Hej, przejdę od razu do piątku
W piątek wylądowaliśmy po 15 w Bergamo i od razu pojechaliśmy autem do Arco odebrać pakiet startowy. W jego skład wchodził numer startowy, koszulka bawełniana i materiałowy worek. Na kolację była pizza i lody pistacjowe — trzeba trochę podładować węgle
W prognozie na sobotę nadal był deszcz, a w wyższych górach spadł śnieg. Organizator odwołał bieg na 150 km ze względu na złe warunki w wyższych partiach. Osoby zapisane na 150 mogły pobiec 100

W sobotę ostatnie sprawdzenie pogody — tylko 20% szans na deszcz i prognozowane 16 stopni. Szybki przepak, zostawiłem deszczówkę i ubrałem się na krótko. Podczas startu dostaliśmy informację, że trasa została zmieniona, ale jej długość i przewyższenia pozostały bez zmian.
Czekając na start, poznałem Michała i ruszyliśmy razem. Początek był dość łatwy — nachylenie około 8% i piękny widok na Gardę. Na początku biegu rozdzieliliśmy się, ale od 20 km praktycznie cały czas biegliśmy razem, tylko na zbiegach każdy swoim tempem.
Do 20 km biegłem zgodnie z planem i w komforcie. Po wyjściu z punktu nad jeziorem Ledro Garmin pokazał odcinek 4 km i 750 m w górę

Tylko że po kilometrze była zmiana trasy i zamiast podbiegu poleciałem zgodnie z oznaczeniami w dół.
Po kolejnym kilometrze zaczęliśmy znowu się wspinać i to było najdłuższe 10 km w moim życiu. Z około 500 m weszliśmy na niecałe 1800 m. 32 km zrobiłem w 5:50 — trochę dłużej niż planowałem. Początek zbiegu był stromy i cały w błocie, ale udało się zbiec bez gleby.
Na punkcie na 35 km zrobiliśmy dłuższą przerwę na regenerację. Wcisnąłem batona Maurten, ale totalnie mi nie podszedł. Druga połowa według profilu miała być łatwiejsza.
Przed ostatnim punktem źle pobiegliśmy w dół i musieliśmy się wracać — dołożyliśmy około 1 km do trasy. W międzyczasie dostałem telefon od żony, że chyba źle biegnę
To było w sumie moje drugie zejście z trasy — pierwsze było tylko na parę metrów i wtedy zawróciła mnie włoska Nonna

Po dotarciu na ostatni punkt według prognoz mieliśmy jeszcze szansę mieć z przodu 10 godzin. Po wyjściu i wspinaczce na ostatnią górkę (+500 m) dopadł mnie kryzys. Musiałem usiąść na 5 minut na kamieniu i spróbować wcisnąć w siebie jeszcze jednego żela.
Po wejściu na górę schowałem kijki i zaczęliśmy zbiegać — ale ostrożnie, bo teren był bardzo techniczny. Miejscami były nawet liny, a ścieżka bardzo wąska. Ostatnie 3 km przypominały bardziej cross niż klasyczny zbieg.
Metę przekroczyliśmy w czasie 11:25. Dystans: 63,75 km, przewyższenie: 3863 m. Szkoda, że nie udało się zejść poniżej 11 godzin, ale i tak jestem mega zadowolony z tej przygody. Na mecie czekała na nas pizza, piwo i lody
Podsumowując — bardzo trudny bieg, ale jednocześnie niesamowite doświadczenie. Trasa była wymagająca, jednak widoki rekompensowały każdy trud. Cieszę się, że mogłem przeżyć to z Michałem i że razem dobiegliśmy do mety.
W niedzielę rano był chill na plaży, a później zabrałem rodzinę nad jezioro Ledro, gdzie weszliśmy zrobić zdjęcie przy wielkim sercu z widokiem na góry i jezioro. Później pojechaliśmy zobaczyć jezioro Tenno, które ma niesamowity turkusowy kolor.
W poniedziałek odwiedziliśmy Sanktuarium Madonna della Corona, zawieszone na klifie. Na obiad pojechaliśmy do Sirmione — znowu pizza. Samo miasteczko jest bardzo ładne, ale niestety było tam mnóstwo ludzi i szybko uciekliśmy do Arco na lody.
We wtorek mieliśmy lot powrotny o 17, więc do południa byliśmy jeszcze nad Gardą, a później ruszyliśmy do Bergamo na lotnisko.
Teraz odpoczynek, bo w sobotę biegniemy drużynowo w Ekiden Maraton Sztafet — na szczęście mam tylko 5 km do pokonania.
Plany na drugą połowę roku?
Zapisałem się na sierpień na Małą Rycerzową przy Chudym Wawrzyńcu — „tylko” 20 km

A później Półmaraton Praski i Maraton Warszawski po raz trzeci.
A tu mała relacja na YT
https://youtu.be/yFkk_Sseo-E?si=g56s9gVwruE8SmW_