Teraz jest Śr, 18 września 2019, 22:37

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 375 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 21, 22, 23, 24, 25
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Wt, 28 maja 2019, 15:54 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
kłamca, kłamca.

trzy dni wolne od biegania, szkoda tylko, że po 12 godzin praktycznie neon stop neon na nogach. cóż zgodziłeś się za psa to szczekaj jak to mówią.
GOT się skończyła, to i ja dałem radę skończyć ten długi weekend.
z tymże, u mnie było trudniej.
no nic - było minęło w zamian mam niusa.
zacząłem robić pompki.
nie napiszę ile, bo nie dość, że robię na raty to, na razie jest jak w tym starym kawale:
"idź pan porządnie popierdol, bo mnie tu jakieś ułamki wychodzą"
u mnie to samo.
ale systematyka jest, już 3 razy zrobiłem, przerwy mam 48 godzin po takiej zajezdni , więc wolno idzie.
od dziś też zacząłem brzuszki.
chyba wyglądam jak idiota, bo nawet koty zaczęły mnie omijać szerokim łukiem.
ale co tam one wiedzą o sporcie i kryzysie wieku średniego.
kupiłbym se panamerę, ale starzy na ginekologa nie wykierowali,
to dobrze, że starczyło na appke do ćwiczeń chociaż.
jako, że zegarek wciąż w serwisie - jednak można żyć bez powietrza-dziś bieg ciagły na wyczucie.
ciągły to był wiatr.
ja wiem, że to zrzygać się idzie, że ja bloga meteorologicznego prowadzę, ale co ja mogę, no co ja mogę.
w planie dyszka ciagłego, a jakby szło dobrze to nawet 11.
na ręku f210 więc do dyspozycji tylko tempo z giesa i tętno.
jaka wstałem rano, to tak się czułem, że nie wiedziałem płakać czy się ciąć,
ale kawa jakoś doprowadziła mnie do jakości felietonu, banana zjadłem, żeby mieć świadomość, że coś zjadłem i żeby chociaż tutaj nie było na co zwalać.
jak wysiadłem z samochodu, to wiatr rzucił mnie na maskę a potem wcisnął w wycieraczki. przesadzam, ale tak się czułem.
dołożyło się tętno, na rozbieganiu zapowiadało katastrofę, ja po 5:55 a one 136 jebane. dobra, myślę sobie tak zrobię 2 km a potem zobaczymy.
wiatr tradycyjnie wieje pod górkę w pysk a potem mimo, że pętla to i tak ze wszystkich kierunków na raz. lecę, patrzę na łocza a on mi pokazuje 4:15/km żartowniś, nofakinłej myślę sobie, nawet GPS mnie robi w wuja, cały świat przeciwko mnie. trzy wam w cztery w takim razie, biegnę na tętno. już widzę, że pierwszy km skończył się jakby szybciej niż normalnie biegam, więc dobrze widzę z tym GPSem.
normalnie cały jestem jak ten taras widokowy.
lecę na tętno, staram się z przykazaniami kierownika trzymać za pan brat, znaczy pilnować intensywności. w staraniu jestem mistrzem świata, więc staranie wychodzi idealnie. co jakiś czas wiatr rzuca mną na jakieś 3 metry do góry i wali o asfalt ale nadludzkim wysiłkiem woli wychodzę z tego bez szwanku.
na tym staraniu mija 10 kilometrów, oczywiście nie tam gdzie powinno, zdecydowanie szybciej, więc biegnę wolniej. postanawiam chociaż raz wykazać się rozsądkiem i kończę. skoro idzie wolniej nie będę się dobijał myślę.
zastanawiam się po ile wyszło, stawiam na 4:27.
okazuje się, że jakbyście chcieli postawić coś na wyścigach, to mnie raczej nie proście o przysługę, odradzam serdecznie.
po wklepaniu dystansu z poprzednikach dwóch treningów wyszło po 4:20 na tętnie 160. jakieś 80 m Up. sterydian pokazał też, że biegłem równo.
czyli wszystko jak miało być.
tętno średnio o 4bmp niższe, niż ostatnie 2 treningi przy tym samym tempie, a to już dużo przy tym poziomie.
czyli kłamię w żywe oczy i z tym wiatrem, samopoczuciem i w ogóle i szczególe.
cóż....
jako, że weekendy tyram od świtu po zmierzch nie bardzo mam jak pobiec coś kontrolnie. ale trafiło mi się na 5 mil u siebie po parku.
zawody w przyszłą środę o 19:30 bodajże więc lecę,
na nic nie liczę, bo bieg z treningu i to nie szybkościowego, ale jakby to w rawiczu powiedzieli - wolnościowego.
pozwoli mi to to zobaczyć jaki słaby jestem.
zaraz po tym-chyba nic do tej pory nie wspominałem -ale w zeszłym roku już zapisałem się na czterdzieści i dwa kilometry po walijskich górkach, więc 15 czerwca czeka mnie dłuższy spacer.
ale to już wybitnie na zaliczenie, zero jakiejkolwiek ambicji w ściganiu, cel jeden spokojnie sobie potruchtać w jak najlepszym zdrowiu.
w ogóle bym siebie odpuścił i chodziły mi już głosy po głowie -jebać to- ale kumpel się też zapisał, gamoń jeden, więc jak ten cygan dla towarzystwa, dam się powiesić i ja. z drugiej strony esteta, który czasem żre niczym robak, moja duszę, doprasza się o coś dla siebie, a walia piękna jest wraz z jej górkami. to jak już tak koniecznie kce - niech ma.
kończę, bo widzę, iż mi się coraz dłuższe to wpisy robią, za to odwrotnie proporcjonalne do jakości.
tak formy jak i treści.
chyba się zarejestruję dodatkowo na forum i trochę się poznęcam tutaj w komentarzach, bo gdzieś bym się wyżył, a obiecałem, że do felietonów zaglądać nie będę, a nic tak dobrze nie robi na urodę, jak miłe uczucie samozadowolenia z tego, że człowiek przypierdoli komuś od rana.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Cz, 30 maja 2019, 14:58 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
dzyń dzyń.........

jako, że dowiedziałem się ostatnio, iż jestem:
niewykształcony -prawda,
ze wsi -prawda,
z NRD - też prawda,
i coś tam jeszcze, co na pewno jest prawdą, pomyślałem,
co ja się będę wysilał i samemu kombinował, jak już jeden wykształcony to napisał za mnie.
także będą ciut dłuższe, ale szczere i z pełnego serca życzenia skłdane Panu Wiatru i nie chodzi mi o tego wieprza z peerelu po uniwersytetu marksu i engelsu.
ci wykształceni wiedzą kogo cytuję, niewykształconym ta wiedza i tak w niczym nie pomoże. także Wiatru - serdecznie Cię pozdrawiam:

ty świński ryju, ty świński ogonie, ty świńska nóżko, ty golonko, ty fałdo,
ty grubasie, ty pyzo, ty klucho, ty kicho, ty pulpecie, ty żłobie, ty gnomie,
ty glisto, ty cetyńcu, ty zarazo pełzakowa, ty gadzie, ty jadzie, ty ospo,
dyfteroidzie, ty pasożycie, ty trutniu, ty trądzie, ty swądzie, ty hieno, ty
szakalu, ty kanalio, ty katakumbo, ty hekatombo, ty przykry typie, ty
koszmarku, ty bufonie, ty farmazonie, ty kameleonie, ty chorągiewko na
dachu, ty taki nie taki, ty ni w pięć ni w dziewięć ni w dziewiętnaście, ty
smutasie, ty jaglico, ty zaćmo, ty kaprawe oczko, ty zezowate oczko, ty
kapusiu, ty wiraszko, ty ślipku, ty szpiclu, ty hyclu, ty przykry typie, ty
kicie, ty kleju, ty gumozo, ty gutaperko, ty kalafonio, ty wazelino, ty
gliceryno, ty lokaju, ty lizusie, ty smoczku, ty klakierze, ty pozerze, ty
picerze, ty picusiu, ty lalusiu, ty kabotynie, ty luju pasiaty, ty kowboju na
garbatym koniu, ty klocu, ty młocie, ty piło, ty szprycho, ty graco, ty ruro
nieprzeczyszczona, ty zadro, ty drapaku, ty drucie, ty draniu, ty przykry
typie, ty kapitalisto, ty neokolonialisto, ty burżuju rumiany, ty
karierowiczu, ty groszorobie, ty mikrobie, ty gronkowcu, ty kieszonkowcu,
ty gonokoku, ty luesie, ty purchawko, ty nogawko, ty mitomanie, ty
narkomanie, ty kinomanie, ty grabarzu, ty bakcylu, ty nekrofilu, ty
sromotniku bezwstydny, ty seksolacie, ty bajzeltato, ty szmato, ty
scholastyku, ty kiwnięty dzięciole, ty strzaskana rzepo, ty współczesna
ruino, ty rufo nieprzeciętna, ty klapo, ty gilotyno, ty szubienico, ty przykry
typie, ty szlafmyco, ty pomponie, ty kutafonie, ty pomyjo, ty knocie, ty
gniocie, ty gnoju, ty playboyu, ty modny przeboju, ty astamanioano, ty
moja droga ja cię wcale nie kocham, ty omamie blue, ty onanio, ty kurza
melodio, ty zdarta płyto, ty trelewizjo, ty lelemencie, ty dupku żołędny, ty
bycie zbędny, ty podwiązko, ty klawiszu, ty kołtunie, ty larwo, ty kleszczu,
ty mszyco, ty szkodliwa naliścico, ty korniku zrosłozębny, ty korniku
bruzdkowany, ty koński bąku, ty końska pijawko, ty szulerze, ty
gangsterze, ty rabusiu, ty morderco, ty przykry typie, ty nygusie, ty
bumelancie, ty akselbancie, ty kurdebalansie, ty kurdemolu, ty zębolu, ty
szczerbolu, ty rybo dwudyszna, ty wypukła flądro, ty śnięty halibucie, ty
śmierdzący skunksie, ty moreno denna, ty mule epoki, ty zbuku, ty
kwadratowe jajco, ty artysto, ty prywaciarzu, ty intelektualisto badylarzu,
ty talencie na zakręcie, ty geniuszu z przymusu, ty wajszwancu od awansu,
ty awangardo ariegardy, ty tabako w rogu, ty neptku, ty nadrachu, ty
meneliku, ty sedesie z bakelitu, ty koterio, ty komitywo, ty kombinacjo,
ty machinacjo, ty metodo kupiecka, ty dolary i piernaty, ty a dalejże ty w
szmaty, ty lichwiarzu, ty wekslu, ty kwicie, ty kleksie, ty pecie, ty bzdecie,
ty przykry typie, ty makieto, ty tapeto, ty tandeto, ty torbo, ty torbielu, ty
drągu w dziejowym przeciągu, ty kiju, ty kij ci w oko, ty hak ci w smak, ty
nogo, ty fujaro, ty klarnecie, ty bidecie, ty kiblu, ty biegunko, ty
kałmasznawardze, ty flujo, ty szujo, ty fafulo, ty muchoplujko ze złotym
zębem, ty mrowkolwie plamistoskrzydły, ty kawale chama w odcieniu
yellow bahama, ty palcu w nosie, ty baboku, ty obiboku, ty bago, ty
zgago, ty dzwonie bez serca, ty emalio z nocnika, ty czarnodupcu, ty
kolcogłówku, ty capie, ty bucu, ty wawrzonie, ty luluchu, ty patafianie, ty
palancie, ty palantówo, ty szajbusie, ty aparycjonisto, ty kulturysto, ty
żigolaku, ty łajdaku, ty chechłaku, ty lebiego, ty alfonsie i omego, ty
przykry typie, ty konweniujący kołnierzyku, ty zerowokątny czytelniku, ty
literacki żywociku, ty kawiarnio, ty rupieciarnio, ty trupieciarnio, ty
chałturo, ty paprochu, ty farfoclu, ty chęcho, ty chachmęcie, ty chebdo, ty chwaście,
ty mydłku, ty mizdrzaku, ty wyskrobku, ty cycku, ty sikawo, ty siuśmajtku,
ty zgniłku, ty padalcu, ty zaropialcu, ty przykry typie, ty lilio w kibici
łamana, ty prostowaczu banana, ty wyciśnięta cytryno, ty kotlecie
sponiewierany, ty zapluty kabanosie, ty zapity kurduplu, ty zmęczona
jagodo, ty wczasowa przygodo, ty pipo grochowa, ty zapchany gwizdku, ty
pięć minut za krzakiem rozmarynu, ty niedokończona iluzjo, ty
zaciągnięta żaluzjo, ty zazdrostko, ty zawistniku, ty arszeniku, ty ciemna
maszynerio, ty sztuczny kwiatku, ty krosto, ty pryszczu, ty wągrze, ty
zachciewajko, ty kurzajko, ty pluskwo, ty mendo, ty mendoweszko, ty
przykry typie, ty złap mnie za pukiel, ty wskocz mi na kant, ty narób mi
wkoło pióra, ty mów mi wuju, ty masz na loda, ty nie śpiewaj nie mam
drobnych, ty kandydacie do nogi, ty kto ci ręce rozbujał, ty zniknij
systemem bezszmerowym, ty ciągnij smuge, ty spadaj, ty zjeżdżaj, ty
spieprzaj, ty stleń się, ty spłyń z lodami, ty giń, dzyń, dzyń,
dzyń................

dla tych co dotrwali do tego momentu, słów co jak dżem się kleją porę.
czyli: słaby jestem jak kuropatwa, a jak głupi to już wyżej pisałem.
w planie kierownik zaordynował - kurwa skąd jak takie słowa znam ? - swoją drogą.
ZAORDYNOWAŁ ? o ja żesz cię pierdolę, jeszcze kurwa może palca se wyginam do kawy małego - jak piję ? idę to sprawdzić.
sprawdzanie trwało tak szybko jak się gotuje szparagi.
i pije kawę.
wyginam.
o żesz kurwa i co teraz ?
muszę ochłonąć, o żesz w mordę, normalnie jak jakiś inteligent czy inna swołocz.
ależ się boję, gdzie ja to kurwa mogłem złapać ? no fakt, że mi ostatnio reklamę wyborczej wyświetliło, ale żeby tak od razu ? bez ostrzeżenia ? o mamusiu.
mózg uszkodzony jak nic, pewnie już trwale, dużo go nie było, ale BYŁ !!!!
a teraz co ? newsweeka prenumerować ???
cały jestem roztrzęsiony.
dobra może jakoś skończę.
kierownik kazał 8x1 km w tempie T10 się domyślam bo po 4:0.
miało być na stadionie, ale stadion popołudniu a popołudnia to ja mam wyłączanie ostatnio z życia.
coby więc coś z tego ugrać, standardowa pętla w parku.
nie wiem na co liczyłem ? na oklaski ?
zamiast ustawić się grzecznie do szacunku tempo/wiatr/górki jak ten debil ostatni, poleciałem po 4:00 -znaczył chciałem polecieć bo pierwszy był z góreczki i z wiatrem to 3:52 wszedł a i taki już ostatnie 200 metrów myślę, hola hola, holdjurhorses, koleś.
potem już nie było tak różowo. było wujowo. 3 min przerwy truchtane pomiędzy tak mnie ustawiały, że kolejne wchodziło dużo pod górkę i pod wiatr, który mia dyżur razem z górką na tej samej trasie. tylko zwroty mieli przeciwne.
coby nie męczyć jakiegoś zbłąkanego czytelnika, dałem radę tylko 6 a i tak po weryfikacji tempa. najsłabszy wyszedł w4:18 ostatni, najwiecej pod górkę i wiatr.
na pocieszenie i otarcie łez GAP ze stravy pokazał, że wszystkie byłyby poniżej 4:0.
byłby by były, ale nie były, a GAP srap.
słabe to pocieszenie i tyle.
widać ile jeszcze pracy mnie czeka jak byle zefirek mnie tak stawia do pionu a byle 5 cm podbiegi wciska w glebę jak rolnik bronę.
słaby jestem jak kuropatwa i tyle.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Cz, 6 czerwca 2019, 08:37 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
garmin, garmin

fenix 5plus, taki piękny, tak pięknie niedziałający.
co ja się mam z tym zegarkiem, to jakieś żarty z obywatela są.
działał 8 miesięcy bez większych uwag, coś tam zawsze było lepiej gorzej, ale w granicach normy a w porównaniu z konkurencją, rzeczy zauważalne jak czyste powietrze na śląsku. ale od czasu jakiegoś, po kolejnej aktualizacji o szczęśliwym numerze 7.1 chuj strzelił bombki.
a dokładnie baterię.
jak poprzednio trzymał se, te 5 dni z treningami, to teraz 2 dni bez treningów,
a jak pobiegałem cuś koło 75 min to wpierdolił 41% -czad.
forum garmina pełne podobnych wpisów podobnych do mojego, więc nie tylko mi się to przytrafiło, ale czy należy się cieszyć z tego, że oprócz mnie staneło się to dla wielu innych osób ? przypuszczam, że wątpię.
serwis garmina zawsze działał świetnie, a jestem użytkownikiem od modelu edge 705 to jakiś chyba 2008 rok. więc czasem korzystałem.
i tym razem podobnie, wymienili bez problemów od reki na refurbrished, czyli jak nowy.
polska chiny-dwie godziny w tydzień sprawa była załatwiona.
zegarek też był załatwiony.
trzymał dokładnie tak samo jak ostatni. nowa teoretycznie bateria 2 dni w trybie noszenie nieterminowego. masakra.
dzwonię znów do serwisu i proszę tym razą o wymianę na kompletnie nowego.
tu już nie tak prosto. muszą dostać zgodę chyba nawet samego trampa bo trwa to dzień.
i cisza. przypominam się na dzień drugi, okazuje się że garmin się zgodził i wymienią na nowy, ale procedura wpisywania dłuższa niż zazwyczaj więc pani nie miała czasu tego zrobić a tak w ogóle to zapomniała, bo zajęta mocno.
zdarza się i się nie dziwię, mówię to całkiem bez ironii, młyn tam mają i rzeczy czasem umykają. nic to, żeby poszło sprawnie gawędzie sobie z panią koło 50 minut a ona w międzyczasie wklepuje tego mojego Brand New do systemu.
przychodzi za jakiś szas kwit na maila do wymiany, pakuje to do pudełka poczta, poszło.....
i za 30 min coś mnie tknęło i sprawdzam w systemie garmina a tam, żesz kurwa wymiana na 5plus, ale zwykłego.
ja mam wersje sapphire tytan, no jakieś 250f różnicy.
dzwonię i tu cud, trafiam na ta samą panią z infolini więc udaje się wytłumaczyć szybko, no nie wiadomo o co chodzi, ale pani to prostuje. rozłączamy się, znów zlecenie przychodzi na serwis po jakichś 20 minutach - patrze kolejny zonk. nr fabryczny wpisany z pierwszego zegarka, który to już dawno w garminie w smieciach leży. załamka lekka, ale walczymy, kolejny telefon, inna pani już, wiec chwilę trwa wytłumaczenie, sprawdzają, niby nie będzie problemu. sprawdzam na poczcie czy paczka dotarła, cały wczorajszy dzień royal mail ma zawieszony system, kurwa co jest , czy ja musze mieć tak pod górkę ciągle ?? nie mogę raz w życiu chociaż kupić coś bez przebojów żadnych. ech... no nic co dalej to sie okaże, niestety poczta i tym razem dostarczyła, bo już dziś śledzenie w końcu działa. szkoda w sumie bo na 1000f ubezpieczona była przesyłka.
treningowo akcentu nie było, bo u mnie na wsi wczoraj były zawody na 5 mil.
w parku.
bieg jeden z najstarszych w kraju, rozgrywany od 1972 roku. dużo solidnych zawodników, coś koło 350 osób. jako, że organizuje to od początku mój klub a ja weekendy wyrwane z życiorysu, lecę żebym zobaczyć jak słaby jestem i czego brakuje.
nie wieje !!!!! wierzyć się nie chce, ale nie wieje, coś tam delikatny zefirek 10-15/h
czyli nic, zero, nul. znaczy już jeden powód na który można by zrzucić słabość odpada.
szkoda. na ręku 310xt pożyczony od kumpla no i lecimy. pierwszy km delikatnie w dół, po 700 metrach widzę 3:44 oo za szybko, ale juz się pierwszy podbieg zaczyna i reguluje całość, skręcamy na pętle i myśle fajnie będzie w miarę płasko jak na park. aha w miarę. okazuje się że kolejne 3 pętle są już pełen z takim jebanym podbiegiem który ma dobre kilkaset metrów i nie dość, że pod górkę to jeszcze parę garbów, jebaniec ma. cisnę co mogę, staram się biec rozsądnie, ale górki robią swoje. satysfakcję mam chociaż tą, że z tymi co się tasowałem po drodze nikt mnie na tych podbiegach nie wziął. ja generalnie biegam zawsze niestety sam. bardzo rzadko chyba nawet nigdy, nie biegałem jakichś zawodów w grupie. nawet berlin maraton parę razy biegany - zawsze mi się zdarzały długie kilometry gdzie ja sam a z przodu i tyłu kilkadziesiąt metrów przerwy. smierdzę czy co ? nie wiem. tu podobnie, bieg rozgrywany samotnie, jedna grupa dla mnie za silna, dla tej z tyłu ja za szybki, więc nawet nie było się podwiesić pod kogo. staram się to rozegrać jakoś rozsądnie na tych górkach, żeby mieć chociaż ciut siły na te ostatnie kilkaset metrów płaskiego.
podgórkowe ostatnie 300 metrów wchodzi w 4:37, potem 4:08 już po płaskim 3;44 kolejne 200 a ostatnie 80 m 3:19 całość garmin pokazuje po 4:04 przy dystansie 8.150. 62m Up. patrząc po stravie dużo osób ma taki dystans więc przyjmuję, że taki był. tu nikt się nie szczypie z atestami i innymi bzdurami, start koło choragiewki, czipy były więc starczy. Miejsce 85 w kategorii geriatrycy m45 -13.
mocne, naprawdę mocne zawody 62 osoby poniżej 4/km.
Start z treningu z jednym dniem odpuszczenie, wiec brakło świeżości na pewno. Zmęczony nie byłem, ale nie miałem tego kopnięcia, raczej jak czołg. Wytrzymałość się powoli wykluwa, ale na pewno dalej brak szybkości i siły. ale też i nikt się nie spodziewał czegoś innego.
Treningi idą dobrze, w dobrym kierunku więc aby nie gorzej.
tylko ten garmin...nic dzień się dopiero zaczął.....

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Śr, 19 czerwca 2019, 19:27 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
debil,debil,

tydzień moja a ja niczyja, chciało by się powiedzieć a tu blog leży i kwiczy więc czas nadrobić zalegości. równo tydzień wstecz zrobiłem ostatni lekki akcent 4x1200 /2 min po bodajże 4:08 poszło gładko i przyjemnie, aczkolwiek nie luźniutko. równo tydzień wstecz przylatywał też mój brat na zeszłosobotni Maraton, którego miałem nie biegać. zapisałem sie na niego już w zeszłym roku, ale plany były inne, a plany jak to plany maja to do siebie, że rzadko się spełniają. brat po drodze dostłl kontuzji ja miałem pobiec w kwietniu 80tke, której jednak nie pobiegłem i na 100% bym odpuścił ale kumpel zrobił mi psikusa i tez sie zapisał. żartowniś kurwa. wyrolowałem go już na biegu na 80tke, mieliśmy biec razem, nie z mojej winy ale nie pobiegłem, więc nie chciałem go wystawić do wiatru kolejny raz. jak to mówią dla towarzystwa to nawet rzeźnik poszedł razem z lodziarzem do kurwy na korepetycje. nieprzygotowany byłem kompletnie i chciałem to tylko zaliczyć w dobrym zdrowiu i jak najmniejszym kosztem. prawie się udało. dla jasności, biegaliśmy z Michałem swoje, zero treningu pod maraton, na od marca o ile się nie mylę raz zrobiłem ponad dwadzieścia i 2 razy po 16 km. to w temacie długich wybiegań. brat przepisał się na połówkę a ja jak ten debil skończony maraton z Grzesiem. nawet pogoda sprzyjała. aha w sumie to nie napisałem, maraton był górski. nawet niewysoko jakieś 1300m up. dla mnie wystarczyło. i może by nawet było miło ale złe buty pomogły w tym, żeby miło nie było. założyłem altry superiory 4, żebym chociaż pomyślał i założył do nich te wkładki przeciwkamienne, ale co głupiemu po rozumie skoro jego nie ma. a one fajne, miękkie, ale na ścieżki leśne, liście i piasek. a nie korzenie i cholerne kamienie jak z podkładów kolejowych co zalegały z 50% trasy. były wszędzie. miałem wrażenie że też na zębach mi się osadziły. a altry jak baletki, czucie trasy miałem doskonałe w nich, pierwszorzędne można by rzec.jak nie było tego kurweskiego tłucznia to były korzenie i śliskie kamienie. nie wiadomo co gorsze. nawet teraz mi się chce płakać jak o tym pomyśle. nie było miło, oj nie było.

sam maraton cudny , kameralny 260 osób w samym centrum snowdonii, świetnie zorganizowany, piękne tereny, świetna organizacja, atmosfera, ludzie -nec plus ultra. żadnego ale to żadnego najmniejszego minusa. nic, nul. wierzyć się nie chce, że są jeszcze takie biegi. właśnie, jak już padło słowo bieg to ja też trzy zdania o swoim starcie, chociaż biegiem bym tego nie nazwał - świnski trucht przerywany marszem, albo odwrotnie. czas na mecie to 5:02:13. jakbym miał określić ten bieg jednym zdaniem, to napisałbym, gasłem jak świeczka, kończyłem się systematycznie i powoli, gotowałem się jak żaba na spokojnie. cały czas ciągnąłem kumpla, dość szybko przechodził do marszu a to było dla mnie zaraz po podłożu, największą udręką.
dużo bardziej męczyło mnie chodzenie jak bieganie, ale cóż zgodziłeś się za psa to szczekaj jak mówi przysłowie, więc szczekałem, szczekałem. był też mały akcent, równo milę do końca wyprzedziło nas trzech Walijczyków z którymi tasowaliśmy się ostatnie 10 mil. i jakiś diabeł we mnie wstąpił, zamiast ich puścić na spokojnie, jak te wszystkie baby w ciąży, jak tych wszystkich emerytów z balkonikami, pomyślałem, no passaram
i rura po 4:30- po 30 metrach już odebrałem im chęć do walki, ale leciałem dalej w końcu nogę mogłem puścić swobodnie. po kilkuset metrach jednak oprzytomniałem, stanąłem, poczekałem na kumpla, który też się trochę poderwał i już razem dobiegliśmy do mety.

i to chyba koniec tej nudnej historii. 

zdjęcia wrzucę  jedno z trasy, z dojazdu i miejscówki.
teraz luźno  truchtam, liżę rany, nogi nawet nie najgorsze, ale wciąż leciutko pobolewają ścięgna w okolicach kostek powykrzywiane na tych kamieniach.
sorry za literówki jeżeli są i błędy ale nie mogę zmusić mojej klawiatury do polskich znaków.



ObrazekObrazekObrazekObrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 28 czerwca 2019, 15:56 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
cholery idzie dostac, już piątek, to jakieś nienormalne jest, ledwo co był poniedziałek i piątek znów ?? 

KTO to kurwa umyślił, no pytam się ja?? no kto ? żeby tak wstać obudzić się i koniec weekendu ??? żesz ty w mordę, muszę sprawdzić, czy to nie jest aby karalne, bo normalne na pewno nie.

no ale jako, iż koniec tygodnia, wypadałoby dla tych dwóch czytelników co ich pewnie mam, zrobić kolejne streszczenie moich niesamowitych sukcesów tak w życiu prywatnym jak i na ścieżkach biegowych.

Tydzień obfitował w wydarzenia, można by powiedziec, że był prawie tak ciekawy jak pierwszy film Charlie Lynea. piszę pierwszy, bo nie wiem czy po takich zwrotach akcji i chwilach trzymających w napieciu, kardiolodzy pozwolili mu kręcić kolejne, podobnoż były też jakieś grubsze protesty stworzyszenia psychiatrów, takich stanów psychozy nie notowano od czasów kiedy to  RTL7 skończylo puszczać swój słynny horror na koniec programu - skąpani w ogniu, będzie dygresja -tytuł notabene zajebany naszemu mistrzowi kamery passendorfowi. och co to był za geniusz, takie barwy  walki nakręcić to już nie w kij dmuchał. zresztą kto go tak wie co on dmuchał swoją drogą, nie zdarzyło się być świadkiem, czasem myślę może to i dobrze- koniec dygresji.  
także wracając do RTL7 kto oglądał ten wie, kto nie, ten już nigdy nie pozna znaczenie słowa emocja.

teraz sobie dopiero uswiadomilem, że sam wpadłem we własne sidła, bo tyle o takich wybitnych dziełach tytułem inwokacji, to ja teraz z czym wyskakuje ? z tą dziesiatką co ją w poniedziałek zrobiłem ? czy może z tą zabiedzoną ósemka wczoraj ? że o dzisiejszej ciagnacej się jak sznurówki w adidasach dwudziestce już nawet nie wspominam, cały tydzień tylko wybiegania, żesz mać, z czym do ludu ??? 
żyć się odechciewa jak alkoholikowi po podwyżce cen denaturatu  -swoją drogą-żeby nawet nie napisać btw,  jakie to nieludzkie , że też jeszcze Ostaszewska czy inna Exfox nie protestują ? nic, żadnych zdjęć w "pijanym widzie" czy "babie z domu"? może chociaż króciutki film erotyczny ku pamięci starych cen by nakręciły ?  taką koncepcje mam - na tym rydwanie, co to gdańsk czy tak inna gdynia  za te parę groszy kupiła , nawet tytuł bym miał-  jebanie na rydwanie- to chyba będzie dość nowoczesne myślę ?
za darmo, ani złamaniem grosza nie wezmę tytułem praw autorskich, w końcu o słuszna sprawę walczymy no nie obywatele ?  tak se myślę, że może ja już stary grzyb jestem, zaraz pięćdziesiątą na karku to i za młodymi nie nadążam, ale tytuł to jeszcze jakiś podrzucić mogę. 

ale znów odpłynąlem  jak ten burzan mickiewiczowi,  a tu się okazuje że taki bardziej fatboj jestem, no cóż, co prawda to prawda, zapuściłem się jak dziadowski bicz ostatnio i w tym temacie nie ma już nic więcej do dodania, za to do ujęcia jest sporo i w tym ostatnia ma nadzieja.
ps.
przepraszam wszystkich którzy to przeczytali i zmarnowali pięć minut swojego życia, ale było to działanie celowe i z premedytacją.
zemsta za to że dziś piątek.
ps2
za błędy literówki i niezrozumiałe wyrazy nie przepraszam, pisze na tablecie i ja swoje a ten chujek motyla noga z autokerekty swoje.
PS3 telefon zrobił dziś zdjęcie a nawet dwa i się doprasza o swoje, więc wrzucę, niech ma na oslodę życia że mną.
ObrazekObrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 5 lipca 2019, 14:49 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
matematyk, matematyk...

tak sobie pomyślałem, że w sumie to ja bloga biegowego jednak prowadzę i jak od czasu do czasu powstrzymam się w miarę możliwości od dygresji i dryfowania w odmęty mojej pokrętnej świadomości to może i świat zbawiony przez to nie będzie, ale być może szczęśliwszy trochę, chociaż przypuszczam, że wątpię.

ale postaram się dziś popisać słów parę o bieganiu.do tego moim. i słowem nie wspomnę o felietonach chociaż słów mi się ciśnie parę na usta.

poprzednie dwa tygodnie tylko spokojne rozbiegania pomaratonowe, biegało się jak kurwie w deszcz, niby klient złapany, ale narobić się trzeba jak za dwie szychty.
do ostatniego dnia szło jakbym zapomniał nart zdjąć po ostatnim zimowisku albo przynajmniej jednej. ale chciało się jak debil ciągnąć sadło po górkach to się ma. 

właśnie miało nie być dygresji, ale jak ostatnio biegałem to sobie uświadomiłem, że to jednak jest kraj bardzo szczupłych osób, tylko niektórzy nawet niedużo, nie więcej niż 90% myślę, mają po prostu ciało dostosowane do tego cholernego wiatru. chude tu wszystkie jak jak w uszach, tylko po prostu powiększone o współczynnik wiatru podzielony przez miejsce zamieszkania. inaczej pounosiliby się jak ten Gordon Bennett ku światłości wiekuistnej. kurwa, miało nie być dygresji i... już wracam, już korbę w tory jak ten Łazuka wkładam i jedziemy z tematem...

w poniedziałek odbierałem nowe dziecko do domu, więc zajęty dzień cały udało się pobiegać tylko spokojne 8 km, za to że wtorek ciągłego 10km było w planie. 

poszedł o dziwo dość dobrze, wiało niestety trochę wiec musiałem intensywność dzielić między podbiegi w tętno ale mimo, że liniowo to nie było to poszło najżwawiej ze wszystkich ciągłych bieganych od czasu współpracy z M. tempo 4:19 na średnim 164 nie jest może moim tempem maratońskim jeszcze i długo jeszcze nie będzie, no ale jakby było to już trójkę na tą jesien bym próbował łamać w nie na następną.  także ten tego, cały trening trudny ale bezproblemowy, bez bólu i krzyków jak na porodówce. może się trochę zawałem, ale jakby to przyrównać jeszcze do położnictwa to jednak bardziej odczuciowo, poczęcie a nie poród to był. no w każdym razie poziom zadowolenia po całkiem podobny. jakby ktoś potrzebował to może skorzystać z patentu na zamiennik. środa znów luźniutko w wczoraj w planie 12x400/200 przerwy po 3:50. i znów ta obawa kołacząca się z tyłu głowy, jak myśl o nie zapłaconych alimentach, czy będzie dobrze. 

no bałem się. niby czego a jednak coś w człowieku siedzi, że chciałby potwierdzić sam przed sobą, że idzie dobre. ja akurat tak mam, że porażki mnie mobilizują, pewnie dlatego, że od cholery ich doświadczyłem i już się przyzwyczaiłem. jak idzie dobrze od razu stawiam się w stan gotowości i tylko czekam co się spierdoli i gdzie. takeż i było wczoraj, szło za dobrze, 12x400 poszło dobrze, może nie tak przyjemnie jak dobry seks, ale jak zamiennik takowego i owszem. nic tylko szluga po zapalić. i pięknie było i radośnie, nawet kierownikowi napisałem, żeś trening trudny ale bezproblemowy, że dwie to bym jeszcze dokręcił.

i tak się powinien dzień skończyć, ale ...no właśnie.. taki jeden poranny kalkulator, matematyk z bożej łaski czy też inny abakus, pisze mi na garminie ale jak 12x400 jak widzę 10x400. 

no właśnie ale jak to ? a chuj - tak to- chciałoby się napisać, ale co sosik winien że ja do 12 liczyć nie umiem ? nic, absolutnie nic. jak pretensje mam do kogoś, to tylko do faceta w lustrze :-)

także tylko na pocieszenie została mi świadomość, że wiem o tym, iż i te dwie brakujace zaległe by poszły ale...

debil skończony i tyle.

dziś za to grzecznie 16km na bardzo spokojnie na samej kawie z rana.

cały tydzień zamknął się w prawie 60km to pierwszy z drabinki czterotygodniowej.

zdjęcia dam nowego dziecka, w  końcu kolejna córka w rodzinie. 
aaa zapomniał bym , jeszcze podziękowania:
sponsorem dzisiejszego odcinka był zakład prokreacji przy instytucie podłożnictwa i samogwałtu.
na własnym rozumie.


Obrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 12 lipca 2019, 15:43 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
dziś krótko i szybko, mało casu kruca bomba,
ale coś tam zawsze się napisze.
tydzień mocy mimo niemocy można by napisać, aczkolwiek,nie ma się co krygować, bo poszło wszystko ładnie z założeniami a może i nawet ciut lepiej.
pierwszy akcent 8x600 udało się policzyć pomyślnie i samo to już można uznać za spory sukces wydaje mi się.
ciężko, ale bez zdychania średnio po jakieś 3:50 a przerwach 200metrowych które miały być w okolicach dwóch minut a były ze 20 sekund krótsze.
dobry solidny trening. nie to, że na luzie, nie nie, co się pomęczyłem to moje, jadnakowoż wszystkie tempa wchodziły tak samo, wiatr trochę męczył ale szło.

kolejny akcent czwartek standardowa pętelka w parku i 10km Tempa.
jako, że stryd został skalibrowany porządnie a stadionie pokazuje zakładam teraz prawidłowo odległość i okazuje się, że poprzednie wyliczenia można sobie jadzi wsadzić, tam gdzie wsadza jej kto inny co innego.
dystans jest krótszy, czyli ja biegałem wolniej niż pisałem itd itd.
czyli jak zwykle chciałem dobrze i jak zwykle krew w piach.
co nie zmienia faktu, że każdy kolejny trening wchodził ciut lepiej, tyle, że jestem ciut słabszy niż myślałem, ale jakoś nie mam z tą słabością problemu.
trzeba rzeczy brać tak jak dobry doliniarz portfel, szybko i konkretnie.

od dwóch tygodni kompletnie nie patrzę na tętno, rzucę okiem po treningu co najwyżej zobaczyć jak to wyglądało, ale 95% treningów biegam na moc.
te pozostałe 5% to stadion, gdzie latam praktycznie ze stoperem, ale tu jest płasko a strefy mocy pokrywają się z tempem, więc trafione jest w punkt.

już pisałem kiedyś, że ludzie kupują stryda i korzystają tylko z pomiaru tempa.
też byłem w tej bandzie, więc nie krytykuję ale chciałbym pokazać różnicę.
dwa takie same treningi pierwszy z zeszłego tygodnia biegany na odczucie tętno moc kombinacja wszystkiego, a wczorajszy tylko a moc.
różnica duża.
wczorajszy trening szybszy o 2 sek/km a moc mniejsza o ponad 10 watt to już naprawdę dużo -wystarczy spojrzeć na porównanie bezpośrednie
do wczorajszego treningu dodałem wykres wysokości, żeby było widać jak to wygląda.
z ciekawszych rzeczy kierownik proponował mi ostatnio, zamiast słuchania muzyki na longu, wsłuchanie się w siebie, pomysł może i dobry, ale kto by kurwa wytrzymał półtora godziny pustki.
z mniej ciekawych, kotki dwie stare wciąż warczą na małą, te baby to jednak zawzięte są.

ObrazekObrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Wt, 30 lipca 2019, 13:44 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
setki,setki

milczenie jest złotem , ale potem jak to mawiał klasyk, no cóż u mnie nie było nawet przedtem.
kiedyś- myślę, że było to pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, miałem taka drewnianą skrzynkę, zadaję się na zabawki, bo żadne inne zastosowanie teraz nie przychodzi mi do głowy, taka wiecie, kwadratowa kostka ze 40x40x40 cm coś koło tego, no i nałapalim my z bratem po deszczu ślimaków, straszne ilości, dobrze dna widać nie było, bo kiedyś Panie to i ślimaki były nawet lepsze, nawrzucalim im trawy i zadowoleni czekalim na oklaski chyba, bo na cóż by innego.
oklasków z tego co pamiętam nie było, bo ślimaki pospierdalały z tego pudełka w trymiga i rozpełzły się po całym podwórku. tak też i mi się ostatnie trzy tygodnie rozeszły, na niczym, nie wiadomo kiedy,ale za to błyskawicznie.
czas mi schodził na treningach, pilnowaniu kota oraz innych podobnie absorbujących zajęciach, nie zrobiłem niczego ważnego, nie adoptowałem żadnej pszczoły, nie ubrałem tęczowych gaci, za to raz ugotowałem ciecierzycę- tyle, że po tym, dwa dni odpoczywałem.
tak też było z zaległymi wpisami na blogu, chęci były tak duże, jak na wypicie dwóch zimnych piw w upalny dzień po żniwach, ale rozeszły się jabane, jak te ślimaki.
może jakbym zaliczył jakieś klęski treningowe to bym szybciej tu zajrzał z długopisem w ręku, bo o niepowodzeniach lubię gadać, one mnie motywują a jak wszystko idzie dobrze to jakoś tak głupio mi pisać. niemniej teraz będzie część nudniejsza od poprzedniej czyli treningowa.
żeby jakoś to wszystko usystematyzować od czasów pomaratonowych zacząłem numerować kolejne tygodnie, do tego każdemu nadając cyferkę dodatkową, jako że staramy się z Michałem ułożyć to wszystko w mikro cyklach 3/1 czyli trzy tygodnie narastająco a czwarty zjazd z obciążeniami czy też raczej kilometrami na maksa, bo akcenty zostają bez zmian.
staram się dobić powoli i spokojnie do jakichś 80km tygodniowo póki co, więcej chyba nie ma po co tłuc kilometrów do jesieni, coś trzeba zostawić sobie na później.
wpis zaczynamy od tygodnia 3/3 czyli najdluższego z pierwszego mikrusa a wyszedł onżesz 73 km poprzednie 56 i 67 km więc widać wyraźną różnicę.
poniedziałek w tymże mikrusie zaczął się od lekkiej bomby bo w planie 6x800/400m ( 3 min przerwy ) po 3:50 i lekko poległem na tym treningu, wuj wie co się działo, czy jak zwykle po dwóch dniach w fabryce byłem wyjebany jak sfrustrowany leszcz, czy gorąco niemożebne czy wiatr czy też wszystko do razem zebrane, ale trening ciut niedomknięty, na dwóch ostatnich powtórzeniach, wychodziły po 3:52 wiatr mocno mnie trzymał na prostych, ale też miałem po prostu dość, nie potrafiłem wykrzesać z siebie więcej. faktem jest również, że przerwy zamiast trzyminutowych były krótsze o jakieś 30sekund więc to może to. poszło w każdym razie, jak obywatelowi kraju gdzie rosną karpaty, w niehandlową niedzielę pod biedronką.
akcenty staram się robić poniedziałek, czwartek - piątek coś dłuższego a reszta schodzi mi na wypełnianiu kilometrażu w zakresie niemocy nr one.
zakres ten pozwala na rozpędzanie się do prędkości babci z balkonikiem a ja staram się nie szaleć jednak aż tak bardzo i wychodzą mi rozbiegania oraz longi po około 5:40/50.
jak tak wychodzi to tak biegam, za to tętna mam niskie przynajmniej, bo około 121 wtedy średnio. ciągłe wchodzą mi na jakieś 164 a interwały dobijają do 177-180. teoretycznie tętno thresholdu mam jakieś 168-171 więc ten 1 zakres jest faktycznie pod pierwszym zakresem. taki aktywny odpoczynek, mi pasi. wchodzić mają treningi jakościowe, to jest priorytet, cała reszta to tylko obudowa i wolę ją biegać za lekko niż za ciężko. wcale zresztą one jakoś lekko nie idą, nogi zajebane są po akcentach i maja tyle wspólnego z lekkością co typowa brytyjka. biorąc jednak pod uwagę, że 75% mojego Hrmax to tętno jakieś 144 to jeszcze mi daleko do pierwszego zakresu. ale póki co drobię dalej swoje i nawet nie myślę o podkręcaniu tempa.
w czwartek w planie było 11 ciągłego standardowo na moc, ale mocno wiało na pętli i jakieś to szarpane wszystko wyszło, biegło mi się dość luźno i spokojnie, ale intensywność była mocno nierówna. jako, że się nie przemęczałem, zamiast jedenastu zrobiłem ciut ponad dwanaście, po 4:26 na tętnie 158, więc luz totalny-takie typowe TM, ale to nie miało być TM -to miał być ciągły więc, mimo że to był dobry trening to jednak do poprawki. piątek poszło spokojne 20 km bieganie lajtowe ale pogoda zjebała się na maksa i było 15C plus ulewny deszcz, do biegania czy też człapania w tempie 5:50 masakra jakaś, ale zacisnąłem protezy i truchtałem jak porąbany w tej ulewie, listopad w środku lata. Tydzień zamknięty 73 kilometrami.
a od poniedziałku znów jazda na wesoło, za to tydzień wypoczynkowy, tylko dwa akcenty i raptem 50km. Normalnie nie opłacało się na treningi wychodzić.
poniedziałek standardowo, jak po dwóch dniach w kamieniołomach się czułem, albo jak biedroń po próbie powiedzenia czegoś inteligentnego, normalnie horror szoł , a popołudniowy stadion nie wchodził w grę więc akcent przestawiłem na wtorek i odwróciłem kolejność, na rozpoznanie bojem poszedł ciągły 11km - wyszło po 4:18 czyli na moje 85% HR, do tego było gorąco w wuj i jak zwykle nie było płasko, czyli jakieś 75m do góry. ciężko, ale równo, chociaż znów nie udało się pobiec równo na moc, jakiś taki rozbity byłem, intensywności nie wchodziły jak chciałem, za szybko=za mocno pod górki było a za wolno z górek, ale całość solidny kawał muru dołożony do kolejnej treningowej cegły, czy tak jakoś.
Środa wleczone, a czwartek znów w łeb znaczy 5x1km po 3:50 w planie na 3:30 przerwy.
Jako, że czwartek był najgorętszym dniem na wyspach i mnie się odłamkiem dostało, od razu więc wykluczyłem stadion z planów popołudniowy i w miarę z rańca znaczy koło 11 pojechałem biegać nad morze.
nad morzem, wiadomka, wiało i to mocno, ale ja cwaniaczek ustawiłem się z wiatrem w plecy. Za to było płasko, co prawda nie aż tak płasko jak jedna moja koleżanka, ale wystarczająco.
przerwy postanowiłem zrobić sobie za to długie, solidne, za wszelkie czasy se odbiłem.
CZTERY MINUTY !!!
to nie nawet nie przerwy - to normalnie wolne dnie między tymi kilometrówkami były.
tym bardziej, że tylko dwie minuty w biegu a pierwsza i ostatnia w nieruchawce. czad komado tilt -plus ten wiatr w plecy i kilometrówki poszły od 3:39 do 4:48 i trzy koło 3:44/45 aż sam się zdziwiłem, no ale przy takich tygodniowych przerwach to wszystko może iść tylko dobrze. niemniej biorąc dodatkowo pod uwagę, że było dobrze ponad 40 w słońcu byłem mocno z siebie zadowolony, nie przesadnie, ale dość.
piątek znów tylko parę km i tydzień zakończył się na 50km.
I tym sposobem dojechaliśmy do wczoraj.
swoją drogą piszę piszę i końca nie widać, uważam, że te 3 dychy co dostaję za każdy wpis od kuby to chyba jednak mało przy tej objętości, nic, trzeba będzie coś negocjować.
wczoraj o dziwo nie byłem za bardzo wyrąbany po robocie a i tydzień odpoczynkowy też mimo, iż tego nie czułem wtedy, był jednak wypoczynkowy, więc kilometrówki poszły na pierwszy ogień.
cały weekend lało, lało znów jak w listopadzie, znów 15C cały dzień, jak wracałem z fabryki o 23 lało, a poniedziałek rano około 10 jak jechałem nad morze dobrze ponad 30C i pełne słonce -jak oni to robią ??? z drugiej strony weekend to niech świeci no nie ? Wystarczy, że w tygodniu dwa dni lało od rana do nocy.
wiało ale nie aż tak mocno jak ostatnio przy kilometrówkach, ot tak jakoś nie więcej niż 2o/h za to w drugą stronę dla odmiany. w planie powtórka z zeszłego tygodnia, znaczy 5x1km tylko na przerwach 3:30 i to raczej w truchcie. Pierwsza delikatna w 3:47 i bez żadnych problemów, nie że lekko, ale bez problemów, więc skracam przerwy do 3 minut i wszystko truchtem, druga 3:44 nawet, trzecia 3:47 i myślę sobie, że już nic nie ma prawa się wydarzyć, nie ma opcji, żebym nie zrobił tego treningu i faktycznie nie ma, ale czwarta już nie wchodzi tak gładko chociaż wciąż w 3:47, ale zaczynam już ją solidnie czuć. została ostatnia i wiem, ze wejdzie, wchodzi najtrudniej do tego w 3:51 penie dlatego, że źle wyliczam odległość zakończenia odcinka i nie mieszczę się z dystansem nad morzem i muszę końcówkę wybiec poza i wpadam w bramko-zapory rowerowe, gdzie tracę te 2-3 sekundy więc pewnie też by wyszła coś koło 3:48. niemniej czuje już nogi solidnie i to jest ta chwila kiedy słowo koniec niesie za sobą wiele radości. ot i tyle u mnie ostatnimi czasy, muszę jednak robić systematyczniej te wpisy bo potem za duży chaos się robi widzę, a myśli w niczym nie poukładane nie ułatwiają sprawy.
właśnie a propos myśli jeszcze, żeby nie było nieporozumień, wszelkie opinie i poglądy wyrażane na tym blogi nie są poglądami autora, autor został ostatnio napadnięty przez pijany pachołek na jezdni i niestety nie jest sobą. w swoim normalnym stanie psychicznym
(nie czytaj - normalnym=normalny) ma poglądy dużo bardziej wyraziste i stanowcze, ale jako, że zamiarowuje prowadzić tego bloga do października 2020 przyjdzie i czas na takowe.
aaaa zapomniałbym dostaje setki pytań o wagę i odżywianie. waga powolutku systematycznie w dół a odżywianie, tak jak najbardziej, odżywiam się.
ps chyba nie jesteście tacy durni i nie daliście się nabrać na te „setki pytań” ??

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 2 sierpnia 2019, 14:10 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
morze i wiatr

jeżeli nam zabraknie sił
jeżeli nam zabraknie sił
zostanie jeszcze morze i wiatr
zostanie jeszcze morze i wiatr
nadejdzie nas czas
nadejdzie nas czas

tak wczoraj kołatało mi się w głowie podczas biegania tempa, człowiek się uchwyci czegoś żeby mieć jakiś punk odniesienia i niemyślenia, że nie idzie lekko.
Pamiętam tą płytę odtwarzaną na gramofonie marki Fryderyk podłączonym do Elizabeth hifi i wciąż do tego kawałka mam bardzo duży sentyment. Wciąż zresztą mam jeszcze stare kasety magnetofonowe z armią, dezerterem, ksu, siekierą, defektem muzgu i czego tam jeszcze nie ma.
lat już minęło parę, ale wciąż niektóre kawałki tłuką się w głowie i przywołują wspomnienia.
a sił może nie brakło, ale były w tym tygodniu i morze i wiatr.
Po poniedziałkowych kilometrówkach do czwartku tylko spokojne wleczone na pierwszy zakres mocy, tempo ślimaka w ciąży jest cały czas tempem obowiązującym na spokojnych wybieganiach.
pozwala mi to na niezłą regenerację i chwilę oddechu. mimo, że we łbie wciąż siano, to peselu nie oszukasz, więc trzeba dbać o regenerację jak alkoholik o wciąż pełne szkło.
dołożyłem natomiast po każdym luźnym biegu, czyli póki co po dwóch w tygodniu, długie solidne rytmy. Takie 4x175m robione jak na mnie szybko, bo po pomiędzy 3:30-3:45
staram się nie gonić ich jak wściekły, tylko biec równo ładnie, solidnie.
Nie powiem, żeby wchodziły łatwo, szczególnie na miettkich nogach po akcentowych, ale zafiksowałem się na nie i nie dyskutuję ze sobą. mają być po wybieganiach i już. no i są, robione bez żadnego ale. na pewno rozluźniają nogę i tu nie ma dyskusji, wchodzą ciężko, są ciężkie dla mnie, ale od razu czuję że inaczej wszystko zaczyna działać.
A lekko w czwartek nie szło, powiedziałbym, że szło dziwnie. bo jakoś specjalnie ciężko też nie, nie był to trening z gatunku tych domykanych na rzęsach. na pewno jeszcze to nie jest moje tempo maratonu, to wiem, cały czas jest to bieg tempowy i do tego ciężki, ale widać jakieś tam powoli jaskółki w tunelu.
byłoby widać lepiej, ale wiatr zasłaniał. niby niemocny, zefirek jakieś, dwadzieścia na godzinę, ale standardowo wiał w pysk w kilometr podgórkowy i trzymał mnie mocno. wyglądało to mniej więcej tak- piłuję sobie delikatnie pod niewielkie wzniesienie na mocy 278 ( a powinienem trzymać około 280/290 ) i czuję że za chwilę będzie już stanowczo za mocno, a tu nagle kawałek bez wiatru i bez zmiany odczuciowej intensywności, robi się z tego 310watt na budziku. i jak tu równo biegać ? nic, jakieś trzy tygodnie i będzie u mnie stryd, który ma brać i ten wiatr pod uwagę, na pewno spowoduje to mocne zwolnienie temp, no ale skoro mam biegać 2 zakres to ma być 2 zakres a nie 2 zakres plus wiatr i górkę z czego się robi trzeci i pół nawet. z górki znów wiatr w plecy nic nie pomagał i tak kilometry wychodziły na przemian szybko wolno, co dało na 11 kilometrowym tempie 4:19 na km. ale tętno za to, było już niższe niż ostatnio. co cieszy bo znów o pare sekund był to najszybszy bieg na tym odcinku ever.
do ósmego kilometra widziałem dość długo trzymało się 160 dopiero kolejne trzy ostatnie kilometry zaczęły je podbijać do 164. całość wyszła 159 czyli typowe tętno maratońskie jak na mnie.to akurat gitara, bo jak zwykle ukulało się ponad 70metrów pod górkę i na płaskim byłoby na pewno mniejsze lub lepsze tempo. Ale jakoś specjalnie przypływu mocy nie widziałem u siebie i tak. solidna robota rzemieślnicza raczej niż natchnienie artystyczne.
dziś od rana ćwiczyłem chondria i przemiany tłuszczowe, a jest co się u mnie przemieniać oj jest, alladyn ze swoja lampą tyle przemian nie miał co ja mogę mieć jeszcze, więc standardowo poszedłem kulać 16 km tylko na porannej kawie.
słońce świeciło, wiatr wiał, ale mój czas jeszcze nie nadszedł, więc jak ten wit stwosz rzeźbiłem sobie cały trening niby spokojnie, ale dłuta z reki nie wypuszczałem.
ołtarza żadnego z tego nie było, ale modlitwa o koniec niejedna.
tak w ogóle, to miałem w planie dziś zrobić 18 żeby dobić do zaplanowanych 70km w tygodniu, ale postanowiłem wrzucić dodatkowo do planu sobotnie spokojne bieganie.
do fabryki mam na 10 -o 9tej muszę wyjechać z domu więc swobodnie z rana upchnę nawet do godziny spokojnego biegania. Na razie bez szaleństw juro dorobię tylko brakujące 4, ale trza sobie wyrobić nawyk sobotniego treningu. Kto ma weekend niech korzysta, mnie czekają dwa dni w kamieniołomach.
ps.
dopiero zauważyłem, że ani jednej kurwy w tekście nie było.
ja pierdolę, albo jednak potrafię, ale starzeje się już w chuja na maksa.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 9 sierpnia 2019, 14:39 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
miękka faja

o dziwo dwa dni w pracy mniej przypominały kamieniołomy, bardziej zwykłą kopalnię, więc w paniedziałek rano byłem dość świeży nawet. no może świeżością bułhakowskiego jesiotra, ale jednak zawsze. Także stwierdziłem, że jak coś ma nie wyjść na ciągłym, niech to będzie dzisiaj.
tym razem ciągły miał być biegany nad morzem, bo jest od cholery długiego wybrzeża, pięknie wybetonowanego i na upartego z tego co pamiętam to nawet dwadzieścia w jedną stronę by się dało.minusem jest to, że o ile u mnie zawsze wieje, to nad morzem wieje zawsze, tylko mocnej ale za to jest w miarę płasko. jak to w życiu, przynajmniej moim, zawsze jest coś za coś. założenia były -o ile wieje, pod wiatr lecieć po jakieś 4:18 z wiatrem 4:16 i trzymać do końca intensywność nie tempo. piękne one były, te założenia znaczy. wiać coś tam wiało, czy mocno sam nie wiem, cuś niewiele ponad 20km/h więc jak na moje warunki słabo, ale nie powiem, potrafił taki zefirek momentami przytrzymać i to nieźle nawet. trzy kilometry rozgrzewki i trza napierdzielać, na szczęście wyszło piękne słoneczko, więc drogi nie trzeba szukać po omacku, grzeje też elegancko, więc postanawiam, że jednak zdejmę kożuch i na krótko też będzie dobrze. było na tyle komfortowo, że o darciu skóry z ciała pasami, myślałem tylko jakieś 10 razy na minutę, także nawet dość przyjemnie nie powiem, no zimno nie było na pewno w każdym razie, tak raczej w kierunku na zimne piwo po, albo nawet dwa. na wszelki wypadek wypiłem cztery, ale co to za picie, takie muchozole dla niemowląt po 3.6%, śmiech i wstyd normalnie, no ale my tu gadu gadu, a ja tam zasuwam właśnie pierwszy kilometer, był pod lekki wiater, ale wiadomo, pierwszy, bez kożucha, więc poszedł w miarę luźno po 4:09 nawrotka i nazad 4 km z wiaterem, tempo wciąż w granicach 4:10 więc nie było komfortowo, było niekomfortowo, ale nie jakoś ciężko. szło, w głowie szumi, że miało być wolniej, moc też zamiast planowanej 290 kula się coś koło 303 ale skoro idzie to idzie. W okolicach 3 km wskakuje tętno 164 czyli moje 85% max i tak sobie dobiegam do nawrotki i tu już zaczynają się kolejne 4 km pod wiatr. do tego siódmy ma dwie takie lekkie góreczki na których tempo spada do 4:30 chwilami, ale wciąż trzymam się okolic 4:11. oczywiście przykazy kierownika „nie walcz o cyfrę, trzymaj intensywność” udaje mi się błyskawicznie wyprzeć z głowy i staram się jednak trzymać tempo. do ósmego spokojnie, ale te dwie góreczki na siódmym podbiły mi tętno które zresztą i tak już się wspinało do góry w okolice 172 a to już moje tempo thresholdu i tak je trzymam do końca. na ósmym jestem jeszcze zadowolony jak wesoły romek z przedmieścia domek, ale wiem, że trening lekko przewalony jeżeli o tempo/tętno chodzi. niemniej dociągam 9ty pod wiatr i dziesiąty z wiatrem na mocnej intensywności ale też i bez umierania. letko nie było, ale jakby się rzęsami odpychał, to ze dwa dodatkowo by poszły w tym tempie, z tymże już myślę, zajebanym romkiem bym był, a nie wesołym. niemniej całość zamykam w 4:11 na tętnie 164 średnim/85,6% a już zdarzały się ciągłe z takim tętnem na góreczkach w parku. tu raptem 23m do góry się uzbierało, więc równia pochyła była, można by rzec. pierwszy komentarz kierownika „no, żesz kurwa mać” aha, znaczy chyba jednak było trochę za mocno, no ale cóż to już mi moje nogi zameldowały po. niemniej zadowolony jestem, bo pomimo że przewalony ten zakres, to czasem coś się takiego dla głowy się należy. wtorekowe wleczone, zresztą to wyraźnie pokazało, że paniedziałek to ja jednak solidnie poleciałem. w śerodę jak to w śerodę, idealny dzień na coś dłuższego jak powiedziała kurwa kurwie, a kumplem męczył na 22km to why not. tempo miało być zerowe, dwa do przodu trzy do tyłu, a kilometry robić trzeba, więc lecimy. od rana pogoda angielska, świeci słońce, ale leje deszcz, zimno, ale gorąco nawet jak wieje to zatrzymuje w miejscu, aby za chwilę przestaje wiać w ogóle na parę minut, i tak na okrągło, przez 22 km wiatr, słońce, deszcz, zimno, gorąco, cisza, wiatr, deszcz, zimno wiatr, gorąco. nosz kurwa mać, że zacytuję kierownika, żebym nie widział to bym nie uwierzył. całość luźna i spokojna, tempo zamyka się średnie 5:46 bodajże, natomiast tętno spadło już w ogóle na psy i dopiero na ostatnich paru kilometrach pokazało, że w ogóle jest - znaczy coś koło 122 się na budziku pojawiło. ale i tak całość zamknęła się średnio 116 więc jakieś 67% maksymalnego czyli według garmina nawet nie rozgrzewka, więc nie wiem powtórzyć to czy jak ? Czuwartek tylko bieg delikatny bo jutro trzeba napierdalać 6x800 a kierownik tempo zwiększył, więc biegnę na paluszkach i staram się to zrobić najlżej jak się da. ale nie da się. nogi ciężkie i smutne jak ja po wypłacie, więc celem ożywienia atmosfery skracam o ponad pełtora kilometra i postanawiam zrobić delikatne rytmy. nic mocnego, standardowe 4x170meterów i do tego w tempie T10. Ku ogólnym zdziwieniu postanowienia dotrzymuję i robię tak jak zamierzam, ta starość to jednak coś strasznego jest powiadam ja wam, żeby tak postanowić i zrobić ? od razu? hop hop byk na krowę i już cielak ? Nie wiem czy są na to jakieś tabletki, ale jak nie ma to powinny być na pewno. i tym sposobem dojechalim my do piontku, a piontku zaczął się źle.
w nocy budziły mnie trzy razy koty, na dwór chciały i z powrotem, to, że mnie koty obudziły było dla mnie takim samy zaskoczeniem, jak codziennie wschodzące słońce,
coś nieprawdopodobnego, no ale przy tym cudzie od razu zobaczyłem jaka polewajka na dworze, jakaby dzień strażaka się o północy zaczynał, czy też raczej tydzień albo miesiąc może ? Sierpień z tego co pamiętam, to miesiąc trzeźwości a nie lania zdaje się, ale pewny nie jestem, bonie celebruję.ja skromy jestem, gdzie mi tam takie huczne okazje w głowie. w każdym razie lekko podłamany byłem jak zobaczyłem jak leje i wieje, ale koło9tej coś się nagle odmieniło deszcz poszedł w pizdu i wyszło piękne słoneczko, tak jakby od razu chciało to w dwie minuty wszystko wysuszyć, przy pomocy pana wiatra as weel. Nad morzem jak to nad morzem, było morze i wiatr i słońce takowoż. rozgrzewka pod wiatra a potem 6x800/3 min przerwy po 3:44 wg tego co Pan Kierownik zarządził. jako geniusz zwyczajny ogólnie, oraz nadzwyczajny szczególnie, włączyłem sobie specjalnie pod ten trening ustawiony ekran w garminie. i tu właśnie geniuszu nastąpił koniec, można by zacytować siarę, ale i bez tego też wiadomo, cały misterny plan w pizdu. okazało się, że nie ustawiłem tempa lapa, miałem tylko dystans całości, czas całości, na szczęście chociaż tempo chwilowe ze sterydiana było dostępne. na szybko ustawiłem autolapa na 0,8km i rura. od rana niestety głowa zajęta złymi wiadomościami, więc nie miałem dziś kompletnie serca do treningu, ale swoje ogarniałem. pierwszy zdecydowanie za szybko 3:43 potem 3:39/3:43/3:41/3:46/3:46 odcinki wchodziły trudno, ale spokojnie, dopiero ostatnie dwa postawiły mnie do pionu, ciut dostałem wiatrem odbitym w pysk, ciut bardzo delikatnie bardzo bardzo, było pod górkę a i tez jak to michał napisał, pierwsze za szybko zapłaciłeś za to na ostatnich.tak też i pewnie było. co nie zmienia faktu, że przerwy wszystkie w biegu, tylko przed ostatnią osiemsetką musiałem chwilę stanąć. btw, ta ostatnia postawiła mnie najbardziej, zgięło mnie dość mocno w okolicach trzysetnego metra, tempo spadło do 3:52 widziałem, ale zebrałem się w sobie i dociągnąłem całość do końca już mocniej. I to mnie najbardziej cieszy. mimo dziś mocno słabej głowy, weszło. Z plusów udało się znów poopalać co jest o tyle ciekawe, że właśnie znów leje jak z cerbera.
Tydzień póki co 69,2 km ale ma się zamknąć w 75 więc muszę albo dziś wieczorem jeszcze 6 dorobić, albo jutro rano, z tymże jutro rano może być jak w zeszłym tygodniu. miękka faja jestem i tyle powiem w temacie sobotniego biegu. także chyba dziś dorobię.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 16 sierpnia 2019, 14:46 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
waterrower

oczywiście, nie pobiegałem treningu w ostatnią sobotę, praktycznie szans na to nie było i wpływu na to nie miałem żadnego, co faktu nie zmienia, że nie byłem.
tak samo jak z parkrunem, który miałem biegać jutro, znów okazało się, że mimo, iż już witałem się z gąską, już widziałem się na starcie, to jednak jedyny widok jaki zobaczę to dyby, pęta i kilof w robocie.
ale co się nacieszyłem to moje.
i też niby winy w tym żadnej nie ma nikogo, iż sprawy się ułożyły, jak ułożyły.
faktu to nie zmienia, miękka faja i tyle.
w poniedziałek dostałem rozkazy od nieradka 6x1600/3 min przerwy w tempie około 4:05, ciężki trening, ale jak mus przed parkrunem to mus.
jak zwykle po tygodniu w robocie wyjebany byłem, jak ten różnokolorowy po sobotniej imprezie w kiblu na dworcu, ale samo się nie nabiega, a im bardziej w dzień, tym gorzej dla mnie, więc jakoś zebrałem się z samego rana.
9rano była, więc to chyba nawet pod noc można by spokojnie podciągnąć.
ostatnio stosuje codziennie rano, celem napasienia kałduna- płatki owsiane + suszone daktyle takoż i tym razem było, sprawdza się to u mnie jako przedtreningówka o dziwo bardzo dobrze.
jako, że po tym owsie, póki co, się pysk nie wydłuża, goście ze stadniny z janowa nie przyjeżdżają oglądać, więc wcinam i nie żałuję sobie.
a daktyle to już w ogóle, zacznę kupować chyba na worki pięćdziesięcio kilogramowe,
straszne ilości idą u mnie, amazon zaczyna już wywrotką pod dom dowozić.
za to wszelkie inne słodkie, pogoniłem jak komornik ciągnik sąsiada,
więc pero pero, bilans musi wyjść na zero.
jest nawet chyba ciut na minusie, bo powoli systematycznie, dupsko waży coraz mniej,
jeszcze co prawda daleko do naszej szkapy, ale też i już nie galopujący hippotopan.
sam trening wszedł, jak pasztetowa weganowi, niby tak niechętnie po pierwszym gryzie, niby główkę zobrzydzeniem odwracamy, nosek zatykamy, niby to be, a co do czego - wpierdolona po całości razem z klipsem na metce.
u mnie było podobnie.
do tego naczytałem się tych mądrości o kotwicach psychologicznych i innych takich, swoją drogą, to ja już chyba do darknetu trafiłem, jak takie bzdury- fakt- nie celowo, czysty przypadek- ale czytałem.
jak raz janek wpadł na hankę, to też krzyczał potem, przypadek,przypadek, ale alimenta płacić musiał.
więc te kotwice se wymyśliłem, żeby się było czego trzymać, jak triatlonista jakiś prawie się poczułem, bohater roku normalnie i trzy, dwa jeden start i lecimy.
pierwsza myślę, rozpoznanie bojem po 4:07 więc coś ta kotwica za mocno w glebę się wgryzła, druga poprawiająca po 4:03 trzecia wyrównująca po 4:03 czwarta kluczowa po 4:02, piąta najtrudniejsza po 4:01 i szósta odpoczywająca po 4:01.
znaczy tak je nazwałem, nie że, te kółka takie były.
debilizm i tyle, przynajmniej dla mnie stwierdzam i tyle w temacie wymyślania kotwic.
wszystko bez żadnych problemów poszło, ciut ostatnią poczułem od polowy koła.
więcej mnie zmęczyło, to wypierdalanie kotwic za burtę każdego okrążenia, niż samo bieganie.
można by powiedzieć, że byłem bardziej z siebie zadowolony, niż przeciętny poseł nowoczesnej ze stanu swojego intelektu.
a brejki ze zrobiłem po dwie minuty w truchcie -zamiast po trzy, a co-na bogato.
najlepszy trening od wznowienia bloga.
kolejne treningi to już wolne bieganie przed parkrunem, ale okazało się, że parkruna nie budziet, nie dla mnie majonezy i chociaż jak to klasyk mawiał „pod pieczone kartofle dobry jest bimber” to nawet ogniska nie było. zresztą soli i tak zapomniałem.
my zaś jesteśmy już w czwartku, a jak jest czwartek to musi wiać. wieje, rano prawie 50km/h ale ja na szczęście muszę być w fabryce od rana, okazuje się, że szkolenia na nowe kilofy trzeba zaliczyć i dopasować nowy łańcuch na nogę. mus to mus, ale kurwa, żeby mnie zajebać do końca to nie dosyć, że w dzień wolny to 9-17, kto kurwa te godziny wymyślił, kto ja się pytam, kto ????
wracam styrany, noga ciężka bo nowe łańcuchy solidne, ale wiać leki przestało i wieje połowę z tego co rano.
do zrobienia 12 km w TM które, to jest moim docelowym TM, a nie obecnym oczywiście, więc póki co to raczej jest Tempo Run, mam to polecieć p 4:16 z zastrzeżeniem „weź poprawkę na górki.
poprawkę biorę, ale nic poza tym, tzn biorę do głowy, ale nie do nóg. biegnie mi się dziwnie, nie za ciężko na początku, ale tętno jakieś szarpane, ja jakiś szarpany, wszystko rozedrgane. staram się to uspokoić, wyrównać nie bardzo wychodzi, więc sam nie wiem jak wpadłem, na ten iście genialny pomysł, że jebać wiatr i nierówności i lecę swoje po 4:16.
jeden kilometr ciut wolniej, jeden ciut szybciej zależy jak teren, ale różnice nie sięgają dwóch trzech sekund a powinny z pięć siedem.
około 6 kilometra widzę, że będzie słabo, nic mi nie jest jeszcze, ale wiem, że będzie ciężko, że przestrzeliłem debil skończony z intensywnością, że te górki i wiatr jednak są i o ile wiatr co pętlę jest mniejszy, to górki jednak pozostają takie same.
dziwne zjawisko.
kółko ma 1.5 kilometra więc jeszcze dwa robię, tętno w międzyczasie dobija do 172 więc robi się już piękny threshold z tego i wiem, że właśnie guzik z napisem game over został dla mnie wciśnięty.
kilometr jeszcze bym dociągnął w tym tempie, ale kompletnie nie widzę w tym sensu, cały trening przewalony, ale bez tego pierwszego kroku bo chmury za daleko.
po treningu okazało się, że mam dużo zerowych punktów mocy na wykresie, więc sterydian coś miał niehalo z łączeniem się z garminem i nie liczył chwilami tempa ani odległości.
jakby pominąć te dziury to całość była po 4:14 a nie 4:16 jak pokazał z dziurami.
czyli tym bardziej za mocno.
kierownik napisał to samo, za mocno, wstrzymaj konie, nie każdy trening musi być lepszy i ma rację.
żeby jednak całkiem tak w samobiczowanie nie popaść, nie uważam, że trening przedmuchałem jak znany trębacz jazzowy niekoniecznie trąbkę.
mimo tego rozedrgania, starałem się to rozegrać równo, jakoś pilnować intensywności, taki taniec pingwina na szkle.
czekałem co się stanie na tej intensywności i kiedy no i doczekałem się.
teraz już wiem i tym razem jednak rury zawyły ze strachu przed dniem.
lub durnotą moją.
ale lepiej wyciągnąć wnioski niż sąsiadowi w tramwaju portfel w kieszeni.
tymże to sposobem dowiosłowalim my do piątku, i słowo kluczowe do dowiosłowalim, bo właśnie pogoda taka, iż śmiało można brać wiosła, siadać w pierwszej lepszej kałuży i gwarantuje, zabawy starczy na długo.
leje, wieje, i inne chuje.
przedreptałem prawie 20km w tym dziadostwie dzisiaj, w tempie bliskim konduktu żałobnego,
tak też się czułem jakbym zaraz na katafalk się wybierał.
tętno matuchno moja, skakało do 125 momentami,
stan przedzawałowy blisko, a do domu daleko.
Tak było,nic nie kłamię, nic a nic.
jutro trzeba by dorobić z 6 km i jak myślicie, jak to się skończy ?
To ja wam powiem tylko dwa słowa.
miekka faja.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: N, 25 sierpnia 2019, 22:32 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
fields of the nephilim.

jakbym był złośliwy to bym napisał, że staram się wpasować w trend i dziś bedzię blog jak 90% pozostałych.
czyli dwa zdania skrzyżowane z trzema liczbami szumnie nazwane blogiem treningowych.
almanachem chciałoby się rzec.
niestety padam na pysk, a jutro znów od rana do roboty i żeby zamknąć tydzień "blogowy" to szybciutkie podsumowanie.
poprawię się za tydzień jeżeli o ilość słów chodzi.
poniedziałek 4x2.4km/400m break.
standard, trening trudny ale bezproblemowy.
poszło po średnio 4:0 może po 3:59 bo garmin pokazywał swoje stryd swoje, i były jedno sekundowe różnice, ale to bez znaczenia. ostatnia w 3:57 więc jeszcze moc była.

czwartek 13 km TM w planach po 4;16 z uwzględnieniem górek, i zostały tym razem uwzględnione, ale wiało, wiało kurwa wiało.
pogoda w telefonie pokazywało koło 30km/h w porywach do 48śmiu bodajże.
wiatr oczywiście standard porywy w pysk, na najtrudniejszym odciunku "pod górę"
zatrzymywało mnie tam nawet do około 4:45-4;50/km
o ile początkowe tempo szło jakoś w granicach 4:17 to koło 6km adostałem dylematu, albo sznurek, albo kaszanka.
znaczy tempo nic nie rosło, a tętno i owszem.
stwierdziłem, bierę poprawkę na wiater i dłubię swoje na tętno.
tu naprawdę przydałby się ten nowy stryda na wiatr liczony.
żeby utrzymać tętno na około 164 musiałem zwalniać, chociaż widać było, że zjeżdżało w dół
po wzniesieniach, więc serducho napierdalało prawidłowo.
odbyło się to kosztem tempa
13km weszło w 4;24 na tętnie 164.
cóż, widziałem ostatnio fajnego latawca skrzynkowego, może się przerzucić myślę ?
plany startowe wykrystalizowane na pierwszą połowę 2020
15 marca, liverpool połowka /26 kwietnia blackpool calak.
i nie jest to droga do tokio.
raczej last exit for the lost.
przepraszam, za takiego ogryzka dziś, ale cóż raz w roku chyba można.
ps
oczywiście miekka faja jestem ja.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: Pt, 30 sierpnia 2019, 14:59 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
felieton, felieton.

ała,ała, tylko cztery treningi w tygodniu a ja się czuję, jak rozjechany przez walec i ubity przez młot pneumatyczny.
z drugiej strony, to ja się tak czuję zawsze więc jakoś specjalnie to różnicy nie robi.
tydzień po 3 dniach w pracy -orka non stop kolor 3 dni po 12 godzin, z założenia miał być tym najlżejszym.
przynajmniej jeżeli o kilometry chodzi, bo o o akcenty już niekoniecznie.
natłukłem tych kilometrów, jak przeciętny żul w tygodniu, co to po winko do GSu chodzi raptem 53 niecałe, ale za to miesiąc jak na mnie rekordowy od 5 lat- 290km.
jest progres, potęga i rozmach większy niż ma niejeden skurwysyn.
290 kilometrów potrzebnych do szczęścia jak w dupie koszula.
nie, że tam jakieś wątpliwości mnie naszły, w żadnym wypadku, w kierunku felietonów tez nie zmierzam, ten obszar zajęty już jest przez profesjonalistów, mistrzów pióra i patelni.
tak tylko mnie naszło, że ileż innych nikomu niepotrzebnych rzeczy, mógłbym robić w w tym czasie i jakby się tylko trochę przyłożył, to mógłbym jeszcze efektywniej obijać się cały dzień.
Jak to piszę, to od razu przypomniała mi się rozmowa w polskim radiu dawno, dawno temu, chyba rok 92 może 93 z jakimś geniuszem.
facet chciał zostać kimś, genialny umysł, ale tacy mają najgorzej i nic z tego zostania mu nie wychodziło.
postanowił więc zostać nikim, chlał, ćpał, prowadził życie kloszarda ale i tak na sam koniec wywiadu się skarżył, że kurwa nie wiedział, że aby zostać nikim, potrzebne jest tyle pieniędzy.
i co prawda to prawda.
wywiad był przerywany reklamami akumulatorów, leciało to jakoś tak, a-kuku-mulator, na zimę i na lato… po wysłuchaniu tej reklamy też chciałem zostać nikim, ale kasy wciąż brakuje.
została więc proza życia czyli bieganie, tu chociaż robię mam nadzieję, postępy w marnotrawieniu czasu.
baj de droga, czytając ostatnie felietony, też mam wrażenie, iż nie tylko ja słuchałem tego wywiadu i nie tylko ja postanowiłem zostać nikim, przynajmniej jeżeli o pisanie felietonów chodzi.
w uszach trzeszczy, w głowie huczy a oczy łzami rozpaczy się zalewają, jak się czyta te wywody.
staram się nie być za bardzo złośliwy w swoich wywodach, bo zdarzają się też całkiem niezłe,
ale koledze też się kiedyś zdarzyło, że piec złotych znalazł w trawie jak biegaliśmy i nic z tego dalej nie wynikło. może poza tym, że jak biegliśmy kolejny raz, to już trawę skosili.
ale wątpię czy był w tym jakiś łańcuch przyczynowo-skutkowy.
a felietony-czy wszystko musi być pisane jak krowie na rowie ? Jak dla debila ? ja wiem, że to w domyśle równa się jak dla mnie, ale jak mam wyleźć z tej jebanej skorupy niemożności intelektualnej, jak autor czy tam inna autorzyni, napierdala mnie łopatą mniemanologi stosowanej po łbie i jeszcze co chwila patrzy czy równo puchnie.
co dwa zdania znów, jeb w ten tępy łeb, prawdą objawioną między oczy, i dogląda co trzy przecinki, czy abym już na pewno ja pojął te wszystkie prawdy objawione, co to w takim pocie czoła przelewa na klawiaturę, że aż folie na nią musi zakładać ochronną, tak leci z tego wysiłku.
ja wiem, mi wszystko trzeba wytłumaczyć i powiedzieć, co mam myśleć,
jak ma żreć i jakiego bać się czarnego luda,
ale są granice wbijania cepem do łba, nawet mojego.
a wracając do biegania, czyli to tego, co nikogo już nie interesuje, dwa dni było w łeb.
ciężkie, że już bym chyba wolał jednak te felietony czytać, ale strach był, że się jakiś trafi dobry więc polazłem jednak na trening.
niepotrzebnie się okazuje, bo trafił
za to mnie się trafiła pogoda do biegania.
zamiast zrobić akcent środa piątek, zrobiłem wtorek czwartek.
idealnie wybrałem dwa dni kiedy to wiało w wuj.

jak ktoś będzie chciał sobie życie spierdolić, i potrzebuje kompletnie nietrafionych porad i pomysłów to zapraszam do siebie.
gorąco.

wtorek 3x3.2km /800m przerwy.
pierwsze powtórzenie za szybko, 3:57/km biegło się dobrze, jak na te warunki oczywiście, wiatr możebny nawet, ale i tak za szybko.
wiem, że nie jest to kółko zrobione na pałę, ale na wyczucie, niemniej kolejne już delikatnie zwalniam do 3:59 a i tak pod koniec czuję, że mnie stawia, może do poziomu a nie do pionu, bo wszystko pod kontrolą ale czuję, że zaraz czuć już przestanę.
I faktycznie trzecie już lekka rzeźba do 2.5 km jeszcze tempo się klei coś koło 4:01 ale już czuję, iż lekko będzie jak drwalowi na złomowisku, i się nie mylę w niczym.
ostatnie kilkaset metrów lekko pod wiatr, pod prąd, pod górkę i pod słońce.
dużo mnie te kilkaset metrów kosztowało, odpychałem się wiosłami już siła woli tylko, ale walczyłem do końca, tętno nie spadło a i tempo na ostatnich 100 metrach ewidentnie poszło do góry bez żadnego finiszu, po prostu skończyły się górki i wiatr.
ewidentnie zapłaciłem za za mocne otwarcie i dług przyszło spłacić szybko.
trzecie kółko zamknięte w 4:05, tragedii też nie ma, ale można to było inaczej rozegrać taktycznie.
ja winowat, ja-nikt inny.
środa piękna bezwietrzna, bo całość czekała na mnie na czwartek.
13km TM co u mnie wciąż równa się TempoRun.
wiało, prognoza i inny garmin pokazywali 44 km/h w porywach jeszcze więcej i te porywy i wiatr miałem centralnie w pysk, pod górkę zresztą jakieś 600 metrów z pętli 15 km potem boczny, ale już nie tak przeszkadzający. z górki w wiatrem tyle pomaga, jak wtedy, kiedy wieje w plecy, jak lecisz z przepaści.
pierwsze parę kilometrów z wyczuciem na delikatnie ale w granicach 4;17 wszystko szło, potem koło 6stego zacząłem się delikatnie kończyć i myślę, co do chuja znów ? Już ? postanowiłem się trzymać tętna do 164 – stryda już starego nie mam, nowy jeszcze nie przyszedł- więc cały ten tydzień bez mocy biegany- i tak na tym 160-164 lecę a o dziwo zaczyna być może nie lżej, ale tempo rośnie. Wiatr zresztą też. na 12stym kilometrze, już tak wiało, iż myślałem, że się będę po lusterkach samochodów przesuwał do przodu a i tak skończyłem w 4;11 ostatnio 13 już „spokojnie” w 4;13 a całość 4:15 na tętnie 163 czyli 85% max.
dziś raptem 6km żeby doklepać do 52 km jako że ten tydzień jak pisałem wypoczynkowy.
miłego felietonu.
a zapomniałbym
miekka faja, miekka faja, zyg zyg marcheweczka, miekka faja....

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli poganiał muchomorek żwirka
Nowy postNapisane: N, 8 września 2019, 07:50 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
parkrun, parkrun

jak tu nie narzekać, jak za oknem leje z małymi przerwami od dwóch tygodni,
albo miesięcy, być może nawet lat.
za to wiatr, ten to ma małe przerwy na niewianie.
w tych przerwach wtedy nie wieje, za to napierdala i duje,
jak w ostatnią środę, jakieś tam 89km/h w porywach.
Nie na treningu, już po, ale tak było.
brawo kurwa, brawo.
myśli, że jest wtedy bardziej męski czy jak ?
ale postaram się ie narzekać, co ma też swoje plusy bo skróci dzisiejszy wpis do jakichś 120 znaków.
poniedziałek wytyczne jak krowie na rowie, tempo napisane słownie, cztery zero nie szybciej.
hahaha ubawiła mnie ta wiara we mnie, jakie szybciej, żesz karwasza mać.
no ale nic, biorę cyfry na klatę i idę, oczywiście wieje, ale co tam, udaje że nie widzę.
2x5km na przerwach 1600 po słownie cztery zero nie szybciej.
pożegnałem się z dziećmi, ucałowałem koty i idę.
pierwsza piątka pod dużą kontrolą, ale nie lekko, oj nie lekko.
wiadomka, jakby było lekko to bym dwatrzypięć łamał a nie trzyzerozero.
truchtam te 1600metrów, ale po sześciuset widzę, że tempo się ustabilizowało i ni huhu spaść już nie chce poniżej 132 więc skracam męki do kilometra i zaiwaniam drugą piątkę.
wchodzi tak samo ciężko, ale stabilnie. Jedna i druga po około 4:03/04 ?
biegane na gpsa, bo stryda nie było, więc nie wiem, zakładam dla dobrego samopoczucia, że tak było.
reszta tygodnia tylko spokojne wleczonko.
wczoraj parkrun, na początku optymistycznie myślałem o 3:50/km ale już po chwili optymizm się skończył, jak renta emeryta.
jakiś taki nijaki byłem, nie wiem czy to robota treningowa wciąż idąca, czy tydzień jakiś taki poszarpany, ale generalnie byłem jak ta woda w wiśle - gówniany.
niemniej, skóry łatwo nie sprzedałem, ten parkrun jest specyficzny, 4 nawrotki o 180stopni, dwa 500 metrowe cholerne podbiegi, naprawdę dające po garach, poszarpana trasa, góra dół, chujnia z myjnią i patatajnią jeżeli o bicie rekordów chodzi.
NIE WIAŁO !!!!!!! naprawdę, warun wietrzny był idealny.
niemniej powalczyłem do końca, postawiło mnie trochę na ostatnim podbiegu ale zebrałem się i poleciałem 400 metrowy finisz luźno w trupa,jak piotruś krupa.
Uczucia mam mocno ambiwalntne, niby jestem zadowolony, ale czas kompletnie tego nie oddaje.
19:54 średnie tetno 169 -czyli tętno Thresholdu, max pod koniec 176 na moje 192 max.
ale byłem za to 9ty open i 1 w kategorii staruchów młodszych 45-50.
u nas parkruny duże było 490 osób
to ostatni start w młodzikach bo kolejne już będą w starszakach.
Dam foto swego ryja, bo wszędzie go wsadzić muszę, to i mnie zrobili.
dawid podsiadło co się wiózł za mną i próbował mnie pyknąć, nie dał rady, chociaż tyle mojego.
ps
NIE WIAŁO !!!!!!! naprawdę, warun wietrzny był idealny.
ps 2 zmieniłem tytuł bloga bo jakis taki infantylny.
zajebałem z kawałka the dead south, notabene świetnego.
Obrazek

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: bulbuliera czyli in hell i'll be in good company
Nowy postNapisane: Cz, 12 września 2019, 16:02 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 31 sierpnia 2001, 14:06
Posty: 4040
Lokalizacja: zzewszont
głupek, głupek

ja jak głupi był, tak i głupi został.
pewnie rzeczy się jednak nie zmieniają.
w końcu nowy stryd do mnie zawitał, ten co to ma wiatr pokazywać, czy też raczej doliczać go dodatkowo do mocy i pokazuje, a jakże.
co prawda już parkruna z nim poleciałem, ale zaraz po biegu musiałem lecieć do kamieniołomów, więc dopiero w poniedziałek była okazja żeby się przyjrzeć wykresom.
nowy niestety musi mieć od początku skalibrowane zakresy jako, że pokazuje je trochę wyżej niż poprzedni. już parkrun ustawił lekko nowe progi a wtorkowy trening uzupełnił całość.
właśnie, wtorkowy trening.
w poniedziałek wyskrobałem maila do kierownika z wątpliwościami, czy aby ja jednak nie biegam już za mocno po krawędzi. nie że kierownik pisze za mocne treningi, to nie, plan jak na moje bleszczate oko jest świetny jak na razie, tylko czy ja tego nie robię za mocno, bo miałem ostatnio wrażenie, iż mimo domykania wszystkiego to jakby było pól kroku za dużo, bez uwzględniania warunków wietrznych i drogowych.
bo parkrun, mimo że ciężki, że życiówka na nim, to jednak poszedł jakby ciut poniżej moich oczekiwań. więc trochę się pozastanawiałem czy to chwilowa niemoc, bo jednak to z ciężkiego treningu na specyficznej trasie, czy może jednak zacząłem się już kry chwytać, bo nawet lodu pod nogami już brak.
wniosków nie wysnuli my za dużo, oprócz oczywistego, że trzeba to mocno obserwować i że muszę brać specyfikę trasy/wiatru mocno pod uwagę.
do tego wtorkowe 2x5km Michał zamienił na 4x2.5 km czyli taka zamian stryjka można by powiedzieć a nawet napisać chciałoby się rzecz.
myślę polecę nad morze to będzie chociaż płasko.
płasko było i jak zwykle nawet za mocno nie wiało, grubo ponad 20 a raczej już pod 30 myślę.
co jak co ale w wiatrem, to my jak te łyse - nomen omen, konie się znamy.
wytyczne były jasne 4;0-4:05 z poprawką na warunki.
pierwsze 2500m pod wiatr, patrzę na moc i widzę, że jest za mocno, ale myślę sobie, jakoś idzie nawet nie najgorzej coś po 4:03 średnio chociaż końcówkę trochę się motam bo zwężenie przy promenadzie i ludzie się pałętają, pół miasta widzę nie pracuje, żesz w mordę,
ruch taki- jak na wyprzedaży w burdelu,
ale zamykam całość jeszcze bez problemu, niemniej już ciężko.
ale co tam nam, bohaterom treningów, nie będzie niemiec pluł nam w twarz i lecim drugi kawałek dalej pod wiatr, bo plan mam, ze na dwóch kolejnych już będę mocno podjechany, ale z tym wiatrem w plecy po 4:05 jakoś się to poleci do końca.
dobry plan.
fenomenalny bym powiedział nawet.
w planach ta ja jestem, the best of the best.
minąłem się z powołaniem, zdecydowanie.
przerwa pięćset metrowa mija dokładnie po 500 metrach, czary jakieś ale cóż los tak chciał widać.
kiedyś na początku lat 90 tych pracowałem w takiej firmie, gdzie był duży dział elektryków, i tak starszy fachowiec był pan Stanisław. Jak wybitny elektryk pan Stasiu sprawdziłby się też doskonale w PGNIGE bo był dodatkowo wybitnym gazownikiem.
ni kiedyś słyszę jak go szef opierdala, miałeś nie pić itd. dalej, znacie ta śpiewkę,
a Stanisław na to z godnością
-szefie, z przeznaczeniem nikt jeszcze nie wygrał.
wywalili, go z roboty w końcu, bo jakiś zawistnik z biurowca zadzwonił, że dwóch mechaników śpi na trawniku koło biurowca, i może nawet nie byłby to dziwny widok, ale jak raz był listopad i lało.
ludzie to jednak podły gatunek, tak wziąć i podpierdolić.
ja w każdym razie zapamiętałem lekcję- kismet jest kismet i wyżej dupy nie podskoczysz.
lecę więc drugie powtórzenie, i już na dzień dobry dostaje wiatrem w pysk, lepszym niż na pierwszym kole, bo kończy się zabudowa i już w wzdłóż szczerego morza lecę.
jak ten sztyrlic, dzięki nadludzkim umiejętnościom dociągam do 1700metrów, chociaż mimo wzrostu intensywności tempo spada do 4:15 nie daje rady szybciej postanawiam kończyć tą nierówną walkę z wiatrem i zawracam, kończę resztę już po około 4.0 całość 4:05.
pięknie to widać na wykresie, jak moc gwałtownie spada.
i tu cud kolejny się trafia, znów przerwa 500m ma 500m, chyba zacznę grać w totolotka.
łapię oddech bo siny jestem, jak pan heniek, kiedy zobaczył ostatni odcinek z wypłatą
i lecę trzecie koło.
równo, nic nie wieje, słoneczko grzeje, jak na wczasach, tylko ja jakiś taki mało wyraźny.
niemniej równiutko po 4:0 idzie tracę parę sekund na motaniu się z ludźmi koło wejścia na promenadę
liczę sobie każdy metr do końca i w końcu jest.
mogłem to zwolnić do 4:05 nawet do tych 4:08 ale chciałem zobaczyć jaka będzie średnia moc tego koła, żeby mieć już ją ustaloną.
co dalej braciszkowie myślę robić, co dalej ?
zwolnić i dociągnąć do końca, czy jednak lecieć od początku swoje.
ruszam widzę, że idzie po 4:0, ale za chwilę dostaję wiatrem odbitym w pysk i widzę, że fajnie już było i to dość dawno temu a teraz będzie tylko chujowo.
plan prosty lecę do momentu kiedy zacznę zdecydowanie tracić na tempie i kończę.
po pierwszym kilometrze widzę, że to już game over i kończę trening po tym onym w tempie 4:01.
skończyłem się jak piwo w lodówce, zdecydowanie za szybko.
niemniej myślę, że pomimo ewidentnego ze mocnego otwarcia trening nie był przewieziony, a trzecie koło pięknie mi średnią moc pokazało na takie bieganie.
garmin nawet podniósł Vomax o punkcik, a steryd moc krytyczną o 22 waty więc dość dużo.
wrzucam wykres, żeby było widać o czym tyle piszę, że białe wypełnienia to wiatr właśnie.
na wykresie jest moc do tętna.

Obrazek

w środę było wleczone, było mi bez różnicy po ile, za ile, w przód czy w tył, czy wieje czy pada, po prostu byłem zajebany na maksa.
Upodlony to chyba nawet lepsze słowo.
życia we mnie tyle było, jak w tej musze w bursztynie.
coś tam jakieś światełko się tliło.
ale słabo.
12km wleczonego.
jeszcze jak to piszę, to mi się na samo wspomnienie słabo robi.
i tak dojechaliśmy do apogeum, 14 km tempa.
ja już nie wiem, co mam pisać, chyba do ZBOWIDu się zapiszę bo mi się taki blog zaczyna robić kurwa kombatancki.
ciągle, źle słabo, chujowo, ale co ja poradzę, że tak właśnie mam.
też bym wolał napisać, te 14 poszło po 3:55, co prawda mogłem nawet trochę szybciej, ale jedna ręką malowałem obraz a w drugą, ziemniaki na zupę strugałem w międzyczasie, ale jestem zadowolony bo nawet kropli potu nie uroniłem i wcale nie musiałem krawat luzować jak biegłem, tylko od razu jeszcze te 20 machnąłem do roboty, tylko już wolniej o 5 sekund bo w nowych trzewikach byłem i nie chciałem ich zakurzyć za mocno.
no cóż to już może za rok, ale dzisiaj, no właśnie.
aż się prosi napisać cdn….
zamiast cpn nastał nam i czwartek, zrobił się jakoś tak niespodziewanie zaraz po środzie.
dziwne zjawisko nota bene.
już w środę wieczorem się grubo zastanawiałem, szczególnie na rolerze, biegać dziś planowany ciągły czy przekładać na piątek.
wszystko mnie napierdalało tak, że nawet harry z tybetu za dwie stówy by nie pomógł.
naciągnięte gdzieś ścięgno pod kolanem po rolowaniu trochę przestało boleć ale i tak jak wychodziłem na trening to płakałem jak niemiec po swoim samochodzie.
plan był taki, robię rozgrzewkę, boli odpuszczam, coś tam zmyślam kierownikowi, i może jutro to pobiegam a może muszę odpocząć, kcem ale nie mogę.
i tak dalej, wszystko tylko, żeby nie biegać.
udało się go zrealizować prawie w 100% szczególnie pierwszą część perfekcyjnie.
zrobiłem rozgrzewkę.
potem chwilę poszlochałem nad swoją niedolą i rura.
14 km TM. z przeliczenia mocy, wyszło, że powinienem biegać to po jakieś 299watt.
ustawiłem sobie ekran mocy i niech tam się dzieje co chce lecę tylko na moc.
tempa co kilometr się pokazują, ale ignoruje je.
nie dopuszczam do świadomości, że jest wolno.
tym bardziej, że o dziwo, kto by się spodziewał wieje.
biegnę ciut mocniej niż zakres pozwala, ale podmuchy wiatru się dokładają i czasem z 299 robi się gwałtownie 345 watt.
na prostej, przy tym samym tempie.
chwilami, sprawdzam tempo pod wiatr i żeby trzymać moc jako tako biegnę po 4:50.
mus to mus, nic nie przyspieszam, tym bardziej, że wiatr powoli coraz mocniejszy, tętno coraz wyższe a jak coraz bledszy.
nie był to trening na zajebanie, to na pewno nie, ale dość trudny a biorąc pod uwagę dwa poprzedzające dni tym bardziej lekko nie było.
windy.com pokazało 30km/h stałego - 50km/h w porywach. Tak mogło być.
całość wyszła w 4;24 na tętnie 161, ale niestety na dość już dużym dryfie,
końcówka szła pod 170 bmp.
305 watt średnia moc.
jak się zajebałem we wtorek na tych odcinkach, to trzecią dwóipółkilometrówkę, płaską i z wiatrem w plecy, biegłem w 4:0min/km na średniej mocy 309 watt.
wniosków nie będzie bo mi się klawiatura skończyła.
jutro zaraz po tym jak się wypłaczę nad swoją niedolą, idę jakiś wleczony dłuższy zrobić.
tak myślę o 700 metrach, chyba dam radę.
chciałem jeszcze coś o felietonach napisać, ale już mi się agresor włącza na samą myślę o nich.
znaczy testosteron wciąż w normie.

_________________
TV Strava
blog
koment


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 375 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 21, 22, 23, 24, 25

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 13 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL