Od paru dni męczy mnie lekkie przeziębienie. Dziś osiągnęło apogeum. Początkowo chciałem odpuścić bieganie, ale popołudniu nastapiła wyraźna poprawa. Postanowiłem pójść na kompromis z własnym organizmem i wyjść na trening, ale zamiast interwałów pobiec lekkie easy.

Interwały pobiegnę jutro, TM w piątek, a sobotni Top-Cross siłą rzeczy będzie lajtowy. Będzie dobrze.

Podczas biegu okazało się, że była to trafiona decyzja i to z co najmniej dwóch innych powodów. Po pierwsze, wiało okrutnie i bieganie czegokolwiek, gdzie tempo jest wyznacznikiem, byłoby niekomfortowe. Po drugie i ważniejsze, jeszcze nie zregenerowałem się po weekendzie. Niedzielny bieg był zbyt mocny. Mam nauczkę.

Nogi początkowo wydawały się świeże, ale po kilku kilometrach zacząłem odczuwać ból w łydkach. Skróciłem to wybieganie do 9 km. Jutro będę miał więcej sił.

Jestem zadowolony, że pomimo sztywnego planu, udaje mi się czasami usłyszeć głos własnego organizmu i (mam nadzieję) właściwie zareagować.

Pomimo ocno zmęczonych łydek, tętno utrzymywało się na niskim poziomie. Chyba rzeczywiście będę musiał sprawdzić obecne tętno spoczynkowe. Skoro początkujący biegacz może biegać ze znacznie wyższym tętnem, to może ja powinienem biegać I zakres z niższym niż 70-75% HRmax. Będę musiał poprzeliczać sobie to wszytsko na %HRR.

Dziś odpuszczam jakiekolwiek dodatkowe ćwiczenia.

Przebieg treningu

  • 9 km
  • HRśr – 139 bpm (71%)
  • HRmax – 151 bpm (77%)
  • vśr – 4’27