Teraz jest N, 31 maja 2020, 19:26

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 400 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 23, 24, 25, 26, 27
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Cz, 9 kwietnia 2020, 14:16 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
bieganie w czasach zojoba

uuu zaległości się jakieś porobiły, aż się sam nie spodziewałem, że aż takie.
sam sie pogubiłem w tym co biegałem, czego nie biegałem a co biegać miałem.
sprawy mają sie tak, maraton widomo odwołany.
przełożony na 27 września co wydaje się dobrym terminem, bierąc pod uwagę co się teraz dzieje.
zrobiłem sobie prawie trzy tygodnie roztrenowania, wyremontowałem trochę swoje stare kości
i od dwóch tygodniu jestem w "planie pod hipotetyczną 10tkę 14 czerwca"
biegać u mnie można, a jako, iż kamieniołomy mi zamkneli ale płacą 80%
to biegam teraz 7 dni w tygodniu.
jak długo taki stan trwać będzie -nie wiem, nikt nie wie, ale wstepnie mam wolne do 1 czerwca.
obaczymy jak to będzie, niemniej póki mogę to korzystam.
zeszły tydzień było bieganie 12x400/1:30
poleciałem nad rzekę, bo koło domu i płaskie 400 metrów jako takie się znalazło, niestety z wujową nawierzchnią bo popękane płyty betonowe pomieszane z asfaltem, ale cóż...
trening wszedł dobrze cos koło 3:42 km więc jak na mnie to już naprawdę szybko.
cieszyło mnie to, że idzie tym bardziej, iż to było pierwsze konkretne bieganie po trzech tygodniach blablania, więc fajno fajn.
szefo kazali, delikatnie przyspieszyć na wybieganiach, za to bez jakiejś walki z tygodniowym kilometrażem więc przyspieszyłem, z tymże z jednym "ale" te kazanie było.
dzień po akcencie ma być krótko i bardzo wolno.
tak też było, nawet se czwartek zrobiłem wolne przed piatkowym tempem.
miało być od 8do10km ciut mocniej niż TM.
lekko było chyba za mocno, bo wyszło tylko 8 ale po 4:08 na tętnie średnim 169 czyli poczatek progu.
chociaż wiadomo, że zapierdalałem od połowy już w progowym 172 ale o dziwo drufu już potem nie zanotowano i sie tak trzymało.
biegło się to raczej cieżko i dupy nie urywało, niemniej też standardowo wiatr w bonusie
a i płasko było jak cycki samanty fox.
dobry solidny pierwszy tydzień.
chyba 65 km w sumie na 6 dni biegania.

ten aktualnie się toczący, już nie był taki wesoły, chociaż dramy też specjalnej jakiejś nie było- przynajmniej jeżeli o akcenty chodzi,
bo tydzień jak wiadomo, wciaż w toku, jak nie przymierzając ptak w potoku.
akcent miał był we wtorek 8x600/1:30.
poleciałem na promenadę nad morze, bo w miarę płasko i można sie ustawić z wiatrem w plecy.
ludzi troche było, bo pogoda bojowa się zrobiła, ale grzecznie -albo osobno każdy, albo parami maks szt 2 w parze.
trochę policji, dwóch na rowerach mnie przepuszczało przy takich barierkach, bez uwag co tu robię,
w kontekscie, czemu nie biegam koło domu, cześc -cześć, miłe usmiechy,
potem dwie panie policjantki w suce na promenadzie, które mało z niej nie wypadły tak mi odmachiwały, więc tutaj jeżeli nikt nie odpierdala jakichś kabaretów.
na razie sytucja z bieganiem jest zupełnie spokojna i normalna.
zresztą od razu było to wyraźnie określone, zdaje się, iż nawet na pierwszym miejscu rozporządzenia,
że dozwolona jest jedna aktywność na zewnątrz dziennie, najkrócej jak się da i najbliżej swojego miejsca zamieszkania.
te najkrócej jak się da - to my decydujemy ile jest dla nas te najkrócej.
a żeby koło domu, wiadomka, nie jezdzić w góry czy tam nad wodospady jak niektórzy to robią.
natomiast nikt nie robi żadnych łapanek, rozstrzeliwań czy tam innych płonących stosów.
zachowujesz się rozsądnie - to działa to w obie strony.
sześć setki biegałem z wiaterkiem w plecy, niby nie pomagał, ale na pewno nie przeszkadzał.
szło ładnie po około 3:42-42 dwie ostatnie już ciut wolniej, bo dobiegłem już do miejsca gdzie morze zaczyna zapierdalać pod górkę i promenada wraz z nim.
szczególnie przedostatnią leciałem już delikatnie odpuszczoną, bo ostatnia miał być na nawrocie i niby z góreczki, ale pod wiatr a ja już czułem, że sie lekko kończę.
i faktycznie nie było miło pod ten wiatr, tak w połowie patrze jakie tempo mam, a tam zegarek nie ma tarczy z tempem co zawsze być miec miał.
myslę, co jest do wuja, kręcę tym pokrętłem, krecę, a tarczy jak nie było tak nie ma.
okręciłem, z jakieś dziewięcset siedemdziesiąt dwa razy
i tak mnie olśniło nagle, rzadkie to chwile, ale mi też sie zdarzają,
że ja chyba zapierdalam już bonusową sześcetkę.
tempo spadło pod koniec prawie do zera, bo jednak biec i myśleć, to szuka jest niewykonalna dla mnie
i jak dałem na lapa to było 660m i cos koło 3:50 całość.
no ale co głupiemu po zegarku, skoro pizda jest a nie matematyk.
weszło dobrze, chociaż cieżko, tym bardziej, że musiałem wracać 6km roztruchtania pod wiatr do auta.
wczoraj zrobiłem w ramach krótko i powoli 8km po 5:48 tyle, że górek było prawie 100m i nie była to jednak regeneracja myślę.
dzisiaj miao być 10km tempa, niestety nałożyły się chyba te górki wtorkowe 6setki znów dałem radę tylko 8 bez zarzynania, do tego ewidentnie wolniej bo po 4:12 ale tez na niższym tetnie średnim 166.
chociaż oczywiście, od połowy jechałem pieknie po 172 czyli progowe.
mogłem oczywiście przełożyć to na jutro, ale chcę zrobić z 16-18 wybiegania w sobote, żeby w niedziele zrobić tylko z 8km i wtedy będę dobry myslę, na poniedziałkowy akcent żebym mógł kolejny zrobić w czwartek co pozwoli na dwa dni przerwy.
taka jest koncepcja i mam nadzieję, że taki układ lepiej się sprawdzi.
amen.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Śr, 22 kwietnia 2020, 14:18 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
kuropatwa

widzę, że muszę wziać się za pisanie po każdym akcencie bo inaczej to nie będzie miało sensu.
albo dam sobie spokój z pisanem bo roztrzasanie tego co było tydzień wstecz, raczej nie jest w moim stylu.
however, tydzień zeszły był biegowo fatalny.
kuropatwa to mistrzyni swiata przy mojej niemocy ostatniej.
nie wiem co I dlaczego, ale nie szło.
a jak szło to tak, że chyba lepiej jakby już całkiem nie szło.
pierw na tapetę poszło Vomax
poleciałem nad morze, żeby chwycić trochę w wiatru w placy i to jedyne było co udało mi się chwycic.
wiatr w plecy był, ale sam trening raczej z kategorii porażka miesiąca.
w planie po 3:45 2min brejka
weszło z wielkim bólem i zaparciem po 3:50
nie szło i już.
biegło się źle, bez żadnego luzu, chyba tylko jedną 8setkę zrobiłem w założonym czasie, reszta już dno
i nawet solidna kotwica nie była mi potrzebna, żeby mnie tam pociągnąć.
brak wszytskiego, żeby to chociaż od 3go odcinka szło źle,
ale nie - szło źle od pierwszej osiemsetki i na ostatniej było tak samo chujowo.
jakoś tam specjalnie załamany tym nie byłem, wiem, iż takie stany zdarzają się czasem,
tylko pytanie dlaczego tak sie dzieje, co robię źle, alebo czego nie robię dobrze.
biegałem to w zeszły wtorek, bo chciałem trochę dni poprzestawiać, bo wiatr, ale widzę, że jako czas bez wiatru już był i nie wróci, a pewnie i do roboty trzeba będzie niedługo, chociaż wciaż póki co siedzę na urlopie coronavirusowym, więc nie ma co kombinować i przestawiać dni pod wiatr.
tak więc bieganie we wtorek było błędem o tyle, że kolejny akcent to czwartek i nogi raczej świeże były jak ten jesiotr w mistrzu i malgorzacie.
w planie na czwartek miał być raczej taki ładujący akcent czyli 6x1km w T10.
na papierze zabawa to wyglądało, jako że myślę, jestem teraz, a przynajmniej powinienem być na te 39:59 postanowiłem to pobiegać ciut poniżej 4/ km.
chciałem mocno ale z czuciem i bez zarzynki.
nie dało się, warun był niezły do biegania a ja znów kuropatwa.
Wyszło niby po te 3:55 -ale co mnie to zdrowia kosztowało, to moje.
był to odczuciowo drugi trening Vomax w tym tygodnu raczej a nie budujące kilometry.
niedobrze, może powinienem zwolnić ?
może lekko odpuścić ?
może do sub 40 to mi daleko i było za mocno.
wuj jeden to wie a może i ciotka nawet też nie.
zmęczyłem te kilometry, ale życia i radośći nie było w tym żadnej.
męka jak telefon z zusu.
cos
póko co zasugerowałem szefostwu wersję jedziemy jeszcze kolejny tydzień wg planu I wtedy zdecydujemy co dalej.
Może trzeba sie przełamać ?
Poza akcentami biegam naprawde spokojnie, tempo poakcentowe to raczej miedzy 5;25 koło 5:40
więc daję sobie odpoczac, a jednak jest żle.
W sobotę zeszłą niespodziewanie chwyciłem namiastkę oddechu I zrobiłem 16km w 4|:39
nie było to żadne easy oczywiście, raczej tempo smieciowe, ale biegło się dobrze i na relatywnie niskim tętnie bo całość coś koło 146bmp wyszła.
w sumie trochę to niepotrzebne było, przed poniedziałkowym akcentem, ale cóż, skoro w końcu lekko coś drgnęło, skorzystałem.
biegłem to na wyczucie, bez przeginania tak tempa jaki odległosci, nazwałbym to mocnym tlenem,
zawsze lepiej to brzmi niż tempo śmieciowe,
chociaż wg kalkulatorów ani tętno ani tempo nie weszło jeszcze w śmieciowe,
było na samej krawędzi tegoż.
w ten poniedziałek znów nad morze bo tam w miare płasko i można sie pięknie załapać na wiatr w placy przeważnie, ale tym razem przyroda zrobiła mnie w chuja jak młodego
i wiało w poprzek.
taka cwana jebaniutka.
coś tam niby ten wiatr był w plecy, ale słabe to było raczej.
dodatkowo, u mnie praktycznie 2 tydzień to słońce zapierdalala jak bronek talar na budowie,
plan ma wyrobiony już do lipca chyba, skóra mi nawet z zębów schodzi upały takie,
no ale czy to jest powod niemocy ?
nie sądzę, żeby nie być sądzonym.
w planie kolejny raz Vomax trening tym razem 5x1km /3 mkin.
Kiero pisał, wydłóż przerwy jak będzie słabo szło, ale ustawiłem zegarek na 3 min i tak robiłem.
poszło trochę lepiej niż ostatnio srednio wyszło po 3:49 nogi do samego końca już niezłe, tznostatni kilometr był tak bardzo delikatnie pod górkę, może z 0.5% może z 1% ale czułem to sałym sobą
i modliłem się dosłownie o koniec, niemniej dociągnąłem kilmetr w tempie 3:50.
religijność jednak mocno wzrasta wtedy.
ja i bez tego mocno wierzący jestem, ale co dodatkow to dodakowo.
może jakby sobota była spokojna, to by i poszło lepiej ale może i gorzej.
nigdy tego nie wiesz i wiedzieć już nie będziesz.
mozna tylko z domnimywać.
wczoraj było wleczone w słońcu po asfalcie, dzisiaj robię dzień wolny żeby nie biegac 7/tydzień bo nie widzę sensu a jutro znów ciagły.
zobaczymy.
ps
sorry za literówki jeżeli są.
a pewnie są, ale słońce w pysk świeci i nic nie widzę :hej: :hej: :hej:

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Cz, 23 kwietnia 2020, 17:17 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
coś drgnęło

waga, no właśnie też wypadłoby o tym wspomniec, bo człowiek rozpasł się jak świnia nie przymierzając
i nagle z niczego zrobiło się grubo ponad dwa kilo więcej.
dzis rano było 73,7 a to już dawno niewidziana cyfra, a cieszy to obywatela
mniej więcej, tak jak pismo od komornika.
i wprawia też w podobny wesoły nastrój.
no ale chciał nie chciał-musiał.
lepiej biegać i tyć niż tylko tyć.
8 do 10km ciagłego czyli rozpoznanie bojem.
w sumie bez żadnego określonego tempa, miało być mocniej niż docelowe TM 4:16
a co wyjdzie to wyjdzie.
mocniej było.
było też w końcu dobrze, chociaż po pierwszym kole ponad połtora kilometra tempo 4:12
i samopoczucie po nim nie nastrajało jakoś optymistycznie.
słońce też w niczym nie pomagało, na szczęście wiało tylko lekko, więc chociaż tyle dobrego.
kolejne koło poszło niespodziewanie w 4:09 i postanowiłem tego sie trzymać tak długo jak się da.
dało się niedługo i trzecie weszło wydawałoby sie bez zmiany intensywności w 4:03
czwarte w 4:03 i już wiedziałem, że jest dobrze.
nie biegło sie lekko, trochę siebie musiałem w to włożyc, ale na pewno nie był to taki michał aniał jak ostatni ciagły dwa tygodnie wstecz, kiedy rzeźbiłem całośc po 4:12 i myślałem, że umrę.
ostatnie koło już, postanowiłem uspokoić wszystko i delikatnie noge puściłem luźniej, niemniej i tak zamknęło sie w 4:04 plus zostało do dobiegnięcia 350m do pomnika gdzie zawsze kończę.
tam standardowo było cos koło 3:57 i to na spokojnie, bo poczatek jest lekko z górki potem płasko a potem pod górkę.
trening z gatunku trudnych, ale nie ciężkich.
dobre solidne bieganie.
dobrze, że nie dokręcałem tych dwóch więcej, bo to byłoby już przewiezienie tematu, a nie na tym mi zależy. było wystarczająco dobrze chce sie wydłużyć to raczej trzeba będzie zwolnić.
na tych 1550m mam 7m up i 7 down, nie wiem czy to dużo czy malo, tyle mam i już.
generalnie całość wyszła coś koło 4:06 wg GPS.
wg zmierzonego dystansu coś koło 4:08
ale już nie raz pisałem, że dystans wymaga raz jeszcze pomiaru bo biegam na pewno szerzej niż jest mierzone.
tętno pod koniec weszło na 174 gdzie próg kończy mi się na 173 ale szło ładnie równo bez dryfu.
bez znaczenia 2 sek w te czy wewte, bo chodzi o odczucia generalnie a te są zdecydowanie lapsze niż tydzień i dwa wstecz.
widać taka zależność, że odczucia rosną wraz z wagą.
w poniedziałek 5x1km a potem się zobaczy, czy to była robaczywka
czy jednak coś drgnęło, jak panu stefanowi na widok pani krystyny.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Wt, 28 kwietnia 2020, 17:42 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
5x1km Vomax

okazało się, że ten jeden dzień w tygodniu niebiegowy co miał być w czwartek był wczoraj.
bywa i tak.
szaszłyków żadnych nic mi to nie pomieszało a pozwoliło sie zregenerować już na maksa.
nabrać sadła niestety też.
walka z wagą trwa, ale póki co jestem na etapie kampania wrześniowa.
zeszły tydzień zakończyłem 75km, co jak na trening pod 10km jest całkiem dobrym wynikiem uważam.
sobote sobie pobiegalem nawet coś ponad 20km swińskim truchtem, ale jednak,
więc i można by rzec jakiś tam delikatny long na ruszt z tą świnią wleciał.
ale zawsze jest jakieś ale, więc od dzisiaj zdecydowana zmiana pogody,
pada, zimno, chujnia z myjnią i patatajnią, chociaż wciąż raczej nie wieje - jak na mnie oczywiście.
u mnie słowa flauta nie istnieje, zdezawuowało sie zupełnie i nikt nie wie już, co one znaczy.
jako, że ten wiatr co go nie ma, wiał dziś bocznie do morza postanowiłem te 5x1km biegać w parku.
bieganie interwału Vomax samo w sobie jest ciężkie a trasa niczego w parku nie ułatwia.
petla ma kilkanaście zakretów po 90stopni do tego zaczyna się z lekkiej górki potem sidełka i ostatnie 200 metrów już wspinaczka.
niewielka, bo na 1 km jest "tylko" 6 m up, ale ja podziękował za takie pętle.
nie zmienia faktu, że inaczej póki co nie mam i mieć nie będę, więc nie to nawet, że się skarżę,
ino fakt faktyczny, stwierdzam faktycznie.
łatwo więc nie było ale i mieć nie miało być.
pierwszy kilmetr lekko za szybko, czułem, że jest za mocno i wszedł w 3:42 niemniej już wiedziałem, że lekko nie będzie.
wiadomo póki szło leciutko z górki na poczatku było nieźle,
chociaż luźno wcale na tych prędkosciach dla mnie, ale szło.
niestety nie dosyć, że ostatnie 300-350 metrów jest już wyraźnie pod górkę to tam też sa te cztery zakrety po 90 stopni dosłownie co 10-20 metrów, tak duży jebany piorun, że ACDC by się nie powstydziło.
o ile do tych 800 metrów trzymalem tempo każdego km po około 3:44/45 to ta końcówk już mi dawała mocno w kość i musiałem robić stójkę na fujarze bez trzymanki, żeby te tempo jakoś dociagnąć.
kolejna dwa weszły w 3:46 i już czułem, że lekko słabnę a dwa ostatnie w 3:48 i 3:49 z tymże, jakby ze dwie trzy sekundy dalej niż pierwsze kilometry się kończyły.
faktem jest, że nie mam tego kilometra pomierzonego, ale zawsze, kiedykolwiek tam nie biegałem, a biegam tą pętlę zawsze lub prawie zawsze,
kilmetry wypadają w charaterystycznym miejscu, a dzis te dwa ostatnie, były wyraźnie dalej.
nic to, na dniach amazon przyniesie kółko pomiarowe więc wyznaczę sobie ten kilometr dość dokładnie myślę i wtedy będę miał jakieś konkretne odniesienie.
od trzeciego koła końcówkę wchodziłem już w tętno 175 co po pierwsze pozwala mi stwierdzić,
że byłem dość wypoczęty żeby wkręcić się na obroty a po drugie, że nie było to jednak bułka z masłem,
a jak nawet to raczej zeszłotygodniowa a masło tez po terminie.
przerwy robiłem na dokrętce petli- 550metrów dawalo dziś jakieś 3:25 min średnio.
standardowo zawsze tam wychodziło 3 minuty, ale dzisiaj pierwsze 30 sekund nie podrywałem sie do biegu tylko spokojnie szedłem.
po ostatnim tysiącu już nawet iść przez chwilę sił nie miałem.
czyli było dobrze i tak jak być miało było.

nie wiem czy dzisiaj, ale jakoś tak mija mi rok wspólpracy z Michałem i z mojej strony uważam, że naprawdę fajnie nam to wychodzi.
może nie ma jakoś to bezpośredniego przełożenia na wyniki póki co, ale ja wiem, że jestem w zdecydowanie innym miejscu i niejedna kuropatwa zaczyna się już martwić o siebie.
także dzięki Miachał raz jeszcze, walka trwa.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Cz, 30 kwietnia 2020, 14:16 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
kwiecień.

świat o czwartej rano wydaje się piękny.
szkoda tylko, iż nie dla mnie ale dla tych potworów.
na początek czuje te cholerne wibrysy na swojej twarzy które doprowadzają mnie do szaleństwa
a zaraz po tym mokry nosek i łapkę walącą mnie po nosie i łbie dającą jasno do zrozumienia, że chyba jednak jestem głodna.
o ile z jedną zarazą dałbym sobie radę, to dwie kolejne urządzające koncert skrobiąco-jeczący,
pod drzwiami dając znać my chcemy na dwór nie zostawiają wątpliwości,
że dzień się zaczął.
nic zrozumienia, że dziś trening jakościowy, że mam być wypoczęty,
w dupie to swojej kociej mają.
żryć, spać, na dwór.
po głębszym zastanowieniu, w sumie niczym się nie różni ostatnio od mojego życia.
tyle, że ja nie budzę nikogo 4.05
ale cała reszta praktycznie identyczna.
może to jest jednak sposób na życie ?
w każdym razie pospałem tyle co strażak i jak dalej to się nie zmieni, to chyba zacznę chodzić
spać o 19 a biegać o 5 rano.
ma to tez swoje plusy, mniej wtedy wieje.
wczoraj jak wypuszczałem zarazy rano było prawie bezwietrznie, a jak biegałem wleczone recovery po Liverpool to regularna piździawka.
dobrze, że chociaż padać dzisiaj przestało i znów ze słonkiem się witałem tak ciepło,
jak z banknotem pięćdziesięcio funtowym.
w planie było 10 kilometrów, a jakby szło dobrze to nawet 12 2 zakresu.
jeden wie co to ten drugi zakres jest, ale dostałem wytyczne.
Równo mocno i na temat, ale bez autobusowej.
zajezdni znaczy, żeby nie było.
fajno fajn w sumie.
coby nie było- powiem, iż myślałem, że właśnie tak miało być.
ze skomplikowanych obliczeń przedstartowych, NASA się chowa, z tym co oni liczą,
wyszło mi, iż powinienem polecieć to coś koło 4:25/30 żeby było dobrze.
wiatr niestety znów dał znać o sobie i nie ułatwił roboty w niczym.
robił raczej co mógł, żeby wszystko zrypać,
niemniej udało się zrobić porządny konkretny trening.
pierwsze około 800metrów było lekko z górki i płasko
potem niestety wiatr w pysk, zakręty i raczej do góry niż w dół.
zresztą, wyraźnie to było widać po czasach, te 800 metrów pierwsze robiłem
w jakieś 3:21 min a kolejne 760 w 3:30min więc widać wyraźnie skalę trudności tym bardziej,
że druga połowa kosztowała mnie ze 20-30 % zdrowia niż więcej.
pierwsza pętla była „delikatna” w 4:26 potem kolejne szły w około 4:20 a ostatnią postanowiłem zobaczyć jak nogi, czy trening był na tyle swobodny (chociaż wydawało mi się, że był, no wiatr swoje robił )że bez problemu zrobię ją szybciej.
do tych 800metrów szło poniżej 4/km bez problemu i napędzania mocnego, ale potem już
dmuchnęło na wesoło i intensywność wskoczyła na T10.
nie było problemu z utrzymaniem tego niemniej tempo spadło wyraźnie i skończyłem całe 1560m w 4:06 . także, ten tego było dobre dziś bieganie a może nawet jeszcze lepsze
bo wiatr jak kret, rył i rył te dołki pode mną, jebany skurwysyn tak jego mać.
a i płaska ta pętla jak droga na sewastopol.

miesiąc zamknął mi się prawie 300 kilometrami co nie jest całkiem słabym wynikiem, tym bardziej, że trening pod maraton zaczyna się pod koniec czerwca dopiero.
parę słów podsumowania się należy, bo generalnie było to miesiąc konkretnej roboty Vomax.
tydzień w tydzień od 12x400 do 5x1km
plus zaraz po tym na dobicie tempa runy w intensywności T12-15.
ciężkie konkretne bieganie, tym bardziej iż Vomaxy z wiadomych przyczyn niebiegane po stadionie w gównianych warunkach a wyszły mi najszybsze z bieganych dotychczasowo od ładnych paru lat.
Od 3:42 czterysetki do 3:46 kilometrówki.
do tego jak już pisałem, waga poszła te 2-3 kg do góry, wciąż oscyluje w okolicach 73.6kg mimo podjętych środków zaradczych, więc pierwsze – skoro treningi idą dobrze takiemu bydlaczkowi jak teraz, to drugie, po zrzuceniu tych paru kilometrów w pasie, tym bardziej powinno być lepiej.
tu oprócz treningu oczywiście, upatruję największe chociaż nie wiem, czy najłatwiejsze pole do poprawy.
chociaż motto dyrektora -bez torby nie ma korby, też mi się podoba.
walka trwa.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pn, 4 maja 2020, 15:21 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
20x200m/200m

zeszły tydzień zakończyłem 72 kilometrami.
dorzuciłem żwawszą 16stkę coś około 4:57 w sobotę i mimo, że nie był to ciężki trening
nie było to też bieganie regeneracyjne.
w sobotę wpadły też cztery browary, chciałem bezalko se kupić, jak raz nie było,
i chciał nie chciał, musiał czarną owcę brać.
z tymże, ja już nie nadaję się na pijaka.
to chyba z wiekiem mija.
wypić wypiłem, bo jak stało, to szkoda, żeby się stłukło,
ale równie dobrze, mógłbym się obejść bez.
powiem więcej, przyjemnosci miałem tyle w tym,
co grabarz przy kopaniu ogródka.
chyba czas umierać już
miałem coś tam dorzucić jeszcze więcej kilometrów w niedzielę, ale
stwierdziłem, że 10 będzie ok
to był, piąty tydzień dobrze ponad 70kilometrów
i nie stwierdziłem, że starczy.
póki co trening do maratonu mnie nie goni więc wolę stopniowo zwiększać objętość.
dzisiaj w planie jakby nie wiało miało być Vomax znów czyli 6x800, a jakby wiało
20x200m/200m mocno.
bez patrzenia na teren, wiatr, tempo, po prostu mocno.
nie wiało nawet za bardzo, ale nie po drodze było nad morze dziś, a w parku nie ma szans
na płaskie 800mterów, więc postanowiłem te dwusetki trachac.
pomyślałem, że trochę świeżości dla głowy też się przyda, bez pilnowania tempa,
zawsze to inaczej się biega.
biegałem w te i wewte na takie leciutkiej kołysce, jak po łuku, raz w iatrem raz pod wiatr,
co tam wychodziło pod drodze, a było o tyle dziadowsko, że mocniej z górki było pod wiatr,
a pod górkę z wiatrem, czyli jak nie patrzyć jak zwykle, z nikąd pomocy.
chuj, kiła i mogiła.
weszło dobrze, plan był zrobić to mocno, bez opierdalania się i tak było.
po szóstej chyba zacząłem żałować, że to jednak nie te 800setki po 3:45 ale pewnie po trzeciej osiemsetce bym żałował, że to nie czterysetki były dziś w planie, i tak wkoło kołodzieju.
wiadomo, zawsze lepiej biegać, nie to co było w planie.
przerwy wychodziły dość krótkie w truchcie parę sekund ponad minutę, nawrotka i znów rura.
końcówka trudna, chociaż bez jakiegoś dramatu, ostatnią już poleciałem w 38 sekund.
reszta była między chyba 43 sekund a 39 sekund średnia tempa wyszła mi 3:27.
i tak z gpsa, więc równie dobrze mogło być 3:35 albo 3:25 ale cieszy mnie, że było mocno, odczuciowo równo i jak pisałem, bez opierdalania się.
Wyszło w sumie pnad 16 km i siedzę na dworze właśnie, słońce pieknie grzeje a ja się zastanawiam czy nie iść koło 18 na 5.7km bo taką mam petle na recovery.
Za chwilę czas będzie wracać do pracy, skończą się wolne weekendy, więc zostanie robic 2 treningi dziennie od czasu do czasu, żeby kilometry do maratonu wyrobić, więc może czas zacząć się przyzwyczajać.
znając życie wygra opcja, miękka faja, ale może nie ?
bo dupa rośnie i rośnie, szybciej niż mlecze na podjeździe.
ps
doklepałem 5.4 km wleczonego.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Cz, 7 maja 2020, 15:18 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
LWP

i znów się okazało, że z liczeniem to u mnie nietęgo jednak jest i basta.
z okazji 9maja chyba, pobiegalim dziś LWP czyli 6x1km szybko na 1km ciut mniej szybko.
to znaczy miało być tak pobiegane.
wolne w przedziale 4:30/35 szybkie 3:59.
trening który tylko na papierze wygląda na łatwy.
jak zobaczyłem tempa szybszego kilometra, to od razu wiedziałem, że lekko to jednak nie będzie.
że będzie cieżko o ile w ogóle wykonalnie.
petelka w parkustandard, 1550m jakies 8-10 m przewyższenia na niej, dużo zakrętów, wiatr stwierdzono,
ale bywało dużo, dużo gorzej, dzisiaj czułem, że coś tam przeszkadzał,
natomista było to w dolnej granicy wkurwu.
kolejny trening porządny, dobrze zrobiony, chociaż też, kolejny raz bez tego błysku,
co to się czyta, że samo wszystko wchodziło, biegło sie od niechcenia,
a tempa wchodziły lepiej niż piwo siedlakowi.
u mnie nie ma lekko, u mnie jest robota i czuję, że jest robiona całym ja.
dzisiaj było podobnie, trudno ale solidnie.
bez zdychania, ale już na granicy tej brzytwy co to skaleczyć porządnie czasem potrafi.
pierwszy wolny dość lekko, zaczęty po 4:02 ale szybko się hamowałem i skończyłem w 4:30
a pierwszy szybki po nim lekko zachowawczo w 4:01
ale nie chciałem zaczynać za szybko, bo mam w pamięci przewieziony taki trening,
gdzieś rok do tyłu, chociaż z tego co pamietam to tam tempa szybkiego szły gdzieś po 4:10 na 4:40 aczkolwiek mogę się mylić.
w każdym razie kolejne szybkie powtórzenie znów weszło w 4:01 a wolniejsze ciut mniej 4:30.
nastepne już lekko mniej cztery zero i tak zostało do końca.
bez polotu, bez błysku, żmudna robota, ale bez podbieprania się trzecią nogą po drodzę.
te lekkie odczuciowo to był taki żwawszy trucht momentami, ale tylko momentami.
po prostu z kilometra na kilometr wszytsko się nakładało.
czyli myślę, że było, tak jak być powinno.
i byłoby idealnie, gdyby nie to, że popierdoliły mi się - mimo wpisania treningu do zegarka- kilometry
czyli jeden szybki zrobiłem mniej.
wyszło ich pięć na sześć wolnych.
nie byłoby problemu ze zrobieniem ostatniego, tym bardziej, że trasa układała sie akurat w najlżejszą opcje do biegania, jednak trening zrobiony nie do końca jednak.
bywa I tak.
liczyć to trzeba umieć.
tydzień akcentowo już się skończył dla mnie, ale kilometry będą jeszcze doklepywane.
wciaż słońce wieje mocno, zdechnąc idzie z gorąca, ale nie narzekam, stwierdzam fakt.
całość tych 11km wyszła po 4:14 na tetnie średnim 164 czyli wypisz wymaluj maratońskim.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pn, 11 maja 2020, 16:37 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
6x1600 threshold.

dziś wpis krótko, po żołniersku.
jakoś takoś, nie wiedzieć kiedy zeszły tydzień zamknął mi sie 101 kilmetrami.
mogłem ten jeden dodatkowy dociągnąc i byłbym jak tych czterech pancernych,
no ale jak się nie myśli o takich rzeczach, to sie potem żałuje.
także na razie jestm tylko jak ten pies cywil.
faktem jest, że taką stówkę na tydzień, to ja ostatni raz chyba w 2014 zrobiłem, więc
jakaś mała radość z tego powodu jest, ale żeby tak specjalnie fanfary z tej okazji,
to przypuszczam, iż wątpie.
trochę nawet mnie to zmartwiło nawet, bo jak zobaczyłem rozpiskę na poniedziałek,
dziśdzień znaczy6x1600/400 w czteryzero , czeterykurwazero ??? nie było już tak do śmiechu.
tym bardziej, że wiać zaczeło, szlag, jak se spokojnie plumkałem, to nic a od wczoraj pogod zjazd ze 20stopni w dół -to dobrze akurat- ale wiatr znów swoje.
do tego dziś kolejny 14 dzień biegowy z rzędu a waga jebana zjebana.
nic w dół, tylko w górę pokazuje.
ech...
pobiegałem to uczciwie na pętli 1550m więc 50 musiałem dorobić, ale jak było w dół to było i do góry a jak wiało w plecy to też wiało w pysk.
wiało mocno coś koło 30/h myślę.
pierwsze 350 metrów w pysk środek wiatr w plecy i boczny i ostanie 450 metrów znów w pysk.
pierwsze koło poelciałem zachowawczo, szło opornie, odczuciowo cieżko, zamknęty w 3:58
ale nie byłem zachwycony.
trudny kawałem, przerwa miała być 400metrów ale tak cyrklowałem te metry z zcasem, żeby wrócić
znów na start mierzonego kółka.
tu muszę zaznaczyć, że stryd po pierwszej kalibracji pokazywał idealnie 1550m=1550 na strydzie plus dokręcałem te 50m na prostej.
nawrotka, przerwa 30 sek w staniu,potem lekko mniej 2 minuty trucht i kolejne kołko.
szło trudno i cieżko przez ten wiatr ale szło.
trzy kolejne po 3:57 czasy każdego kółka co do sekundy te same, więc biegane równo, chociaż tempo
wiadomo, lekko szarpane.
piąte koło leciutko odpuszczone, wiatr coraz mocniejszy mi się wydawało, albo ja coraz słabszy,
albo jedno i drugie, obawiałem się, że nie dam rady szóstego i pomyslałem polece po zakąłdane czteryzero.
a co, stać mnie.
no i wyszło w 3:58 a wydawało się, że konkretnie zwolniłem.
szóste ostatnie trudne juz też na wydawałoby się odpuszczeniu, szczególnie, że pierwsze 350m wiatr dosłownie mnie postawił, ale jakoś się zebrałem i skończyłem w 3:57.
nie powiem, ucieszyłem się.
kolejny trening zrobiony solidnie, weszło trudno, ale równo i bez opierdalania się z walką do końca.
nie lubie takiego gdybania, ale myślę, że na płaskim i bez takiego wiatru weszłoby po te 3:55 bez problemu.
tetna już szły konkretne, kończyłem po 174 a odcinki średnio idealnie w tętnie tresholdu od 168 do 171.
no wszystko tak jak miało być.
aż od dawien dawna jestem zadowolony z siebie i praktycznie nie widzę miejsca gdzie mógłbym
cos dziś zrobić lepiej.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 15 maja 2020, 09:09 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
9 kilometrów drogi do piczy.

kolejny raz udało mi się zadowolić tych, którzy mi źle życzą.
cieszcie się, dzień jest wasz, a ja słaby jak kuropatwa.
idź pan do piczy z takim bieganiem, jak to bracia słowacy mawiają.
już od rana nic nie zapowiadało takiej chujozy.
nawet za mocno nie wiało, ja wypoczęty jak ten byczek rozpłodowy przed imprezą,
objedzony węglami, wszystko jak powinno, a tu chujnia z myjnią i patatajnią.
po naprawdę mocnym i dobrym poniedziałku,
miałem polecieć coś koło 8-10 km tempa maratonu,
ale spokojnie, na samopoczucie.
we wtorek więc nie szalałem, wyszło raptem 7km żwawszego rozbiegania po jakieś 5:10,
a w środę też spokojne patataj.
ale już w środę było coś nie hallo, wpisałem pod treningiem na garminie
męczyłem się dzisiaj, miałem wrażenie że wiało cały czas w pysk.
i takie właśnie było to wrażenie, biegało się źle,
niby nic mi nie jest, a idzie jak 3 dni przed wypłatą.
ale nic to, żadna lampka się nie zapaliła, bo po pierwsze elektryki w domu brak,
a po drugie, bo to pierwszy raz szło ciężko po akcencie ?
ale teraz jak się zastanawiam, to jakoś te "ciężko" to było, dziwnie inaczej.
ciężej.
zrobiłem 4 km rozgrzewki tu kolejne lekkie zdziwienie.
coś tętno wysokie jak na takie spokojne bieganie.
tempo 5:21 bodajże, a tętno zapierdala do góry jak notowania małgośki błońskiej.
nic to, nie z takich żeśmy matni wychodzili myślę, nie po to jesteśmy najmądrzejsi na świecie,
żeby nam jakieś serce mówiło, że coś nie tak chyba, choćby to i nasze serce było.
taki ząb też niby jeden z drugim nasz podobno,
a wkurwić potrafi swołocz jedna gorzej od obcego.
michał pisał leć na samopoczucie i poleciałem -tylko, że szybko zaczęło się robić źle
i nic z tego nie szło już uratować.
Nic.
pierwsza pętla, i już widzę, że stryd niedomierzał, więc co na zegarku było 4:18
w efekcie było 4:14 więc za szybko zdecydowanie.
niby wiem, że tempo inne niż na zegarku,
ale co z tego jak staram się utrzymać to co na budziku wuje wie po co.
robi się ciężko, nieproporcjonalnie ciężko.
o ile noga jeszcze jako tako podaje, to cały ja jak w betonowym wiaderku się poruszam.
kolejną pętlę lecę wydłużoną, też dokładnie wymierzoną i mam nadzieję,
że może coś się polepszy.
i proszę, niespodzianka, od razu się polepszyło,
tak mnie więcej jak umarłemu po kadzidle.
coś tam wieje, czuję, że to utrudnia, ale karwasz mać, nie na tyle, żebym ledwo biegł.
w międzyczasie patrzę na zegarek a tam tętno się robi około 167 nawet 170
i już wiem, że jest po mnie.
staram się jednak ratować to wszystko i zdecydowanie zwalniam,
biegnę na moc, żeby się czegoś trzymać ale idzie źle, źle i jeszcze raz źle.
biegnę raz krótsze raz dłuższe koło, zwalniam mocno,
ostatnie okrążenia kończę po 4:24 a tętno zapierdala po nieboskłonie, lepiej niż słońce w południe.
kończę po 9ciu kilometrach 200 metrach tej nierównej walki i mam dość.
w domu się okazuje, że po przeliczeniu wyszło 9.2 km po 4:21 na tętnie średnim 165
więc niby nie jakaś specjalna tragedia, ale tragedia była.
tzn, nie że jestem jakiś załamany tym, czy tam zły, że nie poszło.
bywa i zdaję sobie z tego sprawę a może nawet zaraz jak rasowy polityk,
w podsumowaniu udowodnię, że to jednak było wielkie i piękne zwycięstwo
a trening najlepszy w życiu.
któż wie, może i tak właśnie było.
patrząc na chłodno, zebrało się trochę okoliczności nawet nie tyle łagodzących,
ale tłumaczących być może, być może to wszystko.
ten tydzień postawiłem na walkę z wagą, nawet kosztem gorszej jakości treningów.
tzn, każdemu kto mnie chciał lub nie chciał słuchać tak mówiłem,
że liczę się z tym, że tak być może, ale ni chuja, w to nie wierzyłem.
ustawiłem sobie cel 1700Kcal plus to co tam z biegania zjaram i tego się trzymam.
kolejna sprawa, to bieganie było to z mocnego kilometrażu i ciężkich treningów.
zeszły tydzień weszło jednak ponad stówka, a wczoraj był biegany 17 dzień z rzędu.
sztyrlic tych 17 mgnień by się nie powstydził, a co tu u mnie mówić.
no i ostatnia sprawa, ale chyba najważniejsza.
głupi ja i tyle.
poleciałem jak pojebany, zamiast zrobić to luźniej i spokojnie.
trzeba było, brać to na spokojnie ale wiadomo, głupi ja.
o ile całość treningu staram się ogarniać jakoś racjonalnie,
to bywają dni, gdzie człowiek stara się przełamać tą niemoc,
chociaż wie, że źle robi.
ale piłuje i liczy, że będzie dobrze.
wie, że nie będzie, ale i tak dalej ciągnie, bo może jakiś cud się nastanie i pójdzie.
ale takie cuda to tylko na cudzych blogach, nigdy u mnie.
może też to nie takie złe zresztą, że człowiek brnie w niewykonalne,
bo walczyć też trzeba umieć nawet jak nie idzie.
ale też trzeba umieć odpuścić, a ja ciągle się tego uczę.
i ta nauka najgorzej mi idzie.
na pewno czas na lekkie poluzowanie.
dzisiaj i niedziela wolne, sobota spokojne bieganie.
a od przyszłego tygodnia wracam do 5 dni treningowych w tygodniu.
ale zapierdalać trzeba.
mam świadomość, że teraz mogło iść gorzej,
niemniej chyba było za dużo wszystkiego naraz.
a raczej nie chyba, tylko na pewno.
nic to.
odpoczniemy i odbijemy.
jeszcze dzień będzie nasz.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pn, 18 maja 2020, 14:11 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4387
Lokalizacja: zzewszont
porażka nr 2

mało casu kruca bomba, malo casu…
znaczy mało na pisanie, ale jako, iż znów dziś porażka totalna,
trzeba się szybko pochwalić.
dostałem do biegania 4x2.4km /700m przerwy po około 4:0-4:03 zależy jak wiatr.
trening ciężko mocno, ale do zrobienia.
w planie na sub 3 wg hansonów powinno się to biegać po około 4:10, ale Michał stwierdził,
że oni lekko zaniżają te tempa, bo tam są trzy akcenty, a my robimy dwa.
sprawdzałem, już biegałem takie treningi i to raz w tym roku w marcu, weszło po 3:58 /600m
i po 3:59/600m w sierpniu, wiadomo, że zeszłego roku.
a dzisiaj dupa.
za dobrze szło od początku, noga fajnie podawała, ale wiało.
i to wiało mocno, a ja się źle ustawiłem, i dostawałem takie dwie bomby najgorsze w pysk.
a mogłem to lekko inaczej wykombinować i trzeba było raczej pod górkę to ciągnąć 2 x niż pod wiatr
na mojej pętli.
pierwsze koło otworzyłem w 3:44 hahaha po 200 metrach jakoś skorygowałem do 3:52 i później delikatnie, to wytracałem, ale i tak wyszło 3:57.
a wiało dobrze ponad 25/h.
ale czułem się dobrze, niemniej na drugim już postanowiłem zwolnić, tym bardziej, że wiać nie chciało przestać a po tętnie widziałem, że jest za mocno.
pod koniec 175 to już było stałego tętno przez jakieś 3 minuty.
czułem, że żartów już nie będzie.
chwyciłem trochę oddechu i poleciałem druga, już nie tak na pałę z kontrolą tempa, ale watr znów robił krecią robotę a jak szło po około 3:58 bez wiatru, to w miejscach gdzie wiało,
nie szło wyciągnąć tego mocniej niż 4:05.
skończyłem drógie powtózrzenie na 4:0 (tetno znów w kosmosie) i stwierdziłem,
że jeszcze jedno powinno się udać o ile zwolnię do tych 4:05.
zwolnic się jakoś nie bardzo udało tzn do kilometra leciałem po około 4:0 tam zakręt,
nawrotka wiatr w pysk i po mnie.
stanąłem na chwile jak zegarek pokazywał 3:59 i zanim lapa kliknąłem było 4:05.
bez znaczenia, bo i tak miałem dość wszystkiego.
ewidentnie poleciałem to za mocno, za bardzo chciałem żeby poszło.
moja kulka i głupi ja.
niemniej.
niemniej nie jestem jakiś mocno zły na siebie, bo poczułem że noga zaczyna w końcu podawać.
obcinanie kalorii powoli robi robotę, waga już w granicach 73 kg, ja być może jeszcze słaby,
słabszy niż mi się wydawało, ale przy takim wietrze, ciężko też coś tak zdecydowanie powiedzieć.
płasko też nie było, na 2.4 km wychodzi 13m up, więc żadna to radość na pewno.
nie są to okoliczności łagodzące, bo jak pisałem biegałem to szybciej
i to w tym roku i do tego CAŁY TRENING a nie połowę, niemniej…
niemniej nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i robić dalej swoje.
walka trwa.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 400 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 23, 24, 25, 26, 27

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 15 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL