet na chwilę nie odpuściłem, i szło jak radziecki tankista na wieżę po zegar.
cieszy, że chociaż raz kiedyś się trafi slepa kura.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 14 lutego 2020, 17:26 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
piątek świątek co przeplata

jednak ta część biegowej braci co to opisy w stylu samych cyferek wrzuca ma zdecydowanie lepiej,
wpisze się coś takiego:
pon- 12 temp śr 5;39 Hr śred 156 Hr max 158 easy
w 3 minuty można cały tydzień opierdolić, nie, że narzekam, ale ileż można zaczynać bloga od wiało.
a wiało i chciał nie chciał, parę słów się należy w temacie, mimo ze opis tego będzie tak samo
pasjonujący jak oglądanie sylwii spurek.
nawiasem mówią jak słucham tej nawiedzonej, to od razu mam ochotę lecieć do sklepu
i kupić golonkę,
no nie mogę słuchać, tego całego nachalnego pierdolenia i przekonywania iinych na siłę.
przekonywania młotkiem, narzucania ideologii.
bo to zaczyna sie robić ideologią, przynajmniej w ustach paru osób.
sam nie jem mięsą od jakiegoś czasu, pamiętam pierwszy raz zacząłem niejeść w 1988 roku i chyba 3 lata się tego trzymałem. potem znów wróciłem do niejedzenia w 2013 na dłuzszy czas i teraz znów od roku ponad nie.
ale jak słyszę tych pierdolniętych to od razu do lodówki kaszanki szukac lecę.
na razie się udaje powstrzymać, ale jak długo jeszcze ? jak długo ?
czy tak wszędzie trzeba z każdej strony cepem po po oczach napierdalać ?
nie da się wyłozyć swoich racji mniej nachanlnie ?
kurwa.
no dobra wracamy do biegania, wiało w niedzielę u mnie ponad 120/godzinę i to już powoli nie było zabawne,
a na poniedziałek były kilometrówki w planie, w sumie dyrekcja kazała powtórzyć zeszły tydzień,
jak w wojsku, trening nie zrobiony, tydzień nie zaliczony, wiec nazad powtorka całości.
w poniedziałek odpuściło na szczęście i spokojnie poleciałem na stadion te kilometrówki trzaskać,
że odpuściło, nie znaczy, iż przestało, wiało, ale wiało na tyle, że można było biegać.
nie wiem, jak mocno, garmin pokazał 63/h raczej tylke nie było, windy.com pokazywało stałego koło 40/h w porywach do 80ciu i się mogę na te 40 zgodzić plus poporywało tez momentami ale raczej tylko momentami.
niemniej swoje trzeba było polatać a żeby nie było za fajnie, to chwilę przed wyjściem grad fajny se popadał jeszcze, do tego zimnica się zrobiła, no brakowało tylko okresu na szczęscie nie miałem, więc chociaż tyle dobrego.
odczuciowo, dobrze, chociaż dwie pierwsze mocowałem się z tym wiatrem i starałem się jakoś wpasować w tempo, zeby całkiem treningu nie połozyć, więc z planowanych 3:45 wyszły po 3:55 na przyznaję dośc krótkich przerwach.
przez tą zimnicę, człowiek tylko myślał, zeby skończyć jak najszybciej.
zły byłem, bo to jednak powinno być fajne bieganie, skupienie sie 100% na treningu, dołożenie na maksa, dłuższe przerwy i znów maks, ale gdzie tam, patrzyłem tylko, żeby odpierdolić co swoje i dodom, taki warun był niefajny.
ja wciaż podziębiony, 3 tydzień te kurestwo sie mnie już chyba trzyma, więc tym bardziej, nie chciałem za długo po dworze się szlajać.
kolejne 3 już były podduszone konkretniej wychodzily chyba po 3:51 co jednak uważam za niezły sukces, mysle, że bez wiatru by poszło po te 3:45 lub cos koło.
ale wkręcić się na obroty nie udało, wiatr skutecznie powstrzymywał zapedy i chociaż było to niezłe bieganie, to nie jestem zadowolony z wykonania, było trochę na odpierdol odczuciowo.
brakowało tego misterium.
bywa.
potem wiało, ja biegałem, ja biegałem wiatr wiał, aż tu wczoraj bydlę jedno, cisza, no co jest kurwa pytam się ja ?
ja się pytam, co kurwa jest ? dzisiaj miało być cisza, a nie wczoraj.
wczoraj to ja byłem po środowej dwudziestce recovery i wszytsko na piątek poprzekladałem, bo wiać miało nie wiać.
nic to obudziłem się i miałem piatek.
śmiaszna sprawa, też tak macie / wstajecie, otwieracie oczy a tam piątek ?
ciekawe to, naprawdę.
w planie 11 km w TM, tego co ja w zeszłym tygodniu nie miałem kiedy biegać.
dług znaczy, do spłacenia.
wiało jak wiało, standardowo, bywało juz gorzej, ale i bywało lepiej.
powiedziałbym, że wiało mniej niż więcej jak na standard.
od razu biegło mi się dziwnie.
dziwnie dobrze, w założeniach do tętna 165 tym bardziej, że standrdowe 2 km to petla góra dół, chociaż najbardziej plaskach z tych co je znalazłem więc pierwszą zachowaczo tym bardziej, że jak napisałem biegło się dziwnie.
dziwnie dobrze.
kolejna lekko szybsza potem już kontrluję tempo, zegarek pokazywał dość dokładnie, ale ja wiem, że żeby było 4;15/km muszę mieć równo 8;40.
robie dwie strzy sekundy poniżej ostatni 3 kół, i wiem że jest dobrze a nawet bardzo dobrze.
to zresztą wiedziałem już od 2 koła kiedy nagle całe te bieganie, zamieniło się w żwawszy trucht.
sam sie przestraszyłem, ale te odczucie nie znikneło do końcowego 11km.
luźno i swobodnie, z kontrolą tempa i tempa.
całość wyszła po 4;15 na tetnie 162 praktycznie bez dryfu, za to sporo górek dobrze ponad 50 metrów i jednak coś tam dmuchało w pysk.
no w końcu, trening taki jaki miał byc.
tydzień delikatny, raptem 70 kilometrów, ale optymizmem powiało, jak świniakiem u Vege braci.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Wt, 25 lutego 2020, 10:18 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
dylematy.
pisać czy nie pisać dalej oto jest pytanie.
kogo to w ogole interesuje ?
ktoś to w ogóle czyta ?
nie wiem, nie wiem, nie wiem.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Śr, 26 lutego 2020, 14:35 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
Polly.

Trochę nerwowo od rana, ukochana mała Polly pojechała dziś na opercje.
Trzeba wyciąc jajniki, bo biedactwo już po pierwszej rui, kto miał kotkę i wie jak wygląda rujka, wie też, iż to męka straszna, tak dla kota jak i właściciela.
także ten tego, lekko niesokojny chodzę od rana.
mam dzwonić koło 14stej dowiedzieć się o zdrowie, tak Pani w recepcji powiedziała, więc czekam.
już to przechodziłem z dwoma poprzednimi, ale z tamtymi miałem o tyle lepiej, że uczestniczyłem w zabiegu, a nawet zdjęcia robiłem.
Pozostałe dwie obrażone chodzą, bo wieczorem musialem schować miski, coby już mała nie jadła, a te zarazy solidarnie też nie, więc złe były, a jak rano nie dostały to nie wiedzialy co się dzieje,
zjadły potem, z łaską obrażone, ale widziałem ten wyrzut w sumieniech w oczach w stylu,
"co ty chłopie odpierdalasz"
a co ja mogę, no co ja mogę???
chyba tyko pod wiatr się wysikać, bo tego to ostatnio nie brakuje, kurwa, tu to narzekać nie mogę.
całe dnie na bogato, jakby każdy kolejny chciał wynagrodzić poprzedni, że tak słabo dmuchł.
do tego słońce było dwa razy na chwilę tylko, za to grad, deszcz, śnieg nawet dzisiaj w nocy, bez umiaru.
ja se chyba bloga meteroloologicznego czy jak tam to kurestwo się pisze, założę.
no ale za to pięknie przeszedłem, od kota do biegania, aż się wzruszyłem i osmarkałem caly z tego zdziwienia, jakie to ładne było i sprytne.
co kurwa talent, to jednak talent.
szkoda tylko, że co poniektórym widać, bozia dała- chyba za karę- za dużo talentu, jednocześnie rozum odbierając.
jak słucham wypowiedzi niektórych aktorów, pisenkarzy czy innej tej swołoczy, co im się wydaje, że wiedzą wszystko o wszystkim a powinni
co najwyzej blok metoeroloologiuczny czy jak tam się te kurestwo pisze prowadzić winni,
widzę, że sroga to kara oj sroga.
w takich chwilach, od razu przestaję żałować, że jedyny talent jaki miałem, to był ten do walnięcia browara a i tak już się poszedł jebać.
ostał się ino górniczy znaczek, jak to kiedys janek skrzek spiewał.
i przyszed poniedziałek a w planie było osiemset ich metrów panie razy 6 sztuk ich było, po czterysta żesset metrów na przerwie takowj.
chciałbym uprzejmie przypomnieć, że całe teatrum działo się już dawno temu, bo o zeszły tygodniu mowa to jest.
ostatni trening z serii Vomax to był i który miałem zrobić o sekundę szybciej od takiego samego robionego parę treningów wstecz czyli 2:59min/800m
nawet było blisko, ale kto rozdawał karty, wiadomo.
nie ze dramatyzuję, pisze jak było, a było tak:
wyszedłem z domu, 3 minuty po -zaczęło lać, ale dosłownie polewajka jak na wilkanoc, dobieglem do stadionu i cud, przestało.
okazało się, że przestało po to tylko, żeby grad mógł sobie swobodnie ponapierdalać.
faktem jednak jest, że za długo nie popadał, bo tak wiało, że nie dolatywało do ziemi więc spokojnie już moglem oddać się bieganiu.
zmarznięty byłem, jak nieboszczyk na kołymie, i tak samo pozytywnie nastawiony do życia i treningu.
na szczęście człowiek stary jest i głupi a wiatr łysą pałę przenicował, więc nie miałm sił na myślenie i pleciałem swoje zrobić.
generalnie udało się zamknąć całość wg planu.
dwie ostatnie były w czasie 3;01/przypominam nie mówię o tempie,tylko o czasie na 800m
tempo to jakieś 3:46 twedy chyba.
ale były chyba też ze dwie po 2:57min
niestety jak już kiedyś pisałem, wiatr był coraz silniejszy, a ja coraz słabszy i dwie ostatnie lekko pległem.
powalaczyłem jednak uczciwie do końca, i z treningu byłem zadowolony, niemniej wkurwiony na pogodę tak jakbym nie miał czasu się do niej przyzwyczaić
ale ja zawsze uważałem, że nauka idzie mi opornie i teraz doskonalę to widzę i się w 100% potwierdza.
niemniej trening został zrobiony zgodnie z założeniami co nawet mnie zdziwiło, ale wiadomo, stary to zawsze zdziwiony.
potem parę dni patatajów i nabijania kilometrów i czekanie na chociaż ciut lepszą pogodę.
jebac deszcz jak rzekł poeta, ale żeby chociaż mniej troche wiało, bo było 12 km ciagłego do zrobienia.
udało się prawie idealnie, przestało lać i wiać akurat.
i jakie to ma znaczenie, że fakt ten zaistniał jakieś 4 godziny po treningu.
było?
było.
więc morda w kubeł.
zresztą co to za wiatr, garmin pokazał raptem 40/h no już nie przesadzajmy, a że popadało troche ?
też mi dramat.
w amazonii pada cał noce i dnie i to tak, że nawet serialu takiego tamtejszy Antaczak kręcić już nie musiał.
mają to na co dzień i noc zresztą też.
także nawet nie rozczuliłem się nad sobą za bardzo, widać hartuję się coraz lepiej i już tylko co drugi trening płaczę.
potęga i moc posępnego czerepu.
na ciąglym moc była też, nie ma się co krygowac, poszło dobrze lub nawet lepiej.
kilometry były zaliczane na spokojnie, tempo planowane 4:16 okazało się żwawsze, ale biegło się samo -naprawdę luźno.
jedyne co przeszkadzało, to delikatne wzrosty tętna z okrązenia na okrążenie, ale miało to miejsce tylko wtedy kiedy zapylałem pod górkę a oczywiscie wtedy tez wiało w pysk.
Ale po podbiegu ( na 12 km wyszło 87m up jakby kogoś to inetresowało jakimś cudem ) teno wracało do normy więc leciałem dalej swoje.
Do samego końca było dobrze, chociaż ostatnie dwa koła czyi 4 km ewidentnie żwawsze, ale lało coraz bardziej i chciałem mieć to już z głowy.
wg gpsa wyszło 4;13 na tetnie 162 czyli jakieś 84,5% Hrmax.
pratycznie bez dryfu.
tętna oczywiście a nie mojej chorej wyobrażni, bo ta gdzie dryfowała to nawet nie napiszę.
to chyba karalne jest tak mi sie wydaje, a jak nie jest to być powinno.
wg znaczników, bo kółka wciąż te same zmierzone dokładnie po 4:15 , ale może tą sekundę szybciej bo biegałem jednak dużo szerzej niż zmierzona trasa, kałuże, zaparkowane samochody, wiatr rzucuł mna parę razy w krzaki,
no ale te 4;15 było na 100% uczciwe.
Cieszy to bardzo, bo to kolejny solidny trening, zrobiony z założeniami.
nie zamierzam już przyspieszać nawet jak będzie szło, trzeba się trzymać tego co mam i strać się dowieźć formę na koniec kwietnia a nie poczatek marca.
Cały tydzień zamknął się w 80km i 24588m3 wody, czyli wesołe jest życie staruszka.
czuj czuj czuwaj a wy trzymajcie kciuki za Polly.
Ps
komentarze 30 razy lepsze od bloga.
I naprawdę mialem duże wątpliwości, czy pisac dalej.
fajne, że coraz więcej starych wraca z powrotem, będzie co czytać.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 28 lutego 2020, 13:15 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
wilk zły.

poniedziałek jak zwykle zapowiadał sie uroczo, trochę padało od rana,
ale nie więcej niż 2 litry na godzine myśle, na szczęście wiatr był tak uprzejmy,
iż rozgonił wszystkie chmury i postanowił sobie, że na wszelki wypadek powieje sobie też podczas mojego treningu.
nie za dużo, ot ociupinkę ino.
w planie pierwsze progi za płoty - znaczy 6x1600/400 po 4:03
ciężka kobyła, naprawdę, ale cóż, chciał nie chciał-musiał.
pętla ma 2km z groszem ostatnim, jest pofałdowana z wyraźnym odciniem pod górkę i spadkiem po nim, dziw taki.
od samego początku zrobiłem błąd, bo uciekałem na przerwy tak, żeby były pod tą góreczkę,
a trzeba byo starać sie, żeby były pod wiatr,
cóz nołbadyhołdys, a ja już szczególnie.
także zaczynałem z góreczki z wiatrem w plecy, potem lekkio góra -dół-lewo-prawo, a potem już tylko w ostatnie 30 metrów leciutko zaczynające się pod górkę,
ale za to kurwa- WIAŁO!!!
naprawdę WIAŁO i to tak, że stawiało w miejscu.
o ile do tego momentu miałem na budziku tempo w granicach 3.47-50 to ostatnia prosta tak stawiała, iż kończyłem po około 3:55 srednio.
no własnie i to kolejna niespodzianka, bo sam trening wszedł pięknie.
trudno to oczywiste, ale równo, bez chwili słabości, z tempem wydawałoby się niemożliwym dla mnie przy takim treningu,
a przynajmniej nie bez zajechania sie na maksa, a tu powiedziałbym, że żeby nie ten wiatr, byłaby to dobra zabawa.
ale wiatr był, ale też i z górki było i z wiatrem w plecy też, więc sam nie wiem jak te tempo traktować, robię to z lekkim przymróżeniem oka, niemniej ale sam trening był bardzo udany i naprawdę zadowolony byłem z sebie, tym brdziej, że przerwy też dość krótkie bo coś koło 2:20na te 400 metrów wychodziło.
i było pieknie jak w bajce, wszyscy sie kochali i i mieli dużo dzieci,
aż tu nagle pojawił się wilk zły.
ni z tego ni z owego, po środowym rozbieganiu łydka powiedziała pass, i wzięła sie zepsuła.
prawa a wiadomo, co z prawej strony to swołocz straszna.
i tak se to zrobiła, bez żadnego ostrzeżenia, nic, kurwa, żeby jakis list z terminem siedmiodniowym,
czas na jakieś odwołanie, karencja, kadencja, no nic.
wzieła se i jebła.
trening dokończyłem kuśtykajać, ale dobrze nie było.
niepierdalało tak mocno, że w środę po schodach wleźć nie szło.
poszedł w ruch roller i biszolin i poprawilo się na tyle że już w czwartek rano chodziłem prawie bez komorowskiego ( bulu znaczy ) ale też od dawien dawna wykazałem się głosem rozsądku i dałem se na luz.
robię offa też i dzisiaj, bo nic na siłę, już nic nie nabiegam, weekend kamieniołomy dwa dni,
więc liczę, że jednak trochę się naprawię do tego czasu.
po raz pierwszy od lat, naprawde od lat, nie mam wyrzutów sumienia z tego powodu.
raczej tylko sie przejmuję, że treneiro się martwo, plan zrobił piekny, ale cóż,
głos rozsądku nie tylko w książkach sapkowskiego wystepuje.
a może sam siebie oczukuje i zwyczajne lenistwo to kurwa jest ?
no, może, może tym bardziej, iż leje jak z cerbera 2 C o wiatrze wspomnać nawet nie chcę.
ale noga boli wciż, chociaż mnie.
ale co by nie było, zakupiłem wczoraj cztery piwa w celach leczniczych, i roluję się chociaż widzę dziwną prawidłowość, jakiś mietki się w rękach robiłem wczoraj po czwartym,
i mam wrżenie, ze po piątym to rollre by jeżdził juz po mnie, a nie odwrotnie.
inna sprawa iż nie pamiętam kiedy ostatnio przyjąłem taką zmasowaną inwazję śmierci z plutonu,
więc może jednak jest to jakieś upsrawiedliwienie ?
biorę to bardzo na miękko, zresztą o dziwo, nic na siłę, da się sie pobiega, nie da się sie nie pobiega.
nie ten maraton to inny, nic na siłę.
jest dobrze, będzie lepiej. szkoda trochę, że planowana 30stka uciekła w tym tygodniu,
trochę zazdroszczę tym co biegają, ale jak patrzę co się dzieje za oknem, to ulgę odczuwam odczuwalną, iż nie muszę iśc napierdalać teningu.
taka to dwoista natura lucka.
ten lucek to jednk zimny drań jest.
do zobaczenia się zaniebawem, miejmy żesz nadzieję, nie tę lichą marną.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Śr, 11 marca 2020, 10:16 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4474
Lokalizacja: zzewszont
im więcej człowiek ma wolnego, tym bardziej w niedoczasie jest, dziwna to zależnośc, ale widać jestem mistrzem w pozwalaniu na przepływanie życia przez palce.
niemniej czasem i mi sie należy trochę luzu, w końcu człowiek drugiej młodości i trzeciej świeżości jest, czy też może odwrotnie ?
w każdym razie dziś naprawdę krótko i na temat, celem nadpędzenia zaległości.
noga w zeszły poniedziałek wciaż tak se, zresztą stan na dzisiaj, wciaż nie jest idealnie, no ale juz naprawdę nieźle, więc obandażowałem się jak mumia i polazłem na 4x2.4km/600m przerwy.
nie pamietam czy wiało, ale chyba cos tam wiało, bo jakby nie wiało, to ja bym pamiętał na pewno, w każdym razie poszło to całkiem nieźle, wszytsko zamkniete koło 3:57min/km nie że tam z palcem w anusie, nie nie, ale też bez dramatów, gryzienia asfaltu, kopania staruszek i wzywania najwyższego na pomoc.
weszło tak jak miało wejść, trudno, ale wykonalnie, równo od poczatku do konca.
na czwartek zaordynowane 13 ciagłego i tu już zabawy nie było.
było słabo, wymeczony ten ciagły po jakieś 4:14 niby srednie tetno tylko 164 ale biegało się od samego poczatku żle.
byc może też dlatego, że zawsze mi wieje na odciunku pod góre w pysk, a tu jak raz wiało odwrotnie.
zawsze sie modlilem o takie ustawienie wiatru i znów sie okazało, że uważajcie z zyczeniami bo
stają sie przekleństwem jak się spełnia.
pod górkę było jak to pod górkę-pod górkę, więc biego się słabo, a z górki sie okazało, że wiatr w pysk nie pozwolił chocby na chwilę odpoczynku i było słabo, tak słabo, że każde kolejne kółko było w stylu, pierdole nie kończę, powiem Michałowi, że mnie noga rozbolała i musiałem zejśc, dokonczę tylko ta pętle i spadam.
tym sposobem dociągnęłem ta 13 stkę do końca, wspomogłem sie dwoma żelami, ale to chyba bardziej na psychę bo nie poczułem żadnej róznicy i jako, że w zazeszłym tygodniu z powodu tej nogi nie biegałem longa dociągnąłem, jeszcze wleczonym do 27 km całość.
no umęczony byłem z lekka, ale mus był.
cały tydzień 80 km jako, że u mnie nic nie odwołują na razie, to walka trwa, a nawej jakby odwołali, nic to nie zmienia, lecę planem do końca.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 415 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 23, 24, 25, 26, 27, 28  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: roberturbanski i 16 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL