Jarek (keiw) - Luźne wpisy

Moderator: infernal

Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

XIII Ćwierćmaraton Bielika

Obrazek

Jakiś czas temu Tomek @elektrod dał znać, że ruszają zapisy na "Bielika".
Nigdy tych zawodów nie biegłem, ale wiedziałem o nich i samą trasę zawodów znałem bardzo dobrze.
Kilka razy już wspominałem w swoim blogu o bieganiu na Szlaku Bielika.

Dałem znać Przemkowi i Monice. Szybka akcja i się wszyscy zapisaliśmy.
Jedna sprawa nie dotarła do nas od razu, że zawody są w sobotę o 10:30 :bum:
Monika jest koordynatorką naszego Parkrun i niestety zawody te z lekka kolidowały, ale finalnie temat został ogarnięty - znalazło się zastępstwo do koordynowania.
Zawody to "one way ticket" 😁 Biegnie się Szlakiem Bielika z miejscowości Siadło Dolne do Pargowa - ostatnia miejscowość przy samej granicy z Niemcami.
Od razu powiedziałem Przemkowi i Monice, że z Pargowa wrócimy do Siadła Dolnego biegiem, ale po odpoczynku w Pargowie. Tam był przewidziany piknik po zawodach. Później do tej propozycji dołączył się też Tomek.

Po Dębnie zrobiłem tylko kilka biegów spokojnych. Niestety, cały czas trzymają mnie zatoki.
Cholerstwo nie puszcza już ponad miesiąc. W środę idę na trzecią wizytę lekarską.
Nic nie pomaga, w tym leki antyhistaminowe. Ech .. :wrrwrr:

Starałem się za to, robić wszystkie biegi, jak było najbardziej ciepło, by łapać aklimatyzację.

We wtorek 21 maja poszedłem na stadion zrobić akcent.
Wcześniej zrobiłem 12 km spaceru, załatwiając sprawy. Garmin sugerował spokojną bazę, ja jednak ustawiłem sobie swoje interwały:
- 1600m T5 +
- 8x 400m T3 na przerwach 1 min.
Tej drugiej części nie planowałem robić na siłę. Postanowiłem skończyć, jak już będzie zbyt mocne rzeźbienie.
Skończyłem po 4x. :spoczko:
Zapewne na siłę bym jeszcze ze dwa razy zrobił, ale to już byłoby za dużo.
Patelnia i gorący wiatr. Trochę cienia tylko na krótkim prawym łuku bieżni.

Bieg był w nowych i tanich Asics Gel-Nimbus Lite 3.
Obrazek
Buty miękkie, wąskie i niestety nie na tę porę roku. Stopy mi się w nich gotowały. Będą do klepania km zimną porą roku.
Na żużlowym stadionie, przy szybszym tempie miałem wrażenie, że muszę więcej wkładać wysiłku, by mieć wybicie. Może to jednak była kwestia pogody i ogólnego zmęczenia.

Garmin wykrył próg:
Obrazek

W środę zapętliłem się na górce "Ale urwał". Zrobiłem spokojnie 10 km z ~260m przewyższeń.
Obrazek
Było oczywiście parno i duszno.
2 dni wcześniej, dół tej ulicy, gdzie zaczynałem podbiegi, tak wyglądał:
https://www.facebook.com/10006767241815 ... 5947333982

Do soboty już nie biegałem.
Auto musiałem zostawić w ASO. Na zawody postanowiłem pojechać rowerem.
Start był w Siadle Dolnym. Z domu mam tam 10 km.


Dzień zawodów - sobota 25 maja

W sobotę obudziłem się z dużym bólem głowy. W nocy budziłem się kilka razy przez zapchany nos.
Nie przesadzam z kroplami, więc się jakoś przemęczyłem do rana.
Musiałem wziąć tabletkę na ból głowy. Zjadłem dwie kanapki, wypiłem kawę.
Zabierałem kamizelkę biegową i dwie softflaski 0,5l. Do jednej nalałem wody, a do drugiej rozpuszczony Maurten.
Byłem z lekka zrezygnowany.
W ostatniej chwili zmieniłem zdanie. Postanowiłem potruchtać do Siadła Dolnego. Tam zakładałem, że zawody też przetruchtam. Odpoczniemy w Pargowie i w zależności jak się będę czuł, to zdecyduję, jak wrócić.
Była możliwość powrotu autobusem.
Żona była przekonana, że pojechałem rowerem :bum:
Przed samym wyjściem użyłem jeszcze Otrivin. Ze sobą zabrałem Muggę.

Z domu wybiegłem tuż przed 9.00.
Connect:
https://connect.garmin.com/modern/activity/15566409532
Truchtałem spokojnie a puls i tak miałem wysoki. Fakt, że teren był z lekka pofalowany.
W kamizelce Salomona, którą zabrałem, softflaski są dość nisko:
Obrazek
Bardziej by tam pasowały te z rurkami. By się napić, to musiałem mocno schylać głowę lub podnosić ręką flaszkę z kamizelką. Piszę o tym, bo będzie to miało większe znaczenie w czasie zawodów.
Na razie piłem samą wodę.

Po niecałej godzinie dotarłem na miejsce. Do startu było jeszcze pół godzinki.
Monika z Przemkiem i Tomek już byli na miejscu. Pierwszych zauważyłem chłopaków.
Obrazek
Uzupełniłem wodę w softflasce. Zjadłem tubkę owsianki Lubella.
Czas szybko zleciał. Ustawiliśmy się przed linią startu.
Obrazek

Trasę biegu obrazuje to nagranie:
https://www.youtube.com/watch?v=ugC-RG1M1KQ

Profil trasy:
Obrazek

O równej 10.30 ruszyliśmy.
Postanowiłem biec całość na samopoczucie, w ogóle nie patrzeć na zegarek. Tak też było do samego końca.
Jeszcze jedno sobie postanowiłem, że całość pokonam biegiem i nie przejdę do marszu, co wcale na tej trasie nie było takie oczywiste. Do tego samego namawiałem też Przemka :taktak:

Pierwszy kilometr jest po płaskim.
Średnie tempo wyszło 4:28. Biegłem tu dość luźno, chwilę jeszcze rozmawiałem z koleżanką Agatą.
Przemek był z przodu, a Tomek chyba tuż za mną.

Po tym kilometrze zaczynał się najgorszy podbieg.
Odcinek około 430m długości i ~53m wzniosu.
Kiedyś trenując tam podbiegi, nagrałem filmik:
https://youtu.be/ihUO2Zh4REE
Tu wpis: viewtopic.php?f=27&t=60447&p=1079779&hi ... a#p1079779

Całość pokonałem biegiem. Wyprzedziłem tu z 10 osób. Część odrobiła sobie później na zbiegu :bum:
Średnie tempo kilometra z tą górką to 5:15, GAP 4:07.
Jak ktoś tu przegnie, to później nogi robią się gumowe :hahaha:
Na górce był punkt z wodą. Nie skorzystałem, bo miałem swoją.

Teraz do miejscowości Moczyły zaczął się urokliwy odcinek około 2km ze spadkiem, aczkolwiek też był trochę pofalowany.
Częściowo widać to na foto Jarka Dulnego:
Obrazek

Załapaliśmy się tam wszyscy na zdjęcia. Jarek zapytał mnie, czy się nie pomyliłem, że biegnę taki krótki dystans :hejhej:

Przemek, a drugi w tle za nim to ja:
Obrazek
Obrazek
Tomek prowadził cały peleton :bum:
Obrazek
Monika:
Obrazek

Trzeci kilometr pośród tych pól zrobiłem w 4:15.
Dobiegliśmy do asfaltówki w Moczyłach (chyba tak się to odmienia :jatylko: )
Tu był kolejny wodopój. Złapałem kubek z wodą i polałem sobie głowę.

Teraz biegliśmy około 1300m asfaltem, z czego część też pod górę: odcinek 3,5-4,5km.
Obrazek
Świeciło już mocno słonko i wiatr wiał w pysk na tym podbiegu.

Czwarty kilometr minął na asfaltowym podbiegu w 4:33.

W końcu górka, z ładną panoramą, jest tam punkt widokowy. Znam to miejsce i o tym wiem, bo w czasie biegu, to się tego raczej nie zauważa.
https://maps.app.goo.gl/vRSg7m9BgCDAJ4EN6

Wiedziałem, że teraz będzie zbieg jeszcze kawałek asfaltem i skręcimy w las i będziemy lecieć w dół aż prawie do Odry Zachodniej.

Piąty kilometr minął jeszcze na asfalcie, przed skrętem w las. Tempo 4:41.

Na zakręcie był kolejny punkt z wodą.
Tu też polałem głowę.

Wbiegliśmy do lasu. Był odcinek z górki, ale była też straszna duchota. Trzeba było uważać na nierówności.
Niestety zaczął się najgorszy odcinek z robalami. Wszystko, co było w tym lesie nas atakowało :wrrwrr:
Przed startem nasmarowałem się Muggą. Pomaga ona na kleszcze i komary, ale nie na wściekłe muchy.
Spocony byłem już bardzo mocno, że zapewne wszystko i tak spłynęło.
Te robale musiały być strasznie wygłodzone. Chyba tam cały rok czekają na startujących w "Bieliku" :hahaha:

Gdzieś na tym odcinku postanowiłem się napić Maurten.
Schyliłem głowę do softflaski, zacisnąłem dzióbek i go niechcący wyciągnąłem.
Lepki Maurten zaczął się wylewać z flaski. Szybko wcisnąłem ustnik - tak się chyba to fachowo nazywa.
Wszystko się kleiło. Z drugiej flaski wylałem trochę wody i obmyłem ręce. Wrrrr :wrr:

Szósty kilometr zrobiony w 4:25.

Najniższy punkt biegu przypadał na około 6,5 km trasy. Byliśmy prawie na poziomie 0 m p.m.

W lesie były też banery informujące, ile zostało do mety. Foto zrobione na powrocie:
Obrazek

Zaczynał się pofalowany odcinek z powolnym wzniosem.
Siódmy km już był na 10 m n.p.m. i minął w 4:44.

Tu gdzieś ponownie postanowiłem się napić Maurten, bo czułem taką potrzebę. Miałem już w sumie sporo kilometrów w nogach.
Niestety przytrafiła się ta sama sytuacja. Wyrwałem ustnik :wrrwrr:
Chyba te softflaski są stare i już mocno wyrobione. Dodatkowo ta kamizelka biegowa nie ułatwia sprawy.
Wcisnąłem ponownie ustnik, ale byłem klejący w cholerę. Postanowiłem już tego nie ruszać, ale i tak tam za wiele nie zostało. Większość miałem na sobie :echech:

Pot plus słodkie - chyba to robale uwielbiają. Żałowałem, że nie mam długiego ogona. Opędzałem się, machając na okrągło rękoma.
Nie pamiętam już czy w tym lesie był jakiś punkt z wodą.

Ósmy km zrobiony tempem 4:48.
Tempa oczywiście teraz biorę z Connect, bo jak pisałem, w ogóle tego nie kontrolowałem.
Obrazek
(foto z powrotu)

Zaczynał się ciężki etap biegu: końcówka i to cały czas pod górę.
Ciągnęło się to już mozolnie: góra, dół i tak w kółko.
O "muchach Hitchcocka" nie wspomnę.
Minął w końcu dziewiąty km, zrobiony w 4:50.

Teraz oby dociągnąć do dziesiątego, pokonując drugi największy podbieg.
Tu już głowa musiała bardzo mocno pracować. Gorąc straszna, ale nie wiem, czy bucha z nieba, czy z moich płuc.
W końcu dobiegłem do asfaltówki na samej górce w Pargowie, gdzie równo odpikał dziesiąty kilometr w 5:27 i gdzie był punkt z wodą.

Wody już nie brałem, postanowiłem cisnąć do mety.
Z traka wiedziałem, że zostało około 800 m, które zrobiłem tempem 4:34.

Nie kontrolowałem czasu ani tempa. Wpadając na metę czułem się jakbym złamał 40 minut :hahaha:
Patrzę na zegar, a tam prawie 51 min - szok, niedowierzanie, tak wolno?? :szok: :bum:

Byłem mocno zmęczony, ale nie poskładało mnie. Nie musiałem nawet usiąść. Po metą widziałem siedzącego Przemka

Nie mam jeszcze fotki z mety, Przemek się załapał w migawce:
Obrazek
Edit:
Już jest:
Obrazek

Po chwili bieg ukończył Tomek i zrobiliśmy sobie wspólne foto:
Obrazek
Obrazek

Connect:
https://connect.garmin.com/modern/activity/15567908439

Okazało się, że z czasem 50:48 zająłem 25/149 miejsce open i byłem drugi w M50, tracąc do pierwszego 28s.
Wiem to z wyników. Nie znałem tam ludzi i nikogo specjalnie nie goniłem.

Przemek ukończył zawody z czasem 49:09, Tomek 52:06, a Monika 01:03:30.

Garmin wykrył mi ponownie próg:
Obrazek

Intensywność biegu była na takim pulsie, jakiego od lat nie miałem.
Zapewne spowodowane było to roztrenowaniem, chorobą, temperaturą i profilem trasy.
Jakim cudem to uciągnąłem, to nie wiem. Gdybym patrzył na zegarek, to zapewne bym zwolnił, widząc swój puls.
W listopadzie, gdzie dyszkę pobiegłem w 41:50, miałem średni puls 163 i max 174, a tu średni 169 i max 182 :szok:

Nie przepadam za pomidorówką, ale po biegu wciągnąłem aż dwie miseczki.
Obrazek

Tomek musiał się szybciej zebrać i wrócić solo. My odpoczywaliśmy dłużej.
Obrazek
Przemek smażył się cały czas na leżaczku, a ja z Moniką poszliśmy się przejść wzdłuż granicy.
Obrazek
Obrazek

Wróciliśmy akurat na losowanie nagród. Przemek już się mocno rumienił :bum:
Obrazek
Udało się wylosować jakieś gadżety i dwa zaproszenia na koncert:
Obrazek
Obrazek

Jakoś powkładałem, to co dostałem do kamizelki i po chwili ruszyliśmy spokojnie w drogę powrotną.
Obrazek

Pierwsze 12km truchtaliśmy spokojnie z Przemkiem i Moniką do Siadła Dolnego (odwrócona trasa zawodów).
Oczywiście musieliśmy ponownie pokonać odcinek leśny z robalami :wrrwrr:
Jak wybiegliśmy z lasu, to na szczęście się zachmurzyło i wiał fajny wiaterek. Odcinek asfaltowy był więc całkiem przyjemny.
Obrazek
Przed Siadłem zaczęło nawet trochę kropić. Tam Monika z Przemkiem zakończyli bieg. Mieli tu zaparkowane auto.
Ja czułem się dobrze i postanowiłem dobiec do domu.
Deszcz przestał padać i zrobiła się patelnia.
Solo biegłem już szybciej.

Connect:
https://connect.garmin.com/modern/activity/15574094730

Jak dobiegłem do domu, to wypiłem wszystko, to co miałem ze sobą. Lał się ze mnie pot.
W sumie, na raty, przebiegłem 42,32 km z ~480m przewyższeń.
Całość przebiegłem w świetnych Saucony Speed 3, które @Siedlak1975 nie pasują :bum:

Potraktowałem ten dzień jako trening pod ultra.

Jak wspominałem, w środę idę kolejny raz do lekarki i mam nadzieję, że w końcu dostanę coś, co mi pomoże z tymi zatokami. Chyba już bez antybiotyku się nie obejdzie.

Edit:
Dodam, że impreza jest bardzo fajna.
Jest rywalizacja na rowerach, bieg, kijki i nawet kajaki, ale oni to już oczywiście po Odrze :bum:
Na miejscu były też rywalizacje dla najmłodszych, plus piknik.
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

Statystyki za maj:
- bieganie 222 km
- spacery 194 km
- rower 29 km

Już było trochę lepiej z kilometrażem, niestety zatoki nie odpuszczały i po ponownej wizycie, we wtorek 28 maja, u mojej lekarki rodzinnej, dostałem antybiotyk.
Musiałem ponownie zrezygnować z biegania.

1 czerwca wybrałem się na Parkrun, który spokojnie przetruchtałem.

Kolejny bieg, na stadionie, zrobiłem 5 czerwca.
Kontrolne i spokojne 6,03 km tempem 6:03 :bum:
Obrazek

Czułem się jednak jakbym, biegł po akcencie.
Zapewne to odczucie wynikało z przyjmowania przez 10 dni antybiotyku.
Leki trochę pomogły, nie do końca czułem się dobrze.
Na razie postanowiłem nie wracać do lekarki, miałem już dość.

Kolejne wyjście było dopiero w sobotę 8 czerwca.
Spokojny bieg, ze wplecionym Parkrun. W sumie 13 km @5:47.
Obrazek
Obrazek

Wieczorem pojechaliśmy z żoną do Przecławia na koncert.
Ponad 6h spędzone w ruchu na nogach, gdzie nabiłem ponad 30 tys. kroków.
Zapomniałem bluzy, a po 22.00 zrobiło się zimno i trzeba było się mocno ruszać :hahaha:
Do domu wróciliśmy po północy.
Było super.
Obrazek

W niedzielę obudziłem się z mocnym bólem głowy. Prawdopodobnie od przebywania tyle godzin w sporym hałasie. Tabletka przeciwbólowa pomogła.
Zjadłem płatki owsiane, a na obiad zrobiłem zupę kalafiorową.
Po obiedzie ogarnęło mnie straszne zmęczenie i znużenie.
Na nic nie miałem ochoty. Jedynie położyć się do łóżka i zdrzemnąć.

Wiedziałem, że Przemek planował wypad do Puszczy Bukowej.
Zapytałem go na WhatsApp czy jedzie, a może już jest w trakcie?
Okazało się, że właśnie się zbiera i dodatkowo jedzie z Moniką.
Na przekór sobie postanowiłem dołączyć.

Przemek początkowo chciał przebiec dwie pętle PoYeba, czyli 32 km, choć w planie miał kros 22 km.
Ja zakładałem, że na spokojnie przebiegnę jedną pętlę i jak będzie słabo, to wrócę tramwajem, albo bym poczekał z Moniką.
Pierwsza pętla 16 km przebiegliśmy wspólnie, w trójkę, na spokojne. Biegło mi się bardzo źle. Zero energii, ból brzucha.
Obrazek

Zjadłem dwa antybatony.
Po około 13 km brzuch trochę odpuścił. Biegło mi się już lepiej.
Obrazek
Obrazek

Skończyliśmy pętle i na chwilę zapauzowaliśmy zegarki, by uzgodnić sprawy z Moniką.
Biedna zaliczyła niezłą glebę.
Ruszyliśmy z Przemkiem na kolejną pętlę.
Ja już czułem się całkiem dobrze, ale Przemek zaczął słabnąć. Nałożyły mu się treningi - oczekiwany efekt.
Postanowiliśmy skrócić trasę, tez ze względu na Monikę, by nie czekała na nas za długo.
Ogólnie uważam, że wyszło i tak nieźle.
Obrazek

Connect: https://connect.garmin.com/modern/activity/15828005797
Wideo: https://youtu.be/r6G8D88yIWU

10 czerwca w poniedziałek zrobiłem trening na schodach: czyli betonowanie łydek i pośladków :bum:
Obrazek

Było spokojnie, ale 20x i tak daje popalić.
Obrazek

We wtorek 14km BS, ale zapętlony na górce 14km @5:25 i 205 m przewyższeń.
Obrazek
Łydki pełne betonu, jednak jakoś to szło.

W czwartek wybiegłem z domu do Parku Kasprowicza, gdzie też chciałem pobiegać po górkach.
Będąc już prawie pod Szpinakowym Pałacem, zorientowałem się, że nie uruchomiłem w ogóle treningu w zegarku :bum:
Uruchomiłem rejestrowanie i zrobiłem 9 km, w tym 6 zbiegów, około 40s każdy.
Tym razem pod górki było spokojnie.
W sumie więc przebiegłem około 11 km.
Obrazek

Oprócz biegania, każdego dnia wpadało też całkiem sporo spacerów.
Obrazek

15 czerwiec - sobota
Tydzień wcześniej zgadałem się z Tomkiem @elektrod , że będzie biegł Parkrun na maksa.
Postanowiłem też tak pobiec, tym bardziej że również tak rozpisałem plan moim znajomym, którym pomagam z treningami.
Na Parkrun przyjechałem wcześniej. Zrobiłem obieg, sprawdzenie trasy i w tym czasie porządną rozgrzewkę: w sumie 5 km.
Po rozgrzewce dostałem zalecenie od Garmina: "Odpoczynek" :hahaha:
Obrazek

Nie wiedziałem za bardzo jak w obecnej sytuacji biec te 5km.
Sprawdziłem systemy i prognozy miałem na około 21 min:
Obrazek
Tak tez w sumie się czułem. Wiedziałem, że Tomek chce pobiec na około 20:30.
Postanowiłem zaryzykować i biec z nim. Przemek miał biec na złamanie 20 minut.
Na nogach miałem stare już Adidas Adizero Adios Pro 2, ale je lubię.

Wybiła 9:00 i ruszyliśmy.
Pierwszy kilometr biegłem za plecami Tomka.
Stryd mnie rżnął już od początku: wpływ karbonów i szybszego tempa, dodatkowo nie pilnowałem, by biec w miarę optymalnym torem. Trasę mamy oznaczoną co 100 m.
1 km odpikał mi kilka metrów szybciej, pokazując tempo 3:58. Realnie było zapewne w okolicy 4:00-4:02.
W sumie to byłem zdziwiony, że Tomek biegnie takim tempem. Ten kilometr jest pierwszy, ale też ma mały podbieg.
Zaczęliśmy kolejny kilometr. Trzymałem tempo, a na zbiegu nawet bardziej puściłem nogi. Teraz ja prowadziłem, a Tomek biegł za mną. Nie oglądałem się, więc nie wiedziałem, jak bardzo się trzyma.

Powoli zaczynałem dochodzić Przemka i gdzieś na drugim km go wyminąłem.
Byłem mocno skupiony, więc się nawet nie odzywałem. Tu już lag miałem większy, zegarek pokazał tempo odcinka 3:54. Zacząłem bardziej pilnować optymalnego toru biegu.

Trzeci kilometr jeszcze jakoś wszedł, już miałem z 70m różnicy do znacznika. Tempo niby 3:52.
Myślę, jednak, że wszystkie kilometry przebiegłem równo, w okolicy 4:00.

Czwarty to już mega walka z głową. Biegłem solo, ale blisko, przede mną, był "kolorowy" Anglik.
Obrazek

Na piątym to już nie pamiętam co się działo :bum:
Na sam koniec jeszcze trochę sił zostało, by docisnąć, a właściwie to odrobić chwile zwątpienia.
Czas na mecie 19:58.

Biorąc całokształt pod uwagę, to z wyniku byłem bardzo zadowolony.
Nie spodziewałem się, że to uciągnę.
Zaryzykowałem po pierwszym kilometrze, na zasadzie, że jak mnie zmiecie, to trudno.
Jednak jakoś to wytrzymałem, a puls podbiłem aż do 184 bpm - rekordowe wskazanie od kilku lat.
Pod tym względem przebiłem nawet Bieg Bielika

Za bardzo nie wiem, z czego to uciągnąłem. Kilometraż słaby, sporo przerw w bieganiu, szybkości nie robiłem.
Jedynie to górek nie omijałem, nawet na BR i BS. Było sporo spacerów, ale to raczej nie pomaga na piątkę :bum:
W tym roku to był mój najlepszy czas na 5 km, ale też chyba nie biegłem w 2024 r. żadnego Parkrun na maksa.

Swoją walkę opisał Tomek u siebie na blogu: viewtopic.php?f=27&t=57879&p=1090918#p1090918
Obrazek

Staram się robić treningi pod małe ultra w Lądku, więc zbieram górki, w jakim stopniu mogę.
Zatoki niestety ciągle mnie męczą. Są też inne problemy, ale nie ma co o nich tu wspominać.

Wybrałem się więc w niedzielę, na zmęczonych nogach, pobiegać po górce na Szlaku Bielika.
Zrobiłem tam 10 długich i wymagających podbiegów przy A6.
Podbieg ~450m długości i ~55m wzniosu.
Ani razu nie przeszedłem do marszu,
Po drugim powtórzeniu miałem szczerze dość.

Przekonywałem głowę za każdym razem, że jeszcze tylko jeden, aż zrobiłem 10x.
Pomagało wyprzedzanie pojawiających się tam co chwilę rowerzystów :taktak:

Po tym dodatkowo wpadł podbieg z drugiej strony A6, do Siadła Górnego.
Pętelka po pofalowanym terenie przez pola, później zbieg do Odry Zachodniej i powrót do Siadła Dolnego.
Orka niezła, bo ponad 550 m wzniosu przypada na dystansie 10 km, a całość to zakręcony i nierówny teren.
Niektórzy biegacze nie są w stanie tu raz podbiec :spoczko:
Zasilanie: jeden antybaton, 500ml wody i dwa połknięte robale :bum:

Connect: https://connect.garmin.com/modern/activity/15937336740
Obrazek

We wtorek miałem badania na onkologii, w tym z kontrastem.
Byłem mocno zmęczony i odpuściłem bieganie.
Pojechałem rowerem, więc chociaż wpadło około 20 km jazdy.
Wracając zapomniałem włączyć zegarek - zaczynam się niepokoić o siebie :lalala: :hahaha:

W środę 10 km biegu spokojnego @5:25 o dziwo na bardzo niskim pulsie 122 bpm i to na lekko pofalowanej pętli.
Obrazek
Puls bardzo niski, ale biegło mi się źle, bez polotu. Możliwe, że wpływał na to, wczoraj przyjęty kontrast.
Cholerne zatoki ciągle mnie męczą. Postanowiłem do soboty odpocząć, a w aptece kupić lek przeciwalergiczny.

W środę kupiłem:
Obrazek
Pierwszą tabletkę przyjąłem pod wieczór. Poszedłem spać i się przebudziłem po jakimś czasie (pełny pęcherz) i pierwszy raz od dawna oddychało mi się normalnie. Byłem w szoku. Stwierdziłem, że w końcu mam coś, co na mnie działa.
Położyłem się i zasnąłem. Obudziłem się nad ranem, nie mogąc nosem oddychać.
No niestety, widocznie pierwszym razem przebudziłem się dość szybko i jeszcze nos się nie zapchał.
Największy problem mam, jak leżę. Jak próbuję robić na leżąco ćwiczenia lub jak się położę spać, to nos się szybko zatyka.
Nic nie chce spływać, wszystko gdzieś sobie zalega.
Trzeba chyba spać na stojąco :ble:

Jutro już sobota i kolejny Nocny Poyeb, edycja letnia.
Z Opola przyjedzie Sławek, a z Danii Agnieszka z Pawłem. Tradycyjnie też ja i Przemek.
Wszyscy biegniemy 3 pętle, czyli ~48km.
Przyjedzie też druga Agnieszka z Markiem.
Monika i Marek biegną 2 pętle, a kolejna Agnieszka z założenia jedną, ale pracujemy nad nią, by dołożyła drugą :hahaha:
Cieszę się na samą myśl spotkania.

Poyeba traktuję czysto treningowo, pod 68 km w Lądku.
Nie można się na tych zawodach zajechać.
Długo się regeneruję i gdybym przedobrzył, to by mnie wykluczyło z treningów, a nie zostało już za wiele czasu.

Obrazek

W czerwcu do tej pory przebiegłem 114 km, spacerów mam 145 km :taktak:
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

Letni Nocny PoYeb 2024 - zawody górskie w Puszczy Bukowej - trzy pętle ~48km.

Obrazek

Wstęp:
W piątek wieczorem zrobiłem ćwiczenia, wykąpałem się i miałem zamiar odpoczywać i zbierać siły.
Okazało się, że Agnieszka z Pawłem dotarli już do Szczecina.
Szybka akcja, ubrałem się i poszedłem na spotkanie.
Wspólnie trochę pochodziliśmy, oni zjedli też posiłek.
Obrazek
Pociąg Sławka miał opóźnienie, więc Sławka z nami nie było.
Umówiliśmy się, że w sobotę rano, zabiorę chętnych na Parkrun.

Chętni byli wszyscy, czyli Aga, Paweł i Sławek 😁
Na miejscu był oczywiście Przemek z Moniką I Tomek.
Agnieszka, Przemek i ja biegliśmy całość spokojnie. Ledwo co sub30 zrobiłem 😎
Obrazek
Paweł zaszalał i zrobił życiówkę 19:20 :O

Odwiozłem ekipę pod hostel. Ponownie spotkaliśmy się około południa na kawie.
Start zawodów mieliśmy o 20:00, a wyjazd planowaliśmy o 18:30.
Było trochę czasu. Próbowałem się zdrzemnąć, ale leżałem tylko na czuwaniu i dałem sobie z tym spokój. Garmin jednak wykrył 12 min drzemki.
Na obiad zjadłem rosół z większą porcją makaronu, a później na szybszą kolację wpadła owsianka z malinową konfiturą.

Sprzęt:
Postawiłem na moje sprawdzone rozwiązania.
Ubiór: koszulka, spodenki, czapeczka z miękkim daszkiem (dobra pod czołówkę) i skarpetki od Attiq.
Bokserki Saxx Kinetic HD.
Buty: Topo Athletic Ultraventure 3.
Plecaczek biegowy Instinct Eklipse Trail Vest plus dwie softflaski 0,6 l, które zalałem rozpuszczonym Maurten drink mix 320.
Dodatkowo zabrałem: jedną saszetkę Maurten, dwa ich żele oraz owsiankę Lubella w tubce.
Mugga na komary, Otrivin na ratunek nosa i elektrolity HydroSalt.
Do auta wrzuciłem też kijki biegowe. Nie planowałem ich używać, ale w razie co wziąłem.

Przedstartowo:

Zgodnie z planem o 18:30 podjechałem pod hostel, gdzie zabierałem Sławka.
Agnieszka z Pawłem jechali swoim autem.
Na miejscu byli też już Agnieszka (siostra Pawła) z Markiem - oni biegli jedną pętlę - 16 km, ale pomimo późniejszego startu, jechali razem z nami.

Na Polanę Harcerską, gdzie się wszystko zaczynało i kręciło, dojechaliśmy około 19:00.
Odebraliśmy "pakiety startowe" - mocno słone, jak zawsze :hahaha:
Chętni kupowali jeszcze poyebane koszulki Attiq.

Tym razem kolega Bartek nie biegł PoYeba, ale również się pojawił, by się spotkać i pogadać.
Była szansa, że tym razem lina na trasie ocaleje (na jednej z wcześniejszych edycji, Bartek ją zerwał) 😁
Obrazek

Przyjechali Przemek z Moniką. Przemek, jak zawsze, startował na 48 km a Monika na dwie pętle - 32 km. Był to jej debiut na takim dystansie.
Rany treningowe z obiegu pętli Poyeba już zaleczyła i była gotowa na nowe :bum:
Obrazek

Czas szybko zleciał.
Paweł oszczędzał siły:
Obrazek
Bo plan miał taki:
Obrazek
🤣
Krótka odprawa i wspólne zdjęcie niewielu śmiałków na 3 pętle.
Obrazek
Obrazek
Tym razem zmian na trasie nie było. Jedna zmiana "kosmetyczna" była w stosunku do edycji zimowej. Wróciło wściekłe zejście w okolicy drogi Moszczenica. Bardzo niedobre dla mojego kręgosłupa :wrrwrr:
Tu by się lina bardziej przydała.

Pogoda sprzyjała. Była po prostu zayebista. Do południa padało, ale w czasie zawodów nic. Temperatura w czasie startu 20 st. a o drugiej w nocy około 15-16 st.

Ruszyliśmy powoli do miejsca startu, jest ono z 200-300m dalej od mety.
Od jakiegoś czasu wyciągnąłem i powoli jadłem owsiankę Lubella.
Obrazek
Obrazek

Pętla #1:
Tak jak wcześniej pisałem, planowałem biec spokojnie, bez zajezdni, by się szybko zregenerować i nie wykluczyć z dalszych treningów.
Cel ustawiłem 6h, czyli 2h na pętlę:
Obrazek
Postanowiłem pilnować się też na odcinkach biegowych, nie dociskać tam.

Ruszyliśmy.
Początek szutrem kilometr pod górę. Obstawialiśmy tyły.
Obrazek
Spokojnie, o czymś rozmawialiśmy.
Sławek od razu był w czołówce 😁
Przemek początkowo też się nas trzymał, ale chyba stwierdził, że zamulamy i przyśpieszył.
Obrazek
Z Agnieszką i Pawłem zamykaliśmy stawkę.
Obrazek
Zaczął się dłuższy odcinek biegowy, w końcówce trochę błotnisty.
Jeszcze biegliśmy razem z Agą i Pawłem.
Obrazek
Początek, więc w zasięgu wzroku byli też inni biegacze.

Po chwili zaczęło się krótkie pierwsze podejście, by oczywiście za chwilę z tej górki zbiec i ponownie na nią podejść 😁
Później był prawie kilometrowy odcinek, gdzie można było cisnąć. Odcinkami trzeba było tylko omijać błotko.
Obrazek
Jednak zgodnie z założeniami biegłem spokojnie.
Na końcu ostra nawrotka i tak samo długi podbieg zboczami górek w stronę czarnego szlaku.
Ten odcinek był najbardziej błotnisty. Z każdą pętlą coraz bardziej.
Nie było dramatu, ale wymagał miejscami większej uwagi i zwolnienia.
Odcinek czarnego szlaku lekko falował. W zasięgu wzroku miałem Sławka i Monikę w spódniczce.

Czarny szlak łączył się z niebieskim. Trzeba tu było uważać na sporą ilość korzeni w okolicy Głazu Grońskiego.
Na jednej z edycji się tu wyłożyłem.
Później był jeden z lepszych odcinków zbiegowych.
Nie przyśpieszałem za bardzo, ale też nie starałem się tu na siłę zamulać.
Po prostu nogi puściłem luźno.
Po chwili dogoniłem Sławka i Monikę.
Dalej biegłem i rozmawiałem ze Sławkiem.

Podchodząc pod górę, gdzie była lina, na szczycie widziałem Przemka i jeszcze jednego zawodnika.
Obrazek
Za nami był Paweł.
Obrazek
(zapocona przednia kamera).

Skandal! Okazało się, że organizatorzy nie przytwierdzili tym razem liny, do najbardziej ujowego drzewa w puszczy :spoczko:
Obrazek
Trudno :hahaha:

Zaczęliśmy schodzić z górki. Lina tu się przydaje, ale latem nie jest aż tak niezbędna 😉
Obrazek
Obrazek
Tu Paweł nas wyprzedził i tyle go widziałem :bum:
Obrazek

Powiedziałem Sławkowi, by biegł na spokojne swoje, nie patrzył na nikogo innego.
Biegliśmy dalej Chojnowską Drogą, z której odbijało się po około 600m w lewo, w kierunku Wzgórza Jelonek.
Sławek został już za mną.
Teraz było trochę podchodzenia i później bieg pofalowanymi połoninkami w kierunku Bukowca.
Miałem lapy co 5km i tu odpikał dziesiąty kilometr.
Trasę i tak znam na pamięć i w każdym miejscu jestem w stanie powiedzieć bez patrzenia na zegarek, jaki pokonałem dystans :bum:
Traka też nie wczytuję.
Wspomnę, że ta pętla przypadała jeszcze za dnia. Słonko powoli zachodziło.
Nieśmiało, miejscami przebijało się pomiędzy drzewami.
Puszcza mieniła się kolorami.
Kończyła się "łatwiejsza" część trasy :hahaha:
W okolicy Bukowca, skręt w lewo, tu ponownie trafiamy na czarny szlak.

Zbieg w dół, podejście i bieg górą w kierunku "wkurwigórki".
Oczywiści jeszcze zejście w dół z tych górek. Tu zimą na jednej z pętli jebłem i leciałem zboczem w dół.
Skręt w prawo i jest wkurwigórka. Tym razem, z jej drugiej strony, była impreza, połączona z grilowaniem.
Nie dość, że podejście wkur.wia, to jeszcze dymem wali 😁
Na foto to miejsce, zrobione wcześniej w czasie biegu z Przemkiem:
Obrazek

Dobra, pierwszy raz mam ją zaliczoną. Zbieg w dół, tu więcej dymu, bo obok wspomniana impreza.
Na dole jakiś kabel. Trzeba uważać. Zastanawiam się, czy to jakieś wojskowe ćwiczenia i "pekaelkę" rozciągnęli?
Dopóki nie opuszczę Drogi Dolinnej, to widzę ten kabel.
Za chwilę skręt w prawo i w lewo wspinanie pod górki.

Jak wcześniej pisałem, ta część trasy daje popalić, ale to jeszcze nie koniec.
Wdrapałem się na górę, kawałek górą i wspomniane, ostre zejście - zmieniony lekko odcinek, tzn. przywrócony, do tego co było, ale mocno wkurwiający.
Trafisz jakiś patyk pod butem lub szyszunię i lecisz w uj. Na szczęście błota teraz tu nie było :bum:
Udało się zejść drobnymi kroczkami bez wywrotki.
Zejść to mało powiedziane. Częściowo złapałem przeciążenie chyba z 10G, ale hydraulika wytrzymała.
Kręgosłup zdecydowanie powiedział "pier.l się" 🤣
Adam (współorganizator) ma szczęście, że go wtedy tu nie było, ale i tak mu powiedziałem co o nim myślę 😁

Teraz odcinek niezbyt równy, ale lekko w dół.
Blisko do końca pętli, jednak zostały dwie ciężkie górki - rozbite na dwa podejście na Sarnią Górę.
Kiedyś było tylko jedno, bezpośrednie podejście, ale ktoś poyebany wymyślił sobie, że będzie mocne podejście, zbieg w dół i ostatni wpier.dol, czyli wdrapywanie się na szutrówkę.
Pierwsza pętla, to moje myśli są jeszcze w miarę przyzwoite.
Chyba gdzieś tu zacząłem doganiać jednego z biegaczy:
Obrazek
(foto z ostatniej pętli)

Uff. W końcu szutrówka i kilometrowy zbieg "do bazy".
O dziwo nikogo wracającego na kolejną pętlę nie spotkałem na tym zbiegu.
Cisza i spokój.
Na dole jeszcze trzeba obiec Polanę Harcerską, pętla około 400m, dołożona w którejś z edycji, z małym podbiegiem na początku i pod sam jej koniec, tuż przed metą. Tu też trzeba uważać na wystające korzenie.

"Pani Lotny Chip" zapisuje mi czas 1:47.
Trochę szybciej niż planowałem, ale ta pętla jest krótsza - przesunięte miejsce startu, nie obejmuje punktu żywieniowego, no i jest pierwsza.

Na punkcie spotkałem Przemka, ale za chwilę uciekł 😁
Obrazek

Tu wideo, ja w samej jego końcówce:
https://www.facebook.com/10006805821079 ... 6018206277
Jest też tu Paweł - po minucie nagrania.

Na punkcie uzupełniłem płyny. Maurten już sobie wcześniej wsypałem w jedną z softlasek. Zalałem ją wodą. W drugą zrobiłem miks coli i wody.
Tu był mały błąd. Poprosiłem Adama, by mi nalał coli i nie zwróciłem uwagi, ale wlał mi jakąś Kofola. Poznałem dopiero po smaku w czasie biegu, że to coś innego.
Wziąłem kilka kawałków arbuza i ruszyłem w drogę, w myśl zasady, że lepiej iść i jeść, niż stać na punkcie i tracić czas.
Łyknąłem też HydroSalt. W czasie biegu zapomniałem.
Na głowę założyłem czołówkę.

Pętla #2:

Dłużej opisałem pętlę pierwszą, teraz będzie już krócej.
Zbliżała się godzina 22.00, więc za chwilę startowali zawodnicy na jedną pętlę.
Fotek nie robiłem.
Szutrem biegłem jeszcze bez zapalonej czołówki.
Tu mijałem się ze Sławkiem, później z Agnieszką.
Na górze wbiegałem już w las i zapaliłem światełko.
Zaliczyłem pierwszą jedynkę, sporo piłem i już było ciśnienie na pęcherz.

Ta pętla nie jest łatwa dla głowy. Ostatnia wiadomo, że jest najtrudniejsza, ale psychicznie już wiesz, że wszystko, to co biegniesz, to już "nigdy więcej".

Robiłem po prostu swoje. Biegłem, gdzie trzeba, to podchodziłem. Piłem systematycznie i zorientowałem się, że mam jakąś "dziwną colę".
Postanowiłem zostawić ją na koniec i pić tylko Maurten.
Teraz już było bardziej ślisko na błotku.
Drugi raz Głaz Grońskiego i zrobiony półmaraton. Jeszcze 3 km i będzie połowa zawodów.
Gdzieś tu minęło mnie kilku zawodników z jednej pętli, ale tylko ze 3-4 osoby.
Górka z liną poszła szybko.
Ciągle biegłem sam.
Kolejny raz podejście przy Wzgórzu Jelonek. Tam na połoninkach zacząłem zbliżać się do jakiegoś zawodnika.
Okazało się, że był to Przemek. Zegarek odpikał piąty lap, czyli dogoniłem go na 25 km.
Zwolnił, ale nie wyglądał źle. Pierwszy raz był też tak długo przede mną.
Chwila pogaduch i biegłem dalej sam.
Od jakiegoś czasu już mnie dopadła moja przypadłość z plecami. Tu chwilowo też mnie jebło. Technikę postępowania miałem już opanowaną z B7S: stopklatka, odpuszcza, garbik i napieramy.

Okolice Bukowca, skręt w lewo, zbieg w dół i tu na podejściu dogoniłem kolejnego zawodnika Sławka - wterana Poyeba, jak i my 😁
Napierał, pomagając sobie kijami.
Obrazek
Ja swoich nie wyciągnąłem z auta i postanowiłem do końca ich nie brać.
Po chwili już ponownie byłem przy wkurwigórce.
Impreza już rozkręcona na całego. Dymu jeszcze więcej.
W głowie szukam myśli, które ukoją te pieprzone podejścia, ale czemu wpadają mi tylko same przekleństwa? Nie wiem 😁
Dobra jest kabel. Wiem, że to nie zwidy. Był i poprzednio.

Blisko do bazy, ale trzeba przetrwać jeszcze najtrudniejsze miejsca.
Wspinanie, trochę oddechu i to cholerne zejście.
No jak mnie tu zassało. Tam na dole chyba zakopali jakiś elektromagnes.
Adam to uj, wszystko możliwe 🤣
Hamulce wytrzymały, ale połowę leciałem z nadświetlną. Bańka warp nie pekła.
Lecę w dół, już nie patrzę, że tam miejscami jest błoto.
Teraz K2 później Everest - odcieło mi tlen, ale jest szutrówka.
Od jakiegoś czasu piję tę lewoskrętną colę. Na górze wyssałem z softflaski nawet powietrze.
Zaczynam zbieg do bazy i spotykam Monikę, żonę Przemka. Leci na swoją drugą pętlę. Jest pod górę, a ona biegnie. Jestem pod wrażeniem.
Obrazek
(foto z jej pierwszej pętli)
Dodaję jej otuchy, choć nie wiem, co usłyszała 😄

Gdzieś w połowie odcinka spotykam biegnącego już trzecią pętlę Arka - poznaję po brodzie oświetlonej czołówką :bum:
Obiegam polanę.
Czas pętli 1:57.
Jest dobrze.


Ja ledwo żyję, a tu przy ognisku sobie imprezują.
Nienawidzę tego miejsca :hahaha:
Obrazek
Obrazek

Nie chcę na to patrzeć, trzeba tankować i spierd.lać.
Uzupełniam picie. Teraz już uważam, by nalać sobie oryginalnej coli.
Mieszam ją w połowie z wodą. Drugą zalewam samą wodą. Już nie rozrabiam proszku. Stwierdziłem, że w razie co mam dwa żele, ale zakładam, że cola wystarczy.
Adam mówi, że jestem czwarty, a trzeci niedawno wybiegł i mam gonić.
Powiedziałem, że biegnę swoje, nie taki mam plan. Pomyślałem, że mówi o Arku, którego mijałem. Między nami był jednak już z dobry kilometr różnicy.
Biorę ponownie kilka kawałków arbuza, do kieszeni schowałem też jedną krówkę (później o niej zapomniałem) i ruszam na ostatnią pętlę.

Pętla #3:
Zjadam arbuzy i staram się biec pod górę. Nagle zaczyna mnie mega boleć brzuch.
Przed zawodami łyknąłem No-spę. Przestała działać? Przypomniałem sobie o tej Kofoli. Zapewne to jest przyczyną problemów.
Zwalniam, ale staram się truchtać. W połowie spotykam Przemka, gdzieś z 400-500m za nim Sławka, który krzyczy bym jego rzeczy z auta, oddał znajomym.
Odpowiadam, że niech się nie martwi, bo będę czekał.
Obrazek

Na górze tak mi spina brzuch, że muszę chwilę przejść do marszu.
Trochę podobna sytuacja jak była w Dębnie.
Zauważyłem, że softflaska z colą napuchła jak Barbapapa. Za dużo gazu, upuszczam.
Zaczynam zbiegać. Brzuch za bardzo nie pozwala. No masakra.
Nie chce mi się za bardzo sikać, ale postanawiam maksymalnie zluzować pęcherz. Wyciskam, to co się da.
Rozwiązuję też całkowicie sznurek w spodenkach Attiq i je wraz z Saxx wywijam częściowo na lewą stronę i opuszczam, by mieć jak najmniejszy nacisk na brzuch.
Na szczęście tym razem pasa nie zabrałem.
Przypomniało mi się, że mam nagazowaną Colę. Wypijam od razu z połowę.
Może pomoże, albo mnie całkiem poskłada.
Zaczynam biec.
Trochę to trwało, ale z każdym kilometrem, z brzuchem było lepiej.

Trzeci już raz dobiegam do Głazu Grońskiego. Jest chyba około 1 w nocy, a na głazie siedzi jakiś gość i jara jointa.
W ręku trzyma telefon i dziwnie go obraca. Chyba ogląda Avatara w 3D 🤣
Nie wiem już, czy ze mną jest tak źle, czy to realne?

Przed trawiastą polaną przecinają mi trasę dziki. Trochę się wystraszyłem, ale przebiegły bez zatrzymywania się i na szczęście zauważyłem je z wyprzedzeniem, więc serce wytrzymało 😎

Zajmuję głowę różnymi myślami. Zastanawiam się kiedy dogonię Monikę.
Miała z 2 km przewagi, ale jeszcze takiego dystansu i tym bardziej na takiej trasie nigdy nie pokonała.
Dogoniłem ją przy podejściu na górkę z liną. Będąc za nią, krzyczę, ale nie odpowiada.
Chwilowo zwątpiłem, czy to ona. Mogłem dogonić inną zawodniczkę.
Jednak po chwili się odwraca i odpowiada.
Trochę słów dla otuchy. Da radę, zostało jej i mi, już tylko 8 km.
Najbardziej poyebane, ale też ostatnie :bum:
Zbiegam szybko po linie, Monika zostaje sama.

Po chwili górki i połoninki.
Przez las, w stronę Bukowca przebija się wielki księżyc (pełnia, albo prawie pełnia).
Jest niesamowicie pięknie.
W świetle czołówki biegnie przede mną myszka.
Łapię jakieś flow, zwracam uwagę na przyrodę. Cisza i spokój.
Zbliżam się ostatni raz do wkurwigórki, ale już nie czuję dymu i nie słyszę hałasu.
Wdrapuję się tam ostatni raz, ciężko ale to ku.wa ostatni raz!
Na dole światełko, myślałem, że to imprezowicze.
Zbiegam na okablowaną drogę. Tu niespodzianka: rozbite butelki i widać wylaną zawartość. Ktoś poniósł stratę 🤷‍♂️

Wiem, co mnie czeka, ale niesie mnie już bliskość mety i mam wszystko w dupie.
Wdrapuję się na kolejną górkę, za chwilę ten wkurzający zbieg. Bardzo uważam, mam nawet myśli, by go pokonać po staremu, łagodniej :bum:
Nie będę jednak miękiszonem. Daję radę, chyba Adam wyłączył elektromagnes. To ten kabel ciągnął do niego?

Biegnę w kierunku ostatnich gór.
Jedna pokonana, zbieg w dół i ukryty fotograf robi mi zdjęcie, jak podchodzę metodą "na Kiljana" na Sarnią Górę:
Obrazek
Koniec tych yebanych górek! Szutrówka i zbieg do mety.
Puszczam nogi luźno. Ten kilometr biegnę w okolicy tempa @4:50.
Od razu dam z całości najlepsze odcinki z Runalyze:
Obrazek

Obiegam polanę i wpadam na metę.
Ta pętla w 2:02.
Trochę straty przez początkową walkę z brzuchem.
Jest ognisko. Jak ja kocham to miejsce. Pisałem coś innego? :hahaha:

Obrazek
Wynik końcowy złapany przez "chip" 5:47:03


Obrazek

Załapałem się na dekorację najlepszej trójki:
Obrazek
Byłem przekonany, że Paweł był drugi.
Zmyliło mnie to, że kończąc trzecią pętlę, widziałem Arka, a nie Pawła.
Paweł ukończył zawody z czasem 5:44:29 i to o nim mi Adam zapewne mówił.
Paweł też powiedział, że widział mnie na wkurwigórce i to go zmotywowało, by docisnąć 😁
Tzn. on wtedy nie wiedział, że to byłem ja, widział tylko czołówkę. Ja wtedy też widziałem światełko, ale bardziej pomyślałem, jak wspominałem, że to imprezowicze, bo przez długi czas na trasie nie widziałem, żadnych świateł.
Obrazek

Wyszło dobrze. Swoje założenia zrealizowałem w 100%.
Wcześniej treningowo, w krótkim czasie, dowalałem sobie górek.
Przyniosło to dobry efekt, ale też nie było lekkości.
W zeszłym, letnim sezonie, też biegłem na luzie i wtedy ukończyłem całość w 5:17:03. Wtedy trasa była około kilometra krótsza, mała różnica spowodowana wiatrołomami.
Forma jest słabsza, ale teraz w Lądku biegnę 68km, więc i tak mnie, to dobrze nastawia.
Relacja z zeszłego roku: viewtopic.php?f=27&t=60447&p=1080245#p1080245
Czułem się dobrze, od razu wypiłem piwko bezalkoholowe. Przebrałem się w cieplejsze ubrania i zjadłem ciepły posiłek, w oczekiwaniu na kolejnych naszych znajomych.
Obrazek

Paweł dowalił nieźle. Zrobił życiówkę na Parkrun a tydzień wcześniej u siebie przebiegł na zawodach 45 km :taktak:
Przemek poprawił się też znacznie w stosunku do zeszłego roku.
Teraz ukończył zawody z czasem 6:21:45. Sławek miał czas 6:38:13.
Agnieszka na ostatniej pętli trochę zabłądziła i straciła kilka cennych minut.
Skończyła zawody z czasem 7:03:41 jako trzecia kobieta.
Obrazek

Monika bieg na dwóch pętlach również ukończyła jako trzecia kobieta i zgarnęła cenne nagrody, a najbardziej to cenne, kolejne doświadczenie 😁
Obrazek

Agnieszka z Markiem ukończyli jedną pętlę, gdzie znacznie poprawili swoje czasy z edycji zimowej.
Obrazek

Zawody na Connect:
Obrazek
https://connect.garmin.com/modern/activity/16047116689

Obrazek
Dwa razy na punktach spędziłem mało czasu. Za każdym razem maks około minuty.

Organizatorzy jak zawsze spisali się na medal. Trasa oznakowana bardzo dobrze. Nocą widoczna (oczojebna) jeszcze lepiej niż za dnia.
Punkt odżywczy miał, to co trzeba. Na każdej pętli dobre słowa i wsparcie.
Na mecie dobre, swojskie jedzonko i kraftowe piwko.

Jak zwykle szkoda, że ciągle jest mało chętnych zmierzyć się z tym wyzwaniem.
Dzięki temu impreza ma mocno kameralną atmosferę, wręcz rodzinną 😉
Szczerze zapraszam do udziału w kolejnym sezonie.

Obrazek

Dziś czuję się mięśniowo dobrze. Rano zrobiłem 6,8 km biegu regeneracyjnego.
O to chodziło, by się nie wykluczyć z treningów.
Jedyny minus, to mam bardziej zawalone zatoki :wrr:

Edit:
Fotki od naszych fotografów:
https://www.facebook.com/profile.php?id=100080331086045
https://www.facebook.com/ErykWitekFotografia
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

Niestety, ale po PoYebie problem z zatokami się spotęgował.
Kolejny raz musiałem iść do lekarza.
Dostałem ponownie antybiotyk, tym razem aż na 2 tygodnie i to 3x dziennie.
Obrazek
Lekarka uprzedziła mnie, że będę miał perturbacje jelitowo-żołądkowe.
Uzgodniłem z nią, że będę mógł biegać, ale oczywiście wiedziałem, że będzie słabo. Miałem obserwować jak będzie reagował organizm i się dostosowywać.
Oprócz antybiotyku rozwalał mnie też Respero Myrtol.
Czułem się po tym, jakbym zjadał mydło, które mi chciało wyjść z powrotem.
Krople do nosa są sterydowe i nie przeczyszczały nosa, ale wpływały na gojenie ran i polipów. Z czasem je doceniłem.

2 lipca, jeszcze zanim przyjąłem pierwszy antybiotyk, to wspólnie z Tomkiem [mention]elektrod[/mention] zrobiłem ostatni akcent na stadionie:
9x500m @3:50 na przerwach 2min:
Obrazek
Obrazek

Na szczęście zacząłem już fazę taperingu. Wystarczyło zwolnić i już zmniejszać kilometraż. Postanowiłem jednak nie odpuszczać górek i co się da, to robić na takim terenie.

3 lipca pojechałem do Puszczy Bukowej i zrobiłem pętelkę PoYeba, ale w odwrotnym kierunku.
Obrazek
Po burzach na trasie było sporo wiatrołomów:
Obrazek
Biegło się jeszcze dobrze, bo antybiotyk dopiero co zacząłem przyjmować.

6 lipca w sobotę na początek spokojnie przebiegłem Parkrun, wraz z obiegiem trasy, zrobiony wspólnie z Tomkiem, wpadło ~8,6km.
Bezpośrednio po tym wziąłem udział w biegu charytatywnym "Mam Marzenie 10. RAZ 25h RUN", gdzie przebiegłem ~30,6km.
Obrazek
Obrazek
Biegło się już kiepsko, antybiotyki swoje robiły Obrazek
To był już ostatni long.

Kolejne dni to kilka BS, które starałem się biegać w największym upale.
Szło to bardzo topornie.
Obrazek
W brzuchu działy się rewolucje Obrazek

10 lipca, w środę, ponownie wybrałem się do puszczy, by przebiec pętelkę PoYeba.
Pokonała mnie jednak temperatura, zdrowie i błędy: nie zabrałem Muggi i nic do zjedzenia. Zrobiłem około 11 km z pętli PoYeba. Temperatura rosła z każdą minutą. Było gorąco, a ja zacząłem dostawać dreszcze. Odpuściłem najgorsze górki i zacząłem biec w kierunku Polany Harcerskiej. Chciałem już iść, ale byłbym zasymilowany przez las. Atakowało mnie tam wszystko, a pot lał się litrami. Ze sobą miałem tylko 0,6 l wody. Tak się nagrzała, że ciężko to było pić. W końcówce zmusiłem się, by dokręcić czternasty kilometr.
Obrazek
Obrazek

W sobotę 13 lipca pobiegłem na Parkrun z domu, by zrobić dłuższy BS.
Obrazek
O dziwo biegło mi się całkiem dobrze, choć dzień wcześniej było bardzo słabo.

W niedzielę przyjmowałem ostatni antybiotyk.
Czułem się już okropnie. Dodatkowo zacząłem mieć straszne bóle głowy i problemy skórne: jakieś wysypki, pełno syfków, jak u dojrzewającego nastolatka Obrazek

Do Lądka miałem zaplanowany wyjazd w środę. Sławek napisał mi, że chce pojechać dzień szybciej: we wtorek.
Nie zareagowałem na tę informację, chyba przez samopoczucie.
Noc z niedzieli na poniedziałek była ciężka.
Czułem, jak mi pęka głowa. Sen był przerywany, w końcu o 4 rano przyjąłem pierwszą tabletkę na ból głowy.
Nie mogłem ponownie zasnąć i wtedy zacząłem myśleć o tym co powiedział Sławek. Stwierdziłem, że może też bym przyjechał we wtorek.
Miałbym więcej czasu, by odpocząć po podróży?
Ponownie zasnąłem, ale niestety, jak się obudziłem, to głowa napieprzała nadal. Musiałem łyknąć kolejną tabletkę.
Powiedziałem Sławkowi, że też będę we wtorek, jak się nic nie zmieni.
W poniedziałek miałem jeszcze wizytę lekarską i u mojej fizjo.
Leki trochę pomogły, ale niestety potrafiło mnie nadal przytykać.
Lekarka powiedziała, że na razie nic nie zmieniamy, bo antybiotyki jeszcze będą swoje robiły przez kolejne 3-4 tygodnie.

Po wizycie lekarskiej zrobiłem krótki bieg z ośmioma przebieżkami:
Obrazek
Tablety już działały, ale czułem się bardzo źle.
Na zachętę dostałem 45h regeneracji Obrazek
Obrazek
To już była końcówka krótkiej drogi treningowej pod ultra.
Na środę, już w Lądku, planowałem jeszcze jeden bieg regeneracyjny.
Obrazek

Każdego roku mam nadzieję, że kolejnym razem będzie lepiej. Jednak ciągle jest pod górę. Zawsze są jakieś perturbacje. Młodszym się już niestety nie jest.
Przestałem już liczyć, że za rok zmieni się coś na lepsze Obrazek
Na szczęście do tej pory jakoś to mnie nie zniechęcało, wręcz przeciwnie.
Starałem się wpasować w sytuację, dostosować swoje treningi i robić co się da.

Jakiś czas temu, w wątku F7 była dyskusja o wskaźnikach Garmina "Ocena wytrzymałości" i "Ocena formy na podbiegach".
[mention]duzymis2[/mention] stwierdził, że te wskaźniki nie są nic warte.
Ja się z tym zupełnie nie zgadzam:
viewtopic.php?f=75&t=62248&p=1090544&hi ... a#p1090544
Rok temu przed ultra, jak i teraz robiłem wszystko, by budować wytrzymałość i formę na podbiegach.
Tu moje bieżące wykresy:
Obrazek Obrazek
Czułem, że robię w tym kierunku dobrą robotę i te wykresy to też potwierdzały.
Rok temu, przed 240km, miałem te wskaźniki jeszcze wyżej i wynik na mecie potwierdził, że dobrze prowadziłem swoje treningi. Nie klepałem pustych kilometrów. Teraz zasadniczo było podobnie, choć zdrowie na mniej pozwalało.

W poniedziałek wieczorem jeszcze zaliczyłem fizjoterapię. Czułem, że jestem pospinany. Przez zawirowania z jelitami po antybiotyku oraz bóle głowy, nie mogłem porządnie robić ćwiczeń i rolowania.
Fizjo co mogła, to ogarnęła.

Do Lądka postanowiłem zabrać matę do ćwiczeń, twardy roller, masażer grzybek i mały pistolet do masażu. Oczywiście w razie "W", co okazało się słuszną decyzją.
We wtorek nastawiłem budzik na 5 rano. Chciałem się szybko ogarnąć i ruszyć w trasę. Niestety, powtórzyła się sytuacja z bólem głowy. Ponownie gdzieś o 4 rano musiałem łyknąć Saridon.
Wyłączyłem budzik, bo w tym stanie i tak bym nie dał rady jechać.
Starałem się zasnąć. Z godzinę walczyłem, ale w końcu się udało.
Wstałem rozbity, ale tym razem jedna tabletka zadziałała.
Około 10.00 ruszyłem w trasę.

Do Lądka dotarłem prawie równo ze Sławkiem, trochę przed 16.00.
Zabrałem Sławka z przystanku PKS, zrobiliśmy zakupy, pojechaliśmy do willi, gdzie mieliśmy noclegi. Wypakowaliśmy rzeczy i poszliśmy przejść się na Trojak.
Wpadło 11km wędrówki.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Od razu wspomnę, że przez cały pobyt w Lądku, w końcu się nie oszczędzałem.
Zawsze starałem się przed ultra maksymalnie odpoczywać i nie dokładać zbędnych kilometrów.
Tym razem było inaczej. Wiedziałem, że dystans jest krótszy (70km), był zwiększony limit do 15h, a mi na niczym szczególnym nie zależało.
Każdego dnia na Ziemi Kłodzkiej robiłem sporo kilometrów, po 20-30 tys kroków na dzień.

We wtorek i jeszcze w środę, w Lądku był spokój. Lubię taką ciszę.
Można naprawdę odpocząć.

W środę rano wyszedłem, by zrobić ostatni, krótki bieg regeneracyjny. Planowałem 6-7 km.
Zacząłem truchtać i poczułem ból w lewym kolanie - to moje problematyczne, które tejpowałem. Początek był lekko z górki i niestety po kostce brukowej.
Zatrzymałem się. Postanowiłem zejść na dół i zobaczyć jak będzie po płaskim i w miarę po miękkim. Niestety kolano bolało też podczas schodzenia. Na płaskim było tak samo. Zatrzymałem i usunąłem ten trening w zegarku.
Od razu wysłałem wiadomość do mojej fizjo z opisem sytuacji.
Na szczęście odpisała mi szybko, co mam robić wykorzystując sprzęt, który ze sobą zabrałem.
Miałem rolować określone partie mięśni, ale nie tylko wzdłuż, tak by skręcać tkanki na rolce i dociskać punkty spustowe. Fizjo napisała, że to jeszcze może mnie trzymać po wczorajszej jej intensywnej pracy manualnej, bo wizytę miałem późno: 21.00-22.00.
Po południu miałem zrobić kontrolny bieg, w tym ze zbiegiem i zdać raport.
Do piątku włącznie, każdego dnia porządnie robiłem, to co miałem zalecone.
Obrazek
Obrazek

Około południa pojechaliśmy na pstrąga do Goszowa.
Tam już zrobiłem kontrolny zbieg po miękkiej łące. Kolano było niezbyt pewne, część zapewne siedziała w głowie, ale na szczęście nie było bólu.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po południu na miejscu była już większość z naszej ekipy.
Około 18.00 wybrałem się na wspólny bieg wraz z Agnieszką.
Początek, w większości po twardym przeszliśmy i zaczęliśmy biec dopiero w lesie.
3 km pod górę w stronę Trojaka, cały czas łagodny podbieg. Powrót tą samą trasą, ale też biegliśmy odcinek, który początkowo przeszliśmy.
Obrazek
Obrazek
Test kolana wypadł dość pozytywnie. Dało się biec, ale w głowie był niepokój i spięcie. Agnieszka stwierdziła, że widać, jak uciekam z lewej nogi.

W tym roku pakiety dla startujących na 240 i 130 km w końcu można było odebrać już w środę.
Okazało się, że ja bez problemu mogłem swój odebrać w czwartek.
Byłem około południa i nie było w ogóle kolejki. Teraz to dobrze rozwiązano.
Były lata, gdzie za pakietem staliśmy z godzinę, albo i dwie.
Obrazek

O godzinie 15.00 startowali Agnieszka z Pawłem na 130 km i Sławek na 240 km.
Poszliśmy na start biegu.
Obrazek
I poszły pierwsze konie.
Obrazek
Obrazek

Z jednej strony cieszyłem się, że nie biegnę z nimi, ale w sercu coś lekko ściskało, że mnie tam nie ma. Trudno to opisać Obrazek

Wyliczyliśmy, że około 20-21:00 nasi powinni być na Przełęczy Płoszczyna.
Postanowiłem pojechać wraz z Andrzejem, który supportował Sławka.
Byliśmy tam około 19:30. Wiedziałem, że mamy jeszcze zapas czau, więc postanowiłem iść trasą biegu, aż spotkam Sławka.
Przeszedłem tak, pod górę, około 2,5 km aż go dostrzegłem.
Obrazek
Obrazek
W dół już truchtałem razem z nim, prowadząc rozmowę motywacyjną Obrazek

Na przełęczy Sławek dość szybko się ogarnął i ruszył dalej w trasę.
Obrazek
Po chwili pojawił się też Paweł:
Obrazek
Trochę później wpadła na punkt Aga:
Obrazek
Niestety, narzekała już na ból w kolanie.

Wszyscy ruszyli dalej w trasę, a my wróciliśmy do Lądka.
W nocy starałem wyspać się, bo kolejna miała już być zarwana.
Niestety nie szło to zbyt dobrze. Głowa trochę odpuściła, ale miałem ciągle problemy z brzuchem.
Co chwilę mnie ganiało na kibelek. Nie chciałem jeszcze brać na to tabletek, by sobie nie narobić kolejnych kłopotów.

W piątek pojechaliśmy do Kudowy, celem wsparcia Sławka.
Tam też swój bieg KBL zaczynała nasza koleżanka Dana, a Paweł kończył ST130.
Aga niestety musiała w nocy zejść na przepaku, na prawie 70 km biegu, przez wspomniany ból w kolanie. Współczuję jej, bo domyślam się, co musiała w związku z tym przeżywać.

Zanim dojechaliśmy do Kudowy, to Paweł już skończył i odpoczywał, leżąc w cieniu na trawie.
Ja poszedłem zjeść w końcu jakiś makaron. Musiałem też skorzystać z WC, ech.

Zadzwoniłem do Sławka i okazało się, że jest ~5km od Kudowy.
Ponownie wyszedłem na spotkanie z nim.
Obrazek
Obrazek
Słońce w tym dniu chyba świeciło najmocniej.
Obrazek

Sławek był bardzo zmęczony, ale ruszył w dalszą trasę.
Obrazek

O godzinie 17.00 startowali zawodnicy KBL.
Spotkałem kolegę Macieja, a właściwie to on wypatrzył mnie.
Obrazek
Dana już w boksie startowymObrazek
Obrazek
I ruszyli, a my wróciliśmy do Lądka.

W czasie podróży autem czułem, jak ponownie kotłuje mi się w brzuchu.
Po dotarciu na miejsce łyknąłem już dwie tabletki Loperamidu.
Przygotowałem sobie wszystko na poranny start. Rano nie zamierzałem jeść.
Budzik nastawiłem na 2:40, start był o 4.00. Na miejsce startu miałem blisko.

Położyłem się spać po 22.00, ale nie mogłem zasnąć. Łyknąłem melatoninę 1%.
Z przerwami spałem około 3h. Obudziłem się przed 2 w nocy. Na miejscu był już Sławek, który niestety zszedł z trasy po ~160 km.
Trochę pogadaliśmy. I tak już nie mogłem spać.

Ponownie poczułem, że się w brzuchu robi burza. Musiałem lecieć do toalety. W sumie dobrze, że szybciej wstałem.
Przyszła Aga, która jechała do Bardo wspierać Danę. Powiedziała mi, że na start odprowadzi mnie Paweł.
Po akcji w WC łyknąłem jeszcze jeden Loperamid i No-spę Max.

Parametry w Connect miałem do dupy. Przewrotnie to teraz jej się trochę obawiałem Obrazek
Spakowałem większą ilość papieru toaletowego, nawilżane chusteczki i kilka paczek zwykłych. Byłem gotów na sporą akcję Obrazek
Obrazek
Obrazek

Zbliżała się moja godzina zero: 4 rano.
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

DFBG 2024 - UT 70 km

Trasa
Ultra zatoczyło u mnie koło.
Zacząłem swoją przygodę z ultra w 2018 r. właśnie od tej trasy.

Nałożyłem na siebie, dla porównania, trasę z 2018 r. i obecną:
https://www.mygpsfiles.com/app/#qfIJCyBu

Różnica dotyczy pierwszej części (pętli) biegu:
Obrazek
(pomarańczowy trak jest z 2018r.)

Inaczej wyglądał sam start (lepiej) oraz część trasy na Czernicę, zbieg z niej i wyjście z punktu odżywczego w Starym Gierałtowie.
Nie wiem kiedy to zmieniono.
Trasa w 2023 r. była taka sama jak obecnie.
W bieżącym roku, w końcu zmieniono nazwę biegu z "Ultra Trail 68" na "Ultra Trail 70" i lepiej opisano dystanse na punktach kontrolno-odżywczych.
Dodam, że ta trasa nigdy nie miała 68 km i zawsze były zarzuty, że punkty były źle opisane.
Część osób z końcówki przez to nie mieściła się nawet w limicie.
W 2018 r. Polar V800 zmierzył mi dystans 69,5km.

Teraz dodatkowo biegłem ze Stryd, który wychwyci każdą zmianę kierunku biegu, przemieszczanie się na punktach odżywczych, czy jakieś skoki w bok.
Opiszę to w dalszej części. Nadmienię tylko, że tym razem wyszło mi 71,3km, ale też raz z 200m pobiegłem jedną drogą nie tam gdzie trzeba :bum:

Technikalia
Nie będę się za bardzo rozpisywał.
Nałożyłem na siebie od lat sprawdzony zestaw.
Przewidując problemy z brzuchem, nie nakładałem pasa biegowego.
Kijki postanowiłem cały czas trzymać w ręku. Mam w plecaku biegowym kilka uchwytów na nie, ale za dużo z tym pieprzenia, a te pod spodem, gdzie można szybko włożyć kijki tak jak na pasie, są za wysoko i trącam je łokciami w czasie biegu.
Start był o 4 rano, zabrałem więc też czołówkę. Kilka osób tego nie zrobiło i leciało początkowo na cudzym świetle.
Mnie to nie przeszkadzało, ich zęby.
Dwie softflaski 0,6l zalałem Maurten i jedną 0,5l z wodą wrzuciłem na zapas do środka plecaka.
Ze sobą miałem też kilka batonów, jedną owsiankę w tubce i chyba 3 żele.
Z tego na trasie próbowałem zjeść tylko owsiankę, ale nie wchodziła mi i ją wywaliłem. Reszty nie ruszyłem.
W plecaku miałem spakowany proszek Maurten (6 saszetek) do rozrabiania na punktach odżywczych.

Przewidywania - plan na bieg
Nigdy z tego nie korzystałem, ale miałem opłacone RMT i postanowiłem zobaczyć, jakie tam mam szacunki na bieg.
Część osób to zachwalała.
Nie mogłem jednak odnaleźć tej opcji. Kilka dni przed ultra, jeszcze jak byłem w Szczecinie, dostałem powiadomienie na maila z RMT, że pojawiłem się na liście startowej.
Kliknąłem zamieszczony link i wtedy tam na górze zauważyłem możliwość wygenerowania rozpiski na te zawody.
Takie miałem szacunki:
Obrazek
Przez sytuację zdrowotną zakładałem, że są zbyt optymistyczne.
Stwierdziłem, że jak się zmieszczę w 11h, to będzie dobrze. Limit został zwiększony do 15h, więc miałem spory zapas czasu.
Oby tylko nic złego nie przydarzyło się na trasie.

Postanowiłem się jednak niczym nie kierować. Na tarczy zegarka ustawiłem ClimbPro, gdzie nie miałem żadnych danych związanych z tempem i czasem biegu. Tylko same podejścia.
Całość chciałem przebiec na samopoczucie, ale też bez większego oszczędzania się.

Obrazek

1. Lądek - Przełęcz Gierałtowska - ~10 km biegu (dane z zegarka, Stryd DUO)

Na start odprowadził mnie Paweł.
Obrazek
Miałem ze sobą bluzę, ale szybko ją zdjąłem i oddałem Pawłowi.
Ruszyliśmy o równej 4 rano.
Ustawiłem się dość blisko punktu startu, ale nie pchałem się na sam przód.
Stałem, gdzie trzeba.
Ta część trasy jest taka sama jak w przypadku biegów B7S i ST130.
Początek to podejście pod Trojak.
Obrazek

Uwaga: zdjęcia w większości nie będą wyraźne. Robiłem je w biegu, początek jak było jeszcze ciemnawo, a później z mokrym obiektywem :lalala:

Pogoda sprzyjała. Wspinanie się szło sprawnie. Czasami nawet delikatnie truchtałem. Ustawiłem się dobrze, bo za bardzo nie wyprzedzałem i mnie nie wyprzedzano. Były jakieś przetasowania, ale niewielkie.
Obrazek
Obrazek
Dotarliśmy na szczyt.
Obrazek
Dalej biegliśmy na Karpiak - ruiny Zamku Karpień.
Obrazek

Później, na dole skręt w lewo i bieg w stronę granicy polsko-czeskiej, do Przełęczy Karpowskiej.
Na tej przełęczy skręcaliśmy w prawo, ale jak zatoczymy koło to kolejnym razem skręcimy tu w lewo :taktak:

Wzdłuż granicy biegliśmy na Czernik.
Obrazek
Obrazek
Słonko wschodziło i były piękne widoki.
Obrazek

Gdzieś na tym odcinku wracał się jeden z biegaczy, świecił telefonem i pytał, czy ktoś nie znalazł chipa. Nie wiem, jak on go zgubił, a tym bardziej, w jaki sposób zauważył, że go nie ma.
Po chwili można już było wyłączyć czołówkę.
Obrazek
Biegliśmy dalej w kierunku pierwszego punktu kontrolnego.
Obrazek
Obrazek

Na Przełęcz Gierałtowską dotarłem w 1:17:16. Przypadał tu około 10. km biegu.
Na punkcie dolałem pod korek tylko wodę i pobiegłem dalej.
Czułem się dobrze.

2. Przełęcz Gierałtowska - Stary Gierałtów - ~26 km biegu - najwyższy szczyt Czernica!

Za punktem skręciliśmy w prawo i zbiegaliśmy do Nowego Gierałtowa.
Trasy B7S i ST130 lecą tu dalej prosto.
Obrazek
Biegliśmy w stronę stoku narciarskiego.
Obrazek
Tu właśnie jest różnica względem tego co miałem w 2018 r.
Nie wiem, czy na lepsze, czy na gorsze. Wtedy zapamiętałem, że to podejście było długie, ciągnące się, z mocną końcówką.
Teraz odbierałem to lepiej. Było jakby więcej wypłaszczeń, ale może się mylę :spoczko:

Zaczęliśmy podchodzić po stoku. Całkiem fajnie to szło. Obok nas biegł jakiś mały, wesoły piesek.
Obrazek
I na górze:
Obrazek
Teraz trochę luzu, biegliśmy w kierunku najgorszego podejścia na Czernicę.
Obrazek
Tym razem jakoś w ogóle mnie to nie ruszało. Oczywiście podejście nie jest łatwe i lekkie, ale Śnieżnik wielokrotnie ogarniałem, to już mi się optyka zmieniła Obrazek

Teraz sprzyjał też start o 4 rano. Na Czernicy byłem kilka minut po 6 rano.
Narzekałem na tak wczesny start i osobiście przez to wolałbym biec KBL, bo noc i tak jest w większości zarwana. Muszę przyznać, że wcześniejszy start był dużym plusem.
Była jednak straszna duchota, zero wiatru. Piłem jak smok.
Na górze wypiłem prawie całe 2x0,6l z Maurten.

W końcu jest szczyt z wieżą:
Obrazek
Obrazek

Słonko już ładnie przygrzewało, ale zaczynał się duży zbieg.
Obrazek
Po ostrzejszym zbiegu docieramy do szerokiego duktu.
Obrazek
Zbieg z Czernicy różnił się również względem tego z 2018 r.
Teraz było lepiej - więcej miękkiego. Wtedy zapamiętałem jakiś dłuższy, leśny odcinek asfaltowy.
Obrazek

W biegu ściągnąłem plecak i ze środka wyciągnąłem zapas wody, którą włożyłem w uchwyt z przodu.

Dobiegliśmy do jakiegoś rozdroża, nie znam nazwy, a foto nie pomaga :hahaha:
Obrazek
Z mapy widzę, że to była Przełęcz Dział.

Droga dalej była fajna, szeroka, co chwilę lekko zawijała.
Obrazek
Biegłem tu w jakimś zamyśleniu. Pamiętam, że zegarek sygnalizował zmianę kierunku. Teraz dodatkowo miałem komunikaty w telefonie, bo Garmin cały czas był z nim połączony, a jakiś czas temu wprowadzone zostało nawigowanie z informacjami. Nie trzeba już w telefonie odpalać Locusa.
Na trasie słyszałem, że sporo osób z tego korzysta.

Przez to zamyślenie przegapiłem ostry skręt w lewo i biegłem z 200m dalej w dół, szeroką drogą leśną.
Obrazek
W sumie mogłem biec dalej prosto, skróciłbym sobie trochę trasę i ominął jedno podejście :bum:
O dziwo nikt mnie nie wołał, a kilka osób biegło tam za mną. Sam się zorientowałem i wróciłem na prawidłowy szlak.
Pierwszy i ostatni raz tak dołożyłem metrów, ale na szczęście nie było tego zbyt wiele.
Tu po skręcie w lewo był trochę mokry i błotnisty odcinek zbiegowy.
Obrazek

Oczywiście zbiegaliśmy po to, by po chwili podobny odcinek podchodzić Obrazek
Obrazek
Obrazek
Wcześniej, jak dołożyłem trasy, kilka osób mi uciekło, teraz kilku dogoniłem.

W końcu zaczął się zbieg do drugiego punktu.
Obrazek
Obrazek

Dobiegłem do Starego Gierałtowa.
Obrazek
Obrazek

Mata była tu za punktem odżywczym. Pokonałem razem około 26 km, czyli 16km od poprzedniego punktu. Zajęło mi to 02:00:03 wraz z uzupełnieniem zapasów na punkcie. W sumie byłem już 03:17:19 na trasie.

Obrazek
Ściągnąłem plecak. Do dwóch softflasek 0,6l wsypałem proszek i zalałem wodą.
Zapasowa z samą wodą ponownie trafiła do środka.
W woreczek strunowy zapakowałem trochę owoców i wypad, dalej w trasę.

3. Stary Gierałtów - Przełęcz Lądecka - ~36 km biegu - tu zataczam koło

Szedłem i wcinałem zabrane na wynos owoce.
Obrazek
Załapałem się na foto:
Obrazek

Zmierzaliśmy w górę, w stronę Karpna.
Obrazek
Dalej było trochę wspinania się, by w końcu dojść do szerokiej drogi, do której jest mocny zbieg z ruin Zamku Karpień.
Na około 29,5km byłem ponownie na trasie, którą już dziś biegłem.
Obrazek

Słonko dawało już dość mocno, ale też ta część trasy ma sporo cienia.
Po chwili ponownie dotarłem do Przełęczy Karpowskiej, ale jak już wspominałem, tym razem skręcaliśmy w lewo - zaznaczyłem wyżej na mapce.

Zaczął już mnie pobolewać brzuch. Postanowiłem odcedzić ziemniaczki.
Na chwilę pomogło.
Zaczęło się podejście pod Koniček (Bukowa Kopa).
Obrazek

Dalej teren aż do Przełęczy Lądeckiej był dość biegowy. Lekko falował i było sporo nierówności i krzaków.
Obrazek
Obrazek

Nie wiedziałem, która jest godzina i zastanawiałem się kiedy dogonią mnie pierwsi zawodnicy z trasy Złotego Maratonu.
Obrazek

Krzaków coraz więcej i już było słychać hałas. Wiedziałem, że zbliżam się do kolejnego punktu.
Tam na ostatnim zejściu jakaś para nieźle nas dopingowała. Brawo.
Obrazek
Przyczaił się tez fotograf:
Obrazek

Lokalizacja punktu była lekko zmieniona, względem tego co zapamiętałem z lat poprzednich. Małe przesunięcie dalej od drogi i parkingu.
Obrazek

Miałem już w nogach 36 km i 10km od poprzedniego punktu.
Pokonałem ten odcinek w 01:15:38, a na trasie byłem już 04:32:57.

4. Przełęcz Lądecka - Złoty Stok - ~49 km biegu - ból brzucha :wrr:

Na punkcie proszek wsypałem tylko do jednej softflaski. Do drugiej wlałem colę z wodą: 50/50.
W plecaku dalej miałem zapas wody. Nie ruszałem go.
Miałem tu wziąć No-Spę, ale zapomniałem.
Wyszedłem z woreczkiem owoców zabranych na wynos.

Szedłem do lasu, jedząc owoce, w stronę góry Borówkowej.
Nad głową latał dron.
Obrazek
Obrazek

Brzuch mnie zaczął nagle napieprzać bardzo mocno.
Ciężko było iść. Odpiąłem dolny pasek od plecaka, a szorty i spodenki wywinąłem, ile się dało, na lewą stronę i zsunąłem maksymalnie z brzucha.
Ostatni kawałek arbuza niestety wyrzuciłem Obrazek
Obrazek

Doszedłem do lasu i powoli wspinałem się w górę. Bardzo źle się czułem.
Ponownie postanowiłem siknąć, wyduszając, to co się da.
Nie zatrzymywałem się do samej Borówkowej.
Obrazek
Obrazek

Tam po dotarciu usiadłem na ławce, ściągnąłem plecak, wyjąłem z niego No-spę.
Łyknąłem jedną tabletkę, popijając ją zapasową wodą.
Obrazek

Chętnie bym zaległ wtedy na tych leżaczkach, ale trzeba było ruszyć tyłek.
Obrazek

Pozbierałem rzeczy i zacząłem powoli iść, choć był już odcinek biegowy.
Obrazek
Przypomniało mi się, że mam colę. Postanowiłem się jej napić i to od razu wyrąbałem z połowę flaski.
Byłem sam, to też próbowałem się odgazować. Nie szło to zbyt dobrze, ale coś tam się udało Obrazek

Zacząłem powoli truchtać.
Obrazek
Z Borówkowej jest około 3km zbiegu. Trzeba było jednak uważać na sporą ilość korzeni.
Obrazek
Tabletka lub cola zaczęła pomagać. Brzuch puszczał. Dało się biec, choć zupełnego komfortu nie było.
To co się przez 3km zbiegało, to teraz góry odbierały na dystansie jednego kilometra.
Na samym dole, tuż przed podejściem leżało sporo igliwia.
Szczęśliwie tu właśnie jedyny raz się wyłożyłem, potykając o jakiś korzeń.
Poleciałem w miękkie igliwie. Zupełnie bez strat. Od razu ktoś się tam zapytał, czy wszystko w porządku. Wcześniej sam o to pytałem jednego z biegaczy, który potknął się w gorszym terenie.
Zaczęło się podejście na Jawornik Mały. To najcięższe podejście w tej części trasy.
Tu gdzieś przypadał dla mnie dystans maratonu. Pamiętałem to jeszcze z pierwszego mojego biegu Obrazek

Teraz właśnie zaczęli nas wyprzedzać czołowi biegacze Złotego Maratonu.
Jeden z nich był cały mocno zakrwawiony. Musiał wcześniej gdzieś nieźle zayebać.
Jakiś turysta wspinał się tu wraz ze swoim pieskiem.
Tak więc nazbierało się trochę osób (plus zwierzak) i było raźniej.

W końcu wdrapałem się na górę, gdzie skręcało się w lewo.
Obrazek
Po chwili na Przełęczy Jawornickiej skręcaliśmy w prawo, do Złotego Stoku.
Obrazek

Złożyłem już kijki i napierałem w dół. Teren trochę jeszcze miejscami falował i trafiały się jakieś krótkie podejścia.
Odcinek do Skaliska w Złotym Stoku biegłem w okolicach tempa 5:00.
Trochę chciałem odrobić strat. Tu niestety już było sporo otwartych przestrzeni i zaczynałem się gotować.
W końcu Skalisko:
Obrazek
Marzyłem, by się schłodzić.
Po chwili wbiegłem ponownie w las szeroką drogą prowadząca do kolejnego punktu przy Pensjonacie Złoty Jar.
Obrazek

Skorzystałem, że blisko drogi płynął potok i było do niego łagodne zejście.
Obmyłem całą, głowę, kark. Zanurzyłem całą czapkę w potoku i taką włożyłem na głowę.
Ciekło po mnie, ale było mi z tym dobrze :taktak:

Ruszyłem do punktu. Mata pomiarowa znajdowała się przed nim.
Obrazek
Obrazek

Pokonałem ~49 km. 13km od poprzedniego punktu w 01:50:27.
Czas od startu 06:23:24.

5. Złoty Stok - Orłowiec - ~59,5 km biegu - gorąc, dłużący się odcinek

Obrazek

Podobnie jak wcześniej na tym punkcie zasypałem jedną flaskę proszkiem, a w drugą wlałem rozwodnioną colę.
Biegnąć do Złotego Stoku próbowałem jeść saszetkę owsianki Lubella, ale mi nie wchodziła. Może przez perturbacje z brzuchem, ale tez już była za ciepła.
Zrobił się glut i pozostałość wywaliłem do kosza na punkcie.
Jedna z wolontariuszek przypominała zawodnikom, by wyrzucali śmieci jeśli mają jakieś ze sobą Obrazek
Niestety, część oszołomów robi to na szlaku Obrazek
Zjadłem tu też trochę zupy pomidorowej.
Obrazek

Zabrałem owoce na wynos i ruszyłem w trasę.
Wiedziałem, że teraz czeka mnie 7 km długiego, nużącego podejścia na Jawornik i sporo słońca.
Obrazek
Obrazek

Przeszkody na trasie:
Obrazek
W tym roku było ich mało.

Początek kręcił mocno, ale na szczęście był jeszcze cień.
Na około 53.km trasa skręcała ostro w prawo i trzeba było napierać przez trawiaste i mocne podejście pomiędzy poziomami.
Dodatkowo słonko tam paliło.
Obrazek
Wspinałem się wraz z zawodnikami z dystansu 45 km:
Obrazek

Teraz był odcinek biegowy do Przełęczy pod Trzeboniem. Było sporo przebijającego się słońca.
Obrazek

Wrzucam wykresy temperatury z Garmina oraz z czujnika na bucie (Stryd):
Obrazek
Dobrze to oddaje, co się zaczęło już dziać.
Napiszę od razu, że i tak mieliśmy szczęście, bo dzień wcześniej i w niedzielę było cieplej.
Dziś niestety w ogóle nie wiał wiatr. Było strasznie duszno.
W Stryd z całego biegu mam 0% za wiatr.

Przy podejściu już na sam Jawornik Wielki na chwilę zaszło słońce.
Byłem szczęśliwy i marzyłem, by tak było po wyjściu z Orłowca.
Tu wyprzedzałem trochę turystów.
W końcu szczyt.
Obrazek

Ponownie brzuch dawał o sobie znać, ale jeszcze nie było dramatu jak wcześniej.
Biegłem już w kierunku Orłowca - ostatniego punktu.
Po chwili byłem już w miejscu, gdzie trasa łączy się z dystansem 240 i 110 km.
Tuż przed Orłowcem, gdzie kiedyś było pełno wody, na szlaku stał sznur dzieciaków. Jakaś wycieczka.
Czekali, aż biegacze przebiegną, nieświadomi ilu nas teraz tu biegnie Obrazek
Byłem wycieńczony tym odcinkiem, nie wiem, co we mnie wstąpiło, do punktu wbiegłem, pokonując 200 m tempem 4:17 (z Runalyze).
Zachowywałem się jakbym tam kończył bieg 🫣

Za mostkiem zgodnie z tradycją można było skorzystać z polewania wodą.
Poprosiłem, by mnie zlano porządnie.
Krew się we mnie gotowała, a brzuch mówił pierd.l się.

Wypiłem tu sporo coli i wody. Flaszki zatankowałem już tylko colą. W jednej miałem ją mniej rozwodnioną. Owoce na wynos i wypad.
Mata pomiarowa była za punktem żywnościowym.

Statystyki:
- dystans całkowity 59,8km
- czas od startu 07:56:49
- dystans odcinka ~10,8km
- czas odcinka 01:33:25.

6. Orłowiec - Lądek Zdrój - ~71,3 km biegu - Nic do mnie nie mów!

Przed wyjściem z punktu usłyszałem, jak ktoś powiedział, że właśnie minęła 12.00.
Sam bym tego nie sprawdzał. Wiedziałem, że jest dobrze. Czułem się jednak mocno przegrzany.
Polanie wodą za bardzo mi nie pomogło.
Słońce paliło i ponownie otwarte przestrzenie: szeroki dukt, gdzie słonko często przedzierało się pomiędzy drzewami.

Pokonałem asfaltówkę w Orłowcu i skręciłem z niej w prawo.
Było dogodne zejście do górskiego potoku, to ponownie poszedłem i się porządnie zlałem zimną wodą.
Napierałem pod górę, jedząc zabrane owoce.
Obrazek

Miałem dość. Woda szybko ze mnie wyparowała.
Obrazek
Obrazek

Marzenia o tym, by słońce zaszło, niestety się nie spełniły.
Wkurzały mnie te kamienie, wkurzał mnie cały świat Obrazek
Obrazek

W końcu dotarłem na górę. Zostało tylko (aż!) 6km zbiegu.
Obrazek

Okazało się, że na górze we Wrzosówce czekał na mnie Paweł.
Obrazek
Plus, że wyczaił tam wodę. Zalał wiadro, gdzie szybko zanurzyłem czapkę i biegliśmy dalej razem.
Szkoda, że wtedy nie polałem się bardziej tą wodą.
Obrazek

Szczerze to nie lubię, jak ktoś po mnie tak wybiega.
Wolę cierpieć sam swoje. Rozumiem, że Paweł chciał dobrze, ale piszę, tak jak ja to odbieram.
Sam wybiegałem w kierunku Sławka, a możliwe, że i on tego nie lubi. Mogłem zapytać :lalala:

Paweł zaczął o coś pytać, a ja rzuciłem tylko "Nic do mnie nie mów!".
Nie było to złośliwe, a raczej bezsilne.
Obrazek

Brzuch mnie już tak bolał, że co chwilę musiałem przechodzić do marszu. Szczególnie jak się chciałem napić coli, bo inaczej bym puścił pawia.
Marzyłem, by dobiec do Lutyni i tam w kapliczce zlać się ponownie zimną wodą.
Obrazek
Pomimo przeplatania biegu marszem, to i tak średnia z 5km wyszła ~5:39.
Ja miałem lapy co 5km, Paweł mówił mi tempa co 1km jak biegliśmy wspólnie.
Nie przyswajałem tego Obrazek
Robiąc opis, posiłkuję się zarejestrowanymi danymi.

Jak tam byliśmy, to po sforsowaniu zamknięcia, okazało się, że ktoś wyrwał kurek i tyle z tego wyszło. Tylko mała strata czasu.
Na asfalcie, biegnąc ostatnie 3km do Lądka czułem się już bardzo słabo.
Piłem colę, której miałem jeszcze sporo i to mnie trochę trzymało.
Bałem się, że nie wytrzymam i tak blisko mety może mnie poskładać.
Około 2km przed metą wyprzedził mnie kolega ze Szczecina, który kończył półmaraton. Początkowo go nie poznałem, ale miał napis klubowy na koszulce.
Pozdrowiłem biegacza ze Szczecina, on się odwrócił i dopiero wtedy załapałem, że to kolega Damian Obrazek
Tuż przed tablicą Lądek Zdrój, na ulicy siedział jeden z zawodników i nie mógł się podnieść. Poskładało go równo. Jego koledzy starali się go podnieść na nogi i jakoś ratować.
Mam nadzieję, że udało mu się ukończyć zawody.
Obrazek

W samej końcówce jakoś się pozbierałem i już biegłem do mety.

Zawody kończyłem z czasem netto 9:23:55 na 48/350 miejscu open i 4/38 w M50.

Ostatni odcinek ~11,5km zrobiłem w 01:27:15.
Wyszło mi 71,3km, bo trochę dołożyłem, kilka razy odchodziłem w bok, a Stryd wszystko wyłapie.
Koleżance, która biegła z wielopasmowym GPS zmierzyło 70,4 km.
Podaję te dane informacyjnie, bo zostałem o to spytany na Connect.

Wyniki ogólne:
https://wyniki.b4sport.pl/bieg-ultra-tr ... e5551.html
Moje:
https://wyniki.b4sport.pl/bieg-ultra-tr ... NWGK5.html

Foto z mety nie mam. Jak coś z czasem się w sieci pokaże, to edytuję i dodam.

Po biegu szybko zszedłem z rozgrzanych betonów i poszedłem na trawę w cień.
Rozebrałem się i leżałem, odpoczywając.
Gdzieś mi zniknął Paweł. Odnalazł mnie po kilku minutach i ściągnął później tu naszą ekipę.
Obrazek
Przewrotnie jak tam leżałem, to słonko zaszło za chmury. Moje niespełnione marzenie, ale i tak cieszyłem się, że już leżę sobie na tej trawie i odpoczywam.

Aga spytała mnie, jak się czuję.
Powiedziałem zgodnie z prawdą, że spuściłem sobie konkretny wpier...dol, ale jestem szczęśliwy.
Tak jak już Agnieszka zauważyła w komentarzu, był to jednak wpier...dol mocno kontrolowany.
Chyba to widać było w opisie samej końcówki, gdzie biegłem z Pawłem i by się nie zajechać, robiłem co jakiś czas przejścia do marszu.
Brzuch wtedy nie pomagał, ale też czułem, na jakiej granicy biegnę i że muszę trochę luzować.

Nie spodziewałem się takiego czasu na mecie.
Dlaczego mi w sumie tak dobrze poszło? Ja tak uważam, ale może błędnie? ;-)
Nic nie kalkulowałem, biegłem od początku, do końca kontrolując swoje samopoczucie. Dobrze też znam swój organizm i tu przewrotnie pomagają moje choroby.
Pomimo krótkich przygotowań, zrobiłem to dość dobrze. W czasie treningów nie unikałem słońca i górek.
Mam już spore doświadczenie i to może nie jest aż tak najważniejsze, co umiejętność wykorzystania tego doświadczenia.
Staram się za każdym razem eliminować popełniane błędy, uczyć się na nich.
Obserwuję innych i wyciągam też z tego wnioski dla siebie.

Loperamid dał radę. W czasie biegu mnie nie pogoniło na dwójkę, ale po biegu już tak Obrazek
Kolano, z którym pojawił się wcześniej problem, na miękkim też dawało radę.
Były momenty, że odczuwałem w nim jakiś dyskomfort, ale to przeważnie na trudnym, twardym terenie. Na szczęście ból w czasie zawodów się nie pojawił.

Przed biegiem posmarowałem się Muggą. W czasie biegu nie atakowały mnie komary i o dziwo był też spokój z owadami. Najgorsze pod tym względem zazwyczaj było podejście pod Jawornik Wielki. Teraz i tam robali nie było. Cuda Obrazek

Straty:
Jak zwykle, przez moją budowę anatomiczną lewej stopy, w którą kiedyś brutalnie ingerowała jedna osoba, zejdzie mi paznokieć w dużym palcu:
Obrazek
Już on tak nie wygląda, bo zrobiłem małą operację i pół podłogi w łazience zalałem krwią z ropą :bum:
Jest piękny i blady i może pierwszy raz obejdzie się bez wizyty u podolog.
Dygresja:
Już nie jest piękny i blady, jest siny :spoczko:
W nocy z soboty na niedzielę dobiłem go na maratonie.
Nałożyłem skarpety palczaki Injinji, założyłem plaster ochronny.
Zły teren w Stoczni Szczecińskiej dołożył swoje. W czasie zawodów musiałem plaster wywalić, bo zaczął przeszkadzać.
Możliwe, że palec w końcu odpadnie i będzie spokój :hahaha:

Wiedząc, że mam problemy z kręgosłupem, już od początku postanowiłem robić wszystko, by opóźnić aż mnie on yebnie.
Biegłem z lekko pochyloną głową. Nigdzie się nagle nie schylałem. Wszystkie większe krzaki brałem centralnie na głowę. Kilka razy się przeliczyłem, chyba powinienem biec w kasku :hahaha:
Raz aż mi czapeczkę zdjęło z głowy, dobrze że ona ocalała.
Na przyszłość znalazłem już coś dla siebie:
Obrazek
:hahaha:
Dzięki temu na całej trasie ani razu nie miałem "stopklatki". Bardzo mnie to cieszy.
Fakt, że wcześniej też robiłem sporo ćwiczeń wzmacniających, ale przed poprzednimi ultra też je robiłem, a mnie na trasie yebało wielokrotnie.
Paweł zapytał, czy wziąć ode mnie kijki.
Nie chciałem mu oddać, bo pomagały mi we wprowadzaniu ciała w lekki ruch rotacyjny. Od samego początku tak robiłem. Wiedząc, że będą odcinki biegowe, składałem kijki i biegłem lekko pochylony, poruszając delikatnie tułowiem na boki. Trudno mi to opisać, ale tę technikę opracowałem na 240 km, a później robiłem na sobie różne testy, by dobrać optymalny ruch. Tym razem to zadziałało.

Optymalizowałem też czas pobytu na punktach:
Obrazek
Cały czas brałem owoce na wynos.
Razem straciłem tylko około 10 min, w tym wliczając przerwę na Borówkowej.
Najwięcej czasu schodziło na rozrobienie proszku Maurten.

Sam na ten bieg raczej bym się nie zapisał. Przypomnę, że pakiet dostałem od mojej fizjo.
Wolałbym biec KBL. Do rana miałbym bieg już z głowy, a noc zasadniczo i tak jest zarwana. Spałem raptem 3h i to kiepsko.

UT70 ma 3000m przewyższeń i 15h limitu.
Na KBL na dystansie około 107km mamy ~3700m przewyższeń i aż 26h limitu.
Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego lepiej biec KBL? Obrazek

Dla statystyk wrzucam jeszcze najlepsze podsegmenty z Runalyze:
Obrazek

Prawdopodobnie jest to już mój ostatni wpis na blogu i być może było to moje ostatnie ultra.
Jako biegacz dystansowy śmiało mogę powiedzieć:
Obrazek
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

Jestem w czarnej dupie i zaczynam się w niej urządzać:
Obrazek
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

Mam Marzenie 11. RAZ 25h RUN

1. Przygotowania, których nie było.

Po załamaniu zdrowotnym, które nastąpiło w lutym, długo dochodziłem do siebie.
Biegania było mało. Tak to wyglądało:
Obrazek

5 maja miałem iniekcję w oba kolana, ponownie wybór padł na Biovisc Ortho Single:
Obrazek
Obrazek

Ortopeda poprosił, bym zapytał moją onkolog, czy mogę mieć podane zastrzyki z osocza bogatopłytkowego.
Onkolog stwierdziła, że nie widzi przeciwwskazań i kolejnym razem rozważę ten zabieg.

Systematycznie chodziłem na Parkrun i w większości je przechodziłem jako Parkwalker.
Jedynie 3 maja pobiegłem Parkrun na maksa, by z tego określić tempa treningowe: czas 20:51.

Biegać starałem się po miękkim terenie. Najczęściej na pobliskim żużlowym stadionie.
Nie robiłem praktycznie żadnych podbiegów. Za czerwiec mam raptem razem 375 m wzniosów.

24 maja pobiegłem z Tomkiem i Przemkiem tak jak w zeszłym roku, „Ćwierćmaraton Bielika”:
https://connect.garmin.com/modern/activity/19219721940
Poszło to lepiej, niż się spodziewałem.
Obrazek

30 maja Tomek namówił mnie na wspólny obieg pętli PoYeba:
https://connect.garmin.com/modern/activity/19277695317
https://youtu.be/Nd-JVyJaT_M
Obrazek

Miałem po tym okropne domsy.
To były jedyne moje biegi „górskie”.

Ocena wytrzymałości spadła mi w Garmin poniżej 6000, ale powoli podniosłem ją do 6500. Za to ocena formy na podbiegach utrzymywała się na stabilnej czterdziestce.

Unikałem biegania, jak było gorąco, wybierałem „lepsze godziny”, jak temperatury były jeszcze znośne i tym samym nie zbierałem aklimatyzacji cieplnej:
Obrazek


2. Zapisałem się na zawody
Odpuściłem w tym roku wszystkie zawody, oprócz wspomnianego „Bielika”.
Nie biegłem zimowego PoYeba, musiałem zrezygnować z ultramaratonu w Świdwinie, który rok temu biegłem z Przemkiem i miałem biec w tym roku.
Bielik trochę mnie podbudował, ale nie chciałem kusić losu. Niekwestionowanym królem zawodów był Przemek :taktak:

Postanowiłem jednak wziąć udział w charytatywnych zawodach „Mam Marzenie RAZ 25h Run”:
https://www.raz.szczecin.pl/2017-06-04- ... /regulamin
Biegałem tam systematycznie od kilku lat. Wspominałem na swoim blogu już o tym.
W zeszłym roku przebiegłem ~30 km:
viewtopic.php?f=27&t=60447&p=1091688#p1091688
Najdłuższy mój dystans to było 51 km:
https://connect.garmin.com/modern/activity/7063857751

Szczytny cel zawodów. Bieg po pętli 1700 m, na Arkonce, gdzie lokalizację ma też nasz Parkrun.
Opłata startowa to wstępne 30 zł, a na koniec dopłacamy w zależności od ilości okrążeń, jakie zrobimy. Tu tabela dopłat:
https://www.raz.szczecin.pl/2017-06-04-19-17-07/doplaty
Cel charytatywny, więc można wpłacić i więcej. Dopłata na koniec gotówką lub można było zrobić przelew na telefon.


3. Cel – plan na zawody
Przygotowań nie było, więc podchodziłem realnie.
Chciałem spokojnie robić marszobieg i tak dociągnąć do dystansu maratonu.
Zakładałem, że się z tym zmieszczę w limicie 6h, który obowiązuje często na maratonach.
Jeśli będę się czuł dobrze, to dociągnę do 30 okrążeń, czyli jak w 2021 r. zrobię 51km. Jednak tym razem o wiele spokojniej.
Dalej zakładałem, że już będę chodził i kręcił „charytatywne kółka” do końca zawodów, lub aż ja się skończę pod względem energii i chęci :hahaha:

4. Technikalia (support)
Na te zawody trzeba mieć własne zaopatrzenie. Organizatorzy mieli wystawiony stolik, na którym stały kubki z wodą, chyba były jeszcze jakieś napoje.
Posiłki nie były serwowane.
To nie bieg z wypasionym punktem odżywczym jak było na Leśnej Dobie.
Miałem jeszcze w zapasie 4 sztuki Maurten Drink Mix 320. Dokupiłem kilka batoników Oshee, jakieś ciasteczka, krążki kukurydziane.
Kupiłem arbuza:
Obrazek
Pokroiłem też dwa duże pomidory i je posoliłem.
Dodatkowo zrobiłem kanapki: 6 kajzerek z zerem żółtym. Z obiadu zabrałem też 4 pałki drobiowe.
Wziąłem dwie wody mineralne 1,5l i takie same dwie Coca Cola.
Wody więcej nie brałem, ponieważ wiedziałem, że jest tam poidełko:
Obrazek

Buty.
Postanowiłem zacząć w Altra Escalante 3 – są najnowsze, szerokie i kupiłem rozmiar 46, gdzie zazwyczaj noszę 45.
Kolejne to Topo Ultraventure 3, a na sam koniec planowałem założyć Adidas Adizero Adios Pro 3, które też mam w rozmiarze 46 i mają mało przebiegu.
Planowałem chodzić, więc Adidasy były tylko „w razie co”.

Zestaw ubrań biegowych: mój standard. Większość to nasza marka Attiq, łącznie z ich skarpetkami.
Bokserki miałem nowe Danish Endurance i je założyłem na pierwszą część biegu, a następnie sprawdzone Saxxy.
Wziąłem stary pas biegowy Decathlon:
Obrazek
Biegałem z nim cały czas, mając tę jedną buteleczkę z napojami.
W torbę wrzuciłem trochę rzeczy na ewentualne przebranie się.
Zabrałem też miskę, w której planowałem się obmywać.

Start zawodów był w sobotę o 9:00 tak jak Parkrun. Wyjechałem z domu o 7:30, by na spokojne zaparkować w dogodnym miejscu, ogarnąć swój support w aucie – rozłożyć go tak, bym wiedział, gdzie co jest. Miskę napełniłem wodą z poidełka.
Zrobiłem jeszcze sprawdzenie trasy Parkrun. Odebrałem numer startowy.
Obrazek
W sumie zrobiłem ponad 4km poprzedzając „dla rozgrzewki”.


5. Zawody
Ciężko wszystko dokładnie zapamiętać jak się biega, jak chomik, po pętli 1700m.
Postaram się jednak jakoś to usystematyzować, grupując bieg co 10 okrążeń.
Niestety, ale nie będzie też zdjęć z pięknymi widokami, jak z górskiego ultra :nienie:

Garmin Connect:
https://connect.garmin.com/modern/activity/19647470486

Okrążenia 1-10 – zrobione 17 km

Start o 9:00.
Było już ciepełko, około 22 st.
Obrazek

Obrazek
Jeśli okrążenie ma dłuższy dystans niż 1,69-1,7km to znaczy, że na danym kółku zbiegałem do auta. Tu są dwa takie okrążenia 7 i 8.
Nie miałem Stryd, wszystkie dane są z wielopasmowego GPS.

Początek to rozpoznanie, gdzie mogę na pętli schodzić na miękki teren.
Postanowiłem maksymalnie szukać miękkiego i tam truchtać, a na odcinkach asfaltowych maszerować.
Obrazek
Tu później biegałem przy samym ogrodzeniu.

Trudno mi tak dokładnie określić, ale może z 40% pętli udawało się biec na skraju asfaltu po bardziej miękkiej nawierzchni.
Coś za coś.
Trzeba było tam bardziej uważać. Leżało sporo patyków, szyszek, miejscami były wystające korzenie, czy kamienie. Oczywiście zdecydowanie bardziej syfiły się też nogi. Wybrałem jednak taki wariant i trzymałem się tego do samego końca.
Niekiedy podbiegałem i niektóre odcinki asfaltowe.
Obrazek

Odcinek za matą pomiarową „start-meta” był asfaltowy, więc tu maszerowałem.
Obrazek

Początek bez sensacji. Na trasie było sporo ludzi, równolegle na tej samej trasie trwał też Parkrun.

Okrążenia 11-20 – zrobione 34 km

Obrazek
Z każdą chwilą było coraz bardziej ciepło.
Nie robiłem aklimatyzacji cieplnej i teraz mocno to odczuwałem.
Co okrążenie piłem wodę z poidełka, była przyjemnie chłodna. Polewałem nią też głowę, moczyłem czapeczkę i obmywałem twarz.
Tu też 2x byłem w aucie uzupełnić zapasy: okrążenie 12 i 18.
Niestety w aucie wszystko zaczynało się już gotować.
Ile mogłem, to zjadłem arbuza i pomidorków. Na wynos brałem bułeczkę i ją spokojnie jadłem.
Obrazek


Okrążenia 21-30 – zrobione 51 km

Obrazek
Z każdą chwilą czułem się gorzej.
Dociągnąłem do 37 km i postanowiłem zmienić Altra Escalante 3 na Topo.
Czułem już, że mnie zaczynają w nich palić z lekka stopy. Nie mają dużej amortyzacja, a ja też sporo biegłem po nierównościach.

W aucie wszystko się gotowało. Kanapki miałem w torbie termicznej i jeszcze się jakoś trzymały. Owoce już jadłem na siłę, bo za bardzo nie miałem wyboru.
Woda była gorąca. Rozrobiłem w niej trzeci Maurten i już miałem problem, by go pić.

Dodam, że auto można w pobliżu trasy biegu zaparkować na dwóch parkingach i zasadniczo na żadnym cienia nie ma. Jedynie miejscami jest cień, jak słonko jeszcze nie jest wysoko.

Liczyłem, że temperatura tak szybko się nie rozkręci, ale się przeliczyłem.

Dociągnąłem jakoś do dystansu maratonu. Zauważyłem na liczniku firmy timingowej, że zmieściłem się nawet w 5h 30min.

Motywacja mi siadła, głowa przestawała pracować.

Rozmawiałem kilka razy na pętli z Pauliną – „Aktywną Mamą”, która też przychodzi na Parkrun:
https://www.facebook.com/chustonosni
Mówiła, że chce przebiec dystans półmaratonu i zobaczyć, czy się zmieści w limicie 3h.
Obrazek
Paulina jednak ciągle kręciła kółka i to z wózkiem. Finalnie zrobiła dystans maratonu!
Szukałem różnych elementów motywacji i to był jeden z nich.
Zacząłem myśleć o znajomych, którzy za chwilę będę biec ultra w ramach DFBG.
Tu jest płasko i wymiękam?
Dociągnąłem do 51 km.

Okrążenia 31-40 – zrobione 68 km

Obrazek
Cholera jak oszukać głowę?
Z plusów: zaszło słonko za chmury, z minusów: zrobiła się straszna duchota.
Pomyślałem wtedy, że w Lądku na 68km miałbym akurat przepak i tu trzeba też tak zrobić.

W brzuchu zaczynała się mała rewolucja. Postanowiłem już owoców nie ruszać, bo teraz na bank już skisły. Później je wywaliłem.
Na ciepły Maurten już nie mogłem patrzeć. Do buteleczki 250 ml wlałem do połowy Colę i stwierdziłem, że z poidełka uzupełnię resztę chłodniejszą wodą.
To był strzał w dziesiątkę. Po prostu lepiej to wchodziło.
Wziąłem się za zjedzenie dwóch pałek drobiowych, które były też w torbie termicznej.
Musiałem jakoś uzupełniać zapasy, ale ciężko to szło.
Przy punkcie pomiarowym jest Bar Szyszka:
https://www.facebook.com/szyszkarestaurantcafe
Obrazek


Zastanawiałem się, czy nie zahaczyć tam i kupić lody. Jednak ciągle jak przechodziłem obok, to w środku były spore kolejki.
Z czasem też przestałem mieć ochotę na słodkie.

Ciągle było sporo ludzi na Arkonce. W weekendy, a szczególnie ciepłe dni, tak tam jest. Z jednej strony to tez pomagało na głowę, ciągle coś się działo. Musiałem uważać na biegające lub jeżdżące na rowerkach lub rolkach dzieciaki, na spacerowiczów z pieskami. Oni szczególnie często szli ze swoimi pupilami bokiem po „moim” miękkim i musiałem ich obiegać.
Po prostu cały czas coś się działo.
Obrazek

Było też sporo biegaczy na trasie i od czasu do czasu wspólne pogaduchy pozwalały na chwilę zapomnieć o trudach biegu, choć na małą chwilę.
Co chwilę ktoś pytał: „ile masz”?
Ja miałem ustawione tylko jedno pole danych z trzema wartościami: tempo okrążenia, średnie tempo i % baterii. Co kółko ręcznie robiłem lapy na macie i do samego końca o tym pamiętałem.
Jak ktoś pytał ile mam to odpowiadałem ile okrążeń :spoczko:

Miałem już maszerować, ale dalej na miękkim truchtałem. Lepiej się z tym psychicznie czułem i tak dalej robiłem, póki systemy wytrzymywały.
Częściej jednak zaglądałem do auta, okrążenia 32, 35 i 37.
Wtedy też wywaliłem z butów Topo wkładki, akurat Inov-8 Boomerang.
Nie chodzi o to, że wkładki złe, ale czułem już, że mi stopy spuchły i że potrzebuję więcej miejsca. Topo mają sporą amortyzację, więc nie widziałem problemu, tym bardziej, że to nie były góry.

Dużo piłem i też dużo sikałem. Colę mocno rozwadniałem.
Pamiętałem, by przyjmować w miarę systematycznie ALE HydroSalt:
https://www.doz.pl/apteka/p170279-ALE_H ... rde_60_szt.
Już nie będę o tym pisał, ale przyjmowałem go systematycznie do samego końca. Prawie podczas każdego pobytu w aucie.

Zacząłem jeść suche krążki kukurydziane. Od teraz, raz na 10 kółek, postanowiłem zjadać batonik Oshee. Z nimi był dramat. Pod spodem była czekolada, wszystko się mega rozmiękczyło, ręce miałem uwalone, ale na szczęście było gdzie je umyć.
Zapasy miałem kruche. Przypomniało mi się, że jeszcze zabrałem sok pomidorowy i butelkę kwasu chlebowy litewskiego. Jednak nie ruszałem tego. Gorące by mi nie przeszło przez gardło.

Dociągnąłem do 68 km i tym samym 9h biegu. Była godzina 18:00.
Ciągle gorąco. Stwierdziłem, że nie ma sensu się jeszcze ogarniać, bo po chwili wszystko i tak przepocę. Zobaczymy, jak będzie za godzinę.
Trochę tak oszukiwałem sam siebie, bo czego się mogłem spodziewać za godzinę?
Nagłego ochłodzenia? :hejhej:

Przed godziną 18:00 jak kończyłem jedno z okrążeń, Robert Szych zapraszał mnie na darmowy masaż. Była taka opcja dla startujących:
https://www.facebook.com/photo?fbid=124 ... 3823018318
Powiedziałem Robertowi, że szkoda czasu marnować.
Tak serio, to w trakcie biegu nie widziałem potrzeby i obawiałbym się, czy to by mi w ogóle pomogło.

Okrążenia 41-50 – zrobione 85 km

Obrazek
Po zrobieniu 40 kółek zawinąłem do auta. Wcześniej do połowy buteleczki nalałem chłodnej wody z poidełka, teraz dolałem coli. Spróbowałem zjeść bułeczkę.
Połowę dałem radę. Ser żółty już był serem topionym.

Zaczynały mnie pobolewać plecy. Do tej pory ani razu kręgosłup mnie nie yebnął, ale było już kilka razy blisko. Przeciwdziałałem temu. Robiłem boczne skręty tułowia, podnosiłem ręce do góry i różne dziwne ruchy.

Dociągnąłem do 10h biegu mając 45 kółek, ale nadal było za ciepło, a brakowało już niewiele do 80 km, więc teraz przedłużyłem „przepak” do tego dystansu.

Po 47 okrążeniu już nie przeciągałem i zawinąłem do auta, by się umyć i zmienić ciuchy.
Woda, którą rano nalałem, była cieplutka. Szybka kąpiel całego ciała w niewielkiej misce. Z tym akurat mam wprawę. W Afryce musiałem dawać radę w gorszych warunkach, kąpiąc się w 1,5l wody ;-)
Obrazek

Stopy były bardzo usyfione. Miałem trochę zaczerwienionych miejsc. Kilka razy zatrzymywałem się i wywalałem syf z obuwia, ale zawsze się coś przedostawało do środka. Mogłem stuptuty zabrać, jednak nie pomyślałem o tym.
Zapomniałem też zabrać ochronnej pomadki do ust i mnie one już lekko piekły.
Nie wiem, czy to od słonka, czapeczkę miałem, czy też od częstego picia wody i obmywania twarzy.
Czysty i pachnący zmieniłem wszystko, to co miałem na sobie na nowy zestaw.
Nie zmieniałem tylko butów, nałożyłem Topo (bez wkładek). Czułem się w nich bardzo dobrze.
Myślę, że zeszło mi około 20-22min, bo czas pętli obejmuje też jej pokonanie.
Zdziwiłem się, jak to mi dużo dało. Zarówno psychicznie jak i fizycznie.
Nawet kręgosłup o dziwo mniej dokuczał.

Podobno w jakimś momencie nawet coś tam pokropiło, ale nie zwróciłem na to uwagi, bo co kółko moczyłem też czapeczkę i mi z niej i tak kapało.
Wróciłem na trasę i spotkałem Artura, którego poznałem na trasie biegu, zaparkował akurat autem blisko mnie.
Obrazek

Artur powiedział, że za chwilę zamykają Szyszkę, o 20:00 i to ostatnia chwila, by kupić tam zimne piwo 0%. Już zrobił wywiad i wiedział, że mieli tam Okocim limonka z miętą. Szkoda, że smakowe. Wolałem smak gorzki zwykłego, ale miało być zimne, więc nie wybrzydzałem.

Zawinąłem do Szyszki tuż przed dwudziestą, kupiłem to zimne „piwo” i zabrałem na wynos na kolejną pętlę. Po drodze jeszcze wstąpiłem do auta, bo jak zmieniałem ciuchy, to zapomniałem uzupełnić colę.
Obrazek
Kółeczko 49 pokonałem, pijąc zimny napój. Och jak mi było dobrze.
Zdążyłem jeszcze oddać butelkę. Lokal był już nieczynny, ale jeszcze tam sprzątali i mogłem ją zostawić na ladzie.

Po kolejnym okrążeniu miałem ich już 50, była godzina 20:37.

Okrążenia 51-60 – zrobione 102 km

Obrazek

Nie miałem już za dużego wyboru z jedzeniem. Zjadłem dwie ostatnie pałki drobiowe.
Dokończyłem krążki kukurydziane.
Zaczął mi się buntować żołądek. Zrobiłem z niego mały śmietnik, jedząc to, co mogłem i co się nadawało do jedzenia.
Nie pamiętam, w którym dokładnie momencie, ale chyba jak kończyłem 57 kółko, to tuż przed metą poczułem spory ból w brzuchu.
Na szczęście za chwilę były tojki i tam chwilę spędziłem z niemałymi rewolucjami.

W jakimś momencie zrobiło mi się też nagle zimno, dostałem dreszcze i silny ból głowy i ponownie brzucha.
Jeszcze raz zawinąłem do tojki, ale skończyło się na jedynce. Doszły mi nudności.
Trochę się przestraszyłem. Może jedzenie skisło za bardzo, a może to tylko „tojka efekt?”.
Zawinąłem do auta. Nałożyłem koszulkę longsleeve – Attiq PoYeb z długim rękawem.
Wziąłem też pierwszy i jedyny raz tabletkę na ból głowy – zwykły Saridon.
Zauważyłem, że Fenix F8 cały czas ma podświetloną mocno tarczę. Zostało mi 65% baterii, ale postanowiłem zmienić, by się tarcza podświetlała „tylko na gest”.
Jeszcze z nim nigdy w nocy nie biegałem i nic w ustawieniach nie zmieniałem.
Nie pomyślałem o tym wcześniej.

Okrążenia 61-70 – zrobione 119 km

Obrazek

To był ogólnie ciężki okres. Sporo zwolniłem.
Nie miałem już za bardzo co jeść. Jak wspomniałem, batoniki racjonowałem jeden na 10 kółek.

Było chłodniej, nałożyłem długi rękach, ale ciągle polewałem głowę i moczyłem czapeczkę.
Na trasie już zostało mało zawodników. Na polanie trwała jakaś impreza, grała muzyka.
Najgorsze, że jakiś debil upalał auto. Palił gumy, strzelał z wydechu, robiąc ogromny hałas. Trwało to długo. Podobno chłopaki z ekipy Fizjobiegaczy dzwonili na Policję, ale nie przyjechała. Brak słów.
Gość wjechał też na parking, gdzie stały nasze auta, a tam jest pełno kamieni, to leśny parking i tam szalał.
Jeden chłopak stał przy trasie i mnie o tym poinformował. Na jednym z okrążeń poszedłem oglądać auto, czy nie ma jakichś szkód. Na szczęście nie było.
Oświetlałem je telefonem.

Przypomniało mi się, to napiszę, że z telefonem nie biegałem. Tylko na samym początku kilka kółek, bo zapomniałem go wyciągnąć z kieszonki na udach.
Nie chciałem mieć od niego otarć i zostawiłem w aucie. Jak zawijałem do auta, to sprawdzałem, czy nie jest gorący. Na szczęście wszystko było OK.

Zauważyłem, że organizatorzy na noc wystawili na stoliku jakieś kruche ciasteczka, cukierki, galaretki i banany.
Postanowiłem z tego korzystać. Od razu napiszę, że tak dociągnąłem do samego końca zawodów: na wodzie, coli, bananach, galaretkach i kilku batonikach Oshee.

To był mój najgorszy nocny okres zawodów.
Bałem się, że mnie w końcu zetnie. Zaczynałem więcej chodzić, ale za chwilę biegłem, bo idąc, jakbym się bardziej męczył.

Okrążenia 71-80 – zrobione 136 km

Obrazek

Przekroczyłem matę pomiarową i usłyszałem, jak ktoś przez głośnik mówi, że mam 70 okrążeń, jestem trzeci i życzy mi, bym jeszcze zrobił 30 okrążeń.

Od samego początku nie interesowałem się, który jestem, nigdy nie podchodziłem i nie sprawdzałem wydruków z wynikami.

Jak na kolejnym z okrążeń zobaczyłem Dyrektora zawodów Roberta Szycha, to poprosiłem go, by mi nie podawano takich informacji.
Powiedziałem, że biegam, walcząc sam ze sobą, kręcąc „charytatywne kilometry”, dopóki mogę.
Nic nie kalkulowałem. Na takich zawodach może nas coś poskładać z kolejnym okrążeniem.
Robert to uszanował i do samego końca nic mi nie mówiono, a ja sam się zupełnie tym nie interesowałem.

Na trasie zostało niewiele osób, czasami nikogo nie widziałem przez dłuższy czas.
Koleżanka Kinga, którą pamiętałem z PoYeba – wygrała dwie edycje, wcześniej sporo kółek nakręciła. Teraz zauważyłem, że już spacerowała.
Obrazek
(zdjęcie dzienne, nocnych nie znalazłem)
Oferowała mi frytki, a nawet burgera z MC :taktak:

Część osób biegała ze słuchawkami. Ja ich nie miałem.

Część oświetlających Arkonkę lamp żyła swoim życiem. To się nagle zapalały, to niespodziewanie gasły.
Prawie każdy metr trasy znałem już na pamięć. Nawet jak był mrok, to wiedziałem już gdzie, bez problemu mogę zbiec i że tam w nic nie zawalę.

Pojawił się automatyzm, stały schemat w moich kółkach. Za matą pomiarową brałem ze stolika ciasteczko, cukierka, galaretkę lub banana. Za chwilę korzystałem z poidełka: obmywałem twarz, moczyłem czapeczkę, piłem wodę. Dalej ze swojej buteleczki piłem rozwodnioną colę. I tak w kółko.
Do auta pobiegłem tylko na 71 okrążeniu po batonik i colę.

Często musiałem zawijać do tojki, by się wysikać. Nie był to problem z nerkami jak na ultra, gdzie sikałem po kropelce, dużo piłem i mnie po prostu ganiało. Nie przeciągałem też, by mnie brzuch nie rozbolał.

Była cisza i spokój. Z lasu dochodziły odgłosy puszczyka.

Skończyłem kolejną dyszkę okrążeń. Pomyślałem, że lecąc B7S, czy ST130 to byłbym już w Kudowie.

Okrążenia 81-90 – zrobione 153 km

Obrazek

Była 4 rano. Powoli świtało. W lesie zaczynały śpiewać ptaszki.
Na jednej z pętli spotkałem jakąś idącą ekipę. Dziewczyna powiedziała „O patrz, tak rano, a ci już biegają”. Odpowiedziałem, że my tu biegamy już prawie dobę.
Było niedowierzanie, pobiegłem dalej i już dyskusji nie słyszałem :hahaha:

W planie miałem, by się jeszcze raz obmyć i zmienić buty na końcówkę na karbony Adidasa.
Zbiegłem do auta po 81 okrążeniu i zrobiłem szybką akcję. Namoczyłem ręcznik w wodzie i się nim na szybko obmyłem.
Wrażliwe miejsca nasmarowałem kremem przeciw otarciom Assos Chamois Creme:
Obrazek
Używałem go od samego początku. Został mi jeszcze po ultra w Lądku.
Porządnie wysmarowałem tyłek, bo czułem taką potrzebę :bum:
Krem zrobił robotę, bo nie miałem po biegu żadnych otarć czy odparzeń.

Butów i dołu stroju nie zmieniałem.
Zmieniłem tylko czapeczkę i koszulkę, ale było mi nadal zimno (chyba bardziej ze zmęczenia) i na nią jeszcze nałożyłem longsleeve PoYeba.

Na trasie spotykałem pełno kosów. Szukały pożywienia i się za bardzo nie bały. Nie odfruwały, tylko szybko czmychały w bok. Kilka razy się wystraszyłem niespodziewanym hałasem i ruchem.
W nocy wyłaziło pełno różnych owadów. Miałby więcej pożywienia, a one wtedy spały ;-)
Pojawiło się też trochę ślimaków rozwodników – bez domków.

Zacząłem się czuć lepiej. Czym więcej kilometrów mijało to było lepiej.
Biegłem, to czułem, że mógłbym to robić szybciej, ale bałem się, że mnie za chwilę poskłada. Więcej piłem niż jadłem. Organizm spalał chyba moje niewielki zapasy tłuszczu :tonieja:
Po biegu ważyłem 4 kg mniej, nie tak źle.

Czemu tylko tak często sikałem? Póki miałem czym i nic złego się z nerkami nie działo, to się nie martwiłem tym za bardzo.
Co jakiś czas robiłem różne wygibasy, by rozluźniać ciało. Byłem już mocno pospinany. Łydki miałem napompowane na maksa.
Odczucia w czasie truchtu były lepsze niż w czasie marszu.

Na trasie zaczynało pojawiać się więcej osób. Część się przespała i wróciła do biegania. Inni byli w domu i z rana przyjechali kręcić kolejne kilometry.

Kolega Artur, o którym wcześniej wspominałem, też odpoczywał w aucie przez jakiś czas i już wrócił na trasę i kręcił kolejny kilometry, dodając je do swojej życiówki.

90 okrążeń zrobione. Było kilka minut po szóstej rano. Nawet nie wiem, jak to zleciało.

Okrążenia 91-100 – zrobione 170 km

Obrazek

Jak widać, troszkę dystansu dołożyłem, ale na tyle okrążeń, to i tak niewiele.
Jak wspominałem, w czasie biegu nie miałem nawet pola z dystansem, jednak dość sprawnie liczyłem to w głowie – te zaliczane przez matę pomiarową, licząc pętlę jako 1700m i nie biorąc pod uwagę, że się coś dokłada, to normalne.

Po zrobieniu tej dyszki nawet nie zawinąłem do auta. Batoniki i tak mi się skończyły.
Brałem słodkie z punktu, to coli nie potrzebowałem. Zapijałem to wodą.

Nocą ktoś robił trochę fotek, ale nigdzie na nie trafiłem.

Około 7 rano, po 95 okrążeniach zbiegłem do auta i w końcu zdjąłem długi rękaw.
Ponownie trochę się odświeżyłem mokrym ręcznikiem i nałożyłem nową koszulkę.
Buty zostawiłem, ale zdjąłem je i wywaliłem z nich syf.
Czułem już, że coś tam się otarło, ale postanowiłem już tego nie ruszać.

Uzupełniłem buteleczkę colą. Wyszedłem spokojnie na kolejną pętlę, jedząc zabrane z punktu suche ciasteczka.

Obrazek
Po mięciutkim.

Wyszło słonko, na szczęście po chwili się zachmurzyło. Zaczął nawet lekko kropić deszcz. W miejscach pod drzewami w ogóle się tego nie zauważało. Poranna pogoda sprzyjała.

Do 100 okrążeń dokręciłem już bez żadnych historii.
Zaliczyłem 170 km w 23h 22 min. Zostało więc około 1,5h biegania.

Okrążenia 101-108 – zrobione 183,6 km

Obrazek

Zastanawiałem się, ile jeszcze nakręcę w tym czasie kółek. Na szybko wyliczyłem, że 6 powinienem dać radę, a może i siódme wcisnę, bo zgodnie z regulaminem, wystarczy ostatnie okrążenie zacząć przed upływem czasu.

Obrazek

Odpuściłem zmianę butów. Na tym etapie już ani razu nie byłem w aucie.
Złapałem flow. Mógłbym już tylko biec, ale trzymałem się swojego schematu, choć już pozwalałem sobie na więcej truchtania.

Ludzi przybywało, w tym trochę znajomych z Parkun.
Obrazek

„Świeżaki” co chwilę mnie wyprzedzały, ale bywało, że i jak kilka osób dawałem radę wyprzedzić.
Obrazek

Robiłem po prostu swoje – zbierałem kilometry.
Obrazek

Koleżanka Ewelina spacerowała z córką. Były od samego początku, choć robiły też przerwy.
Kibicowały mi i zawsze padały jakieś miłe słowa.
Obrazek
W końcówce oszczędzałem siły i już często w geście podziękowania podnosiłem tylko rękę.

Zacząłem 105 okrążenie i je już zaliczyłem szybciej.

Na linii mety stał Robert Szych i mówił, ile czasu jeszcze pozostało do końca zawodów.
Obrazek
Zgodnie z moją wcześniejszą prośbą nic mi nie mówił, jak wygląda sytuacja z klasyfikacją.

Zegar pokazywał już jakieś głupoty. Wcześniej odliczał czas od startu zawodów, a teraz nie wiem, co tam było.
Może była w tym jakaś logika, ale ja już tego nie przyswajałem. :chrap:
Usłyszałem, że zostało około pół godziny do końca.
Obrazek
Obrazek

Prosta i szybka kalkulacja. Jeśli zmieszczę okrążenie w 10 min, to dam radę zrobić jeszcze trzy.

180 km w nogach, a ja ruszyłem już najmocniej.
Na trasie spotkałem kolegę Dawida, próbował biec ze mną, ale odpuścił.
Na odcinkach łatwiejszych na pewno schodziłem z tempem poniżej 5:00, wskakując na miękki teren, musiałem bardziej uważać i trochę zwolnić.
Jeden raz trafiłem tam na jakiś większy patyk, który wszedł mi pod sznurowadła.
Bałem się więc biec tam zbyt mocno, a też po asfalcie nie chciałem na sam koniec dobijać kolan.
Biegłem już całe pętle, bez spacerów.
Tempa okrążeń widać w podsumowaniu lapów.

Najlepsze podsegmenty:
Obrazek
Wszystko co „najlepsze” to końcówka zawodów.

Zawody zakończył Jacek, który okazało się, że był drugi, za nim jest kolega Artur:
Obrazek

Skończył też kolega, który był trzeci, wcześniej mnie zagadywał na trasie, a ja jego, bo podobnie jak ja biegał po miękkim tam, gdzie się dało:
Obrazek

Skończyły też dziewczyny. Kinga zajęła pierwsze miejsce, a koleżanka po lewej drugie:
Obrazek

W końcu ja wbiegłem po raz ostatni na metę:
Obrazek

Wtedy Robert zakomunikował, że „mamy zwycięzcę”.

Nie do końca to do mnie docierało. Zasadniczo zostało jeszcze kilka minut i mógłbym wybiec jeszcze na jedną pętlę, ale już powiedziałem dość.
Obrazek

Wykręciłem 108 okrążeń liczonych po 1700m, czyli 183,6 km w niecałe 25 h.

Robert czekał jeszcze na kolejne osoby kończące bieg, a ja poszedłem do auta po telefon, by zapłacić za zrobione kilometry.

W aucie zdjąłem w końcu buty i skarpetki.
W Topo Ultraventure 3 przebiegłem prawie 150 km na tych zawodach.

Zauważyłem kilka pęcherzy i standardowo czerwony lewy paluch.
Osoby, które czytały moje wcześniejsze relacje z ultra wiedzą, ze przez anatomię mam z nim zawsze problem. Paznokieć zejdzie na bank.
To wszystko jednak w niczym nie kolidowało.

Wróciłem na metę. Opłaciłem kilometry z małą nawiązką.
Obrazek

Chwilę czekaliśmy na dekorację.
Obrazek

Pierwsze były kobiety:
Obrazek

Później my:
Obrazek

Ktoś coś zauważył? :bum:
W małym zamieszaniu zapomniano mi dać medal, ale zostało to „naprawione”:
Obrazek
Obrazek

Na stronie www elektronicznego pomiaru czasu nie ma jeszcze wyników.
Nie wiem, ile kilometrów nabiegały pozostałe osoby. Było to mówione w czasie dekoracji, ale moja głowa już tego nie rejestrowała.
Jak wspominałem, w trakcie zawodów, w ogóle się tym nie interesowałem, ale mogłem, choć na sam koniec zrobić foto z końcowymi wynikami – patrz wzmianka o głowie ;-)

Edit:
Obrazek
Cel został zrealizowany. Chora osoba będzie mogła zrealizować swoje marzenie :taktak:

Impreza charytatywna i biegając, widzi się w tym większy cel.
Mam nadzieję, że nakręcone przez wszystkich uczestników kilometry i zebrane środki, pomogą zrealizować komuś choremu swoje marzenie.

Od kilku lat biorę w niej udział, ale pierwszy raz wykorzystałem cały limit czasowy.

Zapewne, jeśli zdrowie pozwoli, to wrócę też podczas kolejnych edycji.
Nie wiem, czy jeszcze zdecyduję się na takie pokonanie trasy, jak w tym roku.
Być może w końcu pochodzę na spokojne, być może :spoko:

Na linii mety, w „bazie zawodów” cały czas był doping, no może oprócz „śpiącej nocy”, ale osoby, które dyżurowały nocą, również dodawały otuchy. Było to miłe.
Punkt odżywczy skromny, jednak na nim bazowałem i chyba dzięki niemu przetrwałem do końca.


Nie spodziewałem się, że to aż tak pójdzie. Popełniłem trochę błędów organizacyjnych, ale wynikało to z innych moich założeń na te zawody.

Nie ma co w lipcu brać do auta żywności, która nie wytrzyma ciepła.
Powinienem kupić więcej produktów trwałych. Mogłem też kupić żonie bilet dobowy na komunikację miejską i ją poprosić o wsparcie, jednak też nie za bardzo lubię angażować innych, a ona akurat ostatnio przechodziła chorobę.
Za dnia mogłem jednak skorzystać z Baru Szyszka i coś tam zamówić. To na pewno był błąd.

Z plusów: był spokój, nie zacząłem mocno, pilnowałem się od samego początku.
Dostosowywałem się do samopoczucia, niektóre pętle zwalniałem. Byłem i tak zadowolony, bo miałem je całościowo chodzić, a wiedziałem, że daję nadal radę truchtać. To tez mi psychicznie pomagało.

Przygotowań nie było, ale staż biegowy mam bardzo długi. Z wagą też nie mam problemów, nawet jak nie biegam. Dodatkowo systematycznie, jak już od młodzieńczych lat nie robiłem, wykonuję w domu różne ćwiczenia: siłowe, core, joga.

Być może z opisu wynika, że było lekko i przyjemnie, ale tak nie było.
Sporo musiałem walczyć sam ze sobą. Było dużo momentów kryzysowych.
Były chwile zwątpienia i to mocnego. Było "po uj mi to" i "nigdy więcej".
To drugie ciągle mam :spoczko:
Takie są biegi ultra.

Sytuację ratowała też chłodna "woda z rowu" - z poidełka - z dedykacją dla @Siedlak1975 :hahaha:
Piłem ją z przyjemnością.
Obrazek

Jednak cały czas chodziło mi po głowie zimne piwo.
W domu nadrobiłem.

Ze statystyk z Garmina:
Obrazek

Przewyższeń wyszło mi 315m, większość to chyba zrobiona podczas schodzenia do auta na parking. Choć jeśli na pętli będą jakieś 3m wzniosów, to x108 też się tego nazbiera.
Garmin podniósł mi ocenę wytrzymałości po biegu z 6500 do 8070, czyli przed zawodami uważał, że nie dam rady tego zrobić, a po zawodach, że już i owszem.
W Runalyze kondycja maratońska skoczyła z 9% do 882% :hejhej:

W czasie biegu Kinga zapytała mnie, czy też tak mam, że mówię znajomym o jakiś zawodach, a później czuję presję, bo ona tak właśnie robi i teraz tak ma.
Odpowiedziałem, że czasami tak, ale tym razem nic nikomu nie mówiłem.
Nie chciałem mieć żadnej presji, nie wiedziałem, czego mogę sam od siebie oczekiwać. Nawet w trakcie zawodów sam Robert Szych zapytał lekko zdziwiony, czy biegam od rana i będę to robił do końca. Chyba też go zaskoczyłem ;-)
Kinga odpowiedziała, że ona nie potrafi „nie mówić” :nienie:

Pęcherze w domu przekułem, zasypałem Dermatolem:
https://www.doz.pl/apteka/p3833-Dermatol_proszek_5_g
Zabezpieczyłem opatrunkami, by żółty proszek nie usyfił np. pościeli i związał się z surowicą.
Obrazek
Po dobie wszystko się ładnie zasuszyło.
Obrazek

Po dekoracji poszedłem do auta. Posprzątałem je, spakowałem torby i chciałem wracać do domu. Słonko już mocno dawało i było gorąco.
Próbuję odpalić auto, a tu okazało się, że akumulator padł.
Miał już około 10 lat, mam go od nowości. Powinienem go wcześniej wymienić.
Przez tyle godzin co chwilę otwierałem klapę bagażnika, zapalało się oświetlenie i go dobiłem.
Zmęczony, a tu trzeba jeszcze powalczyć z tematem.
Zadzwoniłem do Tomka.
Okres wakacji, niedziela, przed południem, to zdawałem sobie sprawę, że mogę mieć problem, by się do kogoś dodzwonić.
Tomek nie odbierał, to zastanawiałem się, kogo mogę poprosić o pomoc, kogoś z autem.
Przemek był na wczasach. Dobę nie spałem, zmęczenie po biegu i słabo już szło z myśleniem :chrap:
W końcu wpadł mi do głowy kolega Jan, który przez ostatnie 2 tygodnie robił za koordynatora Parkrun i to był strzał w 10.
Janek przyjechał po chwili (mieszka blisko), miał kable rozruchowe.
Akumulator był dość wrednie wciśnięty większością w podszybie.
Szybka akcja i udało się odpalić moje auto.
Mogłem wrócić do domu. Ot taka „przygoda” na sam koniec.

W poniedziałek zająłem się tematem i już mam wstawiony nowy akumulator.
Dzięki temu rozchodziłem trochę nogi.
Oj było ciężko, szczególnie w nocy i z rana.

Dopadła mnie też opryszczka. Mam leukopenię, więc nic dziwnego.
Powinienem od razu profilaktycznie łyknąć Heviran, lub posmarować usta, ale zapomniałem o tym.
Ogólnie czułem się strasznie wysuszony. Bardzo dużo piłem. Wydawało mi się, że na zawodach piję dużo, tym bardziej że sporo sikałem, ale chyba za było mało.

Dostałem też fazę na nabiał. Podobnie miałem w trakcie chemioterapii. Czułem, że potrzebuję jeść sporo nabiału i teraz miałem tak samo.
Zjadłem całą kostkę naturalnego twarogu, wypiłem litrowy kefir, zajadałem się serami.
Miałem zapas dobrych produktów, które systematycznie kupuję na Turzynie i z tego korzystałem.
Obrazek

Dziś z nogami już jest lepiej. Schody pokonuję w obie strony bez problemu.
Ogólnie to już w poniedziałek przeszedłem ponad 10 km i z każdą chwilą było lepiej. Kolana trochę pobolewają, szczególnie lewe w dołku podkolanowym. Nadal mam mocno nabite łydki. Dwugłowe są OK, bardziej czwórki oberwały.
Na razie robię kilka dni przerwy z treningami siłowymi. Muszę dojść do siebie.
Nie chcę dodatkowo nadwyrężać organizmu.

Sporo tego. Dawno nic nie pisałem.
Zastanawiałem się, czy zrobić tę relację.
Jeśli ktoś przeczyta i cokolwiek znajdzie tu ciekawego dla siebie, to dobrze.
Może ktoś tylko „rzuci okiem” to będzie wiedział, że nadal żyję :ble:

P.S.
Na Connect Adam @ziko303 napisał:
"Próbowałeś naciąć lekko nożem rękę albo nogę? Leci krew czy kable widać?"
Adam operowali mnie kilka razy i nie wiem, co tam usunęli i wstawili :bum: :hahaha:

Został mi jeden Maurten, więc może jeszcze ..... 🙃

Obrazek
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

XXII Toyota Maraton Jelcz-Laskowice - Memoriał Barbary Szlachetki 2026

Udział w tych zawodach wygrałem niechcący na edycję zeszłoroczną:
viewtopic.php?f=18&t=65971&p=1098744
Wtedy nie mogłem pobiec ze względów zdrowotnych, ale poprosiłem Rafała @RMC , by zapytał, czy można będzie wygraną przenieść na 2026 rok i nie było z tym problemu.

Do tego maratonu specjalnie się nie przygotowywałem.
W tym roku chcę pobiec w Lądku w ramach DFBG jakieś ultra i pod to trenuję.
Maraton miał stanowić tylko jednostkę treningową.
Jakie to będzie ultra, to decyzję dopiero podejmę w czerwcu. W zależności od zdrowia i w jaki sposób pójdą przygotowania.

Cel treningowy na maraton to 4 h:
Obrazek

Przygotowania
Od drugiej połowy grudnia dość systematycznie biegałem, powoli zwiększając dłuższe biegi, a w ostatnim miesiącu robiąc już sporo biegów terenowych na górkach:
Obrazek

Przez ten czas miałem tylko 2 biegi ponad 24 km:
Obrazek
Za to całkiem sporo wpadało już longów około 20 km.

Towarzysze broni
Nie chciałem maratonu biec sam i namówiłem na te zawody dwóch kolegów: Sławka z Opola i Łukasza z Wrocławia 😎
Powiedziałem im, że plan jest taki, by biec na 4 h, a jeśli warunki (pogoda) nie pozwolą, to się zwolni lub w pewnym momencie każdy zdecyduje, że zwalnia.
Chłopaki nie trenowali pod maraton.

Łukasz rozpoczął przygotowania pod KBL 110 km w Lądku i biegał już dość systematycznie.
3 maja miał zaplanowany półmaraton w Kobierzycach, ale postanowił, za namową, pobiec na rozgrzewkę 2 dni wcześniej ze mną maraton 😂
Sławek stwierdził, że też do nas dołączy i po roztrenowaniu rozpoczął krótki, miesięczny plan maratoński - podobnie jak ja dwa lata temu do Dębna😁

Podróż & Technikalia

Plan mój wyklarował się tak, że w czwartek 30 kwietnia jechałem pociągiem do Opola do Sławka, a na drugi dzień razem z samego rana jedziemy do Jelcz-Laskowice na maraton.
Łukasz tam dojechał autem z Wrocławia.

W czwartek więc wsiadłem w pociąg i ruszyłem na Opole.
Obrazek

Dotarłem przed godziną 17:00.
Pochodziłem trochę po Opolu, by rozprostować nogi i się schłodzić: 😎
Obrazek

Później wyskoczyliśmy ze Sławkiem na "pasta-party":
Obrazek
Obrazek

Wieczorem wyciągnąłem to co rano zabierałem na zawody - wszystko przygotowałem już w Szczecinie, więc tu nie było żadnych rozkmin, oprócz decyzji dotyczącej butów, ale o tym będzie później 😉

Postanowiłem ubrać się, tak jak biegam na ultra. W końcu to był trening pod to właśnie.
Ubiór:
- spodenki Attiq;
- koszulka "na ramkach" - jakaś żonobijka z zawodów; 😂
- na nią trailowa, rozpinana koszulka Attiq z kieszonkami;
- szorty i skarpetki firmy Danish Endurance;
- na głowę czapeczka z daszkiem - ulubiona z Alibaby;
- mała i lekka kamizelka biegowa Aonijie.

Zasilanie:
- 0,5 l odgazowanej Coli w softflask,
- jeden mały kakaowy wafelek.
Nic więcej.
Miałem zamiar biec spokojnie, więc nie brałem żadnych żeli, chciałem po prostu korzystać z tego co będzie na punktach.

1 maja - dzień zawodów - przed startem

Pobudka rano, około 4:30.
Zjadłem jedną małą bułeczkę z miodem, którą popiłem wodą mineralną. Sławek chyba zrobił podobnie.
Ze względu na problemy z brzuchem łyknąłem tabletkę No-Spa Max - nie wiem czy nie była przeterminowana, bo ostatnia, ale zadziałała. :hahaha:

Wyjechaliśmy ~5:30 i w Jelcz-Laskowice byliśmy o 7:00.
Poszliśmy odebrać pakiety startowe.
Obrazek
Obrazek

Łukasza jeszcze nie było, więc wróciliśmy do auta, gdzie się zaczęliśmy przebierać.

Wspominałem o dylemacie z butami.
Od samego rana świeciło słonko i nie było żadnej chmurki na niebie ☀️ 🤷‍♂️

Zabrałem:
- Nike Vomero Plus i
- OneMix Tupo Red.

Nike były nie tak dawno zakupione z nalotem około 100 km, to buty poduszkowce, z dużą ilością amortyzacji. Zakładałem, że właśnie w nich pobiegnę maraton.
OneMixy to chińczyki kupione za ~130 zł z nalotem ~500 km, ale lekkie i przewiewne.
Patrząc na niebo zdecydowałem się nałożyć OneMixy. Sławek też miał takie same i zrobił podobnie.
Już teraz napiszę, że w mojej opinii była to bardzo dobra decyzja. Biegło mi się w nich dobrze. Zero problemów. Stopy miały dobrą wentylację.
W Nike bym się zagotował, są mocno zabudowane.

Zadzwonił Łukasz, że już jest. Powiedziałem, że się spotkamy na starcie, bo my już pakiety odebraliśmy.
Już przebrany postanowiłem jeszcze ogarnąć ostatnie WC.
Przy punkcie Start/Meta widziałem, że stoją tojki i tam ruszyłem. Były jednak jeszcze zamknięte na kłódki :bum:
Potruchtałem więc do hali, w której wydawano pakiety.

Po powrocie do auta Sławek zapytał mnie, czy robimy rozgrzewkę. Sensu nie było, bo przecież planowaliśmy biec tempem 5:40 😉

W pakiecie oprócz ładnej koszulki:
https://www.facebook.com/share/p/1Ga52QaM5h/
był jeszcze izotonik i batonik Oshee:
Obrazek
Izo nie ruszałem, ale batonik zjadłem 15 min przed startem, a tym samym wafelek kakaowy, zabrałem ze sobą.

Poszliśmy na Start, gdzie spotkaliśmy się z Łukaszem:
Obrazek
Obrazek

Trasa
Trasa z atestem to dla maratonu cztery te same pętle, o długości ~10,55 km.
Biegniemy w większości asfaltem, otwartymi przestrzeniami i są w drugiej części dwa wiadukty do pokonania.
Pętla ma kształt flagi:
Obrazek
Biegliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Maraton miał start o godzinie 8:00, półmaraton z tego samego miejsca o 9:00 i jeszcze startowała dyszka też o 9:00, ale oni mieli miejsce startu przesunięte o 550 metrów.

Pierwsza pętla

Nastąpiła godzina zero, a właściwie 8:00 :spoczko:
Zaczął się maraton.
Obrazek
Obrazek

Prowadzenie wziąłem na siebie, ale chłopaki biegają od lat i też by z tym nie mieli problemu, choć Sławka czasami potrafi ponieść na początku 😁
Obrazek

Pierwsza pętla w słonku i tak będzie do samego końca, ale aż tak mocno, jeszcze przez wczesną godzinę, nie paliło. Jednak z każdą minutą to się szybko zmieniało.
Na niektórych odcinkach zawiewał fajny wiaterek i jak zazwyczaj biegacze nie lubią wiatru w pysk, to ja teraz czekałem na takie odcinki. :spoczko:
Obrazek

Rozmawialiśmy i po chwili dołączyły do naszej grupy jeszcze dwie osoby: Arek i kolejny Sławek.
Obrazek

Drugi Sławek nie trzymał się nas zbyt długo.
Arek miał kamerkę i nagrywał wideo relację z biegu:
https://youtu.be/8QAHevoE54c

Dzięki temu załapaliśmy się na nagraniu, a widzę, że Łukasz nawet przejął chwilowo rolę operatora :hahaha:
Obrazek

Pierwsza pętla zleciał dość szybko, w sensie odbioru tego głową. Sporo rozmawialiśmy, poznaliśmy nowe osoby.
Dla mnie to też było poznanie trasy.
Zastanawialiśmy się, czy zdążymy ją skończyć, zanim ruszy połówka.
Powiem, że było dosłownie "na styk" 😁

Pierwsza pętla zrobiona idealnie w 59:58 (średnie tempo 5:41) i byłem open 61.

Druga pętla

Minęliśmy matę pomiarową i od razu ruszył za nami start półmaratonu:
Obrazek
Przez chwilę byliśmy na czołówce peletonu
:hahaha:

Było już zdecydowanie cieplej.
Trasa niestety w ponad 90% nie jest zacieniona.
Obrazek

Widziałem, że wiadukty trochę sprawiały biegaczom problemy. Mnie one nie ruszały, więc w sumie dobry objaw. Jednak ze względu na chłopaków, na podbiegu lekko zwalniałem, by na zbiegu luźniej puścić nogi i zwracałem uwagę, by wtedy rozluźniać ciało.
Obrazek

Na tej pętli biegło się całkiem dobrze. Było już sporo ludzi na trasie, bo dołączyli połówkowicze, a też dogoniliśmy część osób z dyszki, którzy startowali tak jak połówka o 9:00, ale 550 m wcześniej (lub dalej, zależy dla kogo :hejhej: ).
Trzeba było się tylko pilnować, by nie przyśpieszać.

Druga pętla ukończona w 1:59:46 (średnie tempo 5:40) i byłem open 58.
Dla nas był to dokładnie półmaraton.

Na skraju foto załapaliśmy się ze Sławkiem 😉
Obrazek
Ciągle idealnie, kilka sekund szybciej.
Tu jeszcze byliśmy wszyscy razem: ja, Sławek, Łukasz i Arek.

Trzecia pętla

Ciepło, po prostu ciepło.
Czekałem na odcinki gdzie, choć troszkę było cienia i na te wietrzne.
Stryd z całości pokazuje mi zaledwie 1% "Air Power", ale niektóre kilometry miały 3-4% wiatru i na te czekałem :taktak:

Zdjęć już nie robiłem, bo to bieg po pętli i powtarzały się te same elementy.
Niektórzy nie lubią biegać zapętlonych maratonów, ale mi to nie przeszkadza.
Co mam powiedzieć jak w zeszłym roku biegłem zawody 25h, na pętli 1700 m 😉

Piłem wodę na każdym punkcie, obmywałem nią też twarz i kark i polewałem głowę.
Zjadłem wafelka, Arek poczęstował nas jakimś żelkiem. Na jednym z punktów złapałem też kilka żelków Haribo, ale zeszkliły mi się po nich zęby i już więcej ich nie brałem.
Obrazek

Na tej pętli Łukasz z Arkiem zaczęli trochę odstawać, ale my ze Sławkiem też lekko szybciej biegliśmy.
Sławek już się mało odzywał, wyglądał jednak dobrze.
Pogoda jednak robiła swoje.

Trzecią pętlę ukończyłem w 2:58:59 (średnie tempo 5:39) i byłem w open już 46.
Sławek był już trochę za mną, kończył ją w 2:59:41, a Łukasz w 3:07:52.

Czwarta pętla i ostatnia

Biegłem już solo.
Sławek trzymał się mnie do około 31. km, Łukasz z Arkiem do ~27. km.
Przeludniło się strasznie na tej pętli, bo został sam maraton.

Słonko męczyło mnie mocno.
Nie wiem, jaki miałem puls i nie chciałem tego sprawdzać. Miałem ustawione jako główne to pole danych:
Obrazek
Tylko tempo okrążenia i średnie tempo.

Chciałem to już jak najszybciej skończyć i wpadła myśl, by dalej biec tempem 5:00, ale postanowiłem tylko trochę docisnąć.
Bałem się, że dopadnie mnie skurcz, a też jechałem na minimalnych zapasach.
Zacząłem pić swoją Colę.
Na punktach piłem samą wodę, ale w obawie właśnie o skurcze i zjazd energetyczny, wziąłem na jednym z punktów izotonik.
Na tej pętli kolejny raz wypiłem izo i chciałem zrobić to jeszcze raz, ale wpadł niechcący na mnie jeden z młodych wolontariuszy i wytrącił mi kubek z ręki.
No cóż, zdarza się, pobiegłem dalej, bo nie chciałem się zatrzymywać i wybijać z rytmu.
Izo mnie oblało i byłem trochę klejący :tonieja:

Pamiętam, że chciałem też złapać banana, ale miałem już ograniczoną percepcję i mi się wyśliznął z ręki 😂
Softflaskę z colą wyssałem do cna.

Ostatni raz tablica Jelcz-Laskowice:
Obrazek

Była chyba jedna kurtyna wodna i z niej zawsze korzystałem.
Jakaś miła pani polała mnie wodą z węża ogrodowego i ktoś przed domkiem wystawił miskę z wodą - z niej też korzystałem, obmywając twarz i mocząc czapeczkę.
Koszulka Attiq jest rozpinana i od dawna powoli opuszczałem zamek , teraz to już prawie po całości.
"Żonobijka" stanowiła warstwę ochronną, tak by mnie kamizelka biegowa nie otarła. Stosuję to na ultra i teraz się również to sprawdzało.

Mijałem kilka osób, które widać, że miały sporo problemów. Na podbiegach większość już szła.
Ostatni podbieg na wiadukt i zostało około 2 km do mety.

Lecę jak na tempomacie. Kryzysu żadnego nie mam, po prostu jest mi gorąco.
Wiem, że jakbym się zasilił, to też mógłbym biec tym tempem dalej.
Wpadam do miasta, ostatnie rondo i prosta do mety.
Na niej jeszcze mijam kolejne osoby.

Zegarek odpikał 42 km, ale trochę nadkładałem i trzeba było jeszcze ~400 m pokonać.
Obrazek

Tu już mnie nic nie zatrzyma, choć bywa, że ludzie padają i przed samą metą 😉
Obrazek

Wbiegłem na metę wysuszony mega przez słonko, niczym wyssana na maksa moja softflaska 🤣

Czas na mecie 3:55:37 (średnie tempo 5:35) i miejsce open 33.

Końcóweczka

Nie czuję się źle. Odbieram medal.
Idę po wodę i wypijam całą, małą butelkę na raz, a drugą biorę ze sobą.
Obrazek

Usiadłem na trawie w półcieniu i czekam na kolegów.
Buty spisały się dobrze. Zero otarć. Nie czułem w czasie biegu, że mam stopy spocone i żadnego dyskomfortu. 
Kilka razy wbiegłem świadomie w wodę przy kurtynie wodnej.
Obrazek

Po chwili pojawił się Sławek:
Obrazek
Ukończył zawody z czasem 4:12:11.

Po Sławku na metę z czasem 4:16:48 wpadł poznany na biegu kolega Arek:
Obrazek

Na Łukasza czekaliśmy trochę dłużej. 
W końcu pojawił się ubrany w wyszczuplającym kolorze, ale mocno przyciągającym słonko 😂
Jego czas to 4:30:12. 
Obrazek

Wspólnie ze Sławkiem i Łukaszem na mecie:
Obrazek

Po tym poszliśmy zjeść makaron z sosem. Sławek musiał dojść do siebie i odpuścił jedzonko.
Obrazek
/foto @Łukasz/

Podsumowanie

Cel został zrealizowany.
Po zawodach czułem się dobrze. W sobotę przebiegłem w Opolu Parkrun z czasem 22:40.
Sławek też szybko doszedł do siebie i na wspomniany Parkrun pobiegliśmy, robiąc w sumie ~12 km.
Łukasz przyjechał na Parkrun do Opola z synem, ale go przeszli, częściowo truchtali, a w niedzielę Łukasz przebiegł półmaraton poniżej 2 h.

Same zawody były bardzo dobrze zorganizowane. Wolontariusze (bardzo dużo młodzieży) spisywali się znakomicie.

Trzeba brać pod uwagę, że bieg jest 1 maja i jaka wtedy zazwyczaj bywa pogoda.
Trasa jak dla mnie była dobra, ale jak nie ma chmur, to na cień możemy nie liczyć, a w wietrzną pogodę też lekko nie będzie. Jednak tak bywa na większości miejskich, ulicznych maratonach.

Była okazja spotkać się i pobiec towarzysko i poznać nowe osoby.
Dodam, że kawałek biegł z nami towarzysko Damian - kolega Łukasza, który mieszka w Jelcz-Laskowice. Był też na jednym z punktów i podał mi wodę. Kolejna sympatyczna osoba, która przez chwile zajęła głowę rozmową i dobrym słowem.
Spotkałem też inne znajome osoby np. poznana kiedyś na DFBG Kinga Łampika 👍
Okazało się, że była również dwójka biegaczy z okolic Szczecina, z Dobrej i Gryfina, z którymi też chwilę rozmawialiśmy.

Wspomnieć wymaga, że te zawody to "Memoriał Barbary Szlachetki".
Kim była Basia to za bardzo nie będę tłumaczył. Tu na forum są również wpisy o niej.
viewtopic.php?f=1&t=7191
Krótki wpis na Wiki:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Barbara_Szlachetka
W maratonie brała również udział córka Basi:
Obrazek

Obrazek
/foto @Łukasz/

Zawody na Connect:
https://connect.garmin.com/app/activity/22723268231

Cieszę się, że wygrałem udział w tych zawodach.
Zmotywowało mnie to teraz też do napisania relacji 😇

P.S. Nie było tak źle :bum:
Obrazek
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

2026 DFBG B7S 240 km - DNF / ST130 Obrazek

Postaram się skrócić relację. Nie zamierzałem jej w sumie pisać, nie robiłem notatek i nie wszystko mogę pamiętać :hejhej:

Przygotowania

Planowałem w tym roku pobiec coś w ramach DFBG, ale nie wybierałem dystansu aż do czerwca.
Postanowiłem zobaczyć, jak to będzie i w sumie to długo zastanawiałem się, na jaki dystans się zdecydować.
Rozsądek podpowiadał KBL, czyli 110 km. Paweł kusił mnie najpierw na 240 km, a potem na 170 km :hahaha:

Z treningów wyrzuciłem interwały. Starałem się za to biegać więcej w terenie. Postawiłem też na ćwiczenia w domu, celem wzmocnienia core, by kręgosłup więcej wytrzymywał.

Nie robiłem nic specjalnego.
Tak wyglądały longi >25km od początku roku:
Obrazek

Przebiegnięty dystans w poszczególnych miesiącach:
Obrazek

Więcej było spokojnego klepania kilometrów, mało jednak konkretnych longów.
Zamuliło mnie to trochę, bo na Parkrun byłem w stanie złamać jedynie 21 minut.

Przyszedł czerwiec i zapisałem się na ... B7S, czyli na 240 km.
Logicznie tego nie wytłumaczę. Jakaś chwila słabości, pomroczność jasna mnie dopadła :hahaha:

Chyba po prostu chciałem zobaczyć, czy z takiego biegania, stawiając ogólnie na minimalizm, da się to zrobić.
Pisząc minimalizm, mam na myśli, że chciałem wykorzystać to, co już mam. Nie kupować nic nowego, wykorzystać stare zapasy, stary sprzęt.

Jedyny zakup, jaki zrobiłem to buty ASICS Trabuco Max 5. Wszystkie trailówki, które posiadam, są już stare i z przebiegami 600-1000 km.
Od Przemka pożyczyłem też kijki Leki, ma dłuższe o 5 cm od moich i stwierdziłem, że może to być lepsze dla pleców.

No i dzień po zapisaniu się wszystko yebło Obrazek

Dosłownie na drugi dzień dopadło mnie zapalenie zatok.
Walczyłem z nimi przez ponad 2 tygodnie wszystkimi możliwymi, naturalnymi sposobami, tak by nie brać antybiotyków.
2 lata temu przed ultra 70 km też mnie dopadły zatoki i wtedy brałem silne antybiotyki, nawet dwa, bo pierwszy nie pomógł i wtedy na biegu było bardzo ciężko.

Systemy i teraz mocno siadły, Body Battery słabo się ładowało:
Obrazek

Dodam, że pechowo w tym roku mój ortopeda wyjechał na urlop i zastrzyki w kolana, które miałem mieć zrobione w maju, dopiero miałem podane w czerwcu.
Na 2 tygodnie wykluczyło mnie to wszystko z biegania.
Jeszcze na koniec chwyciła mnie jelitówka, która w 2 dni spowodowała spadek wagi o 4 kg Obrazek

Po tym starałem się jeszcze jakoś ratować ten czerwiec. Czułem jednak, jak słaby jestem. Zatoki też całkiem nie odpuściły.
W Puszczy Bukowej musiałem wybierać spokojniejsze trasy, odpuściłem bieganie po pętli PoYeba.
Nie chciałem dobijać organizmu.
W Puszczy obiegałem nowe Trabuco Max 5. Przebiegłem w nich w sumie około 100 km i się zawsze dobrze sprawdzały.

Było słabo i chciałem zmienić dystans ultra. Można to było zrobić do końca czerwca.
Przemyślałem sprawę i postanowiłem jednak nic nie zmieniać, a to dlatego, że 240 km jest składową ST130 i KBL.
Pierwszą część biegnie się wspólnie z ST130 i w Kudowie można podjąć decyzję, czy lecimy dalej, czy też kończymy tam zawody i jesteśmy klasyfikowani na wspólnej liście.
Przepisanie się na krótszy dystans i tak nam nie zwraca kosztów.

Nie chciałem też się od razu negatywnie nastawiać. Po prostu przyjąłem zasadę, że będzie, co będzie. Pakuję przepaki na całość i będę decydował w trakcie.
Trasa ST130 jest ciężka i wcale nie znaczyło, że nawet do Kudowy dolecę.


Przed startem
Pierwszy raz w tym roku moja żona miała urlop w lipcu i mogliśmy wyjechać razem.
W Sudety, a konkretnie to na początek do Kudowy-Zdrój, wyjechaliśmy tydzień przed zawodami.

Było sporo chodzenia, wędrówek, starałem się to trochę trzymać na wodzy, ale i tak codziennie wpadało 30-40 tys kroków Obrazek
W niedzielę do Kudowy dojechała ekipa duńsko-gorzowska i zrobiło się weselej:
Obrazek

Czas szybko zleciał, w środę przenieśliśmy się wszyscy do Lądka-Zdrój.
Obrazek

Pakiety startowe można było odbierać od środy i tak samo nadać przepaki.
Wszystko miałem spakowane w Szczecinie, ale zrobiłem jeszcze ostatni przegląd zawartości przepaków.
Zabrałem worki i ruszyliśmy do biura zawodów.
Obrazek

Tam spotkaliśmy się z większą częścią naszej grupy.
Obrazek

Trzeba było swoje odstać w kolejce:
Obrazek
Szło to całkiem sprawnie, ale szkoda, że w środę nie ograniczono wydawania pakietów dla startujących w czwartek i ewentualnie dla 170 km, którzy startowali o 5 rano w piątek z Długopole-Zdrój.
Obrazek

Organizator zadbał o kilka przykazań dla zawodników:
Obrazek

Można było też wylosować przesłanie dla siebie:
Obrazek

Oczywiście jakieś sweetfocie musiały być: :bum:
Obrazek

Noc przed startem bardzo źle spałem:
Obrazek
Położyłem się spać już około 22:00, ale nie mogłem zasnąć. Ratowałem się melatoniną, jednak to za wiele nie pomogło.
Prawdopodobnie mam teraz nasilenie mojej choroby tropikalnej, bo taki stan utrzymuje się nadal. Nocami się dodatkowo mocno pocę i mam podwyższoną temperaturę.
Na to wpływu nie mam Obrazek - tak jak i na pogodę w lipcu - w sumie to w ogóle na pogodę Obrazek

Około południa poszliśmy na szybszy obiad, a po tym zająłem się chemią, czyli lądecki "Breaking Bad": :hejhej:
Obrazek

I lecimy: Start

1. Lądek - Przełęcz Gierałtowska - 9,8 km biegu

Na dystansie 130 km z naszej ekipy startowała też Dana, więc wspólnie wbiliśmy się w tłum, oczekując na start.
Obrazek

Początek to podejście pod Trojak:
Obrazek

Do Przełęczy Dana cały czas biegła ze mną. Nie śpieszyliśmy się.
Było sporo ludzi a trasa na tym etapie była często bardzo wąska. Utworzyły się wagoniki biegnących równo za sobą osób.
Czas do punktu zleciał dość szybko.
Czas odcinka: 01:31:27

2. Przełęcz Gierałtowska - Przełęcz Płoszczyna - 35,5 km biegu (długość odcinka: 25,7 km)

Jest to jeden z bardziej męczących odcinków. Długi i przypadają tu dwa szczyty: Kowadło i Rudawiec.

Podejście na Czartowiec:
Obrazek

Zdobyty pierwszy szczyt:
Obrazek

Smrek i Przełęcz Trzech Granic:
Obrazek

Brusek - o tym szczycie:
https://korona-gor-polski.pl/szczyt/brusek/
Obrazek
Robiłem fotki i sam się tam załapałem:
Obrazek

Trochę dalej był drugi szczyt, czyli Rudawiec.

Ogólnie ciężko mi się biegło. Ciągle jakieś mroczne myśli miałem. Ten etap mnie zawsze psychicznie męczy. Często jest też niedoceniany przez biegaczy. Jest męczący i daje popalić.
Na szczęście zaczął się już zbieg do punktu:
Obrazek

Słonko też już mniej operowało:
Obrazek

Czas odcinka: 04:00:15 - mata pomiarowa była za punktem, więc obejmuje czas spędzony na nim.
Obrazek

3. Przełęcz Płoszczyna - Międzygórze - 50,6 km biegu (długość odcinka: 15,1 km)

Krótki odcinek, ale bardzo ciężki. Zdobywamy tu najwyższy szczyt biegu, czyli Śnieżnik.
Będzie tu odcinek o długości ~1 km ze wzniosem chyba ponad 250 m.

Za to pogoda już sprzyjała.
Obrazek

Nie wspominam o kręgosłupie. Niestety moja przypadłość. Jebało mnie już od jakiegoś czasu. Radziłem sobie jednak z tym i często potrafiłem zadziałać z wyprzedzeniem. Nie będę pisał dalej o tym, bo wszystkich momentów nie pamiętam. Było tego sporo, ale na plus, że mniej niż jak poprzednio biegłem B7S.

Napieraliśmy pod Śnieżnik. W pewnym momencie jednej osobie omsknął się kijek na kamieniu i wbił go w buta zawodniczce, która podchodziła za nim. Usłyszałem przed sobą krzyk z bólu. Chłopak przepraszał po angielsku, ale trudno go winić. Lepiej trzymać się w większych odstępach podczas takiej wspinaczki.
Zapytałem dziewczynę, czy wszystko OK, mówiła, że boli, ale daje radę iść.

W końcu pojawił się "blender", czyli wieża widokowa na Śnieżniku.
Obrazek
I Śnieżnik został zdobyty:
Obrazek
Panowała tam zupełna cisza, zero wiatru i było ciepło.

Zaczął się nocny zbieg do Międzygórza, gdzie mieliśmy kolejny punkt, w końcu z ciepłym posiłkiem.
Truchtałem powoli, bo sam zbieg nie jest łatwy. Sporo tu nierówności: kamieni i korzeni. Łatwo o wyjebkę.

W końcu po 02:40:18 dotarłem na punkt.

Tu w nagrodę po ponad 8 h biegu dostałem dziecięcą miseczkę strawy - wyczekiwany ciepły posiłekObrazek
Obrazek
Szkoda tego komentować.
Tym razem flaski uzupełniłem rozwodnioną colą i ruszyłem dalej.

4. Międzygórze - Długopole Zdrój – 68 km biegu (długość odcinka: 17,4 km) - przepak!

Początek to droga przez Międzygórze i podejście pod górę Igliczną.
Obrazek

Fotek na tym etapie już nie robiłem. Ogólnie to nudnawy odcinek i po zbiegu z Iglicznej jest dość biegowy.
Przed samym Długopolem trasa w tym roku została lekko zmieniona i końcowego odcinka nie znałem.
Czas odcinka 02:32:22.

W końcu przepak.
Wyczyściłem się chusteczkami nawilżanymi, niestety organizatorzy od lat, nic nie zapewniają na przepakach, by się lepiej ogarnąć.
Zmieniłem wszystkie ciuchy, tylko buty założyłem te same, czyli Trabuco Max 5. Trasa była do tej pory sprzyjająca i buty nie były ani mokre, ani ubłocone. Postanowiłem dalej w nich biec.
Stopy i wrażliwe miejsca nasmarowałem Sudocremem, ale możliwe, że za mało.
Uzupełniłem zapasy, rozrobiłem Maurten z kofeiną i zabrałem na wynos, to co było na punkcie.
Wychodziłem już na trasę, gdy zauważyłem Danę, która właśnie dotarła na przepak.
Uściskaliśmy się, powiedziałem jej, gdzie wydają przepaki i ruszyłem w siną dal.

5. Długopole Zdrój - Spalona - 84 km biegu (długość odcinka: 16 km)

Ogólnie ten odcinek nawet lubię. Początek to cały czas pod górę, by w końcu dojść do Autostrady Sudeckiej.
Około 1-2km od Długopola spotkałem zawodniczkę, która wracała się na punkt, bo zapomniała słuchawek Shokz 🫣

Autostrada Sudecka to stary, zdezelowany asfalt, ale można tam truchtać, dopóki nie skręcimy w prawo i nie zaczniemy podchodzić pod Jagodną.
Podejście to jest jednak dość przyjazne, nie tak jak na Śnieżnik.
Obrazek
Kolejny szczyt zdobyłem około 04:10 rano. Już świtało.
Chwilę później padła mi czołówka, ale nie zmieniałem baterii. Zbieg był szeroki, a z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej.

Czas odcinka, który też obejmuje czas spędzony na przepaku, to 02:59:26.
Tu był kolejny skromny, ciepły posiłek.
Obrazek

Standardowo uzupełnienie płynów, zjedzenie posiłku i zabranie owoców na wynos.

6. Spalona - Zieleniec 104 km biegu (długość odcinka: 20 km)

Za tym odcinkiem też za bardzo nie przepadam. Teraz, ze względu na przesunięcie startu na wcześniejszą porę, choć słonko nie paliło tu jeszcze głowy.
Sporo tu asfaltów.
Sam początek odcinka przy schronisku "Jagodna":
Obrazek

Dalej lecieliśmy w kierunku Lasówki:
Obrazek
Obrazek

Obrazek

Za Lasówką dobiegamy do asfaltu, którym około 5 km biegniemy pod Torfowiska pod Zieleńcem.
Później jest wkurzający ponad 2 km odcinek po ostrych kamieniach zakończony zejściem do asfaltowej Drogi Dusznickiej, z której po chwili zawijamy w prawo, by rozpocząć podejście do punktu w Zieleńcu.
Obrazek

Czas odcinka: 03:07:15.

Tu też był ciepły posiłek, ale nie pamiętam już co i chyba były kanapeczki.
Po standardowej procedurze ruszyłem dalej.

7. Zieleniec - Duszniki-Zdrój ośrodek COS (Jamrozowa Polana) - 114,3 km biegu (długość odcinka: 10,3 km)

Odcinek krótki i całkiem przyjemny.
Jednak biegło mi się już źle. Bolały mnie stopy, wiedziałem, że coś się tam już dzieje, ale do kolejnego przepaka nie chciałem nic ruszać.

Z punktu w Zieleńcu początek jest dalej pod górę, przy wyciągach.
Obrazek
Obrazek

Jak już wejdziemy na samą górę, to zacznie się bieg pofalowanym terenem. To wąski graniczny szlak przez jagodziny, gdzie trzeba omijać błotko, prowadzący w kierunku kolejnego szczytu Orlicy.

I kolejny szczyt, już piąty, zdobyty:
Obrazek

Teraz mocny (powolny) zbieg po nierównościach do asfaltówki, którą przecinamy, by dobiec do leśnych duktów w kierunku Dusznik.
Obrazek
Obrazek

Sama końcówka odcinka to około 600 m asfaltu z mocnym wzniosem Obrazek

Na Jamrozową Polanę dotarłem po 01:45:00.

Tu się miło zaskoczyłem, bo na Danę czekał jej partner Niels, który pomógł mi na punkcie ogarnąć uzupełnianie zapasów: napełnienie bukłaka, rozrobienie Maurten.
Zatankowałem wszystko do pełna, bo wiedziałem, że na ten odcinek do Kudowy, który jest mocno odkryty i przypada na słoneczną część, będę potrzebował dużo płynów.

8. Jamrozowa Polana - Kudowa Zdrój - 133,5 km biegu (długość odcinka: 19,2 km) – gorąc i burza!

Z punktu do Duszniki-Zdrój jest około 4km. Spokojny zbieg przez las, z bardziej ostrą samą końcówką.
W Dusznikach lecimy centralnie Parkiem Zdrojowym.
Słonko dawało nieźle już popalić.

Wszyscy biegacze, których miałem w zasięgu wzroku, kupowali w Dusznikach lody lub coś innego, by się schłodzić. Sam też tak zrobiłem:
Obrazek
Sprawę uchwycił też fotograf Rafał Bielawa:
Obrazek
:hejhej:

Po opuszczeniu Dusznik trasa wiła się w górę.
Jak zwykle, przy jednym z domostw, gospodarz wystawił wodę dla ochłody dla biegaczy: do picia i obmycia się.
Wyrazy uznania.

Na tym etapie jednym z bardziej dających w kość, jest podejście na Grodziec:
Obrazek

Na foto widać, jak zaczynała zmieniać się pogoda. Widok na wieżę jest w kierunku Kudowy i tam już zaczynały się mocno gromadzić chmury, a widok na drzewo z tablicą informacyjną jest w drugim kierunku, jeszcze bardziej słonecznym.

Zaczął się zbieg w kierunku Lewina Kłodzkiego.
Obrazek
Słonko już chowało się za chmurami i było o wiele lepiej, ale też obawiałem się, co z tego może się wykluć.

Słynne miejsce, gdzie na biegaczy czeka zawsze błotko i woda :bum:
Obrazek
Na szczęście szło to bokiem powoli obejść, podpierając się ostrożnie kijkami.

Przeszedłem na drugą stronę, zacząłem zbiegać łąkami w kierunku wsi Dańczów i nagle grzmoty.
Był około 128. km trasy, jak zaczęła się ulewa. Lało w cholerę i to niestety z gradem.
Szybko wyciągnąłem kurtkę, narzuciłem na siebie, ale to nic nie dało i tak byłem cały mokry.
Zostało ~5 km do Kudowy!
Czerwone błoto zalewało mi nogi, jak najszybciej zbiegałem do Dańczowa, by opuścić to wredne podłoże.
W Dańczowie woda płynęła po kostki po całym asfalcie. Naparzałem przed siebie.
Nagle patrzę a tam wiata przystankowa i pod nią z 10 biegaczy, w tym niektórzy z dystansu 130 km, którym zostało do mety już chyba mniej niż 5 km!.
3 osoby zobaczyły, że ja napieram i ruszyły za mną.
W tej ulewie trzeba było jeszcze zaliczyć ostre podejście na łąkowe wzgórze.
Bałem by się tam nie wyebać. Kijki mocno wbijałem w glebę.
Na górze mokra i wysoka trawa, przynajmniej umyła buty :bum:
Grad ustał, deszcz powoli zelżał.

Trzeba było teraz górą pokonać to mokre ustrojstwo, mając w nogach już 130 km:
Obrazek
Tak to wygląda w wersji suchej:
Obrazek

Po tym był zbieg do asfaltu, który już prowadził do punktu w Kudowie.
Około 1000 m jeszcze pod górę i 2 km z górki.
Spotkałem tam, idącą w folii termicznej zawodniczkę Olgę Zatoń.
Zdziwiłem się mocno, bo wiem, że jest silna i zapewne walczyła o miejsce w czołówce kobiet.
Była wyczerpana i miała zniszczone stopy. Mówiła mi, że powinna już zejść wcześniej, teraz chciała już tylko dotrzeć do Kudowy.

Mnie stopy też bardzo paliły. Zaciskałem zęby i parłem pod górę i tam na szczycie nagle słonko i w nim stojący suchy Sławek.
Okazało się, że burza do Kudowy nie dotarła. Zlało nas 3 km niżej.
Ze Sławkiem dobiegłem do Parku Zdrojowego, gdzie był kolejny punkt i gdzie czekała też moja żona.

Czas tego odcinka to 03:14:37.
Ogółem czas biegu: 21:50:40.

W 2023 r. miałem w Kudowie czas 20:28:03, więc teraz było wolniej, ale nadal miałem spory zapas czasu.
Obrazek

Jak wspominałem, moja żona pierwszy raz miała urlop w lipcu na czas zawodów i chciałem, by zobaczyła, jak to wygląda. Dlatego poprosiłem Sławka, by z nią przyjechał na ten jedyny punkt.

Odebrałem przepak i w pobliskim potoku górskim poszedłem się obmyć.
Sławka poprosiłem, by napełnił na maksa bukłak świeżą wodą.
Hania kupiła pizzę. Zjadłem na szybko dwa kawałki.

Najdłużej zeszło mi z ogarnianiem stóp. Szczególnie lewa mocno oberwała, na pięcie i podeszwie miałem piękne kalafiorki.
Obrazek

Przebijałem pęcherze i spuściłem ropę spod paznokcia. O dziwo z pęcherzy za bardzo nie chciała wypływać surowica.
Ze sobą miałem jedną torebkę Dermatolu i na każdym punkcie dałem jedną, czyli w sumie miałem teraz dwa opakowania i niestety zużyłem je oba w całości. Tyle tego było.
Przebiłem to, co się dało. Zasypałem żółtym proszkiem i naciągnąłem na to skarpety.
W przepaku miałem stare Hoka Speedgoat 5 i one musiały teraz wjechać na nogi.

Myślę, że z godzinę zeszło mi na tym punkcie. Trochę panował chaos, jednak nie miałem wątpliwości, że wychodzę dalej.
Na punkcie zjadłem jeszcze owoce i makaron z zielonym groszkiem.

Pożegnałem się z Hanią i Sławkiem i ruszyłem dalej.

9. Koniec gry. Zgasł mi film!

Powoli szedłem schodami pod Górę Parkową. Tu jeszcze było trochę cienia.
Później już słońce dawało mocno w dekiel. Było bardzo ciepło i odbierało mi to strasznie siły.
Sytuację obrazuje wykres temperatury z Garmina:
Obrazek

Stopy paliły. Spotkałem po chwili dziewczynę, też z B7S, która szła powoli i mówiła, że ma tak samo problem ze stopami i próbuje przywyknąć do bólu. Szedłem szybciej i dałem radę ją wyprzedzić.
Na odcinkach biegowych, a takich na razie było mało, niestety nie mogłem zmusić się do biegu.

W pewnym momencie doszedłem do wraku spalonego auta:
Obrazek
Sam czułem się podobnie. W 100% oddawało to moją sytuację 🫩

Słońce paliło, a ja zacząłem najpierw dostawać zimne dreszcze. Bardzo chciało mi się pić.
Przeszedłem raptem z 5 km, a nie wiem, czy z połowę wody z bukłaka nie wypiłem.
W pewnym momencie, idąc już w kierunku Błędnych Skał, ocknąłem się oparty o duży kamień.
Nie pamiętałem, jak to się stało. Zastanawiałem się, czy to nie jebło mnie w kręgosłupie i tak zmroziło, że nie pamiętam?
Ruszyłem dalej i po chwili jakby kolejna utrata pamięci. Obwody się przegrzały. Zacząłem myśleć i analizować co dalej.
Nogi nie pozwalały na bieganie, czułem, że ponownie coś tam jest nie tak i stopy trzeba będzie ogarniać.
Do kolejnego punktu zostało około 8 km i to nie będzie płaska trasa.
Wiedziałem, że będę musiał na bank też się przespać, pytanie tylko, czy tak na życzenie bym dał radę, a może to już mnie tak odcinało?

Gryzłem się z myślami, analizując opcje i oceniając sytuację.
Doszedłem do wniosku, że jestem już bardzo słaby i słabłem z każdą minutą. Oprócz bólu od pęcherzy pojawił się mocny ból w przegubach stóp, a nawet opuchlizna.
Nie wiem, czy nie za mocno wiązałem buty, czy może od stuptupów?
Stwierdziłem, że taka walka dalej nie ma sensu. Nie będę w trybie zombie na siłę parł do mety, ale co teraz zrobić?
Wracać w tym słońcu do Kudowy?
Po chwili załapałem, że jestem na niebieskim szlaku, którym podchodzi się do Błędnych Skał od darmowego parkingu przy asfaltówce. Miałem tam około 2 km w dół.
Zadzwoniłem do Hani i okazało się, że oni już są w Lądku, ale Sławek powiedział, bym dzwonił do Mateusza, który zawiózł Agnieszkę do Kudowy na KBL.
Jeszcze nie było 16.00, a KBL miał start o 17.00.
Zadzwoniłem i Mateusz powiedział, że zaraz podjedzie na parking.
Powoli więc tam ruszyłem. Na szczęście to odcinek mocno zacieniony i prowadzący spokojnie w dół.

Dotarłem na Parkng, gdzie czekał już Mateusz. Wróciliśmy do Kudowy.
Zdałem chipa. W systemie nie opuściłem Kudowy, bo nie dotarłem do Pasterki, więc dostałem medal za 130 km i jestem we wspólnej klasyfikacji:
https://wyniki.b4sport.pl/bieg-super-tr ... e7572.html

Obrazek

Poczekaliśmy jeszcze na start KBL.
Mogłem choć przez chwilę pokibicować Agnieszce i Łukaszowi oraz kolegdze Krzysztofowi ze Szczecina, którego "niechcący" namówiłem na start w KBL Obrazek
Obrazek

Podsumowanie
Tak to wyszło. Nie mam do siebie żadnego żalu. Wycisnąłem z tych moich przygotowań tyle, co mogłem.
Do dziś mam ciało obolałe i robiąc nawet zwykłe ćwiczenia na kręgosłup, nadal czuję trudy tego dystansu.
Stopy powoli dochodzą do siebie. Paznokieć na dużym lewym paluchu za chwilę zejdzie. Na prawym natomiast zauważyłem już po biegu, że pojawił się krwiak. Widocznie przywaliłem w jakiś kamień. Bo to raz?
Obrazek

Przeguby w stopach ciągle mnie bolą, choć już dużo mniej. Opuchlizna już z tego zeszła.
Obrazek

Jeszcze po żadnym ultra nie miałem takich problemów ze stopami, a biegałem już w dużo gorszych warunkach.
Zapewne błędem było to, że na pierwszym przepaku nie zmieniłem butów. Miałem tam zapakowane stare Topo.

Gdybym miał upatrywać przyczyn albo tego, co miało wpływ na skończenie biegu po 130 km (właściwie 140 km), to wymieniłbym:
- za słabe treningi: za mało dłuższych longów, nie było gdzie potrenować dłuższych i mocniejszych zbiegów;
- brak decyzji od samego początku, co do dystansu i robienia treningów pod wybrany cel;
- problemy zdrowotne;
- dużo wędrowania i spacerów na tydzień przed startem;
- słaby sen i regeneracja;
- zły dobór butów, brak ich rotacji;
- kąpiel w zimnym potoku i wyjście na gorąc.

To mogło się przyczynić do DNF na B7S, ale ogólnie to po prostu słaby byłem i tyle.
Może gdybym coś z tego wykluczył, to bym dalej dotarł i po prostu miał później DNF.
Trudno oceniać, co by było.

Z wędrówek z żoną i tak bym nie zrezygnował. Są w życiu priorytety: sprawy ważne i mniej ważne.

Oceniając sytuację na szlaku, nie chciałem tego robić na siłę, z wynikiem pod limit. Nie zależało mi oczywiście na żadnej bluzie - ktoś to zasugerował. To w ogóle idiotyzm.
Od samego początku też nie biegłem, by poprawiać swój wynik. Wiedziałem, w jakiej jestem sytuacji i że potrzebuję to spokojniej biec.
Nie chciałem też skończyć w takim stylu:
https://www.facebook.com/share/r/18wCQWPEhB/

Może gdybym wcześniej nie przebiegł B7S i gdybym był sam, to bym ryzykował. Nie wiem tylko, jak daleko bym podołał zajść. Czasu miałem jeszcze sporo. Rozum zdecydował, tak jak zdecydował.

Może poszukajmy w tym plusów Obrazek
- Jeszcze nigdy nie miałem DNF na trasie 130 km, a jest to ciężki dystans z pięcioma szczytami.
- Problemy z kręgosłupem były, ale je dość sprawnie ogarniałem i sporo atakom zapobiegłem, przeciwdziałając z wyprzedzeniem.
- Nie miałem żadnych problemów żołądkowych, a to u mnie tez nie jest takie oczywiste.
- Nie miałem na trasie żadnych skurczów (miałem je za to po biegu, w trakcie leżenia i wyciągania stóp).
- Do samej Kudowy leciałem bez żadnego supportu, niosąc wszystko ze sobą i mając wszędzie swoje przepaki z potrzebnym wyposażeniem/wyżywieniem.
- To co pokazuje wylosowane przesłanie. :taktak:
- Spotkanie z naszą ekipą i świetnie spędzony czas.
- Nie uważam tego biegu za błąd i nie mówię nigdy więcej :hejhej:

Obrazek

Dodam jeszcze, że Dana ukończyła ST130 z czasem 23:24:53 - pięknie jak na debiut na tej trasie i treningi w płaskiej Danii Obrazek
Pozostałe osoby z naszej ekipy biegły różne dystanse, ale to już ich historie.

Aktywność na Connect:
https://connect.garmin.com/app/activity/23631520736

Obrazek

Wideo "Map Director" 6 minut:
https://www.youtube.com/watch?v=WUtRln2EnP0

Relacja z poprzedniego B7S 240 km:
viewtopic.php?f=27&t=60447&p=1081333#p1081333

I technikalia (mój mały poradnik):
viewtopic.php?f=27&t=60447&p=1081429#p1081429

Moje wszystkie wyniki z poprzednich lat na tym dystansie:
2020 - 20:31 ST130
2022 - 23:35 B7S DNF
2023 - 20:28 B7S
2026 - 21:50 B7S DNF


Obrazek

EDIT1:

Dopiszę jeszcze kilka spraw o odżywianiu.

Jak zwykle postawiłem na Maurten. Zapasy miałem z poprzedniego roku, a może i jeszcze starsze.
Dokupić chciałem tylko cztery z kofeiną, bo takich nie miałem.

@agnesHel poleciła mi saszetki smakowe do tego:
https://365sportu.pl/pl/p/Maurten-sasze ... ancza/4248
Kupiłem te pomarańczowe, zużyłem jedną i super zmienia to smak Maurten na cytrusowy - te pomarańczowe podobno są najlepsze. Innych nie brałem.

W ciemno zakupiłem też galaretki/żelki energetyczne:
https://365sportu.pl/pl/p/Precision-Fue ... yczne/2762
https://365sportu.pl/pl/p/Precision-Fue ... yczne/4373
https://365sportu.pl/pl/p/Precision-Fue ... yczne/2761
Zużyłem dwie i były rewelacyjne. Na pewno kolejnym razem kupię ich więcej.
Ostatnią oddałem Sławkowi na UT70 i też mu smakowała i wiem, że również planuje ich zakup.

Tej samej firmy kupiłem dwa zele:
https://365sportu.pl/pl/p/Precision-Fue ... PF90-/3847
Jednak ich w ogóle nie ruszyłem. Miałem je na drugą część zawodów.
Zostały na przyszłość 😉

Na pierwszą część biegu miałem Fresubin :
https://www.doz.pl/p/fresubin-energy-dr ... -ml-169579
W czasie chemioterapii piłem Nutridrinki, a Fresubin jest ich odpowiednikiem, zamiennikiem.
Sprawdziłem wcześniej go na treningu.
Bardzo dobrze mi wchodził i zapewniał dodatkowe kcal. Neutralny smak nie sprawiał żadnych problemów z przyjęciem.
3 butelki 200 ml przelałem do softflaski i powoli piłem w czasie zawodów.

Jak już w relacji wspominałem, z żołądkiem tym razem nie miałem żadnych problemów.

Z wiadomego powodu od kilku dni w mediach sporo mówi się o upałach. Są ostrzeżenia przed udarem cieplnym.
Posłuchałem o wczesnych objawach i następstwach.
Zastanawiam się, czy moje objawy po wyjściu z Kudowy to nie były właśnie wczesne objawy udaru cieplnego?
Wszystko na to wskazuje.

W Kudowie popełniłem spory błąd.
Po burzy dotarłem zmoknięty i nie było mi ciepło. Wykąpałem się w zimnym górskim potoku i by się rozgrzać, ubierałem się w słonku - no idiotyzm.
Później wyszedłem na trasę w mega upale. Widać jak na wykresie zegarek pokazywał 35-42 stopnie.
Zaczęło mnie odcinać i chyba traciłem świadomość. Piłem sporo, ale chyba to było za mało.
Miałem ze sobą 2 l wody w bukłaku i 2x 0,6 l napojów w softflaskach i przez 7 km wypiłem na pewno ponad połowę, a chciało się więcej, ale oszczędzałem, by starczyło do kolejnego punktu.

Myślę, że decyzja o zejściu była słuszna.
Tyle razy biegłem już ultra, ale jakieś błędy ciągle się zdarzają. Na "trzeźwo" łatwiej to oceniać.
W Kudowie jednak byłem już na nogach bez mała 24 h z nieprzespaną nocą i ciężką nocą poprzedzającą start.
"Pomroczność jasna" mnie dopadła 🫣

Wnioski są. Plany są. :taktak:

https://www.youtube.com/shorts/6_cji_iD ... ture=share
Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
Dana_B
Rozgrzewający Się
Rozgrzewający Się
Posty: 3
Rejestracja: 04 wrz 2023, 20:43
Życiówka na 10k: 48
Życiówka w maratonie: 4:01

Nieprzeczytany post

Jestem w szoku ze ty tak duzo pamiętasz. Ja mialam "pomroczosc jasna" chyba od samego początku. Ale dzieki twojemu wpisowi i tym zdjęciom, troche mi się poprzypominało. :hejhej:
Awatar użytkownika
keiw
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 9055
Rejestracja: 12 paź 2014, 14:32
Lokalizacja: Szczecin

Nieprzeczytany post

Turawa: VII Maraton od Zmierzchu do Świtu - "Twardzi Jak Stal"

Connect:
https://connect.garmin.com/app/activity/24166591652/5

I. WSTĘP - CO I JAK?

Od samego początku biegał te zawody kolega Sławek z Opola, o którym już nie raz wspominałem w moich relacjach.

Możemy w ramach tych zawodów pobiec:
1. 10,5 km - start godzina 19.00;
2. Półmaraton - start godzina 21.00;
3. Maraton - start o północy;
i crème de la crème: kolejno wszystkie dystanse, zdobywając tytuł "Twardzi Jak Stal".

Limity czasu dla biegów: 10 km - 1:30 h; 21 km - 3 h; 42 km – 6 h.

Trzeba dobrze przemyśleć tempo kolejnych dystansów.
Z jednej strony szybciej dany dystans skończysz, to masz dłuższy czas na odpoczynek, a z drugiej strony to będziesz bardziej zmęczonym i możesz się łatwo zajechać.


II. PRZYGOTOWANIA?

Po ultra zrobiłem do końca lipca roztrenowanie.
Obrazek
Były jedynie dwa krótkie biegi regeneracyjne.

W sierpniu do startu w zawodach przebiegłem raptem około 130 km.
Obrazek
W większości były to też spokojne biegi regeneracyjne, a najdłuższy bieg miał 14 km.

Decyzję o starcie podjąłem późno.
Zapisałem się ze 2-3 tyg. przed zawodami.
Sam Sławek też dość późno postanowił pobiec ponownie to combo (rozważał sam maraton), ponieważ przygotowywał się do innych zawodów ultra, które ma we wrześniu.

Przygotowań nie robiłem w ogóle.
Po ultra ciężko było mi dojść do siebie, a też każdy weekend spędzaliśmy z żoną aktywnie na wyjazdach.

Obawiałem się trochę tego, co będzie, ale pomimo wszystko byłem dobrej myśli.

III. PRZED STARTEM

Do Opola przyjechałem pociągiem w piątek po południu.
Ze Sławkiem poszliśmy na obiado-kolację do restauracji, gdzie też spotkaliśmy się z Anią i Tymkiem.
Obrazek

Czas szybko zleciał. Trochę pogaduch i trzeba było położyć się spać. Obudziłem się przed 6 rano, ale nie było źle z jakością snu, wg Garmina ocena 80.

Nie padało, więc pojechaliśmy ze Sławkiem rowerami na Parkrun Opole, który przetruchtaliśmy rozmawiając z innymi i motywując w końcówce dwie dziewczyny.
Obrazek
Obrazek

Jak widać użyłem w Garmin funkcję Multisport.
Zastanawiałem się jak rejestrować będę zawody i postanowiłem właśnie skorzystać z Multisport, a na Parkrun zrobiłem test, jak to działa.
Kiedyś już tej opcji używałem, ale chciałem sobie przypomnieć, by się nie pogubić w trakcie zawodów.
Przejścia ustawiłem na ręczne, poprzez naciśnięcie lap, choć Garmin proponuje już automatyczne.
Nie chciałem, by wyszło jak na triathlonie u [mention]Sikor[/mention]
Sławek zawsze rejestrował każdy dystans z osobna.

Do Turawy pojechaliśmy autem i byliśmy na miejscu o 17:30.
Sławek zaparkował niecały kilometr od miejsca startu i biura zawodów.
Mieliśmy sporo czasu, by tam dojść, odebrać pakiety, ogarnąć ostatecznie co i jak i oddać torby do depozytu.
Obrazek
Obrazek

Sławek do tej pory ukończył "Twardych jak stal" już 5x i miał miejsce w "alei sław" Obrazek
Obrazek

Numer startowy miał zintegrowany chip. W pakiecie był też płócienny worek i metalowy kubek:
Obrazek

Dodatkowo można było nabyć inne kubki oraz na swoim zrobić jakiś grawerowany napis.
Obrazek

Osoby zapisane na "Twardzi jak stal" w pakiecie miały również koszulkę techniczną:
Obrazek

Trochę pochodziliśmy, czas do startu szybko zleciał.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

IV. ZAWODY

1. Wydłużona dyszka
Obrazek

Biorąc całą sytuację pod uwagę, postanowiłem, że będę się trzymał okolic tempa 6:00.
Wiedziałem, że na początku to tempo będzie łatwe, ale postanowiłem się pilnować.
Nie brałem w ogóle pod uwagę biegu ze Sławkiem. On był w mocnym treningu. W samym sierpniu do dnia zawodów miał nabiegane ponad 350 km.

Start dyszki lekko się opóźnił, poprzedzony został zbiorową rozgrzewką. Ruszyliśmy o 19:06.
http://youtu.be/Q7UwgFZfEDM

Obrazek

Pomimo że kiedyś mieszkałem w Opolu, to w tym miejscu nigdy nie byłem. Trasa była dla mnie zupełnie nowa.
Są to tereny [mention]Siedlak1975[/mention] :taktak:

Sam początek to ze 300m kostki brukowej, z której odbiliśmy w prawo na leśną drogę prowadzącą na wał.
Było tu trochę nierówności i kilka kałuż.
Obrazek

Po chwili dobiegliśmy do wałów wzdłuż lewej strony Jeziora Turawskiego, gdzie odpikał pierwszy kilometr.
Obrazek
Osób biegnących 10 km było sporo (sprawdziłem: 175), ale trasa była szeroka i spokojnie można było kogoś wyprzedzić.
Obrazek

Nie śpieszyłem się, pilnowałem tempa ~6:00.
Obrazek

Słonko powoli zachodziło.
Obrazek

Za czwartym kilometrem musieliśmy zbiec/zejść z wałów po schodach.
Obrazek

Dalej biegliśmy dołem, mijając wychodzącą z jeziora, przy elektrowni, rzekę Mała Panew.

Jedynie dystans dyszki miał nawrotkę, z oczywistych względów.
Była ona na około 5,3 km trasy.
Obrazek
Obrazek
Był tam łagodny wznios, nie było tu schodów.

Na nawrotce był pierwszy punkt odżywczy na wszystkie dystanse (dla dyszki jedyny).
Napiłem się tu wody.
Biegaczy dopingował świetnie nawijający z pamięci jakiś raper (przepraszam nie wiem, kto to był, być może jest on w tym rejonie znaną osobą).
Edit:
Znalazłem, to był Sor Słowak
https://www.facebook.com/watch/?v=1088197170391150

Teraz zaczęliśmy wracać górą, ponownie wałem.
Obrazek

Obrazek

Przed elektrownią drugie schody w dół, bieg nad Mała Panew i tym razem schodami w górę, którymi wcześniej zbiegaliśmy.
Obrazek

Wracaliśmy teraz odwrotnie tą samą trasą.
Trasa była bardzo dobrze oznaczona i co kilometr były znaczniki dystansu.
Obrazek

Obrazek
Obrazek

Nie miałem w zegarku ani w telefonie traka, ale było to też zupełnie zbędne.

Słońce już zaszło. Za to, nad jeziorem pięknie operował duży księżyc.
Obrazek
Obrazek

Obrazek

Skończył się wał, wbiegliśmy w leśny odcinek, gdzie było już dość ciemno. Musiałem uważać, bo jeszcze czołówki nie miałem. Zastanawiałem się nawet, czy telefonem sobie tam nie przyświecić.
Udało się nie przewrócić, dobiegłem do bruku i już słychać było wrzawę na mecie.
Obrazek

Wiedziałem, że dyszka jest dłuższa, ale nie spodziewałem się, że będzie to 10,7 km Obrazek
Na mecie zakładają mi medal. Mówię, że ja biegnę dalej całość i to chyba pomyłka.
Okazało się, że medal jest za każdy dystans.
Taka sytuacja.

Czas pokonania 01:03:33, średnie tempo 5:57.
Open 85/175.


Sławek pobiegł szybko, miał czas 51:48.

Odebrałem torbę z depozytu i zacząłem się na zewnątrz ogarniać.
Niby tylko spokojna dyszka, ale przez dużą wilgotność, byłem mocno spocony.
Wytarłem się nawilżonymi chusteczkami i ręcznikiem: gdzie tylko dotarłem, w tym stopy.
Stóp i ciała niczym zapobiegawczo nie smarowałem.
Miałem tylko profilaktycznie zaklejone plastrami sutki.

Dyszkę biegłem w Altra Torin 7.
Na połówkę założyłem Adidas Adizero Adios Pro 3. Miały tylko ~600 km nalotu.
Nie wiedziałem, jak wygląda dalsza część trasy, ale postanowiłem zaryzykować.
Zmieniłem też czapkę, koszulkę i skarpetki. Oczywiście zabrałem już czołówkę.
Obrazek

W spodenkach zmieściła mi się softflaska 0,3 l, do której dolałem rozrobiony Maurten.
Ogólnie rozrobiłem dwie saszetki Drink Mix 320 w 1,5 l wody (powinno być na 1 litr), w tym jeden z kofeiną.
Miałem 3 saszetki, ale jedną oddałem Sławkowi.
Po ultra zostały mi żele Precision Fuel PF90 i teraz na połówkę jeden zabrałem ze sobą.

Wszystko zmieściło się we wbudowanych kieszonka w spodenkach, więc nie zakładałem pasa czy kamizelki, które miałem również ze sobą.
Zapomniałem zabrać czapeczkę z miękkim daszkiem, jest lepsza do czołówki.

Jak ja się ogarniałem, to Sławek przyniósł zupkę pomidorową z makaronem, którą z apetytem wciągnąłem. Popijałem też Maurten.

Zaczęły się pokazy "ognia". Było trochę czasu, by je pooglądać.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

http://youtu.be/iYBfhgFLGIY
http://youtu.be/Qmic54t6aSE

2. Półmaraton

Obrazek

I nadszedł czas startu połówki.
Obrazek
Przez pokazy również się troszkę przesunął.
Ruszyliśmy o 21:03.
Pierwsza przerwa jaką mam zarejestrowaną pomiędzy dyszką a połówką trwała 53:17.

Brak miękkiego daszka trochę mnie wkurzał i kombinowałem z czapką, by mieć lepszą widoczność.
Obrazek

Początek trasy, do ~5,35 km był taki sam jak na dyszce. Teraz lecieliśmy dużą pętlę dookoła jeziora.
Obrazek
Obrazek

Obrazek

Pierwszy punkt odżywczy, na którym wcześniej zawracaliśmy.
Obrazek
http://youtu.be/OaXgjambli0

Za nim zaczął się dla mnie nowy odcinek trasy.

Biegliśmy jeszcze wałem. Na dole ktoś imprezował, grała głośna muzyka.
Odcinek ten był bardziej zarośnięty trawą z wąskimi wydeptanymi ścieżkami.
Karbony dawały radę.

Skończył się wał i wbiegliśmy na odcinek asfaltowy prowadzący przez mocno imprezowo-wypoczynkową mieścinę Rzędzów (wiem to z mapy, bo okolicy nie znałem).
Asfaltem biegło się około kilometra: 7-8 km odcinek pętli.
To część z lokalami i sporą ilością imprezowiczów. Było wesoło, był doping.
Teraz księżyc przesunął się w górę i dalej mocno świecił.
Obrazek

Skończył się asfalt, biegliśmy szerokim leśnym duktem, gdzie było pełno kałuż i błotka. Można to było omijać, ale trzeba było uważać i trochę manewrować.
Karbony mi tu dość mocno jeździły.
Piłem sporo i musiałem na chwilę skoczyć w bok na szybką jedynkę.

Pojawiły się jakieś budynki, odpikał 9.km i już było słychać dźwięki z kolejnego punktu odżywczego, który był na około 9,3 km.
Obrazek

Korzystałem z tego, co było na punktach. Piłem wodę, izo, jadłem arbuzy, pomarańcze i jakieś maślane (chyba) ciasteczka.
Systematycznie popijałem też ze swojej softflaski Maurten i małymi kęsami przyjmowałem z zakręcanej tubki żel.

Za drugim punktem odżywczym zaczął się dość nierówny i piaszczysty odcinek ze wzniosem.
Trzeba było tam uważać na korzenie i inne nierówności.
Jedna z biegnących przede mną dziewczyn, się tam potknęła i przewróciła, ale na szczęście nic sobie złego nie zrobiła.
W kilku różnych miejscach ja również się potykałem i raz mocniej kostkę wykręciłem, na szczęście ani razu gleby nie zaliczyłem i było bez konsekwencji.

Dobiegłem w końcu do lepszej drogi na skraju miejscowości Dylaki: 11-12 km pętli.
Było już szeroko, ale ponownie odcinek z kałużami.
Od 12,5 do 14.km biegło się prosto jakby usypanym wałem, ale jeszcze nie na skraju jeziora.
Za znacznikiem 14 skręcaliśmy w prawo, by po chwili przebiec, tym razem nad wpływem rzeki Mała Panew do Jeziora Turawskiego.
Tu zaczął się ponownie bieg wałem na skraju jeziora, gdzie kilka razy mijaliśmy jakąś wodną infrastrukturę, przepompownie?
Leciało się tu cały czas prosto, aż prawie do znacznika 17, gdzie skręcało się ponownie w prawo do ostatniego punktu odżywczego przed metą.

Ten odcinek pomiędzy tymi dwoma puntami trochę mi się zawsze dłużył, był dość monotonny. Zapewne w dzień inaczej to wszystko wygląda.
Biegnąć wałem przy jeziorze, można spoglądać na przeciwległy brzeg, gdzie widać różne światła. Ja tego nie robiłem, bo nie chciałem widzieć, jakie to w perspektywie znaczne odległości Obrazek
Myślałem jak na ultra: bieg od punktu do punktu.

Trzeci punkt witał nas "motywującymi tablicami" Obrazek
Obrazek
Standardowo, na spokojne, uzupełniłem tu zapasy.
Obrazek
Do mety było już blisko, więc się tylko napiłem i zabrałem na wynos owoce i ciasteczka.

Za tym punktem trasa była mocno zakręcona i nierówna.
Rosła tam zapewne spora trawa i ktoś to na szczęście wykosił, ale samych nierówności terenu było dużo.
Na połówce Sławek pobiegł tu nie tak jak trzeba Obrazek
Obrazek
Mnie się to nie przytrafiło. Być może w innych latach trasa tam inaczej przebiegała. Oznaczenia jednak były dobre, choć Sławek mówił, że kilka osób tak pobiegło, lekko szerszym łukiem.

Końcówka tej pętelki była pod górkę, ponownie na wał.
Dobiegliśmy do budynków na skraju miejscowości Szczedrzyk, gdzie był znacznik 18.
Zaczął się teraz całkiem fajny, leśny, szeroki odcinek.

W pobliżu było kilka ośrodków wypoczynkowych i jeszcze trafiało się sporo "wczasowiczów".
Trasa kręciła. Z prawej mijaliśmy Małe Jezioro i został już kilometr do mety.
Dogoniłem tu kilka osób, w tym dziewczynę, o której wcześniej wspominałem, że się przewróciła.

Samą końcówkę (~2,5 km) biegłem już troszkę szybciej, w okolicy tempa 5:30.
Ostatni odcinek to bieg chodnikiem z kostką brukową, przez część turystyczną z lokalami. Było bardzo dużo ludzi, głośno i imprezowo.
Nie przeszkadzało to. Sporo osób nam dopingowało.

Na metę dobiegłem z czasem 02:04:57, ze średnim tempem 5:53.
Open 96/197.

Oczywiście na mecie dostałem kolejny medal Obrazek

Obrazek

Sławek ukończył połówkę w 1:52:34.

Czułem się dobrze. Byłem mocno spocony. Odebrałem torbę z depozytu i jak poprzednio zacząłem się ogarniać. Tym razem w innym miejscu.

Chusteczkami nawilżonymi wyczyściłem, to co się dało.
Teraz zmieniłem już wszystko, co miałem na sobie.

Założyłem longsleewe Attiq z Nocnego PoYeba, spodenki Dynafit Ultra 2w1, a no głowę czapeczko-opaskę Attiq z Leśnej Doby, nie chciałem już kombinować z czołówką.
Obrazek

Postanowiłem też założyć małą kamizelkę biegową Aonijie, do której zabrałem dwie softflaski 0,5 l i 0,3 l z Maurten. Na połówce zjadłem tylko połowę żelu, więc go ponownie zabrałem i miałem jeszcze jeden cały.

W Adiosach biegło mi się bardzo dobrze, z małymi uślizgami w części błotnej.
Postanowiłem jednak zmienić buty na stare trailówki Topo Ultraventure 3. Są szerokie w palcach i na ultra spisywały się bardzo dobrze.

Jak ja się ogarniałem, to Sławek załatwił mi ponownie miseczkę pomidorówki, którą wciągnąłem z apetytem.
Gdzieś wydawali zapiekanki. Dałem Sławkowi mój nr startowy i poszedł po nie.
Czas dość szybko zleciał. Była już 23:45, a Sławka ciągle nie było.
Trochę już się denerwowałem, ale w końcu dotarł z zapiekankami.
Okazało się, że robili je "kraftowo" w Leśnym Zakątku. Były przepyszne.
Nie wiedziałem, czy to będzie rozsądne jeść zapiekankę na 10 min przed startem maratonu, ale byłem głodny i wciągnąłem połówkę.
Obrazek

Przed samym startem mieliśmy jeszcze nietypową rozgrzewkę Obrazek
http://youtu.be/9ptgSL-4LlM

No cóż, czas zacząć maraton mając w nogach prawie 32 km.

Moja przerwa pomiędzy połówką a maratonem trwała 54:29.


3. Maraton

Obrazek

Wystartowaliśmy o godzinie 00:02.
Obrazek

Powiedziałem Sławkowi, że nadal będę się trzymał okolicy tempa 6:00, ale bez parcia na to. Sławek początkowo chciał biec ze mną.
Padł wystrzał, wszyscy ruszyli a mnie yebnął kręgosłup Obrazek :wrrwrr:
Byłem już trochę wychłodzony. Obmywałem się rozebrany, zimno mocno nie było, ale też temperatura już spadła.
Powiedziałem Sławkowi, by leciał swoje, a ja postaram się jakoś pozbierać.

Niczym stary diesel powoli próbowałem wejść w obroty. Systemy klekotały i nie chciały zatrybić.
Szedłem więc kawałek i robiłem zdjęcia.
Obrazek

Dodam, że już później do samego końca maratonu zdjęć nie robiłem.
Ta sama pętla, tym razem 2x i było za ciemno, by uchwycić coś nowego.

Musiałem się rozgrzać i dojść do miękkiego terenu.
W końcu ruszyłem.
Na starcie słyszałem rozmowy biegaczy, którzy mówili, że teraz ta pętla będzie ryła banię i się dłużyła.
U mnie tak nie było. W głowie, jak wspominałem, myślałem o trasie od punktu do punktu.
Nie będę opisywał tu już poszczególnych etapów.

Pętla ta zleciał mi bez rycia bani. Walczyłem sporo z kręgosłupem.
Na punktach spokojnie jadłem, uzupełniałem zapasy i powoli ruszałem dalej.
Tempa na siłę nie pilnowałem, był to bieg na samopoczucie.
Sporo piłem, więc też często sikałem, ale jeszcze nie tyle, co będzie na drugiej pętli Obrazek
Było już po północy, ale "odcinki turystyczne" jeszcze mocno tętniły życiem.
W Rzędowie jakaś ekipa śpiewała karaoke. Moja ocena mocne 3/10 Obrazek

Pierwszą pętlę (kolejny półmaraton) zrobiłem w 2:09.

Przy mecie był również punkt odżywczy.
Zapytał mnie tam jeden chłopak: "Czego sobie życzysz"?
Odpowiedziałem: "Skończyć jeszcze jedną pętlę". :spoczko:
Nic tu nie uzupełniałem, miałem jeszcze picie z poprzedniego punktu.
Wypiłem tylko dwa kubki coli i ruszyłem dalej.

Zbuntował mi się coś żołądek. Odbijało mi się już od pewnego czasu jakby mydlinami. Myślę, że to od tych maślanych ciastek. Dlatego na tym punkcie już tylko piłem.
Wszystkie moje systemy zastrajkowały. Dopadł mnie mały kryzys.

Leciałem wałem sam w ciemności.
Żołądek bulgotał, wywalał mi co chwilę "mydliny". Myślałem, że skończy się to pawiem, ale do tego nie doszło.
Kręgosłup miał co chwilę error system. Nogi były, ale jakby nie moje. Kręciły nadal, ale kontrolę nad nimi straciłem. :spoko:

Dotarłem do schodów i z zadumą spojrzałem w dół. Bałem się na nie wejść, bo nie wiedziałem, czy ciało nadąży za taką przeszkodą.
Tym razem po nich zszedłem i ruszyłem spokojnie do pierwszego punktu.
Był to już mój ostatni raz na nim, jak i na kolejnych, więc grzecznie podziękowałem wolontariuszom za wszystko.
Softflaskę zatankowałem colą na maksa. Maurten już dawno wypiłem, ale tej małej flaski 0,3 po nim nie uzupełniałem.
Mózg nie pozwalał ruszyć zaczętego na połówce żelu.
Odpuściłem też owoce, by się flaki uspokoiły. Miałem już tylko jedno zasilanie: cola.

Ruszyłem w stronę kolejnego punktu. W głowie miałem jedno: masz tam blisko, to tylko 4km. Dalej nie ma na razie nic!

Tym razem imprezowiczów w Rzędowie już nie było. Była około 3 w nocy. Chyba w końcu padli Obrazek

Zobaczyłem w oddali przed sobą jakąś biegaczkę. Ten odcinek był oświetlony, więc widoczność była lepsza.
Powoli ją goniłem, ale przez to, że piłem sporo coli, to co chwilę zatrzymywałem się, by zluzować pęcherz i wtedy oczywiście się oddalała.
Plus, że to trochę głowę zajmowało.

Dotarłem do drugiego punktu, a przed nim, jak i poprzednio, z zadymiarki puścili dym. Czułem się niczym celebryta na scenie Obrazek
Dziewczyna już opuściła punkt. Ponownie zatankowałem do pełna colą softflaskę 0,5 l.
Wypiłem na miejscu z dwa kubki coli i wody i wyruszyłem do kolejnego punktu.

Teraz czekał mnie do pokonania odcinek około 8 km.
Robiłem to już ostatni raz, więc psychicznie byłem dobrze nastawiony.
Początkowo teren był mocno nierówny (opisany na połówce). Ze względu na plecy musiałem tu bardzo uważać.
Jak wybiegłem na dłuższą prostą, to zauważyłem dziewczynę, którą wcześniej goniłem i nie mogłem dogonić.
Teraz sytuacja zaczęła się powtarzać. Nie zliczę już, ile razy musiałem się zatrzymać i sikać.

Z plusów, to żołądek zaczął w końcu się uspokajać. Nogi postanowiły do mnie wrócić.
Minąłem znacznik 35 i zacząłem już biec szybciej.

Poszczególne kilometry z Garmina od tego miejsca:
Obrazek

W pogoni za nieznaną koleżanką dotarłem do mostku nad Mała Panew i zaczął się bieg długą prostą po wałach.

Około kilometra przed punktem w końcu wyprzedziłem dziewczynę, którą chyba goniłem z 10 km Obrazek
Tuż przed punktem był znacznik 38. Zostały do mety 4 kilometry.
Przez punkt już tylko przeleciałem, dziękując obsadzie za wszystko.

Na tym trudnym odcinku, gdzie wcześniej sporo zwalniałem, napierałem teraz jak dzik. Pokonałem go szybciej, niż biegnąc półmaraton, poniżej tempa 6:00.
Wyprzedziłem jeszcze jakiegoś biegacza.

Domostwa w Szczedryku, wbiegam w ciemny las i na około 2,5 km do mety, widzę w oddali kolejne światło czołówki.
W głowie programuję kolejny cel: dojść do zawodnika/zawodniczki.
Jeszcze nie jestem w stanie rozpoznać czy to on, czy ona Obrazek
Zacząłem dociskać, co widać na wyżej zamieszczonym screenie.

Leciałem tempem ~5:30 i zbliżyłem się, ale ta osoba musiała słyszeć tupot nóg i zaczęła przyśpieszać.
Ki diabeł? Powoli jednak zmniejszyłem dzielący nas dystans.

W końcu po posturze rozpoznałem, że to jakiś biegacz. W świetle czołówki wydawało mi się, że ma na sobie odblaskowe szelki.
Wbiegliśmy w oświetloną część, do mety zostało już około 1200 m, ale teraz było bardzo dużo zakrętów. Co chwilę mi ta osoba znikała.

Wiedziałem, że nie dam rady już jej dogonić, ale nie odpuszczałem.
Tempo oscylowało już w granicach 5:15, w trailówkach nie było łatwo przyśpieszać.

Pęcherz lekko cisnął, ale to wyparłem. Kręgosłup złapał synchronizację i na szczęście już mnie nie zatrzymywał.
Około 300 m przed metą wypadłem zza kolejnego zakrętu, a zawodnik przede mną nie zdążył wejść w ostatni prowadzący już do mety.
Było tu już sporo zewnętrznych świateł. Zero imprezowiczów, nic dziwnego po 4 rano Obrazek

Zorientowałem się wtedy, że to chyba Sławek - no w mordę, w końcu wyjaśniło się, czemu nie mogłem dogonić tej osoby - trafiłem na mocnego zawodnika!

Docisnąłem i wpadłem na metę 10 sekund za Sławkiem. Wiedziałem, że będzie zaskoczony, tak jak ja byłem z minutę wcześniej.
Nieświadomie w końcówce maratonu, obaj się zmotywowaliśmy do mocnego finiszu.
Sławek mówił mi, że wiedział, że ktoś go goni, wiedział, że się ktoś zbliża i nie odpuszczał, a ja swoje już opisałem.

Dobrze, że to na Sławka trafiłem i się obaj w końcówce zawodów tak nakręciliśmy.

Oficjalny mój czas maratonu 04:22:11, ze średnim tempem 6:11.
Open 21/68 (kilka osób nie ukończyło samego maratonu).

Druga połówka zrobiona w 2:13, więc 4 minuty wolniej od pierwszej.

Na mecie oczywiście dostaliśmy medale za maraton a po chwili kowadła za ukończenie wszystkich trzech biegów, czyli combo "Twardzi jak stal".
Obrazek

Sławek wcześniej mówił mi, że za całość nagrodą jest kowadło, ale myślałem, że to statuetka w jego postaci.
Nie spodziewałem się prawdziwego kowadła i jak mi je wręczono, to mało mi rąk nie wyrwało Obrazek
Obrazek

Klasyfikacja generalna "Twardzi jak stal":
https://www.zmierzymyczas.pl/lv_live/li ... t=59641319
Miejsce open 8/36 - startowało 55 osób, ale 19 osób zrezygnowało po wcześniejszych dystansach.

Nie do końca rozumiem tę klasyfikację. Powinna być suma czasów, a u mnie, czy też u innych osób, nie za bardzo to się zgadza.
Okazało się, że dziewczyna, którą goniłem była finalnie, trzecią kobietą na dystansie maratonu i pierwsza w "Twardzi jak stal".Obrazek

V. EPILOG

Samo miejsce w klasyfikacji nie jest dla mnie ważne.
Cieszę się, że po ultra i po krótkich biegach poszło mi to całkiem dobrze.
Mogłem oczywiście dyszkę czy też połówkę przebiec szybciej, ale nie wiem, jak by to było na dystansie maratonu.

Musiałem później sporo "złomu" wieźć i nieść do domu.
Obrazek
W pociągu z niepokojem zerkałem nad głowę, na torbę z kowadłem.Obrazek

Organizacja zawodów była na wysokim poziomie.
Na punktach niczego nie brakowało, a wolontariusze byli mega pomocni.
Blisko startu/mety jest dostępna toaleta z zewnętrzną umywalką.
Tym razem pogoda nam sprzyjała, gdyby padał deszcz, to sam bieg byłby sporo trudniejszy, a na mecie nie byłoby się gdzie schować.
Biuro zawodów i depozyt są pod rozłożoną wiatą. Nie ma tu jakiegoś budynku do dyspozycji.
Autem pod sam start również nie za bardzo można dojechać. Kilka aut tam się jakoś zmieściło. My staliśmy około 1 km dalej.

Myślę, że "Twardzi jak stal" nie są aż takim wielkim wyzwaniem do zrobienia w limicie.
Zaczynamy o zmierzchu, o godzinie 19.00, a można skończyć o świcie, o 6 rano.
Mamy więc 11 godzin na całość.
Jak ktoś chce, to możne wszystko biec pod limit, bez przebierania się.
10.6 km w jakieś 1h 30 min na luzie, wtedy odpoczywamy 30 min i połówka w 2h 30 min i tak samo odpoczynek 30 min i mamy 6 h na maraton.

Może jednak patrzę na to ze swojej perspektywy, zbyt łaskawym okiem?
Chcecie się przekonać? Za rok zapewne będzie ósma edycja ObrazekObrazek

Obrazek

P.S.
To jedyna sytuacja, przy której wykorzystałem AI (jeszcze przed zawodami).
Całość tekstu napisałem sam.
Za ewentualne błędy przepraszam. Trudno było zebrać myśli i sobie wszystko przypomnieć.

Zdjęcia są w większości moje. Kilka, te są oznaczone, pobrałem ze strony organizatora.
Wideo są również moje, wrzuciłem je na swój kanał YT.

Skorzystałem ze screenów z Polar Flow, bo lepiej było zestawić mapkę z czasami.

Mój Blog "Luźne wpisy"
Mój Blog "Luźne wpisy" - Komentarze

Zrzucone w biegu kilogramy, cierpliwie czekają w lodówce.
New Balance but biegowy
ODPOWIEDZ