Teraz jest Wt, 12 listopada 2019, 08:45

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 377 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 21, 22, 23, 24, 25, 26  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Śr, 24 kwietnia 2019, 14:59 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
z zawodów z byłym już naczelnym nic nie wyszło, ale i tak wracam na stare śmieci.

zmiana tytułu bloga wiadomo, stary ja a cele nowe.

celem jest maraton 2020 jesień sub 3.
ja jestem na poziomie 20min/5km na chwilę aktualną.
i tyle wiem jeżeli o wyniki sportowe chodzi.
do tego na również aktualną chwilę połamany, niemocą rzężeniem w płucach mokrym kaszlem i innymi taki miłymi rzeczami.
także w sumie wstaje dopiero na nogi po jakiejś jebanej wirusówce, dobrze nie jest ale jest lepiej niż pare dni do tyłu.
z dobrych wieści dla mnie to takie, że całość ogarnie i najgorszą robotę odwali za mnie Mihumor - mi zostanie tylko najłatwiejsza cześć, czyli iść pobiegać.
Michał za to musi ogarnąć całą resztę.
także jeszcze się na pewno rozpisze któryś z nas jak i co będziemy robić, żeby popchnąć to wszystko do przodu.
póki co biegam bez żadnego ścisłego planu, chcemy połapać, tempa, prędkości itd itd.

bloga reaktywuje coby po pierwsze naczelnik miał wgląd do odczuć treningowych i żeby mieć jakiegoś bata nad sobą.

w linku pod spodem odnośnik do mojej stravy jakby jakimś cudem ktoś chciał sobie coś szczegółowiej pooglądać.

tak tak z lekka chaotycznie tytułem postawiania spraw, ale mam dziurę w głowie duża jeszcze i z myśleniem dużo słabiej od normalniej niemocy.

treningowo dziś pobiegałem spokojny kros pasywny, pare okolicznych zbiegów i podbiegów, szału nie było, ale i dramatu żadnego też nie.
taki sam poziom jak piosenek u strajkujących nauczycieli.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Cz, 25 kwietnia 2019, 13:30 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
Rozpoznania bojem.
6km tempa.
Kierownik zarządził lekki sprawdzian, aczkolwiek od razu zaznaczył, że jak nie będzie szło, mam kończyć, gdyż zdrowe wciąż mam wątłe.
Oszczędzę może barwnych opisów jak kaszlę i co mi leci z nosa.
Na szczęście pogoda dopisała raptem 11C i i prawie nie padało a i wiatr dziś standardowy coś raptem koło 26/h.
Miałem polecieć te 6km w Tempie II zakresu czy też może TM czy coś w tym stylu, bo te tempa się pokrywają chyba czyli jak dostałem wytyczne:
"Zacząć trzeba od 6-8km i poszukać tej dobrej intensywności czyli komfortowo ale trudno i do końca ma być bez umieralni, dobiegane ze świadomością, że jeszcze ze 2km to spokojnie bym pociągnął"
tak też mniej więcej było te dwa bym dociągnął jeszcze, może nawet cztery, ale to już bym się musiał mocno sprężyć.
mocno,mocno.
poleciałem to na tętno M czyli u mnie jakieś 158/163
progowe mam patrząc po startach i sprawdzianach 169-173 a jakieś 192 potrafię wyciągnąć przy spoczynkowym dochodzącym do 42 czasem.
tempo całości było 4:21 przy tętnie średnim tętnie 161 czyli jak powinno być.
krecią robotę zrobiły podbiegi bo jak to nad morzem, zero płaskiego i ukulało sie 55m up na tych 6km.
czy to za szybko, czy za wolno, czas pokaże niemniej pierwsza cyfra do tabelki jest.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 26 kwietnia 2019, 14:39 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
10 kilometrów niczego.
bieg totalnie wyprany z czegokolwiek.
naczelnik kazał biegać - wolno kurwa wolno - albo jeszcze wolniej.
znaczy pisał grzecznymi słowy bardzo, ale ja chcę choć trochę emocji wprowadzić do dzisiejszego biegu. bo z tym opisem i bieganiem to jak z tym meczem w radio co go kiedyś kumple w knajpie słuchali. czegóż tam nie było, walka, podania, sprinty dryblingi czy jak to się nazywa. zamiast spokojnie browara robić, polecieli do domu jak te dwa debile, włączyli TV a tam nuda kurwa gorsza niż w polskim filmie, nic się nie działo na boisku, dosłownie nic, najbardziej pasjonujący moment to był kiedy wtedy jak zegar zmieniał minutę.
u mnie to samo, a że nie chcę z czytelnika robić jełopa więc nic więcej napisać się da.
no może że pada, 11C i wieje koło 30/km ale u mnie zawsze wieje a pada prawie zawsze.
plus taki, że też kompletnie nie czułem wczorajszego akcentu, nogi świeże jak u polskiego piłkarza po meczu.
nie żebym się kłócił z takim bieganiem, absolutnie, to bardzo potrzebne jednostki trzeba je biegać wolno, albo nawet kurwa wolniej, ja to wiem i tak ma być, tylko ciężko potem jakiegoś posta z tego ulać, Salomona i mało do tego.
także ten tego, teraz dwa dni wolnego od biegania, bo nie ma lekko i trzeba pracować więc weekend w fabryce mnie czeka.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pn, 29 kwietnia 2019, 21:41 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
29/04 poniedziałek - Deszczowa Panienka.
weekend widzę bardzo udany do wielu osób, gratuluję życiówek.
u mnie nie był taki fascynujący, sobota, niedziela po 12 godzin orki i człowiek słów owszem, używa ale satysfakcja raczej jest pod koniec stawki. za to F-words, na początku.
no z drugiejżesz strony nie ma co ronić krokodylich łez skoro od poniedziałku do soboty rano mam weekend. orać się nie chce, wiadomo, ale 5 dni weekendu w tygodniu jest nie do przecenienia.
ustalanie temp ciąg dalszy, naczelnik wymyślił prosty a skuteczny trening.
ot zwykłe 12x400/200 w tempie pijanego ślimaka w ciąży czyli mnie.
czyli 1:30 na kółko szybko a drugie tyle wolno na połowę kółka.
z okazji tej zapisałem się na stadion, bo we wsi gdzie mieszkam, żeby sobie pobiegać po ovalu, to trzeba być do klubu zapisanym. nie tak hop hop - byk na krowę i juz cielak. nie nie.
można jednorazowa co prawda 2funciaki zabulić, ale miesięczny akces 7f nie majątek a bonusów co niemiara, od trenera którego albo przydzielają z klucza ja dostałem takiego dla geriatryków albo se można wybrać innego z listy, albo bez. zostaje się też z automatu członkiem klub biegowego oraz zarejestrowanym się jest jako England Athletisc czy jakoś tak z pamięci piszę, plus zniżka na zawody, plus trener już ze 3 maile do mnie napisał co biegają na stadionie, w jakie dni itd, plus zaproszenie na grill party klubowe - niestety sobota a w dni robocze nie piję plus sam już nie wiem co, trzeci worek już szykuję na bonusy.
aha sama bieżnia taka, że można mistrzostwa świata organizować, stadion tylko LA, 8 torów tartanowych, rowy z przeszkodami, itd, pełna profeska, wiadomo jak to wszędzie na wsi, taki ichszy orlik.
i chuj z tym wszystkim jak takiej prostej sprawy jak wiatr nie potrafią ukrócić.
takie to niby mądre, lewo stronne a jak wiało tak wieje i to od prawa do lewa a nie na odwrót.
dobra starczy tych dygresji -ale to tak celem naszkicowanie warunków.

samo bieganie poszło -powiedziałabym, że poszło jak kurwie w deszcz, ale poszło.
ciężko, z krzyża, zero polotu, praca wyrobnika, ale też i o to chyba chodziło w tym wszystkim.
pół wiało w pysk, pół w tył, cieżko było jakiś sensowny rytm tego znaleźć a i inna sprawa, że szybki to ja jestem tylko do wypicia piwa, natomiast jeżeli o bieganie chodzi to może, może na 100m bym poleciał te 16 sekund a i to z przepaści raczej.

ale zadowolony jestem, bo plan wyrobiony chyba se koszulkę - bronek talar-120% normy fundnę.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Cz, 2 maja 2019, 16:08 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
wonderful black

wczoraj wpadł do mnie kumpel na kawę chwile poopowiadać o pierwszym swoim ultra, płaskie 50mil ale dystans jest dystans i mówi nagle
-pamiętasz tą kapelę black i ich kawałek wonderful live? bo ostatnio oglądałem teledysk, patrzę a on kręcony tam gdzie biegamy w new brighton koło latarnii no i faktycznie obejrzałem ponownie i wszystkie sceny nad morzem wypisz wymaluj tam kręcone gdzie i ja teraz ścieżki wydeptuję.
i tak jakoś od wczoraj ten Black mi chłodzi po głowie, nie dlatego, że teledysk kręcili gdzie biegam obecnie, kogo to obchodzi tak naprawdę, ale przypomniał mi się rok 1988 kiedy siedziałem w knajpie i słuchałem tego kawałka po raz pierwszy.
mam tak, że myślę obrazkami od razu pamiętam kto wtedy siedział ze mną w gotyckiej przy stoliku, więcej nawet pamiętam, który to był stolik. co piliśmy nie pamietam, ale czasy to były takie, że się zamawiało 4 herbaty i do szklanek wlewali co się w sklepie kupiło.
przeważnie wina czerwone "bycza krew" no i piwsko Jubilata też się wtedy tłoczyło.
tak było - koniec ósmej klasy w elizabetce ojca leciała cindy lauper i jej Time after Time.
te pieluchy obsrane co się kradło jak wisiały po praniu, wiązało w supły wrzucało do farby a potem babka z tego koszulkę szyła, chyba wolała się nie pytać skąd mam taki towar deficytowy a i matki, którym te pieluchy poginęły też ciepłymi słowami mnie długo wspominały.
te dziwne kawałki które towarzyszyły dorastaniu, punk rock słuchany godzinami w domu i vouage vouage w knajpie...
no i stadion , tak stadion towarzyszył mi od zarania dziejów, brało się torbę piw albo wino wytrawne marki wermuth, kurwa ależ to była trucizna, magnetofon kasprzak konieczne ze śrubokrętem bo każda kaseta nagrana na innych ustawieniach głowicy i słuchało do upadłego jebał Cię pies - dr.hackenbusha czy starego dobrego małżeństwa, po latach się okazało, że niektórzy wciąż siedzieli przyspawani do tej samej ławeczki a ja oglądałem już stadion od strony bieżni. wiadomo amatorka, ale kibiców mialem wiernych przez długi czas a i piwo też czasem było z kim wypić po treningu. zreszta przez stadion też droga prowadziła do pijalni piwa na konarskiego, mordownia straszna, ale piwko było pierwszego sortu, ojciec kazał iść to się brało dwie kanki i szło z nimi i nikt nie patrzył, że sie miało 12 lat.
ot takie luźne myśli przez głowę przelatywały całe 3 dni luźnego biegania.wiele piosenek, wiele wypitego piwa, wiele zrobionych kilometrów.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 3 maja 2019, 16:08 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
pasztet z soczewicy.

bałem się tego treningu, wciąż niedoleczony ja, już prawie dobrze ale jeszcze ptaszki typu gil i jego kuzyn gil zielony nie odlatują do ciepłych krajów.
no ale jest lepiej na zdrowiu to nie ma dwóch zdań
może oprócz łydek, które sobie koncertowo zajebałem, ale poradzono mi zakupić rollamasażera i te dziecko kurwy i madeja wyprowadza moje łydki na prostą.
o ile dwójki, czwórki, dupsko i co tam jeszcze mogę se masować aż do znudzenia to masaż łydek na nudę nie zostawia miejsca.
boli koncertowo, jakby ktoś napierdalał metalowym prętem i robił to z dużą wprawą i jeszcze większą przyjemnością. ale też idzie ku nowemu lepszemu światu, bo jednak boli z masażu na masaż trochę mniej a i zdecydowanie czuję że zamiast dwóch kawałków hebanu mam tam flaka, czy krótko mówiąc jak to życiu.
dziś zaordynowane było osiem tego co w zeszłym tygodniu czyli najlepiej jakby to było tempo maratonu chociaż raczej było to wytrzymałość tempowa, subtelna różnica wydaje mi się jest.
a że bałem się to i od razu nastawienie lepsze.
biegam Tempa na tej samej pętli prawie bo lekko zmodyfikowanej, udało mi się dziś znaleźć mały skrót, eliminujący z życia towarzyskiego i uczuciowego najbardziej sztywny podbieg.
tak czy inaczej do pętli trzeba dojechać samochodem i pierwsza myśl jaka mnie naszła po wyjściu była o kurwa ja pierdolę ale wieje.
ja wiem, że podnoszą się głosy w komentarzach, że dużo tych kurwa i innych wujów, ale niestety ja nie umiem a co gorzej nie chcę inaczej.
może 99% ludzi jak im spadnie dziesięcio kilogramowy odważnik na małego płaca u nogi to powiem auć lub o cholibka ale ja niestety jestem w tym 1% co to wtedy wiadomo co powie.
rzuci kurwa i to niejedną.
także wiatr raczej nie zachwycił mnie dziś od rana ale chciał nie chciał musiał.
cały bieg bez dramatu, nawet na - żesz ty kurwa w ten jebany ryj - nie zasługuje, ale to akurat dobra wiadomość bo tak miało być. miał być pot bez krwi i łez i był pot, łez i. krwi nie stwierdzono.
pętelka dwukilometrowa pierwszy km pod górkę i ten jebany wiatr, drugi wiadomo z górki i z jebanym wiatrem w plecy takoż. prąd zmienny był raz po 4:24 raz po 4:17 lub coś koło tego i tak pitu pitu przeleciało 8km. nie żebym się nie zmęczył - zmęczyłem ale dwa kolejne bym dorobił bez problemu a dwa kolejne z problemem.
nudne to wszystko jak bieganie i lepiej nie będzie.
za to po bieganiu zanabyłem piwo w ilości sztuk trzech marki lancaster amber o voltarzu mocnym jak moje bieganie 3.6% i zamiarowuję je spożyć po południu, jak juz upiekę ten pasztet z soczewicy, który żem własnoręcznie wystrugał i zasługuje tenże na zdecydowanie wiekszą atencję niż moje pisanie tutaj.
z treningu jestem zadowolony i to bardzo wiec piwko w intencji nie zaszkodzi, tym bardziej ze następne mam zamiar wypić po 14 km takiego biegania a Michał mnie straszy, że to sierpień będzie i to raczej koniec a nie początek.
jasne kurwa.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Wt, 7 maja 2019, 15:47 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
małość

3 dni pod rząd po 12 godzin w fabryce potrafi przemielić człowieka lepiej niż zelmer z tępymi nożami. wstałem rano wypluty jak ten karzeł reakcji wzułem koszuli na grzbiet, obułem się w walonki i do obory. tak też i się czułem jak ta jagna po nocy z boryną.
ale nikt nie mówił, że ptaszki świergocące będą za mną latały także nie spodziewałem się i niczego innego. ot pańszczyzna zwykła był czyli 11 km dokładnie niczego.
za to kolejny raz angliczanie wprowadzili mnie w dobry humor i achtung achtung mówię o angliczańskich kierowcach. swoje doświadczenia czerpię z wioski w której mieszkam do niej też zaliczam okoliczny liverpool, nie wiem może gdzie indziej jest inaczej, u mnie jest jak jest i mówię tylko o swoich osobistych doświadczeniach i do tego na pewno sobie pozwolę na mocne generalizowanie. ruch uliczny prawdę Ci powiem lepiej od niejednej cyganki a temat ciekawy socjologicznie szczególnie w porównaniu do rodzimych kierowców. na wyspach na ten przykład przechodzenie wszędzie i przez wszystkich na czerwonym światle jest tak normalne jak to że wieje wiatr. coś ala świetne krowy w indiach, naprawdę dużo nie przesadzam trzeba mieć oczy wszędzie, bo potrafią wleźć dosłownie pod koła bo akurat trzeba lecieć na sikos skrzyżowania. co ciekawe w żaden sposób nie jest to karane nikt nie zwraca na to uwagi, można policji przed maskę się wtranżolić i nikt słowa uwagi nie powie. tak jest i już. pewnie dlatego też i tolerancja dla biegaczy jest też dużo większa - dzis po raz kolejny mi się zdarzyło, że samochód staje na swoim zielonym i kierowca mi macha że mam biec sobie przez ulice dalej i do tego kurwa uśmiechnięty. ja rozumiem, że jeden może jeździć pijany albo zadowolony, drugi, trzeci - ale żeby 95% kierowców tak miało ? co za naród, ludzie - to jakieś nienormalne jest.
bardzo wiele razy się zdarzało, że nawet stojąc w bocznych uliczkach do wjazdu na główną potrafili cofać trochę żebym mógł swobodnie przebiec przed maską, a jak kiedyś jeden taki mi cofnął taką wielką wywrotką to myślałem, że aż polecę do sklepu nakupić mu tulipanów, ale jesień była i nie udało się.
człowiek tak się przyzwyczaja do tego, że jak ostatnio mnie jeden nie puścił jak przebiegałem przez ulice to se od razu pomyślałem, co za wuj jebany, naprawdę aż mi się głupi za chwilę zrobiło, że tak zbluzgałem myślozbrodnią w sumie niewinnego kierowcę bo jechał na swoim zielonym. i wyszło słuszne, że to ja w tym wypadku byłem tą mendą agresywną, bo jakże to ? nie chciał stanąć i nie przepuścić ? mnie ??? o żesz swołocz jedna.
i taki prosty przykład potrafi uświadomić jak się rodzi agresja z niczego.
miałem co analizować przez pół biegu, nie aby mi tam strasznie głupio było a skąd - mógł stanąć luj jeden, ale tak po prawdzie to wiecie kto dziś wyszedł na tego luja.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Śr, 8 maja 2019, 22:35 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
Comfortably Numb

jak ktoś ma w życiu pecha to nawet jak wstaje zatańczyć, orkiestra akurat do kibla idzie. ja tam na brak pecha nie mogę narzekać ale też i niespecjalnie się skarżę i nie chciałbym żeby tak to wyglądało. ot jak w ruskim kinie-człowieczy los.
od poniedziałku wieczór dokarmiam się antybiotykiem, do tego znów pogoda taka, że człowiek jak postoi więcej niż 10 minut w jednym miejscu to jedna noga zaczyna korzenie puszczać, a w drugiej płetwa rośnie. skrzydła też chyba zaraz zaczną mi wyrastać albo chociaż garb mały bo, aż żal bierze, że tak ładnie wieje a nic matka natura nie chce doszlusować do grzbietu żeby to wykorzystać.
plan piękny i prosty 8x600/200 m po 3:50 ale jak tylko doleciałem na stadion z nota bene pięknym tętnem 151 momentami na rozgrzewce WTF ? antybiotyk ? stres ?
okazało się, że stadion jak stał tak i stoi tyle że wypełniony takimi małymi człowieczkami na oko lat 10-12 które to ludziki maja jakieś własne zawody. zapierdzielały one jak małe samochodziki i dla mnie guliwera zdecydowanie tam nie było miejsca. i było jak w powieści, że klasyka zacytuję "to co teraz, ha?" ano teraz z braku czegokolwiek w miarę płaskiego do tych setek, wydumał ja ciągły ciągły uber allez zawsze jest.
Michał post factum mi pisał, że za szybko otworzyłem a i pod górkę było było, ale te piiii tętno już na rozgrzewce było z 15-20 uderzeń za wysokie więc bardziej na moc poleciałem. pewnie za szybko, człowiek tak pisze bo zna się, ale jeżeli nawet to tylko ciut.szło fajnie, nie lekko nie trudno, ot tak jak człowiek konsumuje 8 piw, pierwsze 2 wchodzą lekko od strzału, 4 kolejne też nienajgorzej, chociaż jakby tak delikatnie z oporem za to ostatnie smakują najmniej i mimo, iż żal, że więcej nie ma, to i pomieścić kolejne byłoby już ciężko.
tzn tak mi się wydaje bo doświadczenie mam w temacie, ale jakby mocno już przeterminowane i tym samym nieaktualne.
wydaje mi się, że generalnie lżej to weszło w nogi niż ostatnie 8km TM, ale ja często hurraoptymizmem tryskam niepotrzebnym i jak kierownik pisze, że za mocno to było za mocno. ale mam nadzieję, że tylko ciut.
teraz cyferki 8km w 35 min czyli po 4;22 na tętnie 166 czyli zdecydowanie za wysokim. trasa pofałdowana z dołu do góry z góry do dołu zero płaskiego, uciułały jakieś 60 m no i wiatr wiatr w bonusie, takie standardowy nie wiecej jak 25-30km/h ale jakiś większy cwaniak bo cały czas wiał w ryj.
gnój jeden jebany.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 10 maja 2019, 18:55 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
bomba między oczy.

jeśli dziś ciągły to musi być piątek.
nie inaczej w rzeczy samej się okazało.
wczoraj było mocno wleczone podmokłe 16 km.
nawet mi się nie chce pisać o pogodzie w ten tydzień bo ilość kurw, którymi ją obdarzyłem przerosła nawet dzisiejsze.
od rana niestety rzeczy niebiegowe głęboko dopadły, robak stresu toczy bój ze mną dzień w dzień, nie poddaje się ale i on nie odpuszcza.
jak coś jest dobrze dzień, zaczyna się robić podejrzane.
najgorsze w tym wszystkim, że kompletnie nie mam na nic wpływu i nic nie jest ode mnie zależne.
dobra, żale wylane teraz można o treningu.
trening był z seri jak nie kijem go to pałką.
"szybkie" 6x1km przerywane przerwą takowąż identyczną - też szybkie 6x1 km tylko wolniejsze. te szybkie miały być po 4:10 tak były, te wolne po 4:40 - nie były.
wydawało mi się - co ja tam będę latał po 4:40 jak jakiś tęczowy chłopak, po 4:30 też będzie galanciutko.
było, tak do 3 km gdzie zacząłem się zastanawiać a co jeżeli ja źle zrozumiełem i miałem w sumie pobiec 6 ?? kurteczka, na pewno Kierownik sześć pisał że 6 oltugeder i potem się okaże, że za dużo natrzaskałem tego i będzie afera.
także dorobiłem jeszcze 4tego, nawet nie na ostatnich nogach, bo te już dawno zgubiłem, ale dorobiłem. tak z tej dumy spuchłem że zrobiłem 1 więcej niż miałem w planie, że mi się buty na nogach zakleszczył i pytam nieśmiało kierownika innej odpowiedzi niż 3/3 nie oczekując
- a tych szybkich to ile miałem zrobić 3 czy 6 ?
i od razu bomba miedzy oczy
-sześć, kierownik rzecze.
zamroczyło na chwilę, walka szybsza niż u gołoty nawet,
myślę - co mi zostało ? tylko usprawiedliwień szukać.
to skamlam, że wiatr, że słońce, że deszcz, że z górki było a nawet i pod górkę też, wszyscy be, tylko ja cacy.
i juz witałem się z gąską już fanfary grzmieć zaczęły,
ale ten folksdojcz garmin, pokazał dokładnie świnia jedna, po ile za szybko biegałem te wolne.
co za ludzie, ledwo co wczoraj uaktualnienie było tego connecta to chyba im takiego fiuczera, małego kurwa, donosiciela dodali.
nie instalujta chłopy tego, bo same przykrości potem.
i do tego kierownik dobrze prawił, że wtorkowy ad hoc podciagły poleciałem za uczciwie, okazuje sie, że czasem lekko się poopierdalać nikomu nie zaszkodzi.
da liegt der Hund begraben jakby ten folksdojcz powiedział.
jako, że od alkoholu jeszcze nikt nie umarł za to niejeden sie urodził przestraszony kupiłem truciznę 0% i sączę łącząc się z wami bólem przed nadchodzącym - czemu tak długim - weekendem.
niby mam zamiar jutro wstać na 6 km wleczonego ale może zamienię to na godzinę ciągłego w pozycji horyzontalnej pod przykryciem. ciągły kusi, ale nie wiem czy trzeci akcent w tygodniu nie zaszkodzi.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pn, 13 maja 2019, 14:42 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
azbest

wyklęty powstań ludu ziemi, a nie kurwa, to nie ten blog.
co to ja miałem - już wiem.
to raz jeszcze:
Dzień jest nasz - Hosanna, chwalcie Pana.
Już od rana zanim ranne wstały zorze, przyszedł pospać do mnie kotek mój ukochany. a nigdy do sypialni nie przychodzi. pomruczała mi nad uszkiem buziaczków nadawała, stęskona widać była.
zaraz potem cud drugi, te poranne zorze zaskoczyły i słońce się pokazało od rana.
nie żadne tam słońce Peru co z lodówki nawet wyskakuje -nie mojej na szczęście-ale te żółte najprawdziwsze i grzeje od rana.
potem to już było tylko z górki, krowy zaczęły sikać masłem, powietrze oddychać płucami, a onet napisał prawdę.
i to wszystko z jednego powodu.
NIE WIEJE !!!!!!
rozumiecie to ????
N.I.E. W.I.E.J.E !!!!
wiem, wiem ale zanim zaczniecie wołać mnie kłamcą, no nikt nie powie, że te 15km/h to jest wiatr.
otóż nie, to nie jest wiatr-to jest PODCIŚNIENIE !!!
sam trening wiadomo, jest ciągły to musi być piątek.
było uczciwe, nie oberżnięte 10km
nawet z hakiem ale bez teczki.
początki nic nie zapowiadały, że będzie miło i słowa dotrzymały.
miło nie było było tak normalnie raczej, jak to się kiedyś pisało, było miło jak na obiedzie u teściów. trudno, ale do wytrzymania a i te dwie godziny dłużej też by wysiedział jakby musiał.
takie tez było u mnie. pierwszy kilometer od razu danie główne - podgórkowy, drugi wprost tak samo tylko, że z górki. jak kompot po obiedzie.
na tym drugim starałem sie wyrównać tętno, co to je te -
miniminiminiminiminiminimi monteweresty nakręciły.
nie było żadnego umierania, zdychania, oglądania butów z bliska, nic epiki ani liryki ani innej iki.
jak to kiedyś kulawy pisał - kawał porządnej nikomu niepotrzebnej roboty.
i człowiek też jest zupełnie niepotrzebnie zadowolony idąc tym tropem, no ale zawsze można pobiegać z królem a wtedy poziom zadowolenia podobno strasznie wzrasta. niestety nie dla mnie te majonezy.
u mnie proza życia, prucie żył i darcie azbestu paznokciami.
10.19 km po 4:21 164AvHR 80m up.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Śr, 15 maja 2019, 14:45 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
kiedy moce śpią.

dwa dnia czworaków za mną.
znaczy się wleczone tak było, że na czworakach prawie.
lubię ten stan, jak to śpiewała nosowska, ciężkie nogi, wiatr i ja.
ale co zaliczone to odbębnione, nogi przemasowane, płuca przeprasowane i w ogóle cały ja, galantny chłopak jestem.
w dwa dni żem natrzaskał 24km, no żesz horror szoł poprostu.
po wymianie gołębi z kierownikiem doszliśmy do wniosku-znaczy on doszedł - a ja grzecznie przytakiwałem żeby chłopaka nie zrazić, iż trzeba by jakoś jednak spłaszczyć te moje podgóreczki.
pierw pomyślałem o wodzie, całkiem równo i płasko, ale się okazało, iż już jedne taki był, co tak biegał 2 tys lat temu z okładem i tu kariery już nie zrobie jednak.
został więc steryd w postaci stryda, czyli bieganie na niemoc.
plan jest prosty trzymamy się mocy jak pijany kierownicy i tylko to nas interesuje.
i patrzymy co z tego wyjdzie tempowo i tętnowo i jak się to przekłada na wszystko inne.
ten steryd to ciekawa sprawa ale bieganie na moc jest tak doceniane jak babcine rady, niby coś tam mruczy pod nosem, ale kto by się tam uważniej w to wsłuchiwał.
i dopiero jak trwoga to do twaroga.
a on pozwala na wiele, a nie pozwala na o wiele wiecej.
ze sterydem biega sie wolniej a bieganie wolniej, jest tak bieganie wolniej-wolniej.
kierownik jednak dobrze pisze, dlatego jest kierownikiem zresztą.
dygresja będzie -od razu mi sie przypomniało jak się kiedyś na mnie pani w aptece obraziła.
przychodzę i mówię - dobry, poproszę syrop na kaszel mokry dla dziecka lat 7 gardło nie boli ale dużo kaszle.
a pani na to- a jaki ?
a ja na to- a jakbym wiedział jaki to ja bym go pani sprzedawał, a nie pani mi.
i się obraziła - dziwna jakaś.
i po dygresji.
-wracając do sterydiana, kierownik pisze:
ciągłe mam biegać na równej intensywności i ona ma być wyznacznikiem, a nie jak ostatni ciągły - gdzie trzymałem tempo, co skutkowało tym, ze pod górkę było dużo za mocno a z górki odpoczywałem, co prawda w tym samym tempie, ale zdecydowanie odpoczywałem i ta intensywność była, owszem - ale sinosuidalna a ONA ma być FLAT !!! sterydian to wszytsko pozwala spłaszczyć.
kosztem pryszczy i tempa.
nie chciałbym obrażać czytelników tłumaczeniem oczywistego, jednak zaryzykuję bo może ktoś akurat z nocki zaspany wstał i tyle mocy intelektualnej starczyło, żeby tylko otwieracz do piwa znaleźć.
pstryczek działa to na tej samej zasadzie co pas do tętna, szybciej lecisz, tętno większe, tu tico identico tylko, że działa to bez porównania dokładniej, szybciej i co najważniejsze liniowo, bo tętno zależy od wielu czynników, moc nie.
jedyny minus ze nie bierze to wiatru pod uwagę ale tym to w ogóle nie ma sie co przejmować, u mnie prawie w ogóle nie wieje i nie prawda, że sufit przeciekał tym bardziej, iż prawie nie padało.
dodatkowo strasznie zwalnia na podgórkch, jeżeli na płaskim przyjmiemy prędkość oznaczymy jako 0 to z górki plus 1 czasem dwa, zaś pod górkę od razu się robi minus 2, 3, 4 a i pięć się zdarza. ale intensywność według pizdryka wciąż jest taka sama.
komuś trzeba w życiu wierzyć, na mnie tak padło, że maszynie i kierownikowi swoje czworogłówne powierzyłem.
także będzie wolniej na ciągłych no i jak to po sterydianach, podobno pryszczy można dostać.
tempo już spadło, pryszczy wyglądam codziennie nerwowo.
ciagłego doczekać się nie mogę.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Cz, 16 maja 2019, 15:29 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
LWP

no i wylądował w pizdu na tej mocy jak na procy.
chociaż nie to akurat tytuł na przyszły ciągły.

na wstępie tego hahah felietonu, przepraszam wszystkich rozczarowanych, którzy czekali że wuj z tego będzie, i liczyli na moją porażkę.
starałem się jak mogłem, żeby to zmienić ale nie dało rady.
ale nic to, nie martwcie się, jeszcze i wam słoneczko zaświeci, jeszcze się nie raz wyłożę a może nawet i dwa razy. jeszcze dzień bedzie wasz.

dziś mało czasu kruca bomba na pisanie, więc będzie jak w wojsku - btw w końcu LWP było.
szybko krótko i na temat.

trenining mieszanka eksplodująca jak granat z BWPa
1 kamea prułem jak z AK47 a drugiego se pykałem pyk pyk jak z KBKSa a imię jego było siedem na sześć razem trzynaście.
z tym prułem to też przesadziłem, raczej to było prucie w stylu, pruje się jak stary puloweter.
ale, ale...
obiecałem sobie, że skoro nie ma już PGRów to i ja nie robię obory. Michał siedzi myśli i kombinuje, żeby było dobrze i skoro pisze po coś te czasy, które mam biegać to zwykła ludzka przyzwoitość nakazuje się tego trzymać.
jak to się mówi :
zgodziłeś się za psa to szczekaj.

to szczekałem równo, mimo że teren niepłaski.
szybkie po 4:15 a wolne po 4:40.
Inna sprawa, że i jakby chciał złamać te obietnicę i tak by nic z tego nie wyszło.
pobiegłem co mogłem, a mogłem co mogłem.

Ciężki trening, ale znów domknięty bez oglądania butów, zażynki, dożynki, czy innej maszynki.
mocno, nawet bardzo, ale kropka nad i nie została postawiona.
tak jak miało być.
jestem zadowolony.
bardzo.
Odcinek dzisiejszy sponsorowała literka dablju jak jebany wiatr, który dziś też miał swoje 5 a może nawet i 55 minut. ale nie ma co być miękka fają, szczególnie jak się nie ma na to wpływu.
wieje to wieje, trzeba traktować jako dobro zastane.
jutro gejszowanie.
zostańcie w nadzieji, że sie jeszcze wypierdzieli.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 17 maja 2019, 13:47 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
fasolki.

ledwo sie obudziłem i już lekki wkurw, piatek.
co jest ? tyle co był poniedziałek a już piatek ?
te weekendy to jest jakiś żart takie krótkie.
i do tego padać zaczęło.
potem juz górki.
może być gorzej ?
może, jasne, że może, wystarczy przeczytać felieton piątkowy i już ciśnienie wyregulowane, kawy pić nie trzeba.
z drugiej strony, zawsze to parę pi zaoszczędzone.
W planie miałem niby jakieś tam bieganie dłuższe od krótszego nawet, ale takie bieganie bez celu to jakies deblistwo jest.
żebym, to chociaż na modlitwę umiał przełożyć, ale u mnie to ni chuja.
ja w bieganiu jak w chlaniu, że cytatem się posłużę

a my damy w banie a my damy w szyje,
człowiek z pawiem na kolanie dopowie się, że żyje.

i po co tu więcej pierdolić ?
jak w prostym dwuwierszu zawarto wszystko ?
na szczęście dobrzy ludzie, w komentarzach do moich przemyśleń starają się wytłumaczyć mi, żebym nie szedł jak ta saba.
ciężka praca ich czeka, bo ja strasznie odporny jestem na wiedzę ,ale jak człowiek w życiu ukończył tylko korespondencyjny kurs zrywania czereśni, to tez i cieżko, żeby miał jakichś innych idoli prócz drabiny wysokiej i wiadra z haczykiem głębokiego.
a i z literatury literatki tylko znam.
te do lornety podawane, nie te z tfuu paszportów polityki.

więc, żeby jakiś minimalny sens był tego wszystkiego, to postanowiłem mitochondria na spacer wyprowadzić. podobno to bardzo pożyteczne zwierzątka są.
siedzą we mnie i produkują.
same z siebie, takie są.
i nie wiadomo skąd we mnie są.
a produkują.
ale jak są, też niech coś maja od życia, skoro tak za bezdurno dla mnie te atepe tłuką po nocach. niech i dnia trochę użyją, popasą się na świeżym.
no to paśli my się, paśli całe 20 km. może nawet i dwa jeden i pół, nie wiadomo bo jak pauzę włączyłem a się zamyśliłem, to zanim się odmyśliłem to właśnie minęło to niewiadoma.
biegłem powolutku, żeby oksygena te chondria nadążały chytać.
tak nachapały się świeżego, że aż musiałem im ulżyć i kilometra jednego w 3:48 zrobiłem, ale to z górki było na wyrównanie ciśnienia.
bardzo mi były wdzięczne za to i mile za uszkiem łaskotały potem.
a tego atepe to tyle narobiły, że musiałem w słoiki i weki na jesień porobić, ale przyda się bo zdaje się jakieś odznaki będę zdobywał.

także ten tego, do zobaczenia w przyszłym łiku i niech felieton wam lekkim bedzie tej wiosny.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Wt, 21 maja 2019, 15:50 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
cośtamy.

idealna pogoda na żaglóweczkę, słoneczko, pięknie wieje, żyć nie umierać.
o ile się ma żaglóweczkę.
ja niestety, z żaglówki to tylko szeklę mam jedną a i też zepsutą.
zostało umrzeć. albo pobiegać.
wersja umrzeć w biegu, strasznie trywialna się wydaje.
wczorajszy dzień był zabiegany bardziej od biegania, ale udało mi się zrobić parę kilometrów czworaków, plus cośtamy. czyli cztery razy żwawsze coś tam, coś tam na koniec. teraz pomyślałem, że powinno to się nazywać elżbietki.
sprawa jest do przemyślenia. ale czy zwał go gawron czy kruk cztery były.
dzisiaj za to będzie wpis biegowy czyli jeszcze bardziej nudny niż zazwyczaj.
dzień sterydiana dziś był na treningu.
no naprawdę jestem pod wrażeniem, głownie swojego zidiocenia, bo jak to jest, że się wywala worek pieniędzy na pastylkę, a potem używa tylko jako zwykłego footpoda,
i branzluje się dokładnością pomiaru, jakby różnica dwóch, czy tam czterech sekund była fundamentalna.
jak dla brata, będzie dwa lata za miesiąc odkąd biegam ze sterydianem a tak naprawdę dziś po raz pierwszy zrobiłem trening na moc.
debil skończony, ciśnie mi się na usta.
nie wiem, czy nawet nauka radziecka, nie jest bezsilna w moim przypadku.
cóż nawet idioci mają jednak chwile przebłysku i w końcu, juz po dwóch latach, udało się z powodzeniem zaaplikować trening na moc.
i to z premedytacją.
i co najgorsze to działa.
bieganie w ogóle jest bardzo prostą sprawą.
przynajmniej dla amatora.
bierze się i biegnie.
w wersji dla amatora profesjonalisty- biegnie się według jakiegoś planu.
po paru takich, biegach wszystko nam rośnie, niektórym nawet życiowo.
prostsze od napisania felietonu.
haczyk jednak zawsze musi być.
jak to mówią - na palcach stolarza- można policzyć tych którzy się stosują do tego co im w planie napisano.
ja na pewno nie łapię się do tego zbioru.
u mnie zawsze plan planem, a wykonie jak planu dwudziestoletniego.
jak cię mogę, dowolność pełna.
i tak życie mile mijało w biegowym domy bez klamek a zdziwienie czemu inni biegają a ja nie biegam, może nie rosło, bo odpowiedz znałem, ale na pewno nie mijało.
ale teraz trzymam się wytycznych chyba pierwszy raz w życiu biegowym.
więc skoro z kierownikiem ustaliliśmy, że trzeba spłaszczyć tą moją petelkę a stryd do tego powinien pasować, jak otwieracz do butelki z piwem, i takżem zrobił.
trening dokładnie identyczny jak tydzień wstecz, w założeniach przynajmniej.
nawet pan na traktorko-kosiarce był ten sam i machał mi jak tydzień wstecz.
jeszcze ze cztery takie ciągłe i będę miał z kim na piwo chodzić.
10km ciągłego, ale bieganego na moc. dzisiaj na pewno wiało dwa razy mocniej niż tydzień wstecz tak pokazuje garmin i stara pogoda i z tego co pamietam też tak było.
całość zrobiona szybciej o 1 sek na całości- kurwa, ale zlepek całości wyszedł- tętno średnie te samo, ale odczucia zdecydowanie inne.
szkoda, że wiało bo wiało jak zwykle w pysk 70% kilometra podgórkowego i to zdecydowanie zakłócało wynik. ale tak jest i tego już nawet nie biorę pod uwagę.
wiało wieje i wiać będzie i już nauczyłem się z tym żyć. tolerować chociaż.
w każdym razie, przy tej samej intensywności kilometry podgórkowe szły po 4:30 na początku a zbiegórkowe po 4:10. z czasem się to troszkę przestawiało bo pętla ma ciut więcej niż 2 km, a koniec pierwszego kilometra było pod największa górkę.
z każdą pętlą wypadał prędzej i tempo robiło się o sekundę szybszą na kilometr, ale od razu też koło sekundy wolnie robiła się pętla zgórkowa, bo już zaczynała się podgórką. proste to niesłychanie.
cieszą mnie jednak te różnice, bo świadczą tylko o tym, że biegłem w miarę równo i przesuw był, jak w porządnej tokarce - bym rzekł.
odczuwalnie dwa inne treningi.
dzisiejszy mimo wiatru zdecydowanie lżejszy.
że równiejszy to nawet szkoda długopisami na pisanie tego.
znaczy to działa.
przynajmniej na mnie.
muszę jakiś podpis na koniec wymyślić.
w starym było.
kota dawno nie było.
może do tego wrócić ?
pytanie nie jest retoryczne, domaga się odpowiedzi.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Cz, 23 maja 2019, 17:16 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4130
Lokalizacja: zzewszont
ostatnich gryzą psy.

ostatnie paręnaście godzin cięższe były od książek gretkowskiej.
zaczęło się niewinne, garmin do serwisu poszedł niby drobiazg, baterie żarł jak burek szynkę, nie nadążałem z ładowaniem, co dwa dni do ściany przyklejony.
pierdoła, a rozstać się z nim nie mogłem.
czułem się, jakby ktoś zajebał mi, ulubioną protezę ręki.
z drugiej strony liczyłem, ze royal mail stanie na wysokości zadania i zgubi paczkę, bo dobrze ubezpieczyłem, ale na nich nigdy liczyć nie można.
dowieźli bezpiecznie i w terminie - wczoraj wysłane dziś w serwisie podpisane.
co za bezczelność.
a ja w tym czasie, po nogach całować starego garmina 210 wyciągniętego z szuflady. nie był za bardzo obrażalski i dał się włączyć.
podkarmiłem go wattami, poustawiałem co się dało czyli w sumie nic, bo tam nic się nie da ustawić, nawet pas tętna paruje się kto pierwszy ten lepszy.
i tak uroczo wieczór się zaczął, niestety okazało się, że wizyta w szpitalu mnie czeka.
nie ze sobą, że tak uroczo to ujmę , zostałem zaproszony jako sobą towarzysząca.
teraz to się fajnie pisze, ale wczoraj wieczorem nie było mi tak do śmiechu.
od razu napiszę, że nie wywlekam prywaty, sprawy per saldo ułożyły się pomyślnie, a ja tutaj podryfuję w stronę, że tak to nazwę kolorytów oddziałów emergency.
no jedna wielka rodzina w tej poczekalni, czekająca na godota.
szpital był uniwersytecki, ale mimo usilnych chęci uczonego nie zauwazyłem, za to profesorów ulicy od groma. ale za to atmosfera- familiada pełną gębą.
a to se rany na zdjęciach szarpane pokazywalim- każdemu chciał nie chciał -znaczy jak chciał oglądać, bo ciekawie to wyglądało po amstafie - chociaż dziewczyna co to pokazywała - nie wyglądała na specjalnie zachwyconą.
a to ładowareczkę jeden drugiemu pożyczył do telefonu, a to se ci bardziej nerwowi ściany pokopali trochę, kogoś ochroniarz wywalił z poczekalni, ludzie we wszystkich kolorach tęczy no jak na targu u chucułów.
życie.
na szczęście już koło godziny 5 rano byłem z powrotem w domu, nerwowo bo nerwowo udało się pospać do całej dziewiątej i pytanie co ze sobą zrobić.
w planie 8x600 po 3:50/2min na stadionie, ale stadion czynny dla amatorki dopiero od 17:30 a ja być może znów będę nabywał doświadczeń życiowych nowych wieczorem, więc padło wynaleźć kawałek płaskiego koło domu.
niebieganie i odpuszczenie treningu w ogóle nie wchodziło w grę, jestem może stary kapeć, ale poddawać się nie lubię.
mogę odpuścić jak jest dobrze, jak wszystko pasuje, ale nie jak jest słabo.
mam niedaleko domu takie betonowe nabrzeże wzdłóż rzeki w miarę płasko i wiatr boczny. w sumie nawet się zgadzało i te w miarę i boczny.
o ile jeszcze w miarę było w miarę, to boczny byłby boczny jakby ja biegał bokiem.
także jak zwykle żeby nie było za łatwo nieparzyste miałem z wiatrem i leciutko w dół, jakieś metr, dwa na 600 a z powrotem wprost tak samo, ale odwrotnie.
cieżko było, z każdą kolejną ja byłem słabszy a wiatr silniejszy z tymże możliwe też, iż było inaczej. wiatr był silniejszy a ja byłem słabszy.

zacytuję co napisał mi kierownik na garminie.

Dobry tren, dobrze zrobiony. Nie ma się do czego przypierdolić. Widać po tętnie, ze robota ostatnio robiona nie idzie w piach bo ładnie i szybko cyfra spada a w kolejnych wykonaniach wzrost praktycznie pokrywa się za każdym razem i nie szybuje, to tętno najwyższe jest łapane praktycznie na końcu każdego wykonu a dopiero po minucie wjeżdża wysoko. Kupa pracy w optymalnym zakresie.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 377 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 21, 22, 23, 24, 25, 26  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL