Ja się podepnę pod ten temat, nie będę specjalnie nowego zakładał.
Podczas tej Silesii czeka mnie debiut, i mam kilka pytań do bardziej doświadczonych kolegów.
Cały ten sezon mam przebiegany z jedną pauzą dwutygodniową na początku sierpnia, najlepsze wyniki jakie udało mi się wykręcić w debiutanckim sezonie to:
10km: 40:11
21km: 1:29:01
Po sierpniowej pauzie zacząłem wykonywać dłuższe biegi, 25km w tempie 5:40min/km na niskim tętnie (~145, takie BC1), 25km w tempie 4:40min/km (BC2 na tętnie średnim ~160), 27km w tempie 4:55min/km (BC2 ~160) i 30km 4:40min/km (BC2 ~160). Moje tętno maksymalne to 210bpm.
Wszystkie biegi wykonywałem na trasach z przewyższeniem 100-250m. Ogólnie wydolnościowo wszystko spoko, luzik, ale jak biegnę już po 27km w tempie 4:40-4:50 to nogi robią się ciężkie, bolą, trzeba zwalniać, aczkolwiek żaden z tych długich biegów nie był na wypoczętych nogach.
Planowałem biec maraton na tętnie ok. 160, ale z tego co u siebie obserwuję to chyba nie jest dobry pomysł, bo jak mi się nogi zmęczą po np. 30km to zacznę zwalniać i już nie będzie tak przyjemnie. Zastanawiam się czy ryzykować i próbować biec po te 4:50min/km, kręcić się koło tętna 160 i ew. przyjąć na klatę w trakcie biegu że nogi wysiadają, czy zrobić ten bieg typowo tlenowo, na pewno byłoby to bezpieczniejsze rozwiązanie.
Serce mi podpowiada ryzykuj, a rozum biegnij w tlenie

jakie wy macie doświadczenia w tej kwestii?