Teraz jest N, 16 maja 2021, 08:43

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 460 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 22, 23, 24, 25, 26, 27, 28 ... 31  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: N, 20 marca 2016, 22:35 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Tydzień ósmy i ostatni- startowy

O treningu trudno tu coś ciekawego napisać wiec wyliczę jeno:
- poniedziałek basen 45 min + 14km BS
- wtorek basen 45 min+ 13km BS
- środa: rower 20km
- czwartek: 12km BS w tym 9x100m mocne rytmówki
-piątek i sobota wolne

czyli luzy jak rajtuzy

Do połówki szykowałem się z planem złamania 1.21 bo na tyle już byłem jesienią i to był plan minimum. Po zeszłotygodniowej dobrej dyszce pojawiło się światełko w głowie p.t. 1.19.XX. Co tu dużo gadać, czułem się na tyle by o to powalczyć, nie ma co ściemniać bo forma jest a i wszystko ze zdrowiem i samopoczuciem było jak nigdy w porządku. Więc kiedy jak nie teraz. Niestety meteo od początku tygodnia było kiepskie czyli pokazywało bardzo mocny wiatr. Wiatr to dla mnie najgorszy przeciwnik. Wiele nad tym myślałem ale dopiero robiąc analizy pod trening triatlonowy wyszło mi, że mój najsłabszy parametr we wszystkich dyscyplinach to siła. W bieganiu również. Po prostu nigdy nie byłem silny i nie jestem i ten brak wychodzi właśnie wtedy gdy trzeba biegać pod wiatr, pod strome podbiegi, pływać pod falę czy pedałować pod wiatr czy strome górki. To też widać w biegach górskich gdzie niestety brakuje właśnie zwykłej siły. I nie idzie tu o dynamiczną siłę biegową bo nad tą można popracować, to można poprawić i to na pewno się udało. Siłę tez można i pewno ją poprawiłem ale to moja słaba strona. Dlatego wiatr w prognozie mnie załamuje bardziej niż słońce i upał, to jakoś znoszę ale wiatr mnie zawsze rozpie...... i zawsze gdy wieje mam spore problemy.

Dziś rano nie wiało wcale ale gdy zaparkowaliśmy w Kraku to już pizgało zdrowo. Już wiedziałem, ze będzie ciężko delikatnie mówiąc. Przemyślałem sobie taktykę na te kilometry pod wiatr i chciałem pierwszą piątkę przynajmniej pobiec w sporej grupie by nie tracić czasu i jakoś się schować. To oczywiście oznaczało mocne otwarcie ale stwierdziłem, że biorę to na czucie, jak będzie za mocno odpuszczę. Druga piątka z wiatrem więc już wracam do swojego tempa a dalej to się zobaczy bo to będzie ta trudniejsza połówka i trzeba będzie tam oddawać sekundy bo nie ma Bola bym utrzymał pod wiatr to tempo.
No i tak pobiegłem jak pomyślałem. Czy to był dobry pomysł to nie mam pewności, uczucia są mieszane niestety.
Pierwszą piątkę pobiegłem w grupie z paniami walczącymi o zwycięstwo i było chyba deczko za szybko. Co prawda międzyczas 18.57 choć szybszy niż planowałem mieści się w tolerancji to trzeba zauważyć, że połowa z tej piątki była pod wiatr. Po czterech kmach odpuściłem grupę ale nie ja jeden :hahaha: Druga piątka to planowane tempo przelotowe, biegło się naprawdę dobrze i na pełnej kontroli; spokojnie. 37.59 na 10km to mój trzeci w życiu najlepszy wynik na 10km :hahaha: ale to weszło gładko i wydawało się, że idzie super. Niestety od tego miejsca zaczęła się rzeźba pod wiatr. Wiedziałem, że na 1.20 to szans nie ma ale 1.21 wydawało się, że jest do obrony. Pierwszy samotny kilometr pod wiatr jeszcze wszedł w tempie przelotowym ale zmęczenie zaczęło się sumować w tempie geometrycznym. Podbieg na rynek i Floriańska to już tempo gorsze ale tam zawsze były straty więc było bez paniki, dalej wydawało się, że panuję nad sytuacją. Spokojnie dobiegłem do 15tego z życiówka na tym odcinku 57,35 (37 sek szybciej niż rok temu) i wydawało się, że to 1.21 jest w zasięgu. Ale nadzieje dosłownie zostały rozwiane na bulwarach wiślanych gdzie zanotowałem spore straty i to był na dzis najcięższy odcinek. Dogoniłem mała grupkę ale oni biegli za wolno. Jak ich wyprzedziłem to tempo wyszło niewiele lepsze a męka do kwadratu. Złapałem kryzys i już wiedziałem,że 1.21 jest pozamiatane. Do Błoń dobiegłem biernie i nawet straciłem nadzieję na życiówkę. Przy tabliczce 19km przeliczyłem, że muszę pobiec do końca tempem 3.50 by choć minimalnie się poprawić. Poderwałem się do walki. Pierwszy km z wiatrem nie był problemem i mógłbym nawet nieco szybciej ale chciałem coś zostawić na ostatnie 1.3kma centralnie pod wiatr. I to był dobry plan. Ostatnia prosta to była totalna rzeźba pod silny wiatr. Biegłem to spokojnie i coraz szybciej z wyrachowaniem robiąc życiówkę o całe 10 sekund - 1.21.21. Za meta siadłem na dupie na asfalcie, sam nie wiem czy ze zmęczenia czy z żalu. Wynik gorszy niż bieg, który chyba nieco spieprzyłem ale tego do końca nie jestem pewien. Nie pociesza mnie to, że wyprzedziłem kilku ludzi, których nie wyprzedziłem nigdy wcześniej, że poprawiłem miejsce w open (43 wobec 57 rok wcześniej) i miejsce w kategorii też, że na każdym międzyczasie byłem wyżej w klasyfikacji. Patrząc na wyniki znanych mi osób biegających nieco lepiej ode mnie lub podobnie to prawie wszyscy byli dziś 1-2 min gorzej niż rok temu. Nie ma się czemu dziwić, rok temu wiatr 11km /h z północy, dziś 24km/h z zachodu. Silniejszy wiatr - gorszy kierunek
Wynik docenię z czasem, muszę ochłonąć. Nie zawsze jest niedziela
Bardzo mnie ucieszyło, że nie zawiodły dziś dwie osoby, którym" piszę" treningi. Pierwsza to moja niezawodna żona, która pomimo pewny problemów zdrowotnych pobiegła to co miała pobiec czyli zejść niżej 1.34. Niestety ostatnie 4 tygodnie w jej treningu były nie takie jak być miały bo złapała mocna glebę na zbiegu podczas treningu i pojawiły się problemy z kostką i konieczność stejpowania nogi. Trzeba było zrobić kilka kompromisów treningowych, przerw - ale pękły z hukiem dwie życiówki w dwa tygodnie - czyli ok. Szkoda, ze pobiegła to identycznie jak ja czyli pierwsza dyszka nieco za mocno. No i trzecie m-ce w kat więc gratki (Kasia 41 - większe nawet nieco gratki :hej: )
Druga osoba to Wojtek - Glonson, wynik idealnie zgodny z planem - szacun się należy :hej:

Może jeszcze jakieś wnioski do tego treningu napiszę ale muszę najpierw ochłonąć :spoczko:

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: Pn, 11 kwietnia 2016, 13:23 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Aneks czyli Półmaraton Dąbrowski - 1.20.32 - tempo średnie 3.49

Miedzy połówkami

O poprawce wyniku półmaratonu pomyślałem pierwszy raz w tygodniu przed Marzanną, po prostu meteo nie pozostawiało złudzeń i przypuszczałem, że trudno będzie o satysfakcjonujący mnie wynik. W tygodniu po Marzannie robiłem tylko triatlonową objętość nadrabiając pływanie i rower (solidne 12 godzin treningu) i po rozmowie z KrzychemM zaczęliśmy celować w tą Dąbrowę. Niestety skończyły się pakiety i pomyśleliśmy wtedy o Rzeszowie. Znajoma kogoś tam z orgów w Dąbrowie znała i niby miała coś załatwić ale nie wyglądało to na tamten moment. W lany poniedziałek tydzień po połówce zrobiłem trening sprawdzający 2x5km w tempie HM, poszło to słabo. Niby zrobiłem ale to była zupełna umieralnia. Od razu po trenie przyszedł SMS od Krzycha, że dla niego Rzeszów odpada. Stwierdziłem, że ten start jest bez sensu i zupełnie odpuściłem temat. Machnąłem za to kolejny mocny tydzień treningu tri (13 godzin), który zdrowo poczułem w kościach. A tu końcem tygodnia odezwała się znajoma, że ma jeden pakiet na Dąbrowę do odkupienia, da się załatwić przepisanie itp itd
Ja na to, że straciłem chęć ale ona (mocna biegaczka) namawiała mnie. Co tam, kupiłem pakiet i stwierdziłem, że zobaczę jaki będzie warun. Testowo pobiegłem sobie dychę drugiego zakresu. Niby weszło lekko po 4.03 ale nogi miałem totalnie nędzne, jakby mi piachu w stawy wsypali. Wariant drewniak albo Pinokio.
Początkiem tygodnia 4x1,2km progowo po 4.48 - nogi nędzne i szału ni mo, weszło średnio i mało optymistycznie. Stwierdziłem, ze chyba odpuszczę, do środy rypałem pływanie i rower a w czwartek na wybieganiu noga zaczęła lepiej podawać. Nagle tempo BSa skoczyło niżej 4.30, meteo wydawało się niezłe wiec co tam, raz kozie śmierć... no może dwa razy.
Dwa dni odpustu zupełnego, zero ruchu. Waga niestety koło kilograma wyżej niż przed Marzanną wiec tu nieco słabiej ale wskazanie i tak nie najgorsze więc układałem plan tego biegu

Trasa

Trasa w Dąbrowie jest specyficzna. Wywożą wszystkich biegaczy autobusami za miasto i stamtąd biegnie się do centrum. Profil jest delikatnie na podpuchę bo pierwsze prawie 3 kmy idą lekko w dół i tam można kilka sekund nadrobić. Za to końcowe 5kmów to w większości podbiegi przerywane krótkimi zbiegami, reszta płaska bo ta część trasy wiedzie brzegami jezior Pogoria. Fajnie pod warunkiem, ze się nie przeceni tych lekkich zbiegów, nie przestrzeli tego tempa i zostawi coś na końcówce. W innym przypadku to piękna pułapka.

Plan

Plan miałem prosty, pobiec dychę jak w Krakowie, trzecia piątkę szybciej bo jest łatwiejsza od krakowskiej a na końcówce bronic wypracowanej przewagi gdyż szacowałem, ze dąbrowskie podbiegi będą odpowiednikiem tych kilometrówek pod wiatr w Krakowie, tu traciłem a na podbiegach straty też będą wiec powinno wyjść mniej więcej na zero. Być szybciej na 15kmie koło 20-30 sek i w nieco lepszym stanie, wtedy wyjdzie spokojne złamanie 1.21. Na więcej się nie chciałem napinać bo ani się na to czułem ani perspektywa pagórkowatej końcówki nie zachęcała do takich planów.

Bieg

W autobusie jadącym na start wypytałem o te zbiegi początkowe lokalesów. Szczęściem trafiłem na dobrego biegacza i mi doradził, by na pierwszych dwóch kmach pobiec ok 5 sek szybciej niż w planie bo później to już jest praktycznie płasko. Tak się nastawiłem. Pierwsza dwójka równo po 3.44 a trzecia już w 3.49. Odcinek 2-3km nie był specjalnie lekki bo biegliśmy pod lekko upierdliwy wiatr ale na szczęście tego dnia to był jedyny taki długi odcinek. Stawka szybko się rozciągnęła i zostałem samiuteńki. Biegłem z 50 m za grupką z dziewczyną, która była druga w kobietach (pierwsza była Kenijka ale jej już nie widziałem). Brzegiem jeziora biegło się bardzo przyjemnie i na 5km byłem idealnie jak w Krakowie 18,57. Druga piątka prawie płaska poszła spokojnie i równo więc na dychu też prawie idealnie w czasie krakowskim 37,56. Tam dogoniłem pozostałości grupki z drugą biegaczką. Chyba złapali kryzys bo zacząłem ich ciągnąć choć też byłem już jak lekko poobijany bokser i czułem pierwsze mocniejsze oznaki zmęczenia. Trochę tu było biegania pod wiatr i z wiatrem zboku, przeskok przez lekką zmarszczkę terenu między jeziorami i obieganie drugiego, mniejszego jeziora. Tam dziewczyna nam się zgubiła, kogoś dogoniliśmy i stworzyła się taka fajna, czteroosobowa grupka. Co tu dużo gadać, dobrze się biegło, tempo było ok więc starałem się jak najlepiej przygotować mentalnie do ostatniego, najtrudniejszego fragmentu. Na 15tym 57,08 czyli 26 sek szybciej niż w Kraku. Jestem zgodnie z planem i zaczyna się zabawa bo wolno wbiegamy do miasta a przed nami widzę w oddali samotna Kenijkę. Pierwszy podbieg jest dosyć stromy i krótki ( wysoki wiadukt), od razu rozrywa naszą grupkę na sztuki. Ja go traktuję spokojnie, testowo wiec zostaję ostatni, tracę tempo przelotowe dramatycznie ale wszystko nawet z nawiązką odrabiam na stromym, krótkim zbiegu. Ale już na kolejnym łagodniejszym podbiegu jest nas tylko trzech. Chłopaki znowu mi odchodzą ale liczę, ze zespawam na zbiegu. Zbieg jest jednak iluzoryczny i od razu przechodzi w długi sztywny podbieg. Chłopaki dochodzą na nim Kenijkę i delikatnie mi odchodzą a ja wiem, że jak tu nie pęknę to 1.21 rozmienię spokojnie. Podbieg ma prawie kilometr i dłuży mi się w nieskończoność. To taka delikatna pochyłość na którą idzie się intensywnością przelotową, która narasta w trybie arytmetycznym. Przed końcem robi się nieco stromiej i na szczęście jestem już na górze. Kawałek płaskiego i w zasadzie na tym krótkim odcinku spokojnie dochodzę Kenijkę. Tabliczka 20km i zakręt, zbiegamy do parku i tu zaczyna się mocny zbieg. Przestaję kalkulować i idę prawie na maksa, tempo od razu wzrasta do 3.30. Widzę już nawrót i wiem, ze to co zbiegamy to będzie identyczny podbieg do mety. Zostawiam z tyłu Kenijkę ale ostatnie sto metrów przed nawrotką nieco odpuszczam, zbieram siły na ten cholerny podbieg. Kenijka mnie mija przed nawrotem ale na początku podbiegu mocno szarpię i tym razem ja jestem górą. Podbieg jednak się wystramia i w połowie muszę nieco odpuścić bo mi świeczki w oczach stają. A ta zaraza mnie wtedy od razu ciach z lewej mija. Widzę już koniec tego stromszego odcinka więc poprawiam włączając opcje długi sprint do mety. Wskazówka obrotomierza mojego silnika wędruje do końca czerwonego pola, łapię chyba ósmy zakres i idę pełnym piecem. Kenijka zostaje na to diktum daleko w tyle a ja mijam jeszcze jednego gościa, który jednak nie odpuszcza i ścigamy się ostatnie sto metrów do kreski wpadając na nią równiutko. Jestem zbyt zmęczony by się cieszyć. Ta końcówka była cholernie męcząca.
https://picasaweb.google.com/1078807715 ... 3820485810

Wnioski

Dobrze to pobiegłem, nie mam do siebie żadnych zastrzeżeń, chłodna głowa od początku do końca, spokój i dobra kalkulacja. Dobry też rozkład sił. Na lepszy wynik tego dnia na tej trasie nie mógłbym liczyć. Oczywiście pewnie kilka sekund jeszcze szło by urwać ale na pewno nie pół minuty. Ta trasa to nie jest jakaś rewelacja, wolałbym coś bardziej płaskiego bez takiej karuzeli intensywności na końcu, bez tego "oszczędzania" na końcówkę. Z drugiej strony to dosyć ciekawe bieganie było, takie jak pudełko czekoladek, nigdy się nie wie na co się trafi.
Plan na wiosnę wykonany w całości, jestem z tego bardzo zadowolony. Gdy wsiadłem w Dąbrowie do auta i wracałem do domu to nie mogłem w sobie odnaleźć nawet ksztyny radości. Czułem się jakbym załatwił sprawę w urzędzie czy odfajkował jakieś zadanie. Dziwne. Trochę to wewnętrznie potraktowałem jak rozliczenie czegoś, co już dawno powinno zostać załatwione ale się nieco odwlekło. Moje marzenie o rozmienieniu 1.20 pozostaje marzeniem ale udało sie pobiec połówkę średnio poniżej 3,50 - kurde, to jest już przecież coś :hej:

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: N, 19 czerwca 2016, 20:44 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Przez ostatnie 2 miesiące realizowałem objętościowy trening triatlonowy. Trening bez fajerwerków, temp czy specjalnie trudnych jednostek jakościowych, po prostu sporo pływania, roweru i niemało biegania. Nic w sumie ciekawego by to opisywać dokładnie na blogu biegowym. Baza pod tri została zrobiona a na koniec dziś z tego treningu wystartowałem nieco treningowo w olimpijce (1,5 km pływanie, 40km rower, 10km bieg) w świetnej imprezie Triatlon Lipiany. Start treningowy ale tylko z nazwy bo robiony bez treningu wyostrzającego formę ale jednak z pełnym i maksymalnym zaangażowaniem. Czyli pełna walka ale na pewno nie z maksymalnej formy. Warunki były dziś niezłe, pogoda piękna, trochę upierdliwego bocznego wiatru na rowerze i mocne słońce na biegu - cóż, do tri chyba nie ma optymalnych warunków, szansa na takie jest nikła i zawsze trafia się na trudności - taka karma. Start wyszedł w sumie bardzo dobrze, czas 2.20.03, siódme m-ce Open i pudło (najniższe) w kat. Szkoda nie złamania 2,20 ale to betka, różne są domierzenia tras, różne warunki i trudności więc trudno o porównanie samych czasów do sekundy, chyba nie należy iść ta drogą bo to jest bez sensu. W bieganiu takie 3-4 sek by mnie mocno zdenerwowało a w tri mnie to wali. Tym bardziej, że wiem ile z tego wyniku straciłem przez głupie błędy w czasie zawodów. Tak na lekko błędy własne wynikające z niedopatrzeń oceniam na około minutę bo choć popłynąłem dobrze to nawigowałem fatalnie, z buta rowerowego nie wyjąłem papieru, który włożyłem tam by rozepchać gniotący czubek (wyciągaliście kiedyś coś z buta rowerowego w czasie jazdy w momencie gdy macie kosmicznie podbite tętno po pływaniu?). Człowiek się całe życie uczy a w tri suma doświadczeń jest niezwykle ważna bo jeszcze kilka drobnych błędów się dodało, na przyszłość będę mądrzejszy.
A biegowo, w tej olimpijce dychę biegło mi się bardzo ciężko ale czas 40,26 nie jest zły bo dycha miała 10km, warun do biegu był trudny (słońce i temperatura) a i czas w biegu miałem trzeci w stawce. Generalnie ok i choć biegłem słabo to ostatni kilometr w 3.34 uratował mnie przed autokompromitacją.
Co biegowo poza tym? Z żoną biegałem dwa razy ostatnio na "pismejkera". W sumie dwie wygrane w kategorii, 10km w Skawinie co było biegiem treningowym; i wygrana Kat (i 6 m-ce open w kobietach!) w Półmaratonie Jurajskim z bardzo dobrym czasem 1.37.54. W sumie trzy kobiety w K40 zeszły niżej 1.40 co na tej trudnej trasie jest bardzo dobrym wynikiem więc było mocne ściganie. Nie ma lekko, by wygrywać trzeba się ciągle rozwijać i robić postępy.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: N, 17 lipca 2016, 19:34 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Triatlon Radłów 1/4 IM - 2.08.03

Start docelowy z letniego przygotowania startowego. Od początku lipca gdy zacząłem delikatnie luzować poczułem, ze forma mocno idzie w górę. W zeszły piątek pobiegałem testowo jednostkę biegową 6x1,6km w progu na przerwach 400m truchtu. Biegając wiosną do połówki biegałem takie sety najszybciej po 3,48 a tu z treningu triatlonowego nie robiąc przez dwa miesiące praktycznie żadnych mocnych treningów biegowych (nic ponad 2 zakres a i tego mało) przy bardzo wysokiej temperaturze (29 st) zamknąłem wszystkie odcinki po 3,45 i szybciej i to bez większego problemu. Piękny skok formy nastawił mnie pozytywnie na to 1/4 IM. Mniej pozytywnie nastawiała pogoda. Wczoraj zimno i lało i dziś to samo. Niestety słabo jeżdżę technicznie rowerem i dla mnie jazda po bardzo mokrym asfalcie jest mentalnie bardzo trudna, po prostu się trochę boję i jeżdżę ostrożnie w takich warunkach co nie wpływa za dobrze na wynik. Miałem stracha na starcie ze względuy na te warunki ale po kolei.

Pływanie:
Poszło świetnie, średnie tempo 1.36 na dystansie to 9 sek każda setka szybciej niż miesiąc temu w olimpijce. Tak szybko nie pływałem jeszcze nigdy i to średnie tempo oscyluje około mojej życiówki na 100m :-))) I to popłynięte było bardzo spokojnie, pewnie i luźno. Czyżby dopiero teraz pojawiły się owoce z mojej zimowo-wiosennej pracy? Super i nie do wiary

T1
Pierwsza zmiana b. dobra - ok 1.15. Zawszę ta pierwszą zmianę nieźle robiłem ale tym razem poszło lepiej niż nieźle, żadnych kłopotów czy błędów.

Rower
Dobre wejście w rower, żadnych problemów z wsiadaniem, butami i wejściem w jazdę. Niestety było bardzo mokro, padało i do tego sporo wiatru miejscami. Od półmetka zacząłem bardzo marznąć. Jechałem spokojnie swoje, bez podpalania się, taktycznie i nie na maksa. Wyszło z tego średnie tempo 36,5km/h - jak dla mnie lepiej niż przyzwoicie. Po rowerze byłem 41wszy. Dodam, że rok temu w tych zawodach byłem na mecie 39ty i 6 ty w kat więc przed biegiem sytuacja była dobra

T2
Rewelacyjna zmiana - 39 sekund, bezbłędnie i bardzo sprawnie

Bieg
Na początku było dosyć ciężko ale szybko złapałem fajną kadencję i biegło mi się wspaniale. Tu na pewno procentowało nieco nie ciśnięcie do końca roweru. Ta ostrożność na mokrym okazała się świetną inwestycją na bieg. Trasa to dwie pętle i połowa jej długości to droga gruntowa, na której były ogromne kałuże i dużo błota. Było bardzo grząsko i ślisko. Po błocku biegłem w tempie 4-4.10 ale już przejście na asfalt dawało tempo ok 3.50. Wyprzedzałem hurtowo i z wielką lekkością biegnąc jakby w innej lidze niż mijani zawodnicy. Do końca spokojnie, luźno i na pełnej kontroli zamknąłem ta dyszkę z haczykiem w 39.41 - tempo średnie 3,53. Wreszcie udało się złamać w Tri tempo 4,00 - i to w trudnych warunkach gruntowych. Finiszowałem na 17tym miejscu Open (na ok 300 zawodników) i 3 m-ce w kategorii. Wynik dla mnie kosmos i do teraz nie mogę uwierzyć niemniej gdyby domierzyć te trasy do limitu to jest to poziom ok 2.12 co także uważałbym za bardzo dobry wynik.

Jestem niesamowicie zadowolony z tego startu bo byłem nie za dobrze nastawiony mentalnie dziś rano. Niestety nie zaliczyłem podium bo moje dziewczyny zmarzły i zmokły przy kibicowaniu oraz na zawodach biegowych dla dzieci (dwa drugie miejsca) i nie miałem serca czekać na tym zimnie na oficjalne wyniki i dekorację. Ale to nie ważne.

Rower

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: So, 3 września 2016, 15:28 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Bełchatów 1/2 IM, 4.42.30, 7 open i 1 w kategorii, najlepszy wynik w biegu w stawce. Warunki na biegu bardzo ciężkie. Start z ogromnymi przygodami, gleba na początku roweru, 4 godziny napierania po glebie. Krwawo było i jestem pięknie pooklejany. Na biegu walczyłem ze skurczami, nawet stawałem. Bieg po rowerze to specyficzny sport.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: Śr, 7 września 2016, 12:18 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Energy Triatlon Bełchatów - 1/2 IM czyli jak zostałem człowiekiem z aluminium - wynik 4.42.30

Wprowadzenie czyli słówko o treningu i okolicach

Dziwny to był start, który trudno troszkę zdefiniować wiec muszę się nieco cofnąć w czasie. Od stycznie się do tego przygotowywałem ale po drodze były inne ważne cele, inne udane starty. Ta połówka (1,9km pływania-90km roweru-21km biegu) to miał być start na sprawdzenie, testowy na takim dystansie, trochę po naukę ale też treningowy bo to było wykonanie objętościowe trochę po drodze do jesiennego maratonu. Dalej mam problemy z nogami, nie jestem w stanie tyle biegać ile bym potrzebował do poprawy swoich wyników i dlatego potrzeba mi takich wynalazków jak triatlon. Nie traktuję tego sportu docelowo, nie spinam się na niego. To takie fajne narzędzie treningowe. Staram się to jednak robić dobrze bo triatlon wymaga o wiele większej ilości treningu niż bieganie, lepszej dyscypliny i organizacji a do tego jest luźno opisany treningowo, taki bardzo prywatny. Bez sensu by było to robić byle jak, pewnie szybko bym stracił motywację więc trzeba było sobie postawić jakieś cele. Cel był prosty, złamać 5 godzin bo to taki odpowiednik triatlonowy złamania trójki w maratonie, dobry cel na debiut. Po udanej wiośnie, bardzo dobrych startach latem doszedłem do tego, ze takie złamanie piątki to minimum przyzwoitości i trzeba walczyć o więcej. Ale łatwo powiedzieć, przecież ja nigdy tyle nie przejechałem rowerem na raz (rekord przed startem to 71km), nigdy nie biegałem nawet wolno po jeździe dłuższej niż 45 km-ów. Czyli ambitny skok w nieznane. Po lipcowej ćwiartce przez 3 tygodnie nie jeździłem rowerem i ogólnie trenowałem mało (urlop-wakacje). Dociągnąłem tylko 3 tygodnie treningu objętościowego na wytrzymałość, tydzień zluzowania i jazda. Obaw miałem sporo bo po takich 3 ciężkich tygodniach byłem bardzo zmęczony a do tego moja forma rowerowa na treningach była wyraźnie niższa niż z początkiem lata. Pływało mi się bardzo dobrze, biegałem świetnie ale na rowerze nie miałem korby. Wiedziałem jednak, że rower będę jechał inaczej niż w krótszych zawodach, na niższej intensywności, którą spokojnie ogarniam i to ma być tylko takie sprawdzam jak długo ją ogarniam i ile ze mnie zostanie po 90 kmach. Jednym słowem byłem przed startem zdrowo posrany ze strachu.
Trochę to w kawałkach muszę pisać bo sporo tego a ja ciągle wszystko upycham w dziurach czasowych; tak jak trening do triatlonu, którym wypełniłem wszystkie swoje dziury czasowe w tym roku - kupa krótkich jednostkach, czasem po 3 dziennie. Taki kompromis z życiem, niekoniecznie zgniły :hej:

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: Śr, 7 września 2016, 14:52 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Cd

"Kraulem w koło komina"

W sobotę pobudka o 4.45 i od razu w autko i jazda bo start o 9.00. Po drodze śniadanie za kierownicą (micha płatków owsianych z dżemem z czarnej porzeczki, kubek herbaty, kubek kawy, 0,75l Vitargo i baton energetyczny). O siódmej rano jesteśmy już pod Bełchatowem nad zbiornikiem Słok gdzie cała rzecz ma swoją bazę. Poranek jest dosyć chłodny i trudno uwierzyć, że zapowiada się upalny słoneczny dzień. Pakiet, pakowanie rzeczy do strefy, uzbrojenie roweru i ogólnie milion myśli. Strefa z 300 m od zbiornika dobrze położona z niespecjalnie upierdliwym dobiegiem. Sam zbiornik to taka wielka betonowa wanna stojąca opodal ogromnego i imponującego zbioru różnej wielkości kominów Elektrowni Bełchatów. No jeszcze w tak industrialnej miejscówce nie szło mi startować. Ale czasu nie było na rozważania estetyczne, delikatna rozgrzewka i trzeba startować. Trasa pływania to były dwie rundy wokoło prostokąta oznaczonego dużymi, czerwonymi bojami. Już na oko widziałem, że to nie jest na pewno 1900m pływania ale co na to można poradzić. Odliczanie i poszli konie po betonie. Ustawiłem się tradycyjnie blisko prawej strony grupy i ruszyłem ostro do przodu by wypracować dobrą pozycje do pierwszego nawrotu. Od razu zgubiłem gości po mojej prawej stronie co było fajne bo nikt mi nie chlapał do ust i nie walił od tej strony ręką; gorzej było po lewej bo plan miałem taki by lekko ścinać do lewej co było konieczne by ciasno opłynąć boję. Nic jednak z tego, z lewej byłem zblokowany i trzeba było dokładać na pierwszych dwóch nawrotach. Później przyspieszyłem, znalazłem w grupce lukę i wyszedłem przed nią. Od tej pory przez nikogo nie niepokojony bardzo swobodnie i luźno dopłynąłem do końca wychodząc z wody w czasie ok 27 minut na 10 pozycji w stawce szacując przepłynięty dystans na jakieś 1600m. Żal było wychodzić bo pogoda piękna, słoneczko, płynie się znakomicie. Cóż. Szybki dobieg do strefy zmian a tam kilka drobnych błędów ( koszt ok 30 sek) ale nie przejmuję się tym bo 1/2IM to tak długie wykonanie, że te drobiazgi wydają się niczym. Biorę rower i wybiegam ze strefy.

Załącznik:
IMGP9159-2.jpg

Whiplash

No i teraz opowieść zaczyna nabierać rumieńców oraz dynamiki i to nie z powodu takowego, ze rowerem się jedzie szybciej niż się pływa. Biegnę z rowerem, mijam białą linię za którą wolno dopiero dosiąść swojego bicykla, odbijam się i wskakuję na siodełko. Ale nic z tego, tym razem ten element, który zawsze mi na zawodach super wychodził (wsiadanie w biegu) stał się początkiem łańcuszka niefajnych zdarzeń. W rowerze za siodełkiem mam bowiem przymocowane dwa koszyki na bidony, w jednym miałem w włożony pojemnik na pompkę, dętkę itp, w drugim większy niż zwykle bidon (0,75l). No i wskakując zahaczyłem o ten wyższy, większy bidon. Oczywiście urwałem koszyk, bidon wypadł a ja stanąłem jak wryty. Podnoszę ten bidon i nie wiem co robić, zgłupiałem. Z bidonem w ręku nie pojadę, no way więc rzucam go na pobocze, wsiadam na rower. Wybiło mnie to z rytmu i zamiast się skupić na tematyce to zacząłem się zamartwiać jak tu poradzić sobie z brakami płynu na trasie. Jadąc wkładam buty rowerowe ale idzie mi fatalnie i od razu wyprzedzają mnie dwie osoby. Trasa rowerowa na tych zawodach to 4 pętle po ok 22.5km, asfalt jest długimi odcinkami mocno wyboisty ale gorsza rzecz to cała kupa nawrotów i bardzo ciasnych, wąskich zakrętów i szykan, które zmuszają do całkowitego wytracenia szybkości. Po takim zwolnieniu za każdym razem trzeba stanąć na pedałach i szybko rozbujać rower do prędkości przelotowej. W czasie etapu kolarskiego tą procedurę powtarzałem bagatela 39 razy - miód dla dwugłowego uda. Przejechałem ze 3 kmy po tych wybojach i widzę oraz czuję, ze noga podaje, tempo idzie lepsze niż na to liczyłem i generuję je tanio. Czyli jest tak jak miało być. Ale od początku coś miałem z butem nie tak i trzeba było coś tam poprawić. Na pierwszej gładkiej prostej sięgnąłem do buta i nawet nie zauważyłem kiedy sie wyłożyłem pięknie na boczek. Rower poleciał z 5 metrów dalej a ja leżę i myślę sobie, ze to koniec, spierdzieliłem sprawę. To była zdrowy dzwon bo jechałem z prędkością 35 km/h. Wstaje i na czucie jestem cały, staram się oszacować straty: obtarte obie dłonie, rozwalony i mocno krwawiący prawy łokieć i przedramię, okrwawione i obtarte biodro, kilka mniejszych otarć i skaleczeń na łydce, kostce itp, do tego porwany strój startowy. Podchodzę do roweru, podnoszę i patrzę a ten skurczybyk prawie nie draśnięty. Wsiadam więc nieśpiesznie bo przecież nie będę wracał do strefy piechotą, może się uda dojechać. Zaczynam powoli pedałować i chcę się nawrócić ale w tym momencie wyprzedzają mnie ze dwie osoby. Patrzę na licznik a ja mam już ponad 30km/h. Kalkuluję i myślę, ze spróbuję jednak pojechać, najwyżej wycofam się po pierwszej pętli jakby coś było nie tak. Po chwili widzę, ze jadę już naprawdę szybko jakby nic się nie wydarzyło. Spokoju tylko nie daje widok krwi wsiąkającej w poduszkę lemondki. Dziwnie się w głowie kotłuje, pojawia się milion myśli i zwątpień. Przez chwilę myślę sobie, czy nie robię czegoś takiego jak bohater filmu "Whiplash", młody perkusista który prosto z wypadku samochodowego biegnie by grać na koncercie; jemu się nie udaje, pałeczki lecą z rąk i mdleje. Przez chwilę myślałem, że ze mną też tak się może stać, skończy się adrenalina i skończy się jazda.A miałem przed sobą jeszcze 85km roweru i półmaraton do pobiegnięcia.
cdn

cdn


Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: Cz, 8 września 2016, 12:30 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Być jak Jan Frodeno

Szybko się ogarnąłem po tej wywrotce i kolejne pięciokilometrówki zaliczałem zgodnie z planem czyli w około 9 minut każdą. Skupiłem się totalnie na sobie i trasie starając się jechać na bardzo równej intensywności. Oczywiście wyprzedziło mnie jeszcze kilku zawodników ale spływało to po mnie jak po kaczce. Pierwsza runda (22.5km) zaliczona została mimo upadku w 40 minut i tak miało być. Postanowiłem wiec trzymać się tej intensywności bo to mogło dać wynik z roweru poniżej 2.40 godziny czyli taki, jaki bym brał w ciemno przed startem. To się mogło udać. Pomyślałem o wyczynie Jana Frodeno, który podczas bicia rekordu świata na dystansie Iron Man leżał na rowerze a mimo takich problemów nie dość, ze pobił rekord to jeszcze zaliczył najszybszy odcinek rowerowy w historii triatlonu na tym dystansie ( o wyczynie Frodeno tutaj: http://www.sport.pl/ekipa-ekstremalna-2 ... elaza.html ). Dalej jazda bez historii, kręcę równo, nie napieram na podjazdach, uważam na zakrętach i nawrotach.
Załącznik:
IMGP9208-2.jpg

Na ostatnim kółku wyprzedzam nawet dwóch zawodników, którzy mnie wcześniej mijali. Niestety w czasie tej rundy urywa mi się drugi koszyk za siodełkiem w którym mam pompkę, dętkę i sprzęt naprawczy. Pudełko się rozbija a rzeczy rozsypują się na drodze. Zapewne ten koszyk też uszkodziłem podczas niefortunnego wsiadania a dzieła zniszczenia dopełniła nierówna trasa. Zatrzymuje się i chcę to zbierać ale przecież nie mam tego jak zabrać. Stoję osłupiały ale na szczęście podjechał do mnie sędzia na motorze i krzyknął, ze to pozbiera i zabierze. Kolejna strata czasowa sie dodała i już sporo tego nazbierałem ale co robić, trzeba napierać dalej. Dziarsko kończę etap rowerowy i samo schodzenie z roweru w biegu wychodzi mi super. Jest to moment rozwiania pewnej niepewności bo wciąż mi chodziło po głowie, że w czasie upadu potłukłem się jednak i choć mogę z powodzeniem jechać na rowerze to biec być może mógł nie będę. Biegnę jednak z rowerem do strefy zmian i nie czuje żadnych problemów poza specyficzną, po rowerową miękkością w nogach. Wynik z roweru to 2.37 godz, średnia ok 33,5km/h mimo sporych strat wypadkowych. W strefie tym razem sprawnie i bez błędów ale schodzi mi nieco dłużej niż większości zawodników. Zdejmuję bowiem podarty strój rowerowy i przebieram się w ciuchy biegowe. To miałem zaplanowane bo jednak w upalny dzień lepiej biega się w lekkich biegowych ciuchach niż w kolarskich spodenkach i obcisłej koszulce. Tym razem ta strata to zaplanowana inwestycja czy też element taktyczny. Dziarsko ruszam do biegu by odrabiać jak zwykle straty z roweru.
Załącznik:
IMGP9228-2.jpg


cdn


Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Ostatnio edytowano Cz, 8 września 2016, 20:09 przez mihumor, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Piekła ósmy krąg
Nowy postNapisane: Cz, 8 września 2016, 16:15 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Penetracja okolic ściany

Z roweru zszedłem na miejscu 21 wiec w biegu wypadało coś nadrobić. Na początku biegło mi się znakomicie i pierwsze trzy kilometry pobiegłem w tempie 4.07. To było znacznie szybciej niż planowałem (.15). To tempo jednak wchodziło bardzo lekko i wydawało mi się, że dam radę tak biec bardzo długo jak nie do końca :hahaha: . Niestety był to prawdopodobnie błąd wynikający z braku doświadczenia, dodatkowo problemem zaczęło być bardzo mocne słońce przypiekające w samo południe bez żadnego zmiłowania. Na 4tym kilometrze tempo samo mi spadło do 4.15 co przyjąłem spokojnie ale na piątym już do 4.20. Dosyć szybko wyprzedziłem 5 zawodników a że trasa była na nawrotkę to szybko obczaiłem zawodników mnie wyprzedzających i ich przewagi. Kilku miałem w dalszym zasięgu ale do tych z pierwszej dziesiątki traciłem po 2-3 kilometry i więcej. Drugą piątkę pobiegłem po 4,25 i z każdym krokiem było coraz trudniej. Sama trasa to 4 pętle głównie po ścieżkach nad jeziorem, sporo miękkiego, upierdliwego piachu ale najgorsze dla mnie znowu były nawroty (4 na każdym okrążeniu). Niestety procedura do hamowania na słupku i rozpędzania się pokazywała jak bardzo zmęczone mam dwugłowe uda (zmasakrowane wielokrotnym rozpędzaniem roweru). Już od początku biegu pachniało skurczami na tych nawrotach. Po dyszce łapie kryzys, czuję, że gasnę w oczach a tempo spada do 4.30 i jest bardzo ciężko. Trasa się zaludnia zawodnikami z krótszych dystansów i za bardzo nie wiadomo kogo wyprzedzam a wyprzedzam mimo spadku tempa wciąż hurtowo. Przełamuję kryzys i nieco przyspieszam ale na 16tym kmie na nawrocie łapie mnie mocny i bardzo bolesny skurcz uda (dwójka). Zaczynam maszerować i rozciągać mięsień na ławeczce - skurcz puszcza a ja zaczynam delikatnie truchtać i powoli szukać maksymalnego tempa w jakim uda się te zawody ukończyć.Po kilometrze rozpędzania wracam do tempa 4.30 i tak udaje się biec. Jedynie wszystkie nawroty traktuję bardzo ostrożnie, zwalniam do truchtu już przed i rozpędzam się także bardzo powoli. To już jest tryb byle dobiec, wydaje mi się, ze mam ścianę i tylko to tempo koło 4.30 przecież bardzo dla mnie wolne powoduje, że choć cierpię to jednak mniej bo mogę biec wolno. Pokonuje ostatnią pętlę i na niespełna kilometr przed metą na nawrocie widzę zawodnika, który był na pewno w pierwszej dziesiątce. On też mnie dostrzega i mocno przyspiesza. Próbuję go gonić, redukuję dystans ale na ostatnim nawrocie znowu jestem na granicy skurczu. Muszę zwolnić a do mety jest już bliziutko. Wbiegam na metę zaraz za nim i mam całkowicie dosyć. Półmaraton kończę w czasie 1.33.30 i ze zdziwieniem później widzę, ze to był najlepszy wynik tych zawodów na etapie biegowym.
Wynik całości to 4.42.30 - 7 m-ce open, 1sze w kategorii. Szkoda strat z etapu rowerowego i biegowego bo do zawodników przede mną straciłem niewiele, do 6tego 10 sekund, do piątego 2 minuty, do pudła w open jedynie 5 minut. Może aż 5 minut nie zgubiłem a może i tak. W triatlonie na tak długim dystansie bardzo jednak ważne jest doświadczenie i dopracowanie szczegółów. U mnie jeden błąd pociągnął cała lawinę kolejnych mnożąc straty. Ale i tak jestem zadowolony, może nawet bardzo bo jakoś tak na końcu nabrałem dużego szacunku do samego siebie a to rzecz nie do przecenienia.
I to chyba tyle.
Załącznik:
IMGP9269-2.jpg


Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pizza po 2.50
Nowy postNapisane: Pn, 12 września 2016, 14:15 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Tej jesieni spróbuję jeszcze pobiec maraton i połówkę. Nie napalam się przesadnie ale kilka tygodni treningu do tych imprez zrobię i po opisuję tu tak skrótowo te moje męki. To nie będzie zadem wielki plan treningowy a wyznawcy hardcorowych jednostek, długich wybiegań czy dużych objętości tygodniowych będą na pewno zawiedzeni a lektura tego bloga może im się wydać swego rodzaju nadużyciem i mam nadzieję, że w finale podejrzewać mnie będą o mistyfikację :hahaha: . Na wstępie jednak pragnę donieść, ze nie robię tego tak z powodu bezczelności czy przesadnej pewności siebie bo do Pana Maratona mam wielki respekt i traktuje go z wielka atencją a nawet rzekłbym z pewnym zaślepieniem; mam też świadomość ryzyka oraz wiem jaka kara za to może mnie spotkać. To podejście to efekt moich ograniczeń, ułomności a także próba może i rozpaczliwa wyciśnięcia czegoś więcej z tego mojego bardzo długiego i bardzo ciężkiego sezonu, który mocno nadwyrężył mój nie młody już organizm ale też odcisnął się wyraźnie w głowie. Teraz trzeba uspokoić i starać się tak podejść do tematu by dojechać z formą do listopada mając już w nogach i w głowie 8 miesięcy mocnego treningu objętościowego i kilka szczytów formy po drodze. Drugi problem to wciąż dające się we znak interakcje kości piętowych i achilesów. Podniosę objętość, okraszę to odpowiednią intensywnością i zacznie się jazda po bandzie. Znowu akcja cienka czerwona linia i delikatne próby by nie przegiąć. Czyli kompromis goni kompromis ale cóż, nobody perfect. Pobiegam wiec ze dwa wolne longi po 28-29km, trochę tempa maratońskiego w odcinkach 13-16km, trochę tempa HM w odcinkach 2.5-5km, objętosci po ok 80-90 km tygodniowo i tyle. Nie ma już za wiele czasu, po drodze jeszcze połówka z lekkiego odpustu, tydzień po spokojnej regeneracji i 6.11 trzeba będzie pobiec dookoła Jeziora Maggiore nieopodal Mediolanu. Po drodze Półmaraton Królewski w Kraku. Co będę biegał w tych imprezach się okaże na treningach. Przy dobrych warunkach oczywiście atakuje życiówki a może i nawet marzenia. Czas pokaże co z tego wyjdzie a tego czasu wcale nie jest tak znowu dużo.

Maraton - tydzień 1 czyli toksycznych rodziców mam

Od kwietnia zajmowałem się głównie triatlonem i nie biegałem za wiele. Moje typowe tygodniówki biegowe to 30-40 km więc szału nie ma i cyfre biegową na ten sezon mam mało imponującą. W sierpniu podniosłem do 60km tygodniowo ale do tego od stycznia było bardzo dużo roweru i pływania. Teraz tylko bieganie wiec ogólnie powinno być łatwiej przynajmniej organizacyjnie. Biegałem mało ale nie będę od razu rzucał się na bieganie i nadrabiał zaległości. Pierwszy tydzień po starcie w 1/2 IM dosyć regeneracyjne by ochłonąć ze zmęczenia. Biegałem 6 dni (pon-sobota), tylko wolno i bardzo wolno i nabiegałem 83km - nieźle, jestem zadowolony. W poniedziałek moje tempo wybiegania to było 5.25 ale codziennie noga podawała trochę szybciej i już w sobotę mimo, że w upał i podczas mini longa już wchodziło przyjemnie średnio po 4.38 czyli chyba się odbudowałem.
Przy sobocie zrobiłem takiego miksowanego mini longa (25km) czyli 4km rozgrzewki, 10km zającowania w zawodach i 11km dokrętki. W zawodach pomagałem żonie zrobić jej treningowy start czyli taką dyszke w tempie HM (minimalnie szybciej niż 4.30). Był upierdliwy upał ale biegła bardzo równo i dobrze. Niestety na samej końcówce biegu, na ostatnich metrach zupełnie ją nagle odcięło i zasłabła 20 m przed metą. Do tego momentu biegła równo jak po sznurku i bez problemów czy narzekań a tu nagle jakby jej prąd wyłączyli. Ostanie metry biegu musiałem ją przytrzymywać w marszu by nie padła a za metą skorzystała z pomocy medycznej i dochodziła do siebie ze dwie godziny pod opieką medyków a później naszych córek. Dziewczyny mają zajebistych rodziców, tydzień wcześniej stary wyrypał się na rowerze i później pchał ścianę okrwawiony a teraz matka zaliczyła prawie zgon; zaczynam się zastanawiać czy co z nami jest nie w porządku (promocja zdrowia). Ale z Lidką wszystko ok zdrowotnie i w niedzielę jeszcze machęła po południu spokojnego longa (25km). Ja po zrobieniu 25km czułem się bardzo dobrze i biegło mi się to łatwo i bez wysiłku. Nawet myślałem by coś dokręcić ale nie chciałem przeginać bo mam oszczędnie trenować a nie improwizować i zdawać się na porywy serca. Tydzień odpoczynkowy w końcu więc odpoczywaj durniu. I skończyło się rumakowanie.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pizza po 2.50
Nowy postNapisane: So, 17 września 2016, 21:12 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Maraton - tydzień 2 czyli pierwsze koty na płoty

Pierwszy poważny tydzień treningu biegowego w drodze do maratonu i od razu pierwsze problemy, zwątpienia ale i pierwsze drobne sukcesy. Biegałem zgodnie z planem przez 6 kolejnych dni i udało mi się nabiegać 93,5km czyli w okolicach planowanego maksa tygodniowego. Trochę szybko dojechałem do tego ale czasu mało i nie ma na co czekać a i weszło to całkiem spokojnie a można nawet rzec, że łatwo i bez wysiłku. Pewien problem jest z achilesem lewym bo boli dzień po mocniejszych i dłuższych jednostkach a i dziś na koniec tygodnia dawał się we znaki w czasie biegu. Jakoś z tym muszę żyć i tak rozkładać treningi by dawać radę to regenerować. Złapałem się jeszcze ostatniej deski ratunku i walę teraz w tę kość piętową silnymi ultradźwiękami. Na prawej nodze jest jakby lepiej ale lewa czyli ta gorsza bez zmian.

Dwa mocniejsze akcenty były w tym tygodniu:

Akcent 1: 4x2,4km P - tempo 3.45 - środa

Trochę bałem się tego treningu z kilku powodów. Po pierwsze był to pierwszy akcent tempowy po starcie w 1/2IM i niepewność była, do tego był to drugi trening w środę bo biegałem też delikatnie rano. Niby nic takiego ale ja dosyć słabo się regeneruje i tempa na małych przerwach pomiędzy treningami wchodzą mi trudniej. W poniedziałek też biegałem rano i popołudniu i choć to były tylko wolne tempa to po południu nie biegało mi się za dobrze. Do tego było dosyć ciepło (25 stopni) i wiało odczuwalnie. W środę jednak mimo tego te odcinki weszły bardzo dobrze. Było na pewno ciężko ale to nie była żadna tam rzeźba i jak na trening progowy w dupę dostałem umiarkowanie. Porównując do takiej samej jednostki bieganej wiosną postęp w tempie jest o 3-4 sekundy co cieszy i wlało pewien optymizm przed startem w połówce.

Akcent 2: 13km TM - tempo 4.01-sobota

Po środzie byłem zmęczony i dwa kolejne dni były bardzo lekkie. Dziś rano więc zabrałem się za mój ulubiony trening czyli ciągły w TMie. Takie biegi przeważnie wchodzą mi dobrze a ostatnimi czasy szło super. Nastawiłem się więc, ze będzie lekko, łatwo i przyjemnie i to był spory błąd. Warunki były dobre i choć pobiegłem to w zakładanym tempie to jednak było ciężk, stanowczo za ciężko i w porównaniu do odcinków 10 i 11km, które biegałem w sierpniu to wtedy w tempie 4,00 wchodziło dużo łatwiej. Może to efekt wejścia na większy kilometraż a może tego, że biegałem akcent rano do czego nie jestem przyzwyczajony a do tego po bieganiu popołudniowym dzień wcześniej. Było po prostu nieco słabiej i trudniej i tak czasem bywa. Niemniej to wymarzone 2.50 nagle okazało się szczytem dużo wyższym i bardziej stromym niż z poprzedniej, dalszej perspektywy.

Czyli po tych biegach uczucia są mocno mieszane ale to chyba bardzo normalna sytuacja, to nie spacerek po parku i trochę się spocić trzeba, gryźć asfalt i pozostawać w wielkiej niepewności.

W kwestii zasłabnięcia mojej żony na mecie Biegu Tesco jest pewna ciekawa informacja. Jak pisałem była to sytuacja nieco dziwna i nie do końca jasna. Lidka po tym czuła się dobrze, dzień po pobiegła bez problemu longa i realizowała dalej trening. Po tej akcji jednak pojawił się niepokojący kaszel i wybrała się do lekarza by ją osłuchał. Okazało się, ze jest z nią wszystko dobrze a problem był na tle alergicznym. W czasie biegu bardzo mocno się odwodniła i gdzieś przypadkowo wciągnęła jakiś alergen. Być może normalnie na to nie reaguje bo układ odpornościowy sobie radzi ale tu była wysuszona i się przytrafiło takie dziadostwo. Po prostu odcięło jej na końcówce tlen, no może nie całkiem ale nie była w stanie pobrać tyle ile potrzebował organizm. Biegnąc z nią słyszałem, że na ostatnich 500m zaczęła bardzo dziwnie (i niepokojąco) oddychać.

Ja tymczasem dziś rozdziewiczyłem forumowe New Balance Fresh Zante, forumowe bo sporo ludzi z forum kupiło je wiosną okazyjnie na Zelando. Piękne szare butki z różowymi dodatkami mają mi posłużyć na połówce i w maratonie. jedyny problem z tymi butami to słabe trzymanie na mokrym. Używając poprzednią parę tego modelu jakoś tego nie zauważyłem, może nie trafiło się biegać po mokrym, nie wiem. Ale dziś na trenie wyraźnie czułem, że nowe buty na mokrym nie trzymają i marnuje się część energii na drobne uślizgi. Biegałem tez pierwszy raz w świeżo zakupionych butkach tego samego producenta - Vazee Peace (w outlecie NB za 300zł). To też są znakomite buty, zdecydowanie bardzo uniwersalne i dla osoby wybieganej będą to buty do wszystkiego. To następca modelu m890 i wydaje mi się, że to są jeszcze lepsze buty, szybsze, lżejsze i wygodniejsze, z bardzo dobrze rozwiązaną budową zapiętka co dla mnie ma spore znaczenie.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pizza po 2.50
Nowy postNapisane: So, 24 września 2016, 18:40 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Maraton- tydzień trzeci czyli podbijam stawkę

Kolejna udana sześciodniówka biegowa ale też trzeba zauważyć, że jedna z dwóch najmocniejszych w tym mikrocyklu treningowym. Przez 6 treningów nabiegałem 97 km i w planie mam tylko jeszcze jeden tak duży objętościowo tydzień. To wszystko nieco jest wymuszone przez planowany start w półmaratonie, który zmusza do pewnych ustępstw. W przyszłym tygodniu więc trzeba nieco odpuścić, później podbić pod setkę i w kolejnym tygodniu już start w połówce. Później zaś tylko 3 tygodnie do maratonu więc nie będzie już kiedy się przesadnie napinać. Czy to wystarczy? Się zobaczy...się.

Akcent 1 - 3x3,2km P tempo 3,45/przerwy 800m

We wtorek przyszło pobiegać te trójki i jak często bywa musiałem zmierzyć się przed bieganiem z demonami przeszłości.Te trójki bywało, że jakoś dziwnie mi nie wchodziły. Gdzieś w pamięci był trening, gdy musiałem się położyć na ławeczce w parku podczas takich trójeczek ale świeższe było wspomnienie z wiosny, gdzie mnie trening rozjechał na miazgę, ledwo go dociągnąłem (nie w tempie założonym) i na końcu ległem na asfalcie. Teraz jednak było inaczej, od początku biegało mi się to tempo 3,45 znakomicie i to zarówno oddechowo jak i "nogowo". Pięknie to weszło, z pewną można rzec rezerwą, bardzo równo i spokojnie. Także zmęczenie po odcinkach było bardzo umiarkowane. Piękna sprawa i zawsze bym tak chciał biegać progowe treningi. Prognoza przed HMem dobra ale oczywiście pobiec 2 sek wolniejszym tempem odcinek 21km to nieco inny temat :hahaha:

Akcent 2 - 14km TM - tempo 4.01

W środę po progowych noga podawała nieźle i nie czułem za bardzo zmęczenia. W czwartek więc spokojnie podszedłem do treningu w TMie ale z pewnym respektem mając w pamięci swoje sobotnie męki podczas biegania 13km TM. Przemyślałem sprawę i wyszło mi, że ten maraton to mam biec (mogę!) po 4.02 a nie po 4.00 co robi może małą ale jednak istotną różnicę. Tej myśli od początku biegu się trzymałem i biegło mi się o niebo lepiej niż w sobotę. Taki odcinek to już 1/3 maratonu więc statystycznie ma znaczenie i coś tam mówi. Mnie powiedział, że nieźle to wygląda i daje nadzieję na powalczenie. Bieg poszedł pięknie, z rezerwą i bez problemu mogłem to bieganie ciągnąc dalej i zapewne jeszcze sporo km bym dał radę tego dnia. Taka świadomość po treningu jest fajna :hej:

Akcent 3 - BD- 29km

W piątek, dzień po maratońskim to już byłem dojechany deko, zmęczenie, problemy z kolanem, łydką i tradycyjne z achillesem, sypać się deczko zacząłem. Moja obserwacja ostatnio jest taka, ze zdecydowanie bardziej jestem zmęczony po ciągłych niż po cięższym treningu z szybszym bieganiem odcinków. Wydaje się, ze winno być na odwrót. Obawiałem się o regenerację na sobotę bo bieganie w piątek było delikatnie mówiąc nieprzyjemne. W sobotę sprawy wróciły na właściwy tor jednak i bardzo spokojnie, monotonnie i bez spinania się zaliczyłem te planowane 29km w tempie spokojnego biegu (ok 4.40). Nogi zaczęły mi siadać koło 27kma co jest u mnie standardowa procedurą przy longach bieganych na zmęczeniu. Ogólnie weszło dobrze, zmęczenie umiarkowane choć to inne zmęczenie niż po trenach tempowych, to jest takie mułowate, ciężkie i ciąży jakoś na człowieku jak ciężki plecak, worek czy problemy w pracy :spoczko:

Mam ostatnio sporo myśli egzystencjalnych w tematyce sensu czynienia tego co czynię, sensu pogoni za sekundkami. Gdzieś motywacja się nie dopina chyba. Dobrze, że treningi jakoś wchodzą bo mógłbym posypać się mentalnie.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pizza po 2.50
Nowy postNapisane: So, 1 października 2016, 20:37 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Tydzień czwarty czyli pożytki z treningowej mimikry

Im bliżej do zaplanowanych startów tym wyraźniejsze odczucie, że porywam się z tym marnym treningiem na nieco wyśrubowane cele. Od dwóch lat jednak trenuje zdecydowanie lżej, mniej i zamiast iść na masę staram się czerpać ze swojego coraz większego doświadczenia, obserwacji treningów i wyników innych osób ale także i może przede wszystkim staram się optymalizować efektywność treningów. Podstawą jest tu takie układanie jednostek i takie budowanie zmęczenia treningowego by jednostki jakościowe jak najlepiej imitowały to, co może mnie spotkać na zawodach. Dlatego poszczególne treningi dające kluczowe adaptacje staram się tak wkładać w grafik by dawały jak najlepsze efekty adaptacyjne do planowanych wysiłków czy obciążeń. Czasami nazywam to następstwem treningowym ale można też na to spojrzeć jak na pewna imitację planowanych zawodów. Ten tydzień jest fajnym przykładem szukania takich dodatkowych punktów bonusowych bo przecież nic takiego niezwykłego nie robiłem i po prostu biegałem to co było w planie a było w planie teraz mniej by lekko złapać oddech po trzech tygodniach skokowego podniesienia objętości biegowej. Okazało się jednak, ze ten wzrost obciążeń biegowych okazał się dla mnie dosyć łatwy i aż kusi by robić więcej. Nie wiem czy to nie jest tak jak na początku zawodów gdy łatwo tempo wchodzi i kusi by biec szybciej. Trzymam się wiec planu i robię swoje - tygodniówka łatwiejsza - 5 dni biegowych i 89 km
Tak, tym razem 5 dni wyjątkowo i to z premedytacją bo chciałem mocno podkręcić takie zabiegi na grafiku o jakich pisałem wyżej. A jak to się przekłada na rozkład tygodnia:

Akcent 1- wtorek - 15km TM - tempo 4.01

Postanowiłem pobiec ten trening na zmęczeniu by imitował przynajmniej mięśniowo jakieś dalsze kilometry maratonu a nie te otwierające. Może nie te ostatnie ale jakieś z dalszych. By to uzyskać starałem się pobiec ten trening na niepełnym wypoczynku (ale tez bez przesady bo ma być bezpiecznie i jednak budująco). Dlatego w poniedziałek pobiegłem dwa treningi(rano i po południu) po 10km, we wtorek rano kolejny ale tylko 8km i po południu jednostkę planowaną z tempem (razem 19km a w dwa dni 47km w tym to tempo maratońskie w zasadzie na końcu). Samo tempo maratońskie biegło mi się naprawdę dobrze choć miałem wrażenie "szklanych nóg" , mięśnie były lekko zmęczone i to było wyraźnie czuć od początku do końca; intensywność zaś wchodziła świetnie w czym pomocne były także świetne warunki (18 stopni i delikatne słonko). W 8 dni nabiegałem prawie 150km - dla mnie to dużo, nawet bardzo dużo.
W środę rano jednak dałem radę biegać, moje achilesy choć bolały to bolały jakby mniej niż zwykle po takich checach. Spokojne 8km w tempie regeneracyjnym dało radę, leniwie w wilgotnej porannej mgle. Bez ciśnienia bo teraz miałem mocno odpocząć przed kolejnym akcentem

Akcent 2 - sobota - 23km - trening imitujący półmaratoński

W czwartek już biegało mi się cudownie, 11km po 4,40 luźnym, spokojnym truchtem. To dzień taki, gdy taka osoba jak ja, nie lubiąca specjalnie biegać zakochuje się w bieganiu. Luźna noga podaje, tętno prawie jak przy leżeniu i w zasadzie samo się biegnie. Piątek robię sobie wolny bo mam już nabiegane kilometrów dość a do t3ego chcę pobiegać sobotni mocny akcent na wypoczętych nogach. Połówkę biega się na luźnej nodze i jeśli nie przegnie się z tempem to mięśnie nie są nawet w przybliżeniu tak zmęczone jak podczas maratonu. Dlatego chciałem raz pobiegać trening do HMu na wypoczynku; właśnie ten trening. Biegam go zawsze na 1-2 tygodnie przed HMem jako swoistą próbę generalną i test i bardzo lubię tą jednostkę:

3km BS po ok 4,40 - rozgrzewka

5km tempem HM - planowałem 3.47-3.48 ale okazało się, że noga wypoczęta to nie to samo co noga zmęczona. Od początku zupełny brak czucia tempa i pierwszy kilometr to ciągłe zwalniania od 3.30 do ostatecznie 3,45, dwa kolejne też po 3,45 i tu pewne problemy współpracy z Garminem. Dopiero dwa ostatnie kilomety w tempie planowanym i to już był raczej skutek zmęczenia. Ogólnie weszło dobrze ale i dało kilka ciekawych wniosków:
- tempo 3,47 jest akceptowalne, szybsze pozornie też ale na pewno będzie zbyt kosztowne. Na starcie nie mogę dać się tak podpuścić. Muszę biec cierpliwie bo życiówki robi się na ostatniej piątce, na pierwszej się je przegrywa.
- głupcze, nie szukaj dobrej intensywności na siłę, spokojnie na nia poczekaj, im później się pojawi tym lepiej. To moje motto na ten półmaraton, wbijam sobie je do łba!!!!

9km BS czyli trening lecimy dalej, spokojne i fajne kręcenie po krakowskich błoniach, słonko mocno grzeje, ludzi coraz więcej i jakoś to nawet szybko i sprawnie poszło a noga pomimo mocnej piątki dalej fajnie podawała luźniutko po ok 4.40

4km tempem HM narastająco - tu już na zmęczeniu tempo 3,47 wchodziło jak po sznurku. Dwa pierwsze kilometry weszły łatwo, trzeci już trudniej i choć starałem się nieco tu przyspieszyć to nie bardzo mi to wyszło. Na ostatnim lekko podbijam tempo i robię go w 3.44. Nie jest źle niemniej ta czwórka pupy nie urywa, wiosną byłem w stanie to pobiec mocniej ( za to słabiej pierwszą piątkę). To mocno potwierdza wnioski z pierwszej piątki i tak nakazuje ustawiać strategię pod HM.

2km schłodzenia

Jutro robię wolne chyba, może dobiegam kilka km-ów regeneracyjnie ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

Niestety tydzień temu Lidka nabawiła się kontuzji. To jest to samo cholerstwo, które jak przerabiałem rok temu w drodze do maratonu. Sklejenie pasm mięśni brzuchatego i płaszczkowatego w łydce. Rzecz mocno bolesna i bardzo przeszkadzająca w sensownym bieganiu a nawet je uniemożliwiająca. Mi to fizjo rok temu rozczepił po 4 dniach przerwy w bieganiu, u niej to się przy pierwszej wizycie nie do końca udało, jest lekka poprawa ale teraz jest w stanie jedynie truchtać. Ten tydzień jest stracony a o przyszłym trudno wyrokować. Jeśli nie uda się sprawy zamknąć początkiem tygodnia (wizyta u fizjo we wtorek) to plan maraton w 3.15 trzeba będzie odłożyć na przyszłość i zastanowić się o co można realnie powalczyć. Ten wariant ze zmianą planów wynikowych na ten moment wydaje się być i tak optymistycznym. Wielka szkoda bo bo szło świetnie i wyglądało to bardzo dobrze :smutek:

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pizza po 2.50
Nowy postNapisane: So, 8 października 2016, 17:16 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Maraton - tydzień piąty - Ta zabawa nie jest dla dziewczynek

W poprzednią niedzielę pobiegałem jednak delikatnie i regeneracyjnie i tamten tydzień odpoczynkowy zamknąłem mało odpoczynkową objętością 96 km. Ale w sumie biegam to trochę od czapy, nieco bez planu i na samopoczucie więc weszło to jest.
Ten tydzień to już miał być najcięższy w tym mikro-cyklu chaotycznym bo ciężar akcentów wzrasta, zmęczenie również a i objętość spadać nie chce. Planowane 98 km pękło w pięć dni nieco jakby przypadkowo i trochę odpoczynkowo i na 3 akcenty ale o tym za chwilę.

Akcent 1- poniedziałek - bieg długi czyli Strzeż się tych miejsc

Wielokrotnie pisałem, że nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się na treningu przebiec więcej niż 30km, a i samo kultowe trzydzieści biegałem tylko raz. Myślicie, że złamałem się w końcu i to zrobiłem, że złamałem swoją zasadę czyli "Nigdy nawet 30". Rozczaruje bo nie ale może trochę tak bo poniedziałkowe bieganie było pięknym aneksem do poprzedniego tygodnia poszukiwania zysków w imitacjach treningowych i nakładaniu sekwencji jednostek dla zwiększania efektywności. Jaki będzie z tego efekt to się zobaczy ale tym razem poszło nieco przypadkowo choć wpasowało się dobrze w specyfikę treningu. Meteo początkiem tygodnia było tragiczne i mocno główkowałem jak zmieścić w tej bryndzy trzy sensowne, ciężkie akcenty. Zacząłem biegać w poniedziałek o 6.30 rano i jeszcze nie padało więc w godzinkę, którą miałem zrobiłem spokojne 11km. Noga nie podawała bo jeszcze czułem zmęczenie po sobotnim kilerku półmaratońskim więc przyjąłem ze spokojem, ze po południu nie będę biegać bo ma lać. Od rana lało ale jak wyszedłem z roboty to lać przestało. Miałem akurat prawie 3 godziny czasu do odbierania dzieciaków więc olałem obiad i inne takie pierduty i postanowiłem pobiegać jak warun puści. Pobiegłem sobie najpierw miastem pod Tauron arenę i pomysł mi wpadł by może longa spróbować pobiec albo coś w okolicy. Pobiegłem więc trochę trasą królewskiego nad Wisłę i dalej bulwarami. Wiało jak cholera i na bulwarach wiślanych zaczęło nieźle padać. Póki biegłem to byłem na granicy marznięcia ale nawet krótkie zatrzymanie było temperaturowo niedostępne. Postanowiłem pobiec do Mostu Dębnickiego by zobaczyć Czarny Protest ale gdy dobiegłem to dzielne kobiety jeszcze nie maszerowały. Stać się nie dało bo spiczniałem momentalnie i pomyślałem, ze pobiegnę dalej na Błonia, obiegnę je raz dokoła i wrócę, zobaczę przemarsz i wraz z powrotem zaliczę longa. Tak zrobiłem choć biegło się przy tej pogodzie mało przyjemnie a i tempo było słabe i coraz słabsze. Na powrocie pokibicowałem "Parasolką" i już z wiatrem w plecy i kończącym się opadem dokręciłem longa do 29km. Oprócz tego, ze to poszło wolno (tempo 4.59) i w stylu "przełamując fale mentalne i meteorologiczne" to chyba poszło dobrze, jedynie cholernie bolał mnie w czasie biegu i po achilles ale to mnie boli bardziej lub mniej od lat więc staram się z tym żyć. Drugi i ostatni long w tym cyklu, a suma biegania dziennego 40km - taki eksperyment. Zobaczymy co z tej żenady w kwestii długich wybiegań wyniknie i jaki będzie efekt takich zagrywek.
We wtorek 9km regeneracyjnie a w środę tylko 11km ale miałem nabiegane w poniedziałek to mogłem się nieco po-opi......

Akcent 2 - czwartek - 2 x 5km HM czyli Ogniowe Strzelby

Po dwóch dniach biegania regge zmęczenie poniedziałkowym wyskokiem przeszło. Trening typu 2x5km HM biegałem wielokrotnie i zawsze jest tak samo. Pierwsza piątka idzie równo w tempie przelotowym (tym razem 3.47) i po lekkim początku zaczyna być w drugiej swej fazie mocno za trudna. Po piątce staję, patrzę zawsze na swoje but i mówię "Ja pierd.....,, to nie ma sensu i nie ma na to żadnych sans". Później leniwie biegnę sobie kilometr i mimo marnego tempa schodzi on niemożliwie szybko. Później staję na chwilę i macham coś tam ręką czy nogą. Nie, nie to bym był nierozgrzany albo cóś, taki po prostu rytuał. To dla głowy by odsubnąć w czasie jeszcze o pół minuty nieprzyjemny obowiązek biegania drugiej piątki. No a ta druga nie wiem dlaczego zawsze mimo obaw i pitra dupę ściskającego jak imadło wchodzi lepiej niż pierwsza. Końcowka ma nawet charakter euforyczny podejrzewam, że z powodów szczęścia, ze to sie za chwilę skończy. W czwartek nie było inaczej, było jak zawsze. Tren udany, broń na HM przygotowana.
Prosto z treningu udałem się na koncert Janerki.Nie wiem który raz byłem na koncercie tego twórcy ale pierwszy raz to było chyba w 1982 albo 83cim (Klaus Mitffoch). To jedyny muzyk, na którego koncertach śpiewam wszystkie piosenki od początku do końca a przy tych najstarszych nie wiem dlaczego ale tym razem podczas tego darcia mordy po prostu płakałem, kurka, wielkie łzy mi leciały jakoś tak same po policzkach. Wzruszyło mnie chyba czy cóś. Starzeję sie niechybnie

Akcent 3 - sobota- 16km TM (4.02) - idę jak czołg

Po czwartku już miałem tyle nabiegane, że w piątek musiałem sobie zrobić przymusowo wolny. W sobotę rano więc w godzinie startowej walnąłem secik tempa maratońskiego. Rano byo zimno i dosyć wietrznie a ja nie cierpię wiatru. Postanowiłem więc pobiegać ten trening tak, by potestować tempa na wypadek wiatrowego warunku w dniu startu. Odcinki pod wiatr biegałem wiec w tempie 4.03-4.05 i powiem szczerze, ze to było bardzo ciężko, te nie pod wiatr (raczej trudno powiedzieć z wiatrem bo aż tak mocno na szczęście nie wiało) dosyć spokojnie wchodziły po ok 4.00. Na każdym kółku testowałem wariant podkręcania się na końcówce odcinka pod wiatr (lekko też pod górkę to było) i sprawdzałem jak szybko mi spada intensywność po zejściu z linii wiatru na tempie przelotowym. Spadała dosyć szybko i to mnie dodatkowo napędzało. 15ty kilometr był łatwiejszy więc zupełnie spokojnie i bez ciśnięcia wszedł w 3.57 a 16ty cały pod wiatr poszedł w 4.04 i było bardzo ciężko. Takie to było bieganie. Nie zmęczyło mnie jednak przesadnie i to cieszy niezwykle, weszło bardzo fajnie i tu widziałem różnicę w bieganiu TMki na odpoczynku z tym bieganym tydzień wcześniej na podcince.
Wnioski z tego treningu są takie, że w dobrych warunkach mogę powalczyć o okolice 2.50, w cięższych trzeba będzie bardziej się skupić na robieniu skromnej życiówki i elastycznie, spokojnie i rozsądnie coś tam po drodze urywać. Pocisnąć pod wiatr długich odcinków po 4.00-4.02 po prostu nie dam rady i to pewne pchanie się na ścianę. A przecież nawet nie mam pewności, że bieganie w dobrych warunkach takim tempem to nie droga na ścianę. Tej pewności przed maratonem nigdy nie ma i to jest przecież bardzo ekscytujące.
Jutro wolne i wyszło na to, ze przez poniedziałkowy, szczeniacki wygłup zamknąłem najcięższy tydzień w 5 dni i to z dwoma dniami małego biegania regeneracyjnego-komedia nie trening :spoczko: Ale jak założyłem, stówy tygodniowo nie przekraczam więc jutro siedzę na tyłku.

Lidka wróciła po kontuzji do treningu. Była lekka przerwa i powrót do tempa HM nie wypadł za dobrze, do TM już znacznie lepiej. Napieramy więc dalej ale większość treningu do maratonu mamy już za sobą. Przyszły tydzień startowy więc będzie bardzo luźny, później trzeba się zregenerować i zostaje 2 tygodnie do start, mamy jeszcze HM i ze 2-3 mocniejsze treningi do zrobienia. Czyli luzy jak treningowe rajtuzy.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pizza po 2.50
Nowy postNapisane: Cz, 13 października 2016, 12:03 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6443
Lokalizacja: Kraków
Tydzień szósty czyli rozmyślania i nie tylko o półmaratonie

Tydzień został już właściwie nabiegany bo został mi jeszcze tylko do zrobienia niedzielny półmaraton a on będzie wymagał oddzielnego wpisu. Ten tydzień wyraźnie lżejszy bo do dziś mam nieco ponad 50km wiec wyjdzie coś po 75km z połówką - mało i niemało za razem. Po ponad miesięcznym ciśnięciu jestem nieco porozbijany ale na start w połówce i podejście do niej w dużej mierze rzutuje czający się już za rogiem maraton i całość wymaga wielu kompromisów co nie ułatwia niczego w szczególe i każe patrzeć na to jako na jedną, spójną całość.
Ten tydzień luźny tempowo i objętościowo. Jedynie w poniedziałek lekki pół-akcent czyli 4x1,2km w progowej na przerwach 2 minuty. Tempo 3.45 na takich krótkich odcinkach wchodzi dosyć łatwo i to jest dobry omen przed startami. Drugi plus to sposób zamykania wszystkich akcentów tempowych w tym cyklu, który również wygląda dobrze, w stosunku do wiosny wszystko biegam nieco szybciej i chyba nieco łatwiej, nie miałem także żadnych problemów z zamykaniem tych treningów z czego można wysnuć nieśmiały wniosek, ze jestem nieco mocniejszy niż wiosną. A czy mocniejszy o 32 sekundy w połówce to się okaże. Wiosną liczyłem nieśmiało na powalczenie o 1.20 ale to było raczej w sferze przypadku i spotkania dnia konia z superwarunkami. Niestety w momencie optymalnej dyspozycji warunek był słaby i szarża się nie powiodła. Teraz jest jednak taka różnica, że może jestem przygotowany na taki wynik i tu już mogę o to powalczyć niemniej termin nie pozwala na żadne szarże. Półmaraton biegam 3 tygodnie przed startem w maratonie i dla mnie nie jest to termin najlepszy. Z mojego doświadczenia wynika, że trzy tygodnie po połówce nie biega mi się najlepiej. Oczywiście nie ma tragedii bo kilkakrotnie tak biegałem i wyniki były niezłe niemniej zawsze odnosiłem wrażenie, że biegnie mi się gorzej, że nie jestem tak luźny i że brakuje zapasu, elastyczności, tego czegoś nieuchwytnego odróżnia bieg swobodny od wymęczanego. Te wszystkie biegi 3 tygodnie po połówce były od początku trudne. Dla porównania rok temu maraton biegany z czystego treningu dawał już przed startem odczucie dużej mocy i świeżości; mimo bardzo ciepłych warunków biegło się go świetnie. To samo miałem gdy łamałem trójkę, wtedy połówkę biegałem 2 miesiące przed maratonem wiec dawno zdążyłem o niej zapomnieć.
Teraz mam podobne następstwo jak dwa lata temu, wtedy też start w królewskim wypadał 3 tygodnie przed maratonem w Walencji i połówka to był najłatwiejszy start w całym moim bieganiu (1.22.03 z treningu) a maraton był bardzo trudny (2.55.40). Oczywiście trudno porównać warunki bo w Krakowie wtedy były idealne a w Walencji nie (słońce, wiatr i dwadzieścia stopni cieplej) niemniej pewną wydajność biegową się wyczuwa. Wnioski mam takie, że w trzy tygodnie po połówce biega mi się dobrze ale przeważnie nie świetnie i to przeświadczenie narzuca mi podejście do planu taktycznego na połówkę.

Taktyka czyli jak chwycić byka z rogi i nie rozlać mleczka

Po co mi ten start w połówce przed maratonem? Odpowiedź jest prosta - chciwość. Poczułem dobrą formę i chciałbym ją wykorzystać a to narzuca cele, terminarz narzuca formę. Czyli dwie pieczenie na jednym ogniu - sprytnie ale uważać trzeba by się nie sparzyć. Nie ukrywam, że w tym niedzielnym biegu interesuje mnie tylko życiówka i najlepiej poniżej 1.20 wiec biegnę na taki cel. Jeśli to nie będzie się układać to po prostu odpuszczam i tyle. Nie interesuje mnie wynik poniżej 1.20.30 i o niego nie zamierzam walczyć. Czyli prosta sytuacja - albo walczę do końca o wszystko albo odpuszczam zupełnie bo walka do upadłego bez realizacji celu na ten moment nie jest mi do niczego potrzebna i te zyski mogą oznaczać straty z 3 tygodnie.
Plan jest prosty - zamykać wszystkie piątki delikatnie poniżej 19 minut czyli tempo mieć na całym dystansie równe perwersyjnie (3.47-3.48). Tu pojawia się oczywiście kwestia warunków bo te przy takich biegach z wynikiem na styk mają spore znaczenie. Na meteo na dziś jest zapowiadany wiatr wschodni czyli druga połówka będzie trudniejsza. Na ile trudniejsza to ciężko powiedzieć ale na dziś prognoza się poprawiła i wiatr ma być znośny choć zapewne uciążliwy i nie bez wpływu. Może będzie nie najgorzej.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 460 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 22, 23, 24, 25, 26, 27, 28 ... 31  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 9 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL