rocha - 75' w tri-sprincie

Moderator: infernal

Awatar użytkownika
rocha
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 1196
Rejestracja: 06 maja 2002, 11:44
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Świecie/Jelenia Góra/Wrocław

Nieprzeczytany post

Idzie luty, podkuj buty. Powykręcałem kostki na tych grudach zlodowaciałego błota, które zalegają na wszystkich moich trasach przełajowych. Nie umiem robić innych treningów, niż ostrożne truchty. Udało się kilka razy dłuższe bieganie, ale też przydarzają się ciągle różne nadwerężenia.
do 11 stycznia
kontynuacja do 25 stycznia
Nie mam za bardzo pomysłu na treningi w taką pogodę. trochę biegam na taśmociągu, trochę próbuję truchtać po asfalcie, ale najczęściej jednak biegam przełaje. Sam już nie wiem, gdzie sobie uszkadzam nogi. Jednakowoż kontuzje nie są zbyt poważne, bo za każdym razem jednak w trakcie kolejnego treningu przestaje boleć. Przyjąłem roboczą hipotezę, że to takie nietypowe zakwasy (czy tam domsy po nowoczesnemu). Zobaczymy.

W związku z wątpliwościami biegowymi, zająłem się treningiem siłowym. Określenie "trening siłowy" jest może na wyrost, niemniej pracuję nad moim kręgosłupem, gorsetem mięśniowym i obręczą barkową. Mój tryb życia obejmuje realną outdoorową pracę fizyczną, niemniej teraz, w zimie, trochę się zasiedziałem i - jak często zaznaczam - zrobiłem się żelkowaty.
Gimnastykę poranną robię od wielu lat, nawet tego nie odhaczam na planie (chyba, że potrzebuję pozytywnej enegii).
Oprócz tego włączyłem gimnastykę wieczorną na macie. Jestem bardzo dumny, od kilku tygodni jest stałym punktem programu dnia. To kilka (-naście) ćwiczeń, które mnie prostują i wzmacniają grzbiet, brzuch i okolice.
No i dobrze się po tym śpi, nie wybudza mnie ból reumatyczny.
Równolegle zacząłem ćwiczenia obręczy barkowej, robię to od razu po bieganiu, zwłaszcza, gdy bieganie było ostrożnym truchtem po grudzie, albo krótkim biegiem na taśmie. Traktuję wtedy bieg, jako taką ogólną rozgrzewkę przed ćwiczeniami siłowymi. Trochę drążka, trochę ciężarków, pompek i innych takich pierdół.
Czyli wieczór mój wygląda tak, że wychodząc do obrządków w gospodarstwie, wkładam od razu ciuchy biegowe, konie żrą, a ja biegnę te parę kilometrów wokół pola. Potem zabieram im miski, wracam do domu i jestem rozgrzany na tyle, że od razu mogę zrobić ćwiczenia siłowe - góra 20' - i spokojnie dokonuję wieczornych ablucji. Przed samym spaniem gimnastyka na macie i wiem, że do rana nic mnie już nie powinno boleć.

Oczywiście, gdy zaczną się budowy, to cały schemat się rozleci.

Od czasu mojego doświadczenia astronomicznego, a właściwie od wniosków, chodzi za mną idea nieliniowości. Byłem jej zawsze świadom, jednak sądziłem, że "okiełznałem" ten problem. Teraz wiem, że nie tylko bezmyślnie ignoruję większość nieliniowych zależności, nie tylko nie jestem w stanie ich uwzględnić, nie tylko ich nie zrozumiem, ale nawet nie potrafię niektórych wskazać.
Ba! Nawet dostrzec ich nie umiem!

Dopisek 06.02.2026

Mając na myśli nieliniowość, widzę niedokładność identyfikowania obserwowanych zjawisk, jako zgodnych z wyobrażonym modelem. Precyzując, to nie o dosłowna liniowość funkcji mi chodzi, tylko o tożsamościową zależność wyobrażonego modelu z rzeczywistością.
Wszystko, co trudno precyzyjnie opisać, jest dla mnie fascynujące.

Plan.

Bolące okolice stawu skokowego to - zakładam - skutek ciągłego przemrażania nóg w trakcie treningów outdoorowych. Niby biegam w ciepłych skarpetach, stuptutach i staram się rozgrzać, ale daje o sobie znać ogólne zmęczenie zimą.
Realizuję, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, plan treningowy z dużym naciskiem na gimnastykę siłową, taśmociąg, a ostatnio nawet trenażer rowerowy.
Nudnawe, ale co zrobić?

Wstawię krótką notkę zdrowotną. Pół roku temu posypały mi się wyniki krwi, zatem dostałem pakiet skierowań na różne badania, po których zalecono mi powtórzenie ich po 6 miesiącach. No i powtórzyłem. Dostałem leki i postanowiłem ich nie brać. Zobaczymy, co się stanie.

Tu jest dobre miejsce na aktualizację mojego stanowiska w sprawie AI. Miałem ostatnio dwie interakcje.
Pierwsza, gdy rozmawiałem o moich wynikach krwi i byłem mile zaskoczony, bo wypromptowałem nie tylko entuzjastyczne halucynacje modelu, ale też sporo artykułów źródłowych, z których większość wydrukowały poważne periodyki medyczne (żadnych krzykliwych tabloidowych klikbajtów). Dopóki owe źródła same nie staną się wytworami sztucznej inteligencji, dopóty można pomijać konfabulacje tej ostatniej, a skupiać się na treści artykułów, które podsuwa.
Drugim razem to AI wykazała się inicjatywą i swój wytwór wepchnęła mi do głowy korzystając z JM Algorytmu. Staram się zachowywać higienę w swoich listach odtwarzania, a nawet jeśli pojawiają się w niej jakieś bzdury, to dotychczas szybko diagnozowałem ten spam i eliminowałem bez problemu, a nawet z pewną satysfakcją. Tym razem odtworzyłem krótki (15') podcast i łyknąłem na raz za kierownicą. Lektorka gadała dokładnie tak, jak ja myślałem. Wróciłem do domu, sprawdziłem inny monolog tego samego twórcy i znów było tak, jakby ktoś "masował moje poglądy". Normalnie można się zakochać. Sprawdziłem w kilku dostępnych narzędziach - faktycznie, dobór tematów, formułowanie opinii i synteza głosu to były wytwory AI. Dowiedziałem się nawet, że w ciągu ostatniego roku, ten/ta/to zarobiło na monetyzacji swojego "kontentu" 12-36kpln. Dokładnie coś takiego przewidywał Jacek Dukaj w swoim "Po piśmie". Model językowy skopiuje mój "myślunek postpiśmienny" i zawłaszcza moją uwagę, potem może dowody mojego zaangażowania zmonetyzować.
I tu jeszcze kilka spostrzeżeń i analogii. Naciąganych.
Świat przedstawiony (pod modną nazwą "uniwersum"), przeniknął ze sztuki do świata rzeczywistego już dość dawno. Opisy nierzeczywistych wydarzeń, miejsc i ludzi towarzyszą nam odkąd zaczęliśmy tworzyć opowieści. Z czasem te opowieści przenikały do rzeczywistości i materializowały się w postaci zdarzeń jak najbardziej rzeczywistych, bo ludzie postępowali zgodnie z logiką świata, który znali z opowieści. A może było odwrotnie i to obserwatorzy rzeczywistości przekładali ją na język abstrakcyjnego modelu?
Wszak nie wiemy, czy Homer w ogóle istniał, ale wiemy, że napisał "Iliadę".
Wątpimy w historyczność Księgi Wyjścia, ale Dekalog jest bardzo realny.
Co jest bajką z morałem, a co "transakcją z rzeczywistością"?
Dużo, dużo później dokonano próby rozdzielenia tych dwóch światów. Powiedzmy, że to sacrum i profanum, żeby nie komplikować, niech będzie termin XX-wieczny.
Internet jest twardo osadzony w sferze profanum, bywa pogardliwie określany "liczydłem". Czy osiągnął już poziom skomplikowania godny umieszczenia go w sferze sacrum? I kto jest uprawniony do umieszczania go tam?
Czy to jest problem statku Tezeusza?
Muszę to opisać swoimi słowami.
Statek był jak najbardziej rzeczywistą i namacalną, wykonaną przez cieśli okrętowych rzeczą pływającą, jednak nabrał, dla Ateńczyków wartości sentymentalnej. Zachowali go, ale wymagał konserwacji, wymieniano zmurszałe deski, aż w końcu nie było już w nim nic, co byłoby pierwotnym statkiem. Zatem z gracją przepłynął ze sfery profanum, do sacrum.
Początki Internetu bardzo ładnie opisuje Leon Lederman w swojej książce "Dalej niż boska cząstka". Można wyczuć duże podobieństwo do mitu statku Tezeusza.
Zaraz... mitu, czy logosu?
No właśnie.
Czytam "Prolegomena" Kanta, akurat dobry moment. Coś czuję, że jednak mi nie wystarczy i całą "Krytykę..." trzeba będzie udźwignąć, wszak to podstawa wszelkiej przyszłej metafizyki, no nie?
Dopisek 5.06.2026
Znów mnie AI "kopnęła w głowę". Czytam o propozycji prawodawstwa, w którym zniesione zostaną wszelkie regulacje związane ze sztuczną inteligencją.
Wszelkie.
Jeśli któryś kraj się na to zdecyduje i na tym wygra konkurencyjnie, świat zmieni się tak, jak po stworzeniu instytucji "ograniczonej odpowiedzialności".



dopisek 13.02.2026
Mam koncepcję dotyczącą bolących stawów skokowych. Otóż pojawiły się uporczywe bóle w okolicach dolnych wewnętrznych przyczepów Achillesa (-ów). Główkowałem, główkowałem i wymyśliłem, że to przez kompresyjne skarpety, które kupiłem rok temu i zacząłem na treningach stosować. Wkładałem je, bo dzięki nim przestały mnie boleć mięśnie łydek, a właściwie to miejsce gdzie Achillesy "wplatają" się w m. brzuchaty. Okazało się, że praw fizyki nie zmienię i sztuczne wzmocnienie łydki przeciążyło piętę. Biegam teraz bez tych podkolanówek i już mnie pięta nie boli, ale za to znów łydki kłują. C'est la vie!

dopisek 16.03.2026
Śnieżek prószy...
Achillesy całkiem przestały boleć. Haha, wystarczyło zdjąć skarpety, kto by pomyślał? Biegam teraz, ile dusza zapragnie i lenistwo pozwoli. Tak mi z tym dobrze, że nie wiem, jak uda mi się przejść od "długich wybiegań bazy tlenowej" do bardziej agresywnych jednostek szybkościowych.
Mam plan, żeby życiówkę HM zaatakować w kwietniu w Gdyni.

dopisek 22.02.2026
Końcówka kartki z planem zbiega się, mam nadzieję, z początkiem okresu przygotowawczego pod półmaraton w Gdyni. Nadchodzą dwa miesiące, w czasie których pozbyć się chcę zimowego zamulenia i przypomnieć sobie ostatnie jesienne przyśpieszenia.
Bo pogoda ma być!
Ostatnio zmieniony 05 cze 2026, 08:58 przez rocha, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
rocha
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 1196
Rejestracja: 06 maja 2002, 11:44
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Świecie/Jelenia Góra/Wrocław

Nieprzeczytany post

Chyba czas na przygotowanie przedstartowe do półmaratonu w Gdyni. Wypada podsumować zimowe tuptania.
zima2025-2026
Było trochę akcentów jesienią, były kłopoty okołokontuzyjne, były przerwy i trochę bawiłem się z dietą. Udało się przytyć 2-3kg, niemniej przedwczoraj stanąłem na wadze i już trochę spada. Cóż, takie życie, jedni się odchudzają, inni budują zapasy tłuszczu.
Mam już rozgrzebaną mapę myśli, bo w tym tygodniu zacząłem przymiarki do przygotowań przedstartowych, ale to może w oddzielnym wpisie.
Awatar użytkownika
rocha
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 1196
Rejestracja: 06 maja 2002, 11:44
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Świecie/Jelenia Góra/Wrocław

Nieprzeczytany post

Zacząłem przygotowania do Gdyni. Planuję cztery akcenty po płaskim asfalcie, trochę siły i dużo rehabilitacji.

05.03.2026

Cztery akcenty w bezpośrednim przygotowaniu to biegi po płaskim asfalcie o długości około 15-20km, w czasie których zrobię rozgrzewkę (ca 20'), potem 10-15km tempa na progu tlenowym i na koniec lekki, półtorakilometrowy trucht. Wszystko bez przerwy i zawsze po południu/wieczorem, bo połówka w Gdyni ma start wieczorem.
To jest główne narzędzie treningowe, pozostałe, to uzupełnienie, czyli:

-pomiędzy akcentami, raz (albo dwa razy) pobiegnę truchtem przełaj, mniej więcej 45'-1h.

- pozostałe dni będą treningi z biegową rozgrzewką (20') i krótką zabawą w skipy, przeplatanki, wieloskoki i podbiegi.

- jeśli dopadnie mnie nuda, to pojadę na rowerze 2-3h, raczej MTB.

- gimnastyka wieczorna na grzbiet na pewno nie codziennie, ale dość często.

- gimnastyka siłowa to trochę kalisteniki.

- oczywiście codziennie gimnastyka poranna.

Proporcje i intensywność treningów uzupełniających może ulec zmianie w kolejnych mikrocyklach.
Zależy to od intensywności pracy, która mnie czeka.

08.03.2026

Wszystkim biegającym Paniom, życzę nieustannego bicia życiówek na wszystkich możliwych dystansach!

Oj! Chyba nie pobiegnę dziś BPPA. Wczoraj pojechałem fajne MTB i nabrałem ochoty na dłuższe kolarstwo szosowe.
Drugim powodem jest lekki "niepokój" w kolanach i stawach skokowych, który utrzymuje się przez cały tydzień.

Zrobiłem gimnastykę siłową. Minimini, ale jest. Zaczęły się też prace ogrodowe, Uporządkowaliśmy jeżyny, rozstawiłem tunel foliowy, zasiałem sałatę (już wykiełkowała!!!), wywiozłem cały stajniak i uzupełnilem zapasy lizawek, kolagenów i innych przednówkowych końskich supli.
Rozgryzłem KSeF, ugadałem klientów lokalnych i jestem gotowy na pełną przesiadkę na bezdelegacyjną działalność lokalną.
Muszę jeszcze Sprawozdanie Finansowe zrobić, ale jest na to jeszcze czas...

10.03.2026

No i pobiegłem drugi akcent. Zrobiło się ciepło więc w krótkich portkach. Było nawet fajnie, ale nie na tyle, żeby mi się chciało łamać założenia i pocisnąć ile sił w wątłych nóżkach. Cały akcent na granicy tlenowej. Nie odnotowałem tego na planie, ale nawet negative split udało się uzyskać.
Nie podoba mi się to, że tylko raz biegałem skipy między akcentami, dużo było przełaju wokół domu, to dlatego, że Peggy uczę posłuszeństwa na spacerach, biorę ją na truchty przełajowe, tłumaczę, wyjaśniam, nagradzam itd.

15.03.2026

Brnę przez przygotowania w miarę zgodnie z planem.
Podczas prac leśnych przydarzył się wypadek, spora kłoda zwaliła mi się na nogę, wyglądało to paskudnie, ale miałem dużo szczęścia (i ochronne buty) bo skończyło się na otarciu kostki i stłuczeniu sródstopia. Wydaje się, że większość uderzenia przyjął stalowy czub buta. Niemniej przez dwa dni nie biegałem, tylko przechodziłem po kwadransie, po równym asfalcie wspierając się - na wszelki wypadek laską. To tak na wszelki wypadek, już kiedyś, po podobnym stłuczeniu (tylko na piszczeli), zbyt szybko obciążyłem nogę i zrobił mi się potężny krwiak podskórny, który pół roku schodził. Nigdy nie wiadomo, czy jakieś małe naczynko nie zostało uszkodzone. Wczoraj już pobiegłem normalny przełaj i jest ok. Tylko w gumofilcach nie mogę chodzić przez otarcia.

A propos chodzenia o lasce. Spotykam na mojej trasie biegowej Pana Kostkę. Nie uwierzycie, ale facet normalnie uprawia nordic walking! Tak w ogóle, to odmłodniał jakoś i nawet sympatycznie zagadał, a nie tylko odburknął na powitanie. Coś czuję, że rośnie mi kumpel do biegania!

A skoro już zabrnąłem w dygresje, to mam spostrzeżenie dotyczące szerszych zmian społecznych. Dotyczy pewnej grupy, którzy są moimi kontrahentami - czyli wszyscy, którzy chcą zbudować, naprawić, albo zmodernizować jakiś obiekt inżynierski. Można wyróżnić dwie grupy,. Jedna, to inwestorzy prywatni, którzy budują coś dla siebie, a druga grupa to ci, którzy nie zarządzają swoim majątkiem, lecz są zatrudnieni na menadżerskich stanowiskach (korpoludki). Jeszcze ćwierć wieku temu, inwestorzy prywatni byli miękkimi jak wata wizjonerami, owładniętymi obsesją budowy "domu swoich marzeń", oczywiście na kredyt. Obecnie, prywatni inwestorzy, ewidentnie budują za swoje, stoją twardo obiema nogami na ziemi, podejrzliwie patrzą na wszelkie "dotacje, okazje i korzystne kredyty". Oni nie budują domu swoich marzeń, tylko "maszynę do mieszkania". Odwrotny kierunek zmian obserwuję wśród menadżerów. Kiedyś to byli ludzie ze stali, za godziwą pensję, wykonywali solidną pracę na rzecz swojego chlebodawcy. Wierni rycerze swojego feudała. W tej chwili obserwuję wielką falę zepsucia, solidność w pracy nie jest w cenie, liczy się bardziej układowość i personalne rozgrywki. Oni żyją od weekendu, do weekendu. To już nie rycerze, to pańszczyźniani chłopi. Są zniechęceni, zhierarchizowani, odtwórczy.

Bałaganiarski fragment zakończę wstawką zdrowotną. Jakoś tak wyszło, że od 6 lat mam przekroczony cholesterol całkowity i LDL, ale jednocześnie bardzo wysoki HDL i bardzo niskie TG, mam też zawsze wysokie ciśnienie. Doktor Enbrel (mój reumatolog) regularnie ten temat olewał. Wyniki dotarły do mojej lekarki rodzinnej przy okazji badań przesiewowych. Strasznie mnie mnie skrzyczała, że źle jem, mało się ruszam, za dużo piję i za dużo palę. Do tego mam straszne nadciśnienie. Przepisała trochę różnych tabletek, a ja się trochę przestraszyłem. Nawet to, że nie piję i nie palę mnie nie uspokajało.
Jestem już po całodobowym holterze ciśnienia krwi i jest po prostu bardzo dobrze, mam tylko syndrom białego fartucha i gdy mi pasek na ramię zapinają, to od razu jest 190/120mmHg. Sprawa cholesterolu też nie jest taka jednoznaczna, mam zalecenie, na badanie okulistyczne, podobno okulista najlepiej widzi najmniejsze naczynia krwionośne i może stwierdzić miażdżycę, lub jej brak.
Taka ciekawostka, zamiast rozbudowanych badań obrazowych, ogólne stwierdzenie przy prostym badaniu. Takie wskaźnikowe.
W sumie, jestem dobrej myśli.

Dzień Wagarowicza

Nie pobiegłem jeszcze trzeciego akcentu, nie złożyło się, czułem się przemęczony po akcji na szosówce, niby tylko 1h45', ale zamiast rekreacji musiałem przycisnąć, bo się zimno zrobiło.
Zaplanowałem za to ten akcent.
Będzie miał wymiar około półmaratonu, z czego pierwsze 3,7km to będzie rozgrzewka w truchcie, potem zmierzone 16,3km biegu ciągłego na granicy tlenu i kilometr wychłodzenia w truchcie. Całość bez przerw i bez rozciągania po drodze. Oczekuję czasu na tych 16,3km około 1h18'-1h19', ale dużo zależy od sytuacji, nie będę się napinał w grubym ubraniu, ani napalał na międzyczasy, jeśli będzie ciepło i na lekko.
Przetestuję buty które kupiłem na wyprzedaży za pięć dych i okazały się zadziwiająco fajne.
Przetestuję jedzenie - kupiłem już nawet krówkę o smaku "słony karmel".
Przetestuję te miękkie, gumiaste bidony, które można wsadzić do kieszonki w legginsach.
Nie wkładam podkolanówek.
Taki jest plan na akcent nr 3.

Chorym
26.03.2026

Jakaś dziwna infekcja, chyba dobry moment, żeby zrobić stopklatkę w BPSie do półmaratonu w Gdyni.
Zrobiłem trzeci akcent, choć w nieco późniejszym terminie. Biegłem trochę wolniej, niż zaplanowałem, bo była zmienna pogoda, ubrałem się za ciepło i jednocześnie za lekko, trzeba było się kilkakrotnie przebierać, a nie dawałem STOP na stoperze, czyli weszło w czas całkowity. Może to i lepiej, bo na pewno "moje vO2max" było tego dnia słabe i może próbowałbym na siłę trzymać jakieś nierealne tempo. Przez dwa dni po akcencie miałem w sobie wystarczająco dużo samozaparcia by robić rzetelne rehabilitacje ze skipami, przeplatankami i innymi bzdurami. Jestem z tego zadowolony.
Testowałem buty za 50pln, są niezłe, ale ostatni akcent polecę w tri-startówkach i coś mi się wydaje, że jednak są lepsze.
Testowałem soft-flaski na picie i to zdało egzamin, dwie butelkotubki po 150ml z izotonikiem dają bezpieczeństwo między paśnikami na trasie.
Wziąłem też cukierka-krówkę na trasę, ale nie chciało mi się jeść, natomiast gdy sobie po biegu przypomniałem, to w czasie wychłodzenia ją zjadłem. Błeee, skleiła mnie. Na zawody wezmę jakąś żel-tubkę. Nowoczesność w domu i zagrodzie, Krówki są dobre na ultra.
Został miesiąc do startu, w ciągu najbliższych 10dni zrobię ostatni akcent, a potem planuję już regenerację w czasie której zrobię mocniejszą sesję (albo dwie) ze sprintami, popracuję nad core stability i mam jeszcze zaplanowany dwudniowy wyjazd MTB na spotkanie klasowe, w sumie około 6h górskiej jazdy.
No i ... szykuje się czterodniowa orka na budowie, mam nadzieję, że podołam. To nie jest zwykła "praca fizyczna". Oj nie.

Im bardziej zagłębiam się w "Krytykę czystego rozumu", tym więcej wkoło siebie widzę skutków rozumowania "filozofa z Królewca". Znów to mam. Czytam i kiwam głową. Dostaję nowe określenia do opisu otaczającej rzeczywistości. Widziałem zjawiska i nazywałem je po swojemu, a teraz obserwuję ten sam proces "dostrzegania i nazywania", tylko, że ktoś inny to robi.
Piękne.

Lany Poniedziałek

"...darmo dla pewności wszelkiej zbrojnej straży użyli..." - chcesz rozbawić Pana Boga, to pokaż Mu, jak realizujesz swoje plany treningowe.

Mój plan wzbogacił się o przerwę spowodowaną przez atak (auto?)immunologiczny skierowany przeciw czemuś. Nie wiem czemu, ale zdechły chodziłem ponad tydzień. Już mi lepiej, tylko straciłem cała swoją pewność siebie. Mentalnie zaczynam się budować od nowa.
Został mi ostatni akcent, który muszę jakoś tak szybko zrobić i potem już będę się "cieniował" do startu.
Może nawet dietę jakąś wprowadzę?

12 kwietnia 2026

W planie zieje ogromna dziura brakującego akcentu. Nie udało się zrealizować. Muszę improwizować...

Ale najpierw dygresja.
"Od ogółu do szczegółu i od szczegółu do ogółu". Tak zwykła mawiać moja nauczycielka fizyki w podstawówce. Robiła wykład, potem jakieś proste doświadczenia, potem wracała do tablicy i coś pisała, potem opowiadała jakiś przykład z życia, potem jakąś zabawę intelektualną w interakcji z nami i znów do tablicy, do - a jakże - zadań.
Zadań się nie uniknie.
Byłem, kurde blaszka, dobry z fizyki.

Doktor Ju prostuje zęby moich dzieci. Nie zdawałem sobie sprawy, że można przy tej okazji diagnozować tak holistycznie. Myliłby się ten, kto traktowałby aparaty ortodontyczne, jako jedyne narzędzie do prostowania zgryzu. O nie! Tu trzeba patrzeć nie tylko na zęby, tu trzeba obserwować całą twarz,
całą głowę,
razem z szyją,
i ramionami.
Tak naprawdę trzeba też przyjrzeć się sylwetce, bo - kto wie - może przyczyna krzywego zgryzu bierze się z płaskostopia?
Troszkę żartuję, ale tylko troszkę, jestem wdzięczny za takie diagnozowanie dzieciaków, posłusznie prowadzamy je z Żoną na kolejne konsultacje i dowiadujemy się ciągle nowych rzeczy. Jednocześnie, cały czas jesteśmy uświadamiani, że wszystkie "wady" i "defekty" są subtelne i można je niemal bezkosztowo "naprawić" ćwiczeniami. Ba! Łatwo powiedzieć, trudniej ćwiczyć.

Tu można skorzystać z repertuaru filozofii Kanta. Przeanalizujmy dwa skrajne przypadki, żeby móc wybrać najodpowiedniejszą pozycję wyjściową. To będzie zabawa myślowa.

Przypadek "skrajny górny a priori"
Mamy trójkę dzieci w różnym wieku i stopniu życiowego ogarnięcia. Akceptujemy je takim, jakie są, nic nie poprawiamy, życie dzieje się samo. Stosujemy hipokratejską zasadę "po pierwsze nie szkodzić" i reagujemy tylko w stanie zagrożenia bezpośredniego. Afirmujemy, akceptujemy, kochamy i żyjemy w harmonii.
Można ten przypadek zwizualizować melomanem, który słucha muzyki i się nią zachwyca, albo starożytnym ojcem chrzestnym wszystkich gwiazdozbiorów na nocnym niebie.

Przypadek "skrajny dolny a priori"
Dokonujemy analizy wszystkich parametrów życiowych, które poddają się badaniu. Stosujemy zasady zdrowego żywienia naszych dzieci, aplikujemy im odpowiednią dla wieku i indywidualnych możliwości porcję ruchu. Uczymy je brać odpowiedzialność za swoje zdrowie. Stawiamy wyzwania. Naszą zasadą jest "lepiej zapobiegać, niż leczyć".
Ten przypadek, z kolei, wizualizuje wykształcony muzyk, który umie nazwać każdą nutę słuchanego utworu, albo astronom z potężnym katalogiem map nieba.

Tylko od nas zależy, w którym "miejscu" postawimy swoje twierdzenie a priori, czy będzie to na poziomie kwantowym, czy galaktycznym. Najpewniej gdzieś pośrednio. Zawsze jest to dobry początek rozważań, które można uszczegóławiać lub syntetyzować.

Podobnie jest z treningiem. Buduje się wiedzę ogólną, potem się ją przekuwa na konkretny plan, a potem ten plan realizuje. Na koniec jest zadanie z fizyki, czyli półmaraton w Trójmieście. Jedno z zadań mi nie wychodzi, to miał być ostatni akcent, miał być test żelka w tubce i lekkiego ciucha. No i przede wszystkim długi czas na regenerację. Tymczasem jest już mniej niż dwa tygodnie do startu i nie mogę polecieć półmaratonu (3,7km+16,3km+1km), bo się nie zregeneruję. Tak, regeneracja przychodzi mi coraz wolniej, po takim akcencie muszę mieć dwa dni na lekkie skipy, potem ze dwa dni na biegi przełajowe i żadnych długich bezruchów (czytaj: długich tras za kierownicą).
Muszę zmienić ten szczegół.
Ostatni akcent musi być w tym tygodniu, wtorek, albo środa. Pobiegnę krótszy dystans (np. 3,7km+11km+1km), ale ten odcinek tempowy będzie z tendencją do krótkich wejść w niedotlenienie, a w razie dużego dyskomfortu jestem skłonny go jeszcze bardziej skrócić. Mam nadzieję na krótszą regenerację po taikiej akcji. Jeśli się nie uda tego zrealizować, to całkiem odpuszczam ten akcent.
Usprawiedliwienie dla porządku i wiecznej pamięci. Ostatni akcent pokrzyżowały kolejno: choroba, choroba w rodzinie, pilne zlecenie, zapalenie oka, awarie domowe. Mam o tyle czyste sumienie, że nie umiałbym tego przewidzieć. Nikt by nie umiał, niezależnie od poziomu "a priori".

Doktor Ju ma w poczekalni ogromy, długi stół z drewnianym blatem i minimalistycznymi, stalowymi nogami. Od razu mi się spodobał, a że w poczekalni spędzam większość czasu, lubiłem przy nim siadać i trzymać na nim otwarte dłonie. Drewno bardzo jasne, od razu widać, że to jawor (klon?), gładko ostrugane, pokryte twardym, ale subtelnym lakierem. Dobrze jest przymknąć oczy i przejechać wzdłuż i w poprzek blatu. Coś nie pasuje, blat jest naprawdę równiutki, ale ma jakieś dziwne, krzywe dołki. Otwierasz oczy, ach tak, sęk, to dlatego. Innym razem szukasz kolejnych sęków, są. Kilka, kilkanaście, trochę poczerniałe, właściwie całkiem czarne, widać resztki kory. Są też zapadliska przy rdzeniu dawnego pnia. Dziwne, blat z litego jawora z czarnymi lotnymi sękami? Z murszem rdzenia? Nie wyeliminowali tego w produkcji klejonki? Właściwie, to dlaczego tu są sęki? Współczesne tartaki mają maszyny, które automatycznie wycinają sęki już na etapie cięcia okrąglaka. No tak! Oczywiście! To jest blat wykonany od początku do końca przez rzemieślnika-artystę! Żadna masowa produkcja! Teraz rzucasz się na wszystkie szczegóły i "easter eggi", które ci stolarz zostawił. Te poczernienia sęków to nie stara kora, to wypełnienia czarną masą epoksydową ubytków, które specjalnie zostawił. A te zapadliska, to nie są "zeschnięcia" nierówne po klejeniu, wszystkie one zostały wykonane ręcznie, specjalnie i tylko po to, żeby we mnie wywołać dysonans poznawczy dotykowo-wzrokowy. Oczy mówią: "tu jest górka", dłonie mówią: "tu jest dołek". Rozglądasz się po poczekalni i widzisz, że lada recepcji i blat szafki też są z jawora, rzucasz się z zapałem. Tak jest! te same sęki, te same dołki, ta sama szpachla! Jest super!
Przychodzi Doktor Ju, zagadujesz z głupia frant i słyszysz świetną historię. Stół był kupiony gotowy, a pozostałe blaty dorabiano później i to dwa razy dorabiano, bo za pierwszym rzemieślnik dobrał drewno bezsęczne, które się Doktor nie podobało i zażądała "takie same ładniutkie, jak stół".
Ju postawiła swoje "a priori" na zupełnie innym poziomie niż ja.
Jedni muszą wszystko rozebrać na kawałki, a inni tylko spojrzą i już wiedzą.

15 kwietnia 2026 - wychodzę na ostatnią prostą

Pobiegłem ostatni akcent. Zmuszałem się trochę, ale warto, bo było bardzo przyjemnie i bojowo. W ostatniej aktualizacji wpisu odleciałem w dygresje, zatem teraz będzie bardziej treningowo.

Miałem kłopoty motywacyjne przed tym akcentem, bo nie był taki, jak go zaplanowałem, poza tym miał być z chwilowymi napinkami, poza tym pogoda była niepewna i znów źle się ubrałem. Jednak już w drugiej części rozgrzewki biegłem szybciej niż zazwyczaj, zaś sam jedenastokilometrowy akcent pobiegłem z chwilowymi zadyszkami (tam jest trochę podbiegów, w sumie około 100m, tyle co nic) w trudniejszych chwilach. Na zawodach powinienem to spokojnie utrzymać, jeśli nie będzie jakiejś niedyspozycji. Dwa gumowe bidoniki z izo wystarczyły mi na ten dystans. Nie brałem żarcia, bo to za krótko, ale myślę, że na zawody kupię jakąś magiczną tubkę. Co ciekawe, w trakcie biegu wszedłem w typową biegową euforię, co jest dobrym prognostykiem, bo oznacza, że nie było nawet dyskomfortu. No, ale jeśli się jeszcze troszkę przyśpieszy, to kto wie, jak będzie?

Teraz dwa dni ze skipami. To nie będzie trening siły biegowej, tylko rozruszane aparatu ruchu, usunięcie sztywności i rozładowanie/rozmasowanie stanów zapalnych.

Potem będą łagodne przełaje, ale mam jeszcze w najbliższy weekend spotkanie mojej klasy z liceum niedaleko, na końcu przełomu Izery. Pojadę na nie rowerem (około 3h), a w drodze powrotnej koledzy chcą mi spuścić łomot MTB na wspólnej wycieczce prawym brzegiem Mumlawy. Spodziewam się kolejnych 5h. Żałujcie, że nie zobaczycie, jak się to całe nasze towarzystwo w lajkrowe trykoty wbije! Boki zrywać. Nawet specjalne stroje kolarskie z nadrukami klasy maturalnej 1993 jeleniogórskiego Żeroma są.
Też taką koszulkę dostanę! Zgodzili się!
Żadnego kozaczenia!
Będę odpoczywał!
Już to widzę...
Jeśli nie zrobię sobie krzywdy, to ostatni tydzień będzie tygodniem regeneracji , a jeśli mnie poniesie - rekonwalescencji.

Wprowadzam też dietę. Nie mam w tym doświadczenia, dotychczas udało mi się wdrożyć tylko jedną zasadę żywieniową: "nie żreć pod wlew po 20.00". Teraz chcę jeszcze usunąć cukry proste. Nie dodaję miodu do owsianki...
Nie jestem przyzwyczajony do masy 84-85kg. Czuję się z tym dobrze na co dzień, ale w biegu mógłbym być bardziej wycieniowany.
Ale tylko w biegu! Podoba mi się te 85kg na wadze! Nie mierzyłem tłuszczu, ale jest dużo!

Dopisek: 10,45%BF - albo ja coś źle mierzę, albo sam już nie wiem, myślałem, że będzie z 13-15%. Z czego ja chcę chudnąć? Może to przyzwyczajenie, wydaje mi się, że przytyłem, a tu tylko mięśnie spuchły od kreatyny?
Zmniejszam dawkę kreatyny do 2g/d.
Kiedyś napiszę, dlaczego w ogóle ją biorę, teraz mi się nie chce.

21.04.2026 - ostatnia prosta

Krótko, bo słabo widzę.
Dostałem zapalenia błony naczyniowej oka lewego. Akcja z SOR. Sytuacja już zdiagnozowana i się leczy.
Zrobiłem rehabilitację ze skipami po ostatnim akcencie.
Nie pojechałem rowerem na spotkanie klasowe - aktywność wykreślona z planu.
Przeszedłem się z klasą po górach kilka godzin.
Trochę mnie boli kręgosłup przez brak ruchu.
Może tak miało być.
Przedstartowe nastawienie bojowe dopiero się we mnie buduje.
Dieta nawet mi wychodzi, 3kg schudłem po zmniejszeniu kreatyny.
Mam trochę prac w obejściu, nie będę jeździł na zlecone roboty.
Deklarację podatkową muszę zrobić, kurde, kłopot z tymi oczami.
Muszę kupić jakiś żelek.

No i po Gdyni
Czas 1h50'10" jest dużo poniżej oczekiwań. Warunki były słabe, deszcz, śnieg, grad, wiatr 50km/h. Wszyscy mieli równie trudno, ale cóż powiedzieć? No nie miałem też dnia.
Dlatego zapisałem się już na następną połówkę. Jawor 25 maja.

"Czy spadły jej buty?"
Takie pytanie zadał zaprzyjaźniony ratownik medyczny, gdy z przejęciem relacjonowałem mu akcję reanimacyjną, którą widziałem na drodze. Kobieta została potrącona przez samochód, już jest karetka, słychać komendy lekarza. Wszyscy patrzą w napięciu, trzymają kciuki, nie chcą przeszkadzać zabieganym ratownikom.
Sytuacja wydaje się dramatyczna i najbliższe minuty są kluczowe....
A ten mnie pyta o buty?
Grzebię w pamięci, przejście dla pieszych, sygnalizacja świetlna, gapie, uszkodzony samochód, policja... tak, chyba pamiętam, że na drodze leży but, pantofel.
"Jeśli wyrwało ją z butów przy uderzeniu, to chłopaki dmuchali ją pod publikę"
Po chwili reflektuje się.
"No, ale może trzeba wierzyć w cuda"

Tak się rozglądam po otaczającym świecie i się zastanawiam, czy obserwowany świat ma buty? Niby istnieje wciąż wiele ogólnoświatowych instytucji, niby obowiązuje jakiś uniwersalizm wartości, niby wciąż obserwujemy technokratyczne i ideowe elity, ale sposób zarządzania globalizmem przypomina opisaną powyżej dramatyczną akcję ratunkową. Czy na pewno dramatyczną? Może to już dmuchanie trupa?
A strach pomyśleć, jaki z tego wyjdzie Frankensztajn.
Gdzie jest ONZ? Jaki autorytet ma WHO? Czy UE staje się państwem? Czy Bank Światowy i MFW zarządzają prawdziwymi środkami? Czy "śmierć mózgowa" NATO jest faktem? Kto jeszcze przejmuje się wyrokami MTK?
Podstawa dwudziestowiecznej organizacji świata, jaką były międzynarodowe instytucje, zarządzana jest przez trzecie/czwarte pokolenie zdegenerowanych romanowów/habsburgów będących produktem chowu wsobnego.
Kto pierwszy połapie się, że trzeba uruchomić cyrkulację elit?
Nie wiem.
Na razie patrzymy na pozorowane wysiłki ratowników, którzy udają, że jeszcze zdarzy się cud.

Na niebie się dzieje! Jowisz i Wenus lokują się już od pewnego czasu w tym samym kwadrancie wieczornego nieba. Wenus wciąż oddala się kątowo od Słońca i coraz lepiej ją widać, natomiast Jowisz się przybliża. Zastanawiałem się, czy spotkają się na niebie zanim nieubłagana paralaksa ziemskiej orbity rozdzieli obie planety. Czuć już napięcie na "zachodzie-po zachodzie", postanowiłem niczego nie sprawdzać w almanachach astronomicznych, tylko spokojnie poczekać. Zdążyłem nawet "wydedukować", że koniunkcja może zdarzyć się w połowie sierpnia (bo tak mi wychodziła maksymalna odległość kątowa Wenus-Słońce). Niestety JM Algorytm wrzucił mi informację o koniunkcji już 9 czerwca (2026). Te Internety to całkiem do dupy są...
No to niech będzie zastępczy cel obserwacji: Wenus "cmoknie" Jowisza w policzek i zawróci, czy też zatańczy wokół niego, zaprosi Księżyc do trójkącika i dopiero później się rozejdą?
Będziemy patrzeć.
Jeśli chmur nie będzie...

Wróciłem do pełnych dawek etanerceptu. Jednak za bardzo mnie gnaty bolą. Poza tym, przypałętało się zapalenie błony naczyniowej oka. Nie cierpię tych zastrzyków okołogałkowych. Brrr. ZZSK trzyma się mocno.

Jakkolwiek start w półmaratonie w Gdyni okazał się sportową katastrofą, to jednak towarzysko oceniam go na wydarzenie pierwszoligowe. Spotkałem się - i dwa dni spędziłem - z kolegami licealnymi. Stara przyjaźń, ale przez trzy dekady rozwialiśmy się niezależnie. Ulokowaliśmy się w odrębnych bańkach informacyjnych. Uświadomiłem sobie, jak bardzo te infosfery są hermetyczne. Najciekawiej sprawy się mają w sferze monitorowania treningu. Rozmawiali o wskaźnikach, które niewiele mi mówiły, zasadach żywienia, o których nic nie słyszałem, organizacji i motywacji do treningu, których nie sposób wdrożyć w moim przypadku.
Bardzo dużo się nauczyłem.
Nawet nową książkę czytam.
Poleconą...

Oszczędniej będę gospodarzyć słowem, albowiem JM Algorytm stwierdził, że naruszam jakieś standardy i kilka mediów zablokowało moje wywrotowe - niewątpliwie - treści.
Utrata profilu na bieganiu byłaby stratą zbyt bolesną ;)
Awatar użytkownika
rocha
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 1196
Rejestracja: 06 maja 2002, 11:44
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Świecie/Jelenia Góra/Wrocław

Nieprzeczytany post

Dwa tygodnie do koniunkcji Wenus i Jowisza.

Półmaraton w Jaworze okazał się wyzwaniem nie lada.
Trasa bez atestu, niedomierzona, długi podbieg, długi zbieg, upał.
1h54', open-49/127, M50-7/15

Hej ho.

Dopisek z 5. czerwca
Pojawiło się kilka trudności obiektywnych w usystematyzowaniu treningu, dlatego przyjąłem spontaniczną metodę planowania kolejnych jednostek.
Krótko mówiąc, biegam kiedy się da, ile się da i gdzie się da.
Zazwyczaj po 40-60' półprzełaj-półasfalt.
No i dieta.
W szczególności zamykam na klucz lodówkę o 18:30.
Dziś idę do Doktora Enbrela, pokaże mi najświeższe wyniki badań.
Wenus i Jowisz już naprawdę blisko, Szkoda, że chmury...

Dopisek z 9. czerwca
...chmury zasłaniają niebo.
Nie zobaczę dzisiejszej koniunkcji.

Najlepsze, co mi się udało dostrzec to przedwczorajszy wieczór, gdy na chwilę Wenus i Jowisz pokazały się w okienku. Bogowie skromnie zasłonili swe tête-à-tête solidną kołderką.
Oglądaliście "Apocalypto" Gibsona? Tam była sprawa bardziej spektakularna, zaćmienia słońca. Przez kilka dni dokonywano ofiar z ludzi umacniając władzę tych, którzy więcej wiedzą, widzą, rozumieją i przewidują.
Mam pomysł, żeby postraszyć prosty lud, że te dwa "Wielkie Krzemienie" (Jowisz i Wenus) na pewno wkrótce się zderzą i skrzeszą wielką iskrę, która spali cały świat. Ale jeszcze nie wszystko stracone, bo możemy przebłagać je, żeby się jednak minęły i spokojnie rozeszły. Metoda jest prosta, ofiary z dziewic. Jedna-dwie dziennie. W sumie nie muszą to być ofiary całopalne. Aż tak, to nie...
Co myślicie? Chwyci?
PS. Złapałem randkowiczów jeszcze dwa dni po koniunkcji

Niesiony genialnością pomysłu, przystąpiłem do stosownych obliczeń, intuicyjnie wyczuwałem, że skoro Wenus jest na orbicie wewnętrznej, a Jowisz to planeta zewnętrzna, to po obecnej koniunkcji nastąpi moment, gdy Ziemia znów je rozdzieli, czyli dojdzie do koniunkcji ponownej i to jeszcze w tym roku. Przystąpiłem do rysowania paralaks... Kurde, intuicja jest zawodna, następna koniunkcja zdarzy się za nieco ponad rok...

Jeszcze, dla potwierdzenia, przepytałem ejaja.
Tak.

A skoro wjechał mi do wpisu model językowy, to dopiszę uaktualnienie stanowiska na temat sztucznej inteligencji.
Ale tylko dla tych, którzy wiedzą ile jest
x=69! (sześćdziesiąt dziewięć silnia).
Potrzebuję tej analogii z lat osiemdziesiątych, żeby wyjaśnić moje odczucia.
Byłem jeszcze małym gnojkiem, ale fascynowały mnie tablice matematyczne, te wszystkie liczby, które tyle znaczyły, które były potrzebne, które dawały ogromne możliwości, za którymi stała prawdziwa wiedza, prawdziwy gmach nauki.
Do tego gmachu wstęp miał tylko ten, kto umiał czytać taką mądrą rzecz, jak tablice matematyczne.
Wtedy wpadł w moje ręce radziecki kalkulator "Elektronika" (ЭЛЕКТРОНИКА) i świat nigdy już nie był taki jak wcześniej.
Już nie trzeba było rozumieć mantys, cech, sinusów, kwadratów, wzorów redukcyjnych. Wystarczyło, po prostu, wpisać zadany rachunek i kalkulator podawał wynik.
No i oczywiście były ograniczenia, które uwielbiałem eksplorować. Jednym z nich był eksponencjalny zapis dużych liczb. Były tylko dwa miejsca na wyświetlaczu do zapisu wykładnika, czyli największą silnią była ta z 69. Większa już wywalała błąd. (70! ma 100 w wykładniku)
Podobne doświadczenia mam obecnie z ejajem. (AI)
Fascynujące są rozmowy, w których wyznacza współczynniki wielomianów pięćdziesiątego stopnia, z wzoru Taylora aproksymującego funkcję sinus (czy inną) albo, gdy wyznaczam długości śladów dwóch dwuwymiarowych powierzchni w czterowymiarowej przestrzeni, albo gdy ... obliczam koniunkcje położeń obiektów astronomicznych.
Wiem, że można to było robić już dawno w programach matematycznych, ale jeśli one są odpowiednikiem dawnych tablic, to ejaj jest odpowiednikiem radzieckiego kalkulatora.
Dla każdego.
Spodziewam się, że efekty (skutki?) wykorzystywania tego narzędzia w opisany wyżej sposób mogą być analogiczne do produktu szympansa walącego w maszynę do pisania. "Nic dwa razy" bym nie oczekiwał.

A jeśli chodzi o bieganie, to robię to codziennie (45-60').
Podciągam się na drążku.
6 razy.
Trzy razy dziennie.
Szału nie ma.
Może poproszę ejaja o plan treningowy? Kto wie, kto wie?
Awatar użytkownika
rocha
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 1196
Rejestracja: 06 maja 2002, 11:44
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Świecie/Jelenia Góra/Wrocław

Nieprzeczytany post

"Pali pan?"
"Nie..."
"Szkoda"
"Dlaczego, panie doktorze?"
"Bo jakby pan rzucił palenie, to by panu bardzo pomogło"
Żart ma brodę po kolana, ale dobrze obrazuje moje okołolekarskie dyskusje w początkach szóstej dekady żywota.
Najpierw jeden doktor-szaman kazał mi pić 2,5-3,0 litra wody dziennie. Spytałem, czy na pewno powinienem ograniczać podaż pływów. Zdziwił się. Wiadomo, biegając trzeba pić.
Potem doktor-rodzinna kazała mi ćwiczyć trzy razy w tygodniu. Spytałem, czy mam ograniczyć aktywność i więcej siedzieć na kanapie. Chyba nie zrozumiała.
Była też gadka o rzucaniu palenia i odstawianiu alkoholu. Było o zrównoważonej diecie. Było o suplementacji witaminy D.
Wszystko wdrożyłem lata temu.
Nie mam się z czego poprawiać, niestety.

Już ponad 10lat przyjmuję etanercept, zdaję sobie sprawę, że to czas trochę "na kredyt", starałem się wykorzystać go jak najlepiej, kiedyś może to ocenię, ale teraz chyba czas na wymyślenie się na nowo. Jak ma wyglądać mój trening/rehabilitacja? Na ile mogę sobie pozwolić w pracy? Jak sterować dietą i suplementacją?

Skąd te przemyślenia?
Sianokosy latoś mocno mnie zweryfikowały, przypadły akurat w dni największych upałów. Przez kilka dni mocno się odwodniłem, wpadłem w hiponatremię i - co gorsza - późno rozpoznałem objawy. Właściwie już po wszystkim, dziś pobiegłem górskie 15km i było świetnie.
Teraz będzie karkołomna analogia. Moja ulubiona myśl Mikołaja Kopernika brzmi: "zły pieniądz wypiera dobry pieniądz" - stosując to prawo do treningu sportowego można powiedziec: zły trening zastępuje dobry trening.
New Balance but biegowy
ODPOWIEDZ