Ciekawy tydzień wyszedł. Najpierw mocniej niż przypuszczałem zdychałem po 50K na hulajnodze. Owszem – zgodnie z założeniami stawów sobie tym nie obciążyłem, ale uda dostały swój wycisk i z środowego treningu zszedłem po 5K czując, że to nie ma sensu.

W środę lekki FTB, w czwartek testowe 10K po umiarkowanym trailu i zacząłem ładowanie pod sobotnią wyprawę w Świętokrzyskie, gdzie w zacnym towarzystwie weszło 50 kilometrów i 1300 metrów przewyższenia. Dużo? Mało? Pewnie zależy od tego, kto pyta i kto odpowiada.

Niemniej uwzględniając fakt, że ostatni raz w górach biegałem podczas ŁUT150, a w tym roku nie zrobiłem niczego ponad 25K, to jednostka treningowa wyszła dość mocna (dwa dni po biegu nadal czuję mięśnie ud).

Z jednej strony cieszę się, że pobiegałem tam, z drugiej dobitnie uświadomiłem sobie wyzwanie, które na mnie czeka w sierpniu. Trzykrotnie dłuższa trasa i ośmiokrotnie większe przewyższenie. Dystans – banał, ale pion/poziom… trzeba napierać.

Co mi tu trochę poprawia tutaj humor, to fakt – wspominałem już – że jak spojrzeć na rozkład masy ciała, to moje nogi są bardziej niż przygotowane do przyjmowania takich obciążeń.

Masa nóg - 130% masy proporcjonalnej do reszty ciałą

Masa nóg – 130% masy proporcjonalnej do reszty ciałą

Wygląda na to, że cała moja walka będzie skoncentrowana na tym, by te 130% musiało jak najmniej dźwigać na sobie.


 

Plany na najbliższą przyszłość:

– W sobotę start w sztafecie Ekidena w ramach akcji #biegamdobrze

– W niedzielę wycieczka do Poznania na WingsForLife.

I tu zagwozdka: jak mi wyjdzie zaawansowane ubijanie asfaltu tydzień po 50K