Teraz jest Śr, 29 stycznia 2020, 09:32

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 383 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 22, 23, 24, 25, 26
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 11 października 2019, 09:50 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4213
Lokalizacja: zzewszont
październik miesiącem oszczędzania.

Motto:
--popełniłem już wszystkie możliwe błędy a te niemożliwe już czekają w kolejce do popełnienia--

jestem gorszy od polityka, nie dość, że obiecuję to jeszcze dotrzymuję a że parę tygodni po czasie ?
...cóż, przykryjmy to grubym pledem wstydu.
chciałoby się powiedzieć, że tyleeee się wydarzyło w ostatnich kilku tygodniach, że nie było kiedy chwycić, za klawiaturę, ale wiadomo, kombinacja lenistwa, niemocy, pustki we łbie to przerażające combo.
szczególnie ta pustka i niemoc w placach.
teraz jakby to tak pięknie ująć po polsku, cofamy się do tyłu i zerkamy wstecz przez ramię tandety.
Felek śpiewał - nie wiem ciągle dlaczego zaczęło się tak, czemu zgasło też nie wie nikt …
tak też było ze mną wszystko było dobrze, aż nagle było niedobrze.
ostatni ciężki trening przewaliłem, miało być 16km w TM około 4:16 dałem rade 12 km w tym tempie, ale tętno było już w okolicach T10 a ja byłem zgon.
to były okolice połowy września a ja stwierdziłem, że muszę złapać trochę oddechu.
po 15 tygodniach orki z pomocą Kierownika, wyciągnąłem się jak ten munchausen ręką za włosy z bagna niemocy, ale trzeba było powiedzieć w końcu - pass.
potrzebowałem chwili oddechu, jednak nie do końca jestem taki ajon men jak mi się wydawało.
posypała mi się też lekko lewa łydka i wciąż dokucza, nie mocno, nie słabo, taki constans.
lekki ból jest i ani nie chce się więcej nasilić, ale też i zejść nie chce.
i to chyba tyle w temacie zaległego biegania.
aktualnie reprezentuję formę wszystko ciężko, być może jednak organizm trawi jeszcze te 15 tygodni i w końcu ruchnie się to tak, jakby foucolt chciał ale póki co jest ciężko.
październik miesiącem roztrenowania więc plumkam coś 4-5 dni w tygodniu, podbiegi, ostatnio 20x100m100 metrów, miało być 20x100/200 ale jak się czytać nie umie….
wczoraj piramidka 1/2/3/4/5/4/3/2/1 min, wszystko to idzie ciężko i nijako.
o podbiegi wpadły dwa razy, to to akurat lubię po tych 10x200 to nogi miętkie miałem jak niektórzy sumienie.
ale to może i dobrze, jak ma tak iść słabo to teraz jest najlepszy na to czas.
generalnie bieganie z Michałem uważam za bardzo dobry pomysł.
od dawien dawna nie biegałem na takim wysokim poziomie, można by powiedzieć, że te 15 tygodni było lepszych od ostatnich 5 lat.
do przemyślanie jest tylko jakie długie robić cykle przygotowawcze przed startem, bo wygląda na to, że 15 tyg to jest max.
kolejna sprawa, akcenty maksymalnie dwa myślę maksymalnie, ale długie bieganie połączone z akcentem, czyli coś do polizania z lizaków od danielsa.
ale,
kierunek, droga- jak za PRL jedyna słuszna i nic kurwa, żadni dawni towarzysze, nie zawrócą nas z raz obranego celu.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Śr, 23 października 2019, 13:00 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4213
Lokalizacja: zzewszont
zasmarkaniec

tak i oto wujek robert się zepsuł.
niby nie mocno, niby delikatnie, ale biegać nawet za chiny ludowe się nie dało.
po delikatnym roztrenowaniu, wróciłem do delikatnego biegania i było dobrze.
każdy to zna, było.
w zeszły poniedziałek biegałem 20x100m/200 metrów na stadionie, jakoś bez specjalnego żyłowania,
powiedziałbym, iż nawet delikatnie, po około 21/22 sek na 100m.
generalnie dla mnie to szybko, bo ja bardzo rzadko biegałem takie treningi i zawsze brakowało mi takiej zwykłej szybkości.
speed demon to na pewnie nie ja- ja po drugiej stronie skali, kiedyś byłem typem endurance monster.
pamiętam jak przygotowywałem się do pierwszego GWINTa to potrafiłem tydzień w tydzień biegać treningi np- sobota 6x1450m podbieg solidny całość kolo 21 km a niedziela 45km w terenie po 5:10 na tętnie 133.
i tak 4- 5 tygodni pod rząd, i nic, nie strzykało, nigdzie nie bolało, nie płakało.
albo taki trening 60km w terenie po 5:24 a po nim jeszcze na 20km roweru poszedłem.
inna sprawa, że tak zacząłem dokładać i kombinować, ze tylko spierdoliłem wszystko na sam koniec i zamiast być w pierwszej 5tce np. byłem 26. faktem kolejnym jest, że spadłem z dziesięć miejsc po tym jak koło setnego kilometra dołożyłem sobie kolejne 4 no i po balu panno lalu.
skończyłem ostatecznie 26sty
w każdym razie to było dawno, dawno, temu - teraz jestem raczej tylko monster.
niemniej seteczki weszły lepiej niż panu gienkowi w barze pod zgniłym ogórem,
można by rzec bez popitki, ino chleba wystarczyło powąchać.
wtorek było dobrze, środa podbiegi.
i zaczęło na rozgrzewce przed podbiegami kłuć w dupsku.
czasy teraz takie, że nawet nie byłem specjalnie zaskoczony, włączysz pan interneta i co drugi chwali się teraz, że go kłują w tyłek, ale jednak trochę zaskoczony byłem tym faktem niemiło, bo nic nie wskazywało na zażycie jakichś rozkoszy- a tu proszę dupsko boli.
jako, żem twardy jest, jeszcze bardziej niż głupi, postanowiłem kontynuować i pielęgnować dalej ten ogród rozkoszy ziemskich pana boscha.
10x200 metrów podbiegu weszło, ale od szóstego dosłownie ze łzami w oczach.
ale jak już zdążyłem się pochwalić, odporność na ból mam większą niż na rozum, więc skończyłem pochlipawszy trochę z cicha, nawet się dużo przy tym nie posmarkałem.
i tu w zasadzie koniec piosenki bo okazało się w czwartek, że co głupiemu po rozumie skoro jego nie ma.
za to został ból dupy taki, iż w rzeczony już czwartek, mimo osmarkania się a jakże po raz kolejny, już nie dałem rady zrobić więcej niż jakieś 300 może 302,5 metra.
za to ból też se postanowił pobiegać i umiejscowił się gdzieś w prawym boku.
znaczy, skończyły się żarty zaczęły się narty.
błyskawicznie zasięgnąłem konsultacji specjalisty i już za chwilę czytałem milion porad co to mnie może napierdalać i dlaczego.
drogą dedukcji i indukcji wyszło, że to tak zwany pas boczny i pomaga na niego rolowanie. solidne.
i tu chuj, okazało się, iż solidnie to wyrolował wszystkich jeden pan z panią co to firmę mieli gdzie tam inny panowie ciągnęli im. takie to czasy, że nawet pociągnąć to nie potrafi już nikt porządnie, bo potem wyszło, że owszem ciągnęli, ale tylko samolot, i to nawet nie oni tylko jakieś podróby ubrane na żółto.
wszędzie przebierańcy.
także nawet na tym polu, są zdecydowanie lepsi ode mnie.
znów pochlipawszy z cicha, porolowałem się na tym pomarańczowym co mam, ale też to jakaś pierdolona masakra, bo ten ból to w takim miejscu, że ja zanim wlezę na tego jebanego rolera, to wszystkiego mi się odechciewa. jak jakiś pierdolony hudini muszę się gimnastykować.
jeszcze kijem się po tym traktuje, bo jak wiadomo powszechnie kij najlepszy lekarz, na wszystko.
ale powoli jakby mniej bolało, inaczej i jak przebiegłem na próbę ze 100m dzisiaj to już się tak nie osmarkałem jak ostatnio. jutro próba delikatna będzie powolnego powrotu do rzeczywistości.
ahoj przygodo.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Cz, 14 listopada 2019, 10:31 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4213
Lokalizacja: zzewszont
taki piszę i piszę tego wpisa po raz n-ty i chęci nie mam żadnych do klepania w klawiaturę.
szczególnie po porannej lekturze przepychanek na forum, czytam i powoli oczom przestaję wierzyć.
zaglądając tutaj przez ładnych parę lat, przyzwyczaiłem się już do różnych nocy długich klawiatur,
sam mam prędkie palce i nieraz potrafiłem palnąć różne rzeczy, nie zawsze ładne, ale jednak w 99% przypadków gdzieś tam chwila refleksji zawsze po tym była.
nikt mi nie dał prawa ocenia postawy i zachowania poszczególnych osób, więc daruję sobie jakieś pseudo analizy, ale faktem jest, że po prostu odechciewa się pisać, bo kogo to tak naprawdę interesuje, jak mam wrażenia, że nawalanka w paru wątkach jest zdecydowanie ciekawsza.
Smutne to.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Śr, 11 grudnia 2019, 10:55 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4213
Lokalizacja: zzewszont
rakiety i sztachety.

Już nie pamiętam, które to były Igrzyska Olimpijskie, a może mistrzostwa świata ?
ale nie data jest ważna ani impreza a postać.
Człowiek drugiego planu w tym wypadku.
To był ten czas kiedy Korzeniowski został mistrzem czegoś tam ważnego na 50 kilometrów w pięknym stylu, abstrahując kompletnie już od tego, że ten chód sportowy to fatalna konkurencja jak dla mnie, ani to ładne, ani wymierne, za to pokraczne strasznie.
No ale do brzegu, więc pamiętam jak tam za Korzeniowskim „przyszedł” ruski.
Walka na trasie była straszna, gonił go ten rusek i gonił i nie dogonił.
Za to na mecie był tak wyjebany, że nie miał sił się nawet wypierdolić.
Stał chyba tylko siłą woli, jakby mu motyl siadł na ramieniu, to na 100 procent byłby jak ten wilk co to z zającem kiedyś też po stadionie się ganiali i mu motylek na sztandze siadł.
Ten obraz tego ruskiego jak tak stoi w tym słońcu i słania się na nogach nie mając sił się wypierdolić zawsze staje mi się przypomina po ciężkim treningu.
Powinna być taka skala potreningowa - wyjebany jak ruski od 1 do 10
ja wczoraj po podbiegach nawet się nie zbliżyłem do polowy skali, ale i tam miałem dość.
Jak siadłem na schodach celem pogłaskania kota, to wstać nie mogłem przez parę minut.
Znaczy trening było taki jaki miał być, do domu dał wrócić, ale niewiele ponadto.

To już chyba czwarty tydzień kiedy wróciłem do biegania, noga jeszcze pobolewała jakiś czas,
ale od parunastu dobrych dni, śladu nie ma najmniejszego po bólu, więc robię swoje i zaczynam zabawę od nowa.
Poczśtki jak zwykle ciężkie po powrotach, tętno w kosmosie, ja słaby jak kuropatwa, noga nie kręci, ale też i niczego innego się nie spodziewałem, więc jakoś specjalnie nie jestem niczym zdziwionym.
Najważniejsze, że można już wrócić do regularnego biegania i zabawa zaczyna się od nowa.
Taka never ending story z tego się robi.

Póki co dużo było spokojnego biegania, parę akcentów w tym np. 6 kilometrów ciąglego który miał być w drugim zakresie czy tam inaczej pisząc w TM co przekłada się u mnie na jakieś 160 bmp a został przewieziony totalnie, bo ostatni chyba kilometr kończyłem już na 176, no ale niech pierwszy rzuci adidasem ten co to po takim powrocie, od razu nie chciał sprawdzić jak tam forma.
Po sprawdzeniu, okazało się, że nie ma czego sprawdzać, więc zostaje droga smętna, żmudna i mało ciekawa, za to sprawdzona. Spokojne podbijanie bębenka.
Póki co dużo siły biegowej, jak wczorajsze 15x200m podbiegu całkiem przyzwoitego, około 10m up na te 200m plus bonus w postaci wiatru w pysk. Ten wiatr mnie tak rozmontował wczoraj, ale w tym wypadku nic to nie zaszkodziło a wręcz pomogło sądząc po dzisiejszych nogach.
W piątek chciałbym pobiegać takie szybkie delikatne podbiegi 20x170m bo taką mam prostą koło domu, lekko 2-3 metry pod górę na odcinku, ale przy dynamicznym bieganiu, czuć to mocno.

Koncepcje mam taką a Kierownik potwierdził, ze niegłupia ona, żeby robić tylko dwa jakościowe treningi w tygodniu w tym długie bieganie połączone z treningiem tempa mocy czy tam innej zarazy.
Jeżeli nie będzie innych wytycznych to rozbiję to chyba na wtorek i piątek, gdyż ponieważ, w poniedziałek po tygodniu w pracy wyglądam jak ten ruski na mecie, wyjebany jak sfrustrowany leszcz i lepiej zrobić rozbieganie spokojne niż się katować.
Potem wtorek konkret , środa czwartek, spokojne kilometry i piątek znów w łeb długo i solidnie do tego. Do tego co czwarty tydzień zdecydowane zejście z kilometrów -taki wywczas wtedy.
W moim wieku to najważniejszą jednostką treningową jest regeneracja, więc nie ma już co napierdalać treningów dzień po dniu na maksa, jest szansa, że na takim planie dużo więcej się ugra.

Do 13 stycznia biegam bez wprowadzeniowo a od trzynastego, cykl 15 tygodniowy do Blackpool Marathon 25 kwietnia z połówką w Liverpool po drodze 16 marca bodajże.
Być może sobotę 4 stycznia będę miał wolną od kamieniołomów, więc polecę wtedy parkruna, z treningu bez tam żadnego kombinowania z luzowanie, ale coś tedy też pokaże gdzie jestem (o ile nie będzie wiało jak od tygodnia 60-70km/h w porywach)

Jak już się tak spowiadam, to wyznam jeszcze, iż zanabyłem metodą wymiany biletów płatniczych- Hoki Carbon Rockety. Pierwsze wrażenie – twarde, wygodnie, szybkie, ale bardzo twarde.
Być może trzeba chwilę się do nich przyzwyczaić, raptem dwa czy tam trzy treningi w nich zrobiłem, ale nie wiem jeszcze czy jestem z nich zadowolony bardzo bardzo czy tylko tak se.

No i po ostatniej aktualizacji windowsa, dostałem takiego wkurwu, że pogoniłem w pizdu z komputera na amen. Sformatowałem cały dysk włącznie z partycją odzyskiwania i zainstalowałem linuxa.
Czyli wróciłem do korzeni. No wracałem prawie dwa tygodnie, inna sprawa, bo chyba przeleciałem wszystkie główne dystrybucje w różnych odmianach, aż w końcu stanęło na Manjaro mint i jestem więcej niż zadowolony.
Piszę o tym dlatego, iż w końcu też zaczął mi działać normalnie Golden Cheetach.
Przymierzałem się parę razy już do niego ( to jest program do analizy potreningowej darmowy, na wszystkie platformy ) ale na kompie z windą strasznie mulił, a do tego niestety nie zachęca on nowych użytkowników swoim wyglądem początkowym i intuicyjnością, ale po tym jak przysiadłem chwilę do niego jestem więcej niż zachwycony.
Program jest niesamowity i żadnego innego tak dobrego nie spotkałem. Do tego działa offline. Oby było tylko co analizować w nim. Ale polecam każdemu kto chce się pobawić w konkretną analizę swoich treningów.

I to tyle mój motyle, co u mnie.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 3 stycznia 2020, 13:29 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4213
Lokalizacja: zzewszont
bieganie, bieganie.

żyję i nogami fikam, chciałby się napisać to i piszę,
powoli ogarniam rzeczywistość, tą treningową i poza, ale jako, że to jednak jest blog na bieganiu.pl
trochę jednak o bieganiu poopowiadamy.
i tu zalega cisza, bo w sumie nic szczególnego się nie wydarzyło, nie pobieglem nagle 10km poniżej 40 min, ani 5 km poniżej 20.
pobiegałem za to dużo podbiegów, parę ciągłych, jakieś rytmy, generalnie, proza życia, proza.
noga nie boli, dupa nie boli, cholera za bardzo nie ma o czym pisać.
nawet parę dni niewiatrowych było.
było ale się skończyło i wszytsko wrócilo do normy.
wieje w wuj.
teraz moda na nie pisanie na bieganiu o bieganiu, a ja jakoś celu takiego za bardzo nie widzę.
wiem, wiem już nikt nie chce czytać o tym, co jak ile i po ile, ale to po cholerę pisać o czym innym tutaj ?
tzn, podobaja mi się blogi nietreningowe, bardzo lubię je czytać, ale w mom przypadku, ambitnego amatora wkraczającego w tym roku w kategorę m50 a chcącego nabiegać sub 3 trzeba jednak pisać o bieganiu.
i znów po raz kolejny potwierdzę, iż wiem że to nuda, sztampa, po raz tysieczny to samo, ale cóż, szczerze ?
jebac to.
to mnie kręci i napędza lepiej niz niejden serial z DDR a kto oglądał Telefon110 doskonale wie o czy mówię.
więc będzie o cyferkach, nudnych wybieganiach, zdychaniu na tempach i umieraniu na interwałach.
bo całe te bieganie takie właśnie jest, nudne, smętne, do chuja niepodobne i nie wiadomo do czego potrzebne.
ale życ się bez niego nie da.
przynajmniej dla mnie i przynajmniej póki co.
bo coś robić trzeba.
sztuka epistolarna umarła.
śpiewać nie umiem, na szydełku też nie za bardzo.
biegać też co prawda niekoniecznie, ale tu widzę większe szanse poprawy niż w wokalistyce.
mógłbym, co prawda sprawdzać się w felietonach, ale tam ostatnio taka konkurencja, że prędzej 35 na dyche zrobię, niż poziomem dorównam.
także, będzie o bieganiu.
jutro parkrun, na cuda nie liczę ale cieszę się z pierwszej wolnej soboty od pół roku.
w czwartek sprawdzian na 10km, smaotny wilk w samotnym biegu, coby wiedzieć na czym stoję
a od zaprzyszłego tygodnia start 15 tygodniowego planu do Blackool Marathon.
realnie patrzać na tą chwilę sub 3:10 powinno być, ale po cichu liczę, że może jednak dotrenuję do tych sub 3.
cuda się zdarzają, np przestałem praktycznie pić piwo.
więc czymże jest maraton w 2:59 przy tym ?
małym pryszczemi ino.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 10 stycznia 2020, 10:37 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4213
Lokalizacja: zzewszont
parkrun
ps
zapomnaiłem napisać, już staruch kat M50 jestem od tego roku.

Miał być test na 10 kilometrów w tym tygodniu, ale cóż, plany maja to do siebie, że chciał nie chciał i tak nie dał rady.
Czy ja już kiedyś wspominałem, że u mnie od czasu do czasu wiatr wieje ?
Bo nie wydaje mnie się.
No to chyba jednak czas wspomnieć.
Ale zacznijmy od miłego złego początku.
Fajnie weszły kilometrówki w zeszły wtorek,
niby nie, że jakoś tam specjalnie lekko, czy też chociaż w miarę szybko, nie- nic z tych rzeczy,
zwykła robota, coś jak przerzucanie obornika, ale w czystej oborze i biorąc pod uwage, że nie było całkiem po płaskim,
trasa niestety lekko pofalowana, to i tak średnia z temp cieszy.
Trzypiećsześć średnio na kilometr na przerwie długiej jak codzienny seks i tak
sześć razy.
Mówimy oczywiście o kilometrówkach nie o seksie.
Mnie w każdym razie ucieszyło, bo weszło równo i gładko a w końcu za bardzo nic nie biegałem tego typu
od dawna, więc i świeto prawie jak na 1 maja.
do tego, dd roku prawie, pierwszy prawdziwie wolny weekend, więc od razu ustawilem się na parkruna coby zobaczyć gdzie jestem z formą.
No i zobaczyłem.
Od piatku wiało, niby niemocno coś koło 30 na godzinę, ale w porywach do 50ciu.
I sobota to samo, rano jak wstałem, nie byłem w nastroju do przyśpiewek góralskich jak to zobaczyłem.
Udało się uchronić drzwi przed wyrwaniem z framugi, ale to było jedyne zwycięztwo.
Do tego niż gruszki ni z pietruszki waga w ciagu paru dni podskoczyła o 2 kg.
Niby co tam, dwa kilo, ale jakoś mnie to nie ucieszylo, że przybyło obywatela.
Coby jednak nie strugać strasznie bohatera a i z prawdą się za bardzo nie mijać, to okazało się, iż
jednak trochę mniej wiało niż się spodziewałem na samym starcie.
Owszem wciąż koło 30stu ale z momentami ciszy i bez większych podmuchów.
Sam parkrun jest dość ciężki do biegania u mnie, dwa zakręty po 180 stopni skutecznie zwalniaja do prawie zera a jako, że kółka są dwa to już samo to zabiera trochę z tempa.
Do tego po drugim zakręcie zaczyna się od razu podbieg długi na ponad 500 m i naprawdę ciężki, znów pomnożony przez dwa nie wspomaga przy uzyskaniu dobrego wyniku
a do tego jak zawsze wiatr wiał w pysk idelanie na odcinkach pod górkę, więc ten tego.
chujowo i tyle.
ale jako, że wolny weekend zobowiązywał nie było co tam płakać nad warunkami, jest jak jest i lepiej prędko nie będzie.
Nogi bez polotu, chyba ciężkie jeszcze po tych kilometrówkach wtorkowych, ale generalnie sam bieg był dość równy jeżeli chodzi o intenesywność.
Zacząłem coś w okolicach 3:50 start z lekkiej górki i starałem się tego trzymać dalej, zaczęły się jednak zakręty i pod górkę wiatr w pysk więc szło i po 4;15 nawet
ale zbierałem się po tym znów i znów kulalem swoje.
Na drugim kole chwilę pod tą górkę powiozłem się za jakimś młodym, ale ja nie lubię tak za plecami kogoś więc ze 100 metrów za nim a potem on do sameg szczytu wiózł się za mną,
wyprzedzilismy jeszcze ze 2-3 młodzieniaszków ale i tak na samym końcu przed metą mnie pyknął.
No cóż, młodość.
Na mecie byłem 14 z czasem 19:53 więc jak na okres niebiegania jakichiś akcentów bardzo fajny wynik.
Ostatni parkrun był biegany jakoś tak w sierpniu w dużo lepszych warunkach po paru miesiacach konkretnego treningu, a zakończył się dokładnie tym samym wynikiem.
btw, na te parkruny u mnie to parę osoób przychodzi, bo mimo dziadowskiej pogody bieg ukończyły 643 osoby.
wczoraj miałem leciec jeszcze test nten a 10km, ale wieje, wieje, wieje, więc Derekcja stwierdziła, że nie ma co już szaleć zaczyna się solidny trening od poniedziałku pod maraton i mam już sobie odpoczywać w tym tygodniu,.
Więc sobie odpoczęłem biegając w poniedziałek 4x1200/2 min
nie weszło najlepiej, wiaterk skutecznie korygował tempo i nie chciałem tego dopinać na siłę w zakładanych 4:05 /km więc cos koło 4:08 , niemniej średnio mi to weszło, cieżko i bez polotu,
wtorek sobie zrobiłem wolne a środę pociurlałem 10km sily biegowej po parku, gdzie na te 10km spokojnego biegu weszło ciut ponad 200m pod górę.
Po wolnym wtorku było w miare miło i przyjemnie, tyle, że nuda skurwesyńska, ale jakaś specjalna nowość to nie jest, swoje trzeba było biegać i już.
Wczoraj zaś zabawę miałem biegową. Dużą konkretną bym powiedział.świniobicie raczej niż zabawa.
1/2/3/4/5/4/3/2/1 min na takich samych przerwach.
Postanowiłem sprawdzić ile mam dobiegu nad morze, bo od przyszłego tygodnia zaczynają się ciągłe i stwierdziłem, że trzeba to biegac nad morzem.
Przynajmniej prawie płasko i nawet jak wieje, to dużo łatwiej utrzymać zakładaną intensywność niż na pętli która nie dość , że pofałdowana to jeszcze w 90% wieje pod górkę w pysk.
Lekko nie było, bo jak zwykle wiater Panie wiater, garmin po treningu pokazał że wiało ponad 40/h ale ja i to bez garmina wiedziałem.
Odcinki 1/2/3/4 poleciałm pod wiatr i słabo to szło, ale jakoś szło w okolicach 4:02 niemniej jak wybiegłem za zabudowę nad czyste morze, dostałem taki wiatr w pysk, że od rzu porzuciłem mysli o biegnięciu 5 minut pod ten wiatr,
zastopowało mnie praktycznie an luznym biegu a co tu o akcencie mówić, więc w tył zwrot i z wiatrem pleco bocznym już szło zdecydowanie lepiej. Ciężko, ale lepiej. Wszystko już wchodziło ciut ponieżej 4/km
więc jak na obecną nieformę naprawdę nieźle.
Dobiegu się okazało, że mam prawie 5.5 km w jedna stronę więc wraz z HAHA zabawą, i powrotem wyszedł jak wpysk półmaraton od drzwi do drzwi 21.110 m.
dziś właśnie zbieram się na jakieś spokojne rozbieganie i to tyle mój motyle co u mnie.
A od poniedziałku zaczynamy kręcić srubkę, ale spokojnie, powoli po torach ospale...

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pn, 20 stycznia 2020, 16:07 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4213
Lokalizacja: zzewszont
stryd sryd.

Dwa dni zimnicy w pracy dobiło mnie totalnie, z nosa dziś jak z kranu, kicham co 15 sekund a tu popołudnie stadion do zrobienia, no ale o tym więcej to w przyszłym tygodniu będzię.
na razie na tapecie zeszły tydzień, w koncu weekend się dziś zaczął i to przedłużony bo do pracy dopiero w niedzielę zamiast w spobotę, więc można by rzec, że jestem prekursorem jednodniowego tygodnia pracy.
niestety kolejny weekend będzie już zwykły pięciodniowy, no ale cóż, nigdy szczęście nie trwa za długo...
zeszły tydzień był w stylu: lepiej żeby padało niż ma być błoto i lepiej żeby wiało niż padało ?
No właśnie, nie ma lepiej, szczególnie, że caly zeszły tydzień wiało i padało w zestawie razem.
Tzn raz wiało i padało jednocześnie a kolejny raz padało i wiało naraz.
Pogoda była taka, że nawet koty nie chcialy na dwór wychodzić, a to już naprawdę duża rzadkość.
Poniedziałkowy stadion więc przesunęłem na środę, z nadzieją, iż może jednak nie będzie aż tak wiało.
I proszę bardzo, pierwszy raz chyba się udało trafić z pogodą.
Byłoby idealnie, tylko ten lekki zefirek co to sobie wwesoło dmuchał tak koło 30/h lekko zjebał sprawę.
Ale poza tym bez zastrzeżeń !!!
W planie było 12x400 po 3:51 na przerwie 1:30 lub 200 metrów.
Ja słaby jak kuropatwa do takich treningów, ale mus to mus.
Rano zrobiłem sobie roztruchtanie na pętelce koło kurnika, taka akuratna niecałe 6 km ma.
btw, stwierdziłem, że skoro mogę spokojnie biegać 2x na dzień to dlaczego z tego nie korzystać i zamiast napierdzielać kilometry w jednej sesji,
to lepiej sobie to porozbijać na parę mniejszych.
Wiem, że 50 lat to żadna wymówka i nie kwękam tu z tego powodu, niemniej regeneracja jednak już nie ta co kiedyś, i nie widzę sensu ani powodu na umartwianie się w imię nie wiadomo czego.
Co prawda są jednostki - to nie ludzie, to wilki -co to łacha ze mnie drą, że to w pidzamie biegam i kapciach, ale podłość ludzka nie ma granic.
inna sprawa, tu jest taki obyczaj, że w pidzamie to się chodzi wszędzie,
już chyba kiedys pisałem o tym, widok baby w banku w pidzamie dziwi tylko wtedy jak jest jedna,
bo co stało się z pozostalymi czetrema ? Może chore ?
czy taki zakaz odprowadzania dzieci do szkoły w pidzamach ?
to jest, trzeba to powiedzieć wyraźnie, jakaś kurwa segregacja i rasizm w czystej postaci.
Zamordyzm tu straszny.
Co komu pidzama w szkole przeszkadza ?
A że wygląda to jakby pół szpitala wyszło na spacer ?, to i tak nikogo nie dziwi.
Tu jest jeden wielki dom wariatów.
Zreszstą, na dziś wszytscy żyją wczorajszą wygraną Liverpool z tymi szmaciarzami z Manchester z którymi to mają kosę od zawsze, i to jest ważniejsze nawet od megan i harrego.
kiedyś gadałem z jedną nauczycielką i było cos o strojach ludowych i ona mówi mi tak, mamy wieczorek w szkole, hindusi maja własne, arabowie własne, chińczycy własne, a jak jak idę na taki wieczór taki to co mam ubrać ?
szalik reedsów , jak ja tylko taki mam strój ludowy ???
ja to cztery mecze na krzyż w życiu oglądałem, ale jeżdzi ze mną do pracy kibol i fan FC Liverpool i jestem skutecznie indoktrynowany.
wczoraj o 16stej to pół kamieniołomów szło do domu mecz oglądać.
I to był jedyny powód ważny powód, na jaki można było dostać pół dnia urlopu.
życie :-)
no ale wracając z mielizn do prozy stadionu, 12 x400 poszło może nie gladko, ale poszło.
Taki byłem skupiony nad użalaniem się nad sobą jaki to ja biedny jestem i nieszczęśliwy, że muszę napierdalać w ten wiatr, iż nawet nie zauważyłem, że skończyłem ostatnią pętlę z serii.
Polecialm kolejną a zegraek mi krzyczy: a ty kurwa gdzie debilu, no ale już z tej radosci, to jeszcze 200m w tempie machnąłem coby pięć kilometrów wyszło równo całe.
Przerwy weszły 1:10-1:11 ale co ja zrobię, że te 200 metrów takie krótkie.
Generlanie fajny solidny trening, jak na mnie i chwilę obecną -na krawędzi szybkości.
Szybciej już tylko z przepasci.
Wolny jestem jak ślimak w ciąży.
Czwartek dobijałem kilometry a piątek przyszło 10km ciągłego biegać.
na szczęście nie wiało, trochę, ale naprawdę trochę.
Poleciałem nad morze ciut ponad 5 rozgrzewki potem 5 w jedna powrót w dróga i 5 schłodzenia.
Ciagly miał być biegany na tetno do 160 i tak byo, normalnie chyba na zegarmistrza się przekwalifikuje tak mi ładnie i dokładnie szło.
Wyszło 10km po 4:27 bodajże na tętnie 159 dokładnie.
Piszę bodajże, bo już na stadione jakieś cuda wychodziły.
Stryd niby dokładny co do metra a zamiast 400 pokazywał mi 440m kółko lub 450 .
na bogato.
Nie pasowało mi to mocno, ale jakoś nie miałem siły aby mysleć nad tym za dużo i dopiero w piątek po biegu zaskoczylem, że stryd owszem,
łaczył się z zegarkiem, ale tylko jako czujnik mocy, a tempo i dystans brał z gps.
Więc co ja biegalem na stadionie to ja wiem, ale co na ciagłym to gps jedyny wie.
No ale na tetnie 160 jak było w planie ,więc co za róznica po ile.
Robi mnie ten zegarek w chuja, jak młodego.
Czuj czuj czuwaj.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Pt, 24 stycznia 2020, 15:13 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4213
Lokalizacja: zzewszont
bez tytułu

tydzień zaczął się od powodzi z nosa.
nie wiem co mi było, ale laciało z nosa jak na dobrej imprezie z saturatora, do tego kichałem dosłownie co minutę lub dwie.
we łbie pustka większa niż zwykle, normalnie czarna dziura, ale cóż nie wiało a w planie był stadion
8x600 po 3:45 / na 2min /300 metrów.
układ z dyrekcją był taki, że jak tylko nie będzie szło, to od razu mam kończyć i nic nie kombinować.
generalnie, nie powinenem biegać w ogóle w ten poniedziałek, czulem się podle, ale nie wiało, a niepobieganie stadionu skutkowało przesuniuęciem tego treningu na środę, lub nawet czwartek i to już w ogóle mogiła, ciemna.
jakoś się z domu wywlokłem i poszli konie po baltonie.
od samego początku czułem luz w nodze, ale bieglo się fatalnie.
każde jedne okrążenie męczone jak piekarski, na jakimś bezwładzie, ale domykane dość nieźle.
niemniej od początku do końca nie czułem się dobrze, i dosłownie modliłem się o szybki koniec.
mnie lub treningu.
przerwy robiłem 300metrowe, za krótkie bo około 1:40, ale kompletnie na to nie zwracalem uwagi, było źle i parłem tylko do jak najszybszego finału.
wypisz wymaluj jak w niemieckim pornolu.
udało się całość zamknąć w 3:46 może nawet 3:45 bo parę kólek zamykałem poźniej na zegarze niż powinenem.
chrzanił mi się dystans i chcialem biegać 700.
niemniej, trening jednak zamknięty cały i to tak jak być powinien był, więc moralne zwycięztwo duże, bo naprawdę miałem chwilę zawahania, co ze sobą w ten piękny poniedziałkowy wieczór zrobić.

wtorek parę kilometrów patataju, wciąż z kranem zamiast nosa, niemniej już dużo mniejszym,
a srodą skoro nie wiało a samopoczucie lepsze dużo, chociaż dalekie od idealnego, więc środą 10 ciągłego.
rozsądek podpowiadał, nie robić 5km rozgrzewki i schłodzenia też pięciu, tylko aby aby a kilometry się dokręci w tygodniu.
miało być żwawiej niż w zeszły tygodniu gdzie było po 4:27 na tetnie 159 o te 3/4 uderzenia więcej.
polazłame jednak do parku, a tam jest petelka zmierzona notabene takim kółkiem drogowym, więc wiem, że po najkrótszej linii jest tam 2037m tyle, że 12 metrów w pione ma taka petelka, więc wcale nie mało.
ciągła huśtawka tam góra-dół, góra-dół a nawet, o zgrozo- są fragmenty, dół-góra.
postanowilem to pobiegać na moc, tylko i wyłacznie, ostatnie 10 km nad morzem było srednio na 296 watt więc chciałem się trzymać jakichś 300 watt gdzie teoretycznie mam 295 maratońskie.
znaczy wszystko w rodzinie chociaż czasem być może zastęopczej.
nie patrzyłem na tempo tętno-nic, na budziku tylko moc.
pierwsze kólko, a nawet dwa takie raczej szarpane, bo musialem się dostosować do tych górek dołków, żeby w miarę równo trzymać te 300 watt , ale lapowałem co petelkę i od razu zauważyłem, że pokazywało równo 1.99km lub 2km, czyli te 37 metrów za mało lekko licząc bo biegłem pewnie ciut szerzej niż mierzyłem.
doesen’t matter.
tętno szło powoli do góry i widziałem, że z okrażenia na okrążenie, średnie z kólka zaczynało być wyższe niż planowane 163.
biegło się jednak wciąż odczuciowo nieźle, cały czas swobodnie kontrolowałem moc czyli tempo, momentami musialem się hamować, więc stwierdziłem, iż mimo tego, że jest ciut mocniej niż zakladane, trzymam cały czas tą samą moc.
ostatnie dwa były już średnio na tetnie 171 czyli tam gdzie zaczyna się mój hipotetyczny próg / treshold - jak tam zwał tak zwał, ale bez dryfu i mimo, ze trudno to dość swobodnie.
jakbym musiał dokręciłbym jeszcze te 2 km, ale nie musiałem więc nie dokręciłem, mimo że przez chwilę mi chodziły takie mysli po głowie, czyby sobie tego nie udowodnić.
jednakże bat w postaci co powie kierownik, a na pewno nic dobrego nie usłyszę, skutecznie wyhamował moje zapędy do zbytniego przeginania, tym bardziej, iż trening mimo że na 100% nie był przewieziony to był jednak ciut za mocny.
średnio wyszło po 4:16 na tętnie 167 co z jednej strony cieszy, ale z drugiej każe skorygować tempo nastepnym razem, ciut w dół.
co nastąpni niewątpliwie i samoistnie, bo już zapowiadają wiaterek coś kolo 40/h.
znaczy nihil novi sub sole.
wczoraj i dzisiaj po spokojne 14.5km - róznica może tylko taka, że wczoraj wleczone po 5:22 na tetnie 130 ale było piekne słoneczko i ciepełko to aż się chciało drobić,
a dzisiaj za to siąpiło i zimno jak w psiarni, więc żwawiej poszło bo 4:53 na tetnie 139.
biorąc pod uwagę, że jak to u mnie -płasko jak garbatego plecy -jestem zadowolony.
jutro dobiję 16km a może nawet 18 wleczonego i tydzień zamknę pieknym wynikiem ponad 80 km co nie zadrzało się już od 3 -4 lat ?
nie będzie żadnych wtyków dziś do felietonów, ani opowieśći kombatanckich, bo we łbie wciąż szumi mocniej niż zazwyczaj a ja jednak szanuję czytelnika, nawet jeżeli jest tylko jeden lub dwa.
więc nie będę bredził więcj niż normalnie.
z fajnych rzeczy, no może tylko jak zwykle kierowcy, czyli znów miłe te chwile, jak zatrzymują się na środku skrzyżowania, żeby przepuściuć pana robert jak biegnie.
cieżko się przyzwyczaić do takiego zachowania, ale widać będę musiał.
czuj czuj, czywaj.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 383 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 22, 23, 24, 25, 26

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: ziko303 i 8 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL