Teraz jest N, 21 lipca 2019, 21:58

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 367 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11 ... 25  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Wt, 19 marca 2013, 18:34 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
i to by było na tyle, jeżeli o wiosnę chodzi. w lesie tyle śniegu, ile przez całą zimę nie widziałem. natomiast nie widziałem jeziora które zawsze tam było, tylko te jedno wielkie białe uścierstwo. co tu pisać, wycieczka śniegowa, 17,3 km po %;37 na w sumie niziutkim tętnie jak na warunki bo 138.
coś bym popisał więcej, ale głupi tak przez kolejne sto czterdzieści trzy zdania pisać o śniegu po kolana, do tego mokrym. jest plus jeden, nikogo dzisiaj tam nie było przede mną, więc miałem szanse zdeflorować to dziadostwo :)
i póki co to byłoby na tyle w temacie szybkiego biegania.
idę wołać film, może mi to lepiej wyjdzie :)

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Śr, 20 marca 2013, 21:42 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
o żesz w mordę, ale dzisiaj dzień zalatany...wczoraj po bieganiu maskakra, po tych 17 km w tym #$%^&&* śniegu, tak mnie rozbolały achillesy, że nie mogłem stanąć na nogi, po prostu tragedia, tym bardziej, że mnie to raczej tfu tfu, kontuzje się nie trzymają. no ale jak się wyginało nogę w tym...nie napiszę co śniegu, to się tak miało. wymasowałem to kijkiem, a ja pierdziu, ale bolało, ale rano już było ok. tzn nie bolało.
po południu stwierdziłem, że za chiny ludowe już mnie nikt na śnieg nie namówi, nawet jakbym miał biegać po mieście. no i tak się stało. dla odmiany trasa koło kumpla, w sumie nigdy tam nie biegałem, miasto i trochę za, ścieżką rowerową, ale praktycznie bez śniegu. tyle, że mimo na to nie wyglądało wciąż z górki pod górkę, nawet nie mocno, ale za to takie po 300-400 metrów. w planach miałem nic, czyli spokojne bieganie, no to poleciałem spokojnie, znaczy żwawo. czułem, że żwawo, nogi to może nie tak, ale tętno tak wyższe już raczej. taki pół ciągły mi wyszedł, niemniej 12 kilosów poszło pierwsza szóstka spokojnie po 4:50 druga już żwawiej, po jakieś 4:42 bo bo całość wyszła po 4:46 na tętnie 154. ale achillesy nie bolą, to najważniejsze, popołudnie minęło nie wiadomo kiedy, tym bardziej, że siedziałem i skanowałem fil, który jednak wywołałem wczoraj, jeszcze nie ten z maniackiej, tylko z kotami
także chcecie, nie chcecie będziecie moje zarazy dziś oglądać :)

Obrazek

Obrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: So, 23 marca 2013, 14:41 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
dwa dni niebiegania, fiu fiu, aż się nogi odzwyczaiły. ale piękne słoneczko za oknem, niebo niebieskie, ptaszki ćwierkają, tylko dlaczego do k↓rwy nędzy, było w nocy - 15 ? to jest jakieś nieporozumienie pszepaństwa. a dziś w planie stadion i coś żwawszego. znaczy kilometrówki. dobra umawiamy się z kumplem, którego młodzi maja biegać dwusetki, że sobie jeden tor odśnieżymy. odśnieżymy tak, ale przecież tego cholernego lodu nie będziemy kilofem rąbać. coś tam odgarniamy, wszystko pod śniegiem, ale walka to nierówna i skazana na przegraną.
nic to, poszuflowali, zrobili czwóreczkę rozgrzewki, skat ten wiatr taki mocny ?? i cza by coś pobiegać. tylko co ? miało być 6x 1km /3 min żwawo., ale miała być też wiosna, a przynajmniej normalny tor do biegania. szybko zamieniam to na 6 x1km/1 min ale w tempie P. po biegu w poznaniu moje Tempo P to 4:10/km ale te podłoże, dobra nie ma co kwękać, pierwszy kilometr rozpoznanie bojem, spokojne, ślisko jak cholera, nogę wykrzywia, ale co tam, wychodzi w 4:16 no niby nie jest źle, ale wolno jak ślimak w ciąży. fakt, że w sumie nie wiadomo czy to kilometr czy trochę więcej, bo biegnę raz lewym, raz prawym torem, tam gdzie podłoże lepsze. nic to, kolejne pięć wychodzi bez większych problemów po 4:04-06. nawet się za bardzo nie zasapałem, czułem, że tętno wysokie, ale to pewnie, przez ten cholerny lód i śnieg, ale mięśniwo-wytrzymałościowo, bez żadnych emocji. nono, nie spodziewałem się, że tak dobrze pójdzie.
i tyle na dziś w temacie biegania, startującym jutro na marzannie, powodzenia i życiówek samych.
a ja lecę film wołać z malty, może coś wyjdzie.
aha, tak wyglądała bieżna po oðsnieżaniu, już po treningu :
Obrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: N, 24 marca 2013, 18:54 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
Panowie takie czasy dziś porobili- gratulacje !!! ,że normalnie wstyd pisać o swoim treningu. ale co zrobić, chociażby z kronikarskiego obowiązku wypadałoby. przyjechał do mnie dziś brat pobiegać, szykuje się do wiednia, więc coś dłuższego wypadałoby wciągnąć, tym bardziej, że już nawet dziewczyny latają takie treningi, iż klękajcie narody, jak czytam co wyprawiają na treningach. plan 27 kilometrów na spokojnie. 27 kilometrów to ja ostatnio przebiegłem chyba w 2010 ale dobra, co ma być to będzie, myślę, w końcu to tylko 27 kilometrów. rok do tyłu, było u mnie w świebodzinie 20 celcjusza, a dziś tylko siedemnaście, trochę szkoda, że w minusie :bum: ale to nocą, jak wychodzę o jedenastej to jest tylko parę w minusie i piękne słoneczko. biorę krótki rękawek, na to cieniutką kurteczkę. zaczynamy sobie spokojnie po pięć parę na kilometr, na drugim już widzę, że na cholerę mi ta kurtka i zostaję tylko w krótkim rękawku, a kurtała dynda u pasa już do końca biegu. se tak biegniemy spokojnie do ósmego kilometra skręcamy w prawo a tu kuku, wiatr, że z nóg ścina, boczny, ale jak wiał w plecy nie było go czuć, niestety poczuliśmy. na głowę czapka z powrotem, ale rękawek krótki wciąż ćwiczony jak pisałem do końca. jako, że robimy pętlę, to na dwunastym dostajemy wiatr bardziej i bardziej w pysk, a wieje naprawdę nieźle, my kontratakujemy i jakoś tak przyspieszamy. tempo zaczyn się około 4:40 na kilometr. no fajnie, lecimy w tym tempie w sumie 10 kilometrów a kolejne cztery znów przyspieszamy i robimy je po 4:32 średnio. tak wychodzi nam 26km , czujemy się dobrze, wiec decyzja, że dokręcimy do trzydziestu. taaa i tu mnie już zmogło pod koniec. żeby dokręcić lecimy miastem poza miasto i dwa kolejne kilometry z górki pod górkę, ale jakoś idzie. i ostatnie dwa dopiero odczułem, zwolniłem już maksymalnie jak mogłem, wydawało mi się, że biegnę 10min/km, że już wolniej nie ma szans, normalnie trucht na granicy chodu, wyszły chyba po 5;03 :) znaczy mimo zmęczenia tempo trzymam :) tak w okolicach 28km wydawało mi się, że dokręciłbym do tych 35 kilometrów, ale wydawało mi się tylko. nie było na to szans, ale też i nie zamierzałem tego robić. inna sprawa, że nie miałem zamiaru lecieć dzisiaj 14km po 4:38 a wyszyło jak wyszło, jakoś tak samo :) także w sumie bite 30 kilometrów po 4:50 wyszło na średnim tętnie 150. łysiny nie opaliłem, przez czapkę się nie chciała opalić, ale łapska zażyły świeżego powietrza :)
i jeszcze fota z wczoraj, jak widać robić to mi się nie chce, ale pozować umiem doskonale:
Obrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Pn, 25 marca 2013, 17:59 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
kiedyś się mawiało, że wieje tak, jakby się ktoś powiesił, chyba fala samobójstw jakaś była ostatnio :smutek: nie dość, że w minusie, to ten wiatr jest masakryczny. ech....nogi mnie nawet za bardzo nie bolały po wczorajszym, ale drewniane lekko były, czułem, że wypadałoby je wyjść rozbiegać trochę. nie chciało mi się przez te wiatrzycho za cholerę, ale chciał, nie chciał-musiał. miałem ochotę na więcej, ale podłoże i wiatr skutecznie mnie do tego zniechęciły. także w jedną stronę za to z wiatrem wykrzywiałem nogi po breji śnieżno lodowej z powrotem pod wiatr, ale już asfaltem. i tu ciekawostka, biegłem za miastem praktycznie -kilometr i już za wioską jestem i jak osobówkami zjeżdżali "jak Cię mogę" żeby mnie nie zajechać, to chyba z osiem tirów które jechało, bez problemu odbijało tak, żebym nie musiał na pobocze wbiegać. inna sprawa, że jak taka ciężarówka przejechała w pędzie to mnie ten pęd powietrza wspomagany wiatrem, normalnie do tyłu odrzucał :) niemniej jednak jakoś zrobiłem 10 kilometrów, ani lekko ani ciężko, czułem, że wczoraj solidnie pobiegałem, ale bardziej pogoda mnie dzisiaj mimo słoneczka dobijała. ale obudził sie we mnie rozsądek i biegłem na samopoczucie, pierwszy rzut oka na tempo to chyba na czwartym kilometrze był dopiero. i tak sobie truchtałem, z wiatrem po 5:08 pod wiatr po 5:16. od ósmego kilometra, celem odmulenia się trochę zrobiłem z 1600m metrów tak po 4:35, w sumie, nie poczułem żadnej różnicy z tym 5:16, no może dłuższy krok to było czuć, ale nic poza tym. znaczy chyba nie jest źle. jutro stadion, nie na darmo tyle pozowałem z łopata, żeby teraz nie korzystać.Tym bardziej, że słoneczko i odśnieżanie zrobiły swoje i zdaje się jeden tor odtajał.
10km wyszło po 5:08.
piwa bym się napił, ale od maniackiej pełna abstynencja do świat. wasz nieutulony w żalu cichy
.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Wt, 26 marca 2013, 20:21 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
urodziny, urodzinami, ale samo się pobiegać nie chciało, wiec wylazłem osobiście. nudne to pisanie o zimnie i wietrze, ale co zrobić, jak takich "zimnych" urodzin to nie pamiętam. plus to słońce, które po sobotnim odśnieżaniu zrobiło trochę roboty, i prawie jeden tor było dobry do biegania. minus to ten cholerny wiatr, co nie dość, że skutecznie chodził zapędy do wszystkiego, to nie bardzo zachęcał do równego biegania. w planie miałem 12x400 ale kumpel chciał biegać ciągły, a jak pisałem wiatr stawiał do pionu, krótka decyzja, co za różnica, pobiegam w czwartek czterysetki, ciągły dzisiaj. może to nawet lepiej przed poniedziałkiem, a jest też szansa, że jednak przestanie wiać i będzie można zrobić jakiś sensowny trening szybkościowy. już na czterokilometrowej rozgrzewce, pluł se ja w brodę, że nie zabrał czapeczki, oj pluł. może i coś się łysina opaliła, ale co wywiało to moje. no ale głupich nie sieją, sami się rodzą. na bieżni na bogato, w łeb zimno ale chrzanić mróz,lecę na krótki rękawek. tu akurat zimno nie było, no może troszkę wiatr chłodził, ale bez jakichś scen.natomiast czapka wciąż by się przydała. ale skoro nie było, to jak to mówią, z pustego to i salomon, na łeb nie założy. na zachętę 6km ciągłego po 4:20 /km. idzie dziwnie, ni to ciężko, ni to słabo, jakoś tak bezpłciowo. brak określenia na samopoczucie, ale tempo raczej komfortowe, bliżej wybiegania niż zarżnięcia. tyle, że chyba ta niedzielna trzydziestka jeszcze w nogach siedzi. w każdym razie poszło jak planowałem, średnie tętno 161. potem trzy minuty przerwy i 2x1km żwawo. pierwszą dwusetkę pierwszego kilometra poleciałem jak głupi za piwem, 42 sek drugą też 42, i już wiem, że coś przeginam, bo tak to ja mam czterysetki na pełnej przerwie biegać a nie kilometer lecieć po ciągłym.
oczywiście stawia mnie na trzeciej dwusetce, a jakże., do tego wiater przeciwny na ostatnim łuku swoje robi, niemniej kończę pierwszy kilometr w 3:52. trzy minuty na oddech, po minucie na jeden i lecę kolejnego kilometra z obietnicą, że tym razem wolniej. obiecanki cacanki a głupi zapierdziela, znów pierwsze 400 w 84 sek, na kolejnym kółku stawia do pionu, wiatr dobija i kończę w 3:53. zmęczony ale zadowolony, bo wciąż mocna niedziela w głowie siedzi. paręnaście kółek schłodzenia i tyle dziś mojego.
niemniej zaczynam wchodzić na obroty, bo tak sobie myślę, że to jednak nie taki łatwy trening chyba był.
a jakby trzeba było zrobić 10km po te 4:20 to też by poszło bez większych scen, tylko te kręcenie się po 200 metrowej bieżni. jakiej zresztą bieżni, to czerwone dziadostwo po którym biegam, jest w coraz gorszym stanie, noga si e zapada w jakieś dziury co chwile, uczucie jest takie, jakby się po gąbce biegało, nic wspólnego to juz z tartanem nie ma oprócz koloru. utwardzone pod spodem, chyba szmatami i gałęziami. po prostu brak słów na to dziadostwo, ale fakt, biegać po tym jeszcze gorzej bo gorzej ale można.
fota z sobotniego odśnieżania, to po prawej od ławek to tor po którym dziś biegałem, ale dziś już bez śniegu oczywiście, natomiast reszta scenerii bez większych zmian. to ostatnia zimowa fota tej wiosny, żebym miał nawet przestać zdjęcia robić.
Obrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Śr, 27 marca 2013, 17:20 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
musiałbym trochę pobluzgać, jakbym chciał opisać dzisiejszy trening, czy też raczej warunki pogodowe, więc napiszę tylko, że bywało lepiej, szczególnie, jeżeli o wiater chodzi. jakby ktoś chciał postawić parę wiatraków, to znam idealne
miejsce :) w każdym razie, po wczorajszym akcencie, dziś spokojne rozbieganie. biegło się nijak, ale to wina pogody, cieszy to, że mogę już truchtać poniżej 5 min/kilometr. i to tyle mój motyle, jak mawiała jedna pani.
10km roztruchtania po 5:05.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Cz, 28 marca 2013, 19:02 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
jak się biega 4 akcenty na 6 treningów to kiedyś dopaść musi.
dziś w planie były czterysetki i czterysetki były. miało być ich dziesięć , miało.
wszystko dzisiaj miało, a było jak było.
biegając we wtorek te dwa kilometry po ciągłym, pierwsze czterysta "po drodze"robiłem w 84-85 sekund, więc myślałem, że dzisiaj pobiegnę mniej więcej tak samo. niestety, nie dało się, wychodziło po 90-91 sekundy i za cholerę nie chciało wyjść szybciej. już po pierwszej czułem, że nie pójdzie, no i nie poszło. męczyłem, męczyłem, po drodze se ,myślałem, że marjas męczył 1600 w tym tempie, a ja 400 i ledwo żyję, niemniej nie pomagały mi te myśli wcale. przerwy były na czterysta w truchcie. po szóstej mysli kołatały się po głowie, że może osiem tylko, ale nie, jakie osiem, najwyżej wolniej ale zrobię zaplanowane dziesięć. nic wolniej nie wyszło, wiadomo, ale szybciej też wcale.kumpel mi powiedział, że wyglądało jakbym biegł na ręcznym, że jakbym się sam hamował, jasssne, a te 3 kotwice wbite w bieżnię to może krasnoludki podrzuciły ? ale jakoś zmęczyłem, wyłączyłem trening, patrzę na podsumowanie, ku@#%^ jest tylko 18 okrążeń a powinno być dwadzieścia, jedno mniej, o żesz Cię...sekunda wahania i nie, nie odpuszczę, już bez włączania stopera lecę ostatnie czterysta, nie było lekko, nie wiem po ile,ale te dwa kółka były najgorsze. niemniej miało być dziesięć i było dziesięć. znaczy było, tylko, że 11, bo dopiero teraz patrzę, że dwie przerwy nie wylapowały się po 400 setkach i stąd "dwie mniej" :) durny człowiek, jak but, nie dość, że od szóstej walczyłem ze sobą, żeby już kończyć, to se dowaliłem jeszcze jedną w bonusie :) ech...od dzisiaj możecie do mnie matematyk mówić.
także trening dzisiejszy z serii zamęczyć i zmęczyć, niemniej czego się spodziewać było skoro
sobota 6x1km po lodzie, niedziela 30km w tym 14 dowalone, wtorek 6 ciągłego+2 x kilometr, no to dziś dopadło, dziwne, w sumie, że dopiero dziś. aaa do tego piwa nie piję, to i człowiek słaby jak kuropatwa.
jutro luz, sobota jakaś zabawa biegowa, niedziela wiadomo, święta - wiec wypad do lasu na jakąś szóstkę i piwko a poniedziałek, może jakieś żwawsze 10 kilometrów uda się zrobić.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: So, 30 marca 2013, 18:39 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
nogi wciąż chyba jeszcze nie doszły do siebie, w każdym razie, dziś przy wielkiej sobocie, mała zabawa biegowa. zmałpowałem od takiej jednej Pani, jej trening wczorajszy i sobie pobiegałem 4x 2min/1min+1min/30 sek+30sek/30sek.
najlepiej poszły mi przerwy w truchcie, wprost idealnie :) odcinki duszone nie na maksa, ale dość mocno. w granicach 4/km. szczególnie ostatnie dwa sety to już raczej tak 3:45-3:50. niemniej nie czułem, w trakcie jakiegoś specjalnego luzu, raczej z oporem szło, ale po poczułem się całkiem miło i przyjemnie, więc mam nadzieję, że trochę ruszyłem te nogi, a nie zamęczyłem. całość wyszła 10km z rozgrzewką i schłodzeniem. jutro wiadomo, coś się tam pobiega, ale to raczej towarzysko, z 6-8 km porobi się foty i wypije ze dwa piwka. znaczy standard świąteczny od lat. innymi słowy, nihil novi sub sole. tydzień będzie z jutrzejszym mocno niewyraźny, 65 kilometrów, ale za to akcentów sporo i czuć to w nogach. inna sprawa, jakby jutro było ze 27 to wyszłoby grubo ponad 80 siąt. no, ale to można gdybać. marzec wyjdzie tylko 260 kilometrów ze średnią, 5:00 na tętnie 144. luty był bardziej pracowity 295 km ze średnią 4:45 na tętnie 147. znaczy, że od poniedziałku czas brać się solidnie do roboty, a nie obijać się jak ostatnio. z kolejnej strony, pogoda tak nie zachęcała do czegoś dłuższego, że wyszło jak wyszło, do tego te wyluzowanie przed maniacką, kompletnie bez sensu było się okazuje.za to za oknem ostatnio wymarzona pogoda do biegania, więc nie będzie już wymówek, że to tamto, kilometrów się nie zrobiło, bo upał i słońce daje po oczach.
w kwietniu jeden poważny start zaplanowany 21 a tak nabijamy kilometry i robimy robotę.
jako, że w składaniu życzeń, jestem kompletnym beztalenciem, więc tylko proste - Wesołych Świąt !!! :) :) :)

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: N, 31 marca 2013, 16:17 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
świąteczne biegania są najlepsze, ja wiem, że są tacy co piwa nie piją, nie wiem jak im współczuć, to niewyobrażalna tragedia jednak, bo różne rzeczy powiedzieć można o mnie, ale nie to, że przeciwnikiem piwa jestem.
oczywiście, mówimy o piwie, a nie o tych rozpuszczalnikach pomieszanych z karbidem, typu lech, tyskie czy tfuj inny żywiec. świąteczne biegania są najlepsze dlatego, że nikt nie myśli o bieganiu, tylko o tym piwie co w samochodzie leży, także dzisiaj było, jak zwykle, krótko czyli cztery kilometry po śniegu, a potem PIWKO :) matko, jak ja lubię tą gorycz :) :) :) żeby nie było, raptem po dwa, do tego lwówek, słaby jak mój wynik na 10 km, raptem 4,2 %.
kiedyś popełnię dłuższy wpis o piwie, co warto pić, cobyśta nie truli się jakimiś rozpuszczalnikami. biegowo to nas dzisiaj siedem osób było, pojechaliśmy sobie tradycyjnie do lasu, z tym, że jak raz nie do tego co zawsze jeździmy, pierwszy raz od ponad 12 lat w inne miejsce, wszystko przez ten cholerny śnieg, bo o ile w grudniu, można się przebijać przez zaspy, to na wielkanoc to jednak lekkie przegięcie. w sumie jezioro to same, tylko inna strona. o bieganiu za dużo to nie popiszę, potruchtaliśmy tylko, potem piwo i obowiązkowe zdjęcia, i już nawet je wywołałem, wyszło coś, pytanie tylko co, bo w aparacie mój ukochany film efke. efke cudnym materiałem jest, emulsja z recepturą z lat pięćdziesiątych, gdzie jeszcze filmy srebrem, nie plastikiem jak teraz, kapały. różnica w tonalności i jakości obrazu jest znaczna. efke ma tylko jedną, w zasadzie już dwie wady. pierwsza, że jak to mój kumpel mówi, materiał może i świetny, ale wytwarzany gdzieś w garażu na chorwacji, i zależy jak kto do kadzi ze składnikami napluje , tak wychodzi. fakt faktem, czasami trafi się idealna, a czasami są takie dziury i syfy w emulsji, że masakra. potem fotografia jest cała usyfiona tak, że nawet mój kot nie chce na to nasikać :) ale jako, że kocham ten materiał, a kupiłem szpulę, 30,5 metra z której wychodzi po nawinięciu prawie 20 rolek filmu, a chciałbym go jutro założyć na foty, to dziś musiałem zrobić próbę. także film schnie; zobaczymy, czy dwadzieścia rolek do kosza, czy daj Panie, trafiłem na porządną partię materiału. pies.... te dwie stówy, chociaż to mało nie jest, zdecydowanie nie jest, ale szkoda ujęć, no i tego klasycznego looku efkowskiego na zdjęciach. druga zła wiadomość, to taka, że przestali już w ogóle produkcji tego filmu, jak to mój ulubiony koleś mówi, " widać im się ta chochla co mieszali emulsje w garnku złamała, i całą produkcje..." nie powiem co strzelił :) tym bardziej byłoby szkoda, niemniej film schnie, i najwyżej pokaże foty z syfami. ech...ale dobra, mam też fotę z ajfona, coby jednak potwierdzić, że trening był udany.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Pn, 1 kwietnia 2013, 11:39 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
bonus fotograficzny, do wczorajszego biegania.
1.
Obrazek
2.
Obrazek
3.
Obrazek
4.
Obrazek
5.
Obrazek
6.
Obrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Śr, 3 kwietnia 2013, 18:38 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
wypicie ośmiu piw, dzień przed zawodami to jednak nie jest dobry pomysł, niby o tym wiedziałem, ale cóż zrobić, święta rządzą się swoimi prawami. także w poniedziałek, start na 10 kilometrów w nowe soli-pierwszy bieg do pustego grobu- jak się okazuje, nie tylko ja tam biegałem. zawody świetnie zorganizowane, fajne "gadżety" ( różaniec, koszulka z Jezusem, bardzo ładny medal ) jedyny minus, ciut słabe wymierzenie trasy, mi mój program pokazuje 10223 m. i powiedzmy, że mu wierzę, w poznaniu pokazał 10200 ale, ma opcję koryguj trasę wg punktów GPS, i po tym poznań zrobił się na 10km równo. nowa sól, została jak została, do tego 10 kilometrów było zaznaczone już na asfalcie gdzieś, przed metą, ja tego nie widziałem, ale byli tacy co widzieli :) nie zmienia to faktu, że, mimo pięknej nazwy biegu, to cudów to ja nie nabiegałem. zdecydowanie daleko od tego było. czas 42.02 netto niby 49 na 330 ukończonych, ale co to za czas. jeżeli faktycznie było te 10200 to średnia 4:06/km więc jakiejś tam tragedii nie ma, ale nie wiadomo czy faktycznie tyle było, no bieg bez rewelacji. nie czułem mocy kompletnie, nie byłem w stanie przyspieszyć, trzymałem jako tako tempo, ale nic poza tym. fakt faktem, że nie traktowałem go kompletnie priorytetowo, jednak myślałem, że pójdzie lepiej. kolejny raz potwierdza, się, że z myśleniem to ja niewiele mam wspólnego. Natomiast baaaardzo miło było się spotkać z Anią i Patrycją, więc z tej strony, wyjazd był przeciwieństwem startu. fizycznie jestem dobrze przygotowany, bo podbiegi nie robiły na mnie żadnego wrażenia, ale szybkościowo-wytrzymałościowo, wypadłem blado i słabo. no i schuść muszę koniecznie, bo te 76 kg to jest jakiś koszmar. zdjęcia będą, ale muszę film dopstrykać, a taka żenada za oknem, że nie dało się dzisiaj tego zrobić, także proszę o parę dni cierpliwości.

na razie stanowczo żegnam się z piwem, plus dokładam ranne spokojne wybiegania.
wczoraj jeszcze sobie pauzowałem, dziś rano 6 km po 6 min a po południu 8 km spokojnego rozbiegania po 5:09, które dzięki temu, że wiało masakrycznie, zamieniło się z powrotem w walkę o dotarcie do domu. niemniej jakoś się chyba udało. niemniej nie narzekam, bo jak patrzę w TV co pogoda innym funduje, to u mnie jednak lato. tylko wieje, ale bez śniegu. póki co :)

także startujący w niedzielę, pamiętajcie, najwyżej 6 piw w sobotę !!!
:) :) :)

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: Cz, 4 kwietnia 2013, 20:51 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
ileż można pisać o tym, że śnieg za oknem, że wiatr, akurat wiatru dziś nie było, że zimno i do kitu. ano jak widać można, bo inaczej trzeba by przestać pisać, chyba że coś ciekawego się zdarzy, ale jakoś ostatnio nic z tych rzeczy. chociaż, zamarzniete kałuże w kwietniu to nawet ciekawe, szkoda tylko, że ja nieciekawym takich widoków. a pierwsze co na porannym rozruchu to było widok pomarzniętych kałuż. ale jak wiadomo z globalnym ociepleniem, nie ma żartów, normalnie strach coś pisać, na ten temat, bo jak chwyciło za mordę, to wciąż trzyma. także, ten tego, że se tak napiszę, rano wyszedłem na spokojną ósemeczkę po 5:40 a po południu, chciało by się napisać stadion, ale jaki tam stadion, znów ta #$@%#^ bieżnia dwustumetrowa, chociaż odśnieżona. tzn widzę, że te wstecz dwutygodniowe odśnieżanie, jednak nie było bez sensu, aura koniecznie chce mi pokazać, że dobra robota nigdy nie idzie na marne, i potrafi długo przynosić efekty. tak jakoś okolice pochodów pierwszomajowych, zawsze bardziej mi się kojarzyły z tulipanami niż z przeręblą, ale widać w skojarzenia też jestem do niczego. także pierw pięć kilometrów rozbiegania a potem mój ulubiony, piszę bez ironii, set czyli 4x (200m szybko/200 wolno+200 szybko/400 wolno + 800 szybko/400 wolno ) ależ się męczyłem dzisiaj, o mamma mia, powiedzieć, że nie szło to nic nie powiedzieć. wszystko miało być z założenia po 3:45/km, i o ile te dwusetki to jeszcze jakoś szły, z naciskiem na jakoś po te planowane 45 sek/200 to już na osiemsetkach męczyłem się tragicznie. nie szło, za chiny ludowe, nie szło i już. pierwsze dwie po 3:52/km i miałem po nich kończyć, ale wymyśliłem, że może zamiast 800 metrów będę 600, potem jednak, że jeszcze jedno duże kółko 200/200+200/400+800/400 i koniec, czyli trzy zamiast czterech, summa summarum , zrobiłem cztery planowane sety. tyle, że ostatnie 800 to już w tempie 3:59. dawno tak źle mi szło, znaczy nieszło. ale przemęczyłem, chociaż nie wiem czy miało to sens, z jednej strony trzeba czasem odpuścić, to pomaga, z drugiej strony, czasem trzeba się przemęczyć, pomaga jeszcze bardziej. trochę się pocieszam, że przecież w poniedziałek solidnie postartowałem, bo to że słabo nabiegałem, nie znaczy, że sobie ciechocinek po drodze na trasie zrobiłem, więc może mnie trzyma po starcie jeszcze ? cóż, widać jaki jestem leszcz jeszcze i tyle. ale jak to mówił mój imiennik, nie ma lipy, trzeba zapie@#$% :) a jak trzeba to trzeba.
teraz dopiero zobaczyłem, że w sumie wyszło mi dziś ponad 23 kilometry.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: So, 6 kwietnia 2013, 14:53 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
wczoraj rano było osiem kilometrów rozbiegania po chyba 5:35 taki delikatny masaż dla nóg po stadionie czwartkowym, a i tak się męczyłem, ale coś tam delikatnie pobiegałem. dzisiaj gorzej, bo dzisiaj biegałem to co mihumor wczoraj, tylko, że u mnie niewiele to miało wspólnego z michałowym "poszło lekko i gładko" u mnie nie było ani lekko ani gładko.
z tym, że michał to chyba biega po płaskim ja niestety góra dół, dół góra. biegałem z bratem, to ostatni ciężki akcent jego do wiednia, na początek 3 kilometry po chyba 5:08 rozgrzeweczki, chwilka przerwy i lecimy trójki. tomek chce tak koło 4/km czuję, że będzie za szybko, ale każdy leci swoje. męczę ta pierwszą trójkę, idzie bo idzie, raczej gorzej niż lepiej, zbiegi niewiele pomagają, a podbiegi męczą, wychodzi średnio po 4:02 -coś szybko. bratu po 3:53, ale ostatni kilmetr go postawiło mocno. trzy minuty przerwy i postanawiamy zacząć spokojniej, i tu od razu widać jak biega się po równym, bo akuratnie ten kilometr jest praktycznie płaski, może z pół procenta pod górę, biegnę go spokojnie po 3:58, niestety kolejny już góra, dół i zaczyna się szarpanie, niemniej jakoś trzymam po te 4:05, ostatni więcej podbiegu niż zbiegu, do tego czuję już nogi, wychodzi bodajże po 4:09 czyli trójka ca po 4:05. niby nie jest źle, ale dobrze też wcale. wciąż nie czuję tej lekkości i świeżości. na koniec 7 kilometrów do domu po 5:01, bez napędzania, ale czuć je w nogach. więc całe szesnaście coś po 4:43? czy tak jakoś wyszło.
są też plusy, jeszcze żyję i szczerze mówiąc biorąc pod uwagę samopoczucie, spodziewałem się, że raczej po 4:15 polecę te trójki. no i waga kilogram w dół, "głodzę" się, więc może efekty jakieś będą z tego od 2 dni 75 kg.
widzę, że metoda krzyśka, dwa treningi dziennie, jest dużo lepsza niż jeden dłuższy. nie mam zamiaru odpuszczać rannych wybiegań, standardowo chyba będę robił 8km, bez różnicy jakim tempem, aby biec powoli i spokojnie.
jutro spokojne rozbieganie. chyba. mimo, że słońca brak, to robi się pogoda na dębno, osiem w plusie i praktycznie bezwietrznie. trzymam kciuki.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: 35 na dychę czyli bulbuliera
Nowy postNapisane: N, 7 kwietnia 2013, 18:27 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 3896
Lokalizacja: zzewszont
zima się skończyła.
dziś biegałem na krótko i miejscami grzało tak, że zastanawiałem się czy koszulki nie ściągnąć, ale zmysł estetyczny wygrał, pomyślałem, że niech ludzie też mają przyjemną niedzielę, co im będę psuł widokiem siebie bez koszulki.
w każdym razie bieganie spokojne, tyle, że wiaterek wiał. no i chyba przesadziłem z jedzeniem, tzn z samego rana trzy kromeczki chlebka z szynką, a potem do piętnastej, o której to wychodziłem na trening, dwie kawy tylko. jakoś tak głodu nie czułem, a też zajęty byłem śledzeniem wyników, sami wiecie kogo w dębnie, i polazłem baz amciu. do 14nastego biegło się w miarę swobodnie, chociaż czułem wczorajszy trening, potem jacek zaczął coś wspominać, że przed bieganie zjadł czekoladę własnej roboty i coś tam jeszcze i przypomniało mi się, że ja to na samej kawie tylko. a biegło się coraz słabiej z kilometra na kilometr, tempo nawet nie spadło, ale koło 18 kilometra, czułem, że jakby się własnie skończyło to byłoby idealnie. niestety trzeba było domęczyć jeszcze trzy kilometry z tego, dwa pod nielekką górkę.
ale jak widać, jakoś przeżyłem. wyszło trochę ponad 21 km po 5:04 na relatywnie niskim tętnie 141.
miałem piwa nie pić, no ale skoro dziś padły życiówki, a mi też się coś od życia należy, to niech tam, złamałem się.
:) :) :)
aha. ten tydzień 92 km i gdzieś dzisiaj po drodze rozmieniłem pierwszy tysiąc kilometrów w tym roku.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 367 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11 ... 25  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 9 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL