Dzień przywitał mnie pięknym słonecznym porankiem. Dziś już nie było tak miodowo jak wczoraj – drewniane łydki (ale bez przesady, bywało gorzej), nieco obolałe nogi i sztywności w więzadłach kolanowych. Od rana mnie nosiło, pierwszy raz po takim wysiłku dzień wcześniej ciągnęło mnie na trening, do lasu. Wiedziałem, że o bieganiu nie ma dzisiaj mowy ale spojrzałem na rower górski stojący przy ścianie, który tak ładnie się do mnie uśmiechał. Długo nie czekałem, przebrałem się i wyruszyłem na przejażdżkę na Barbarkę. 22km spokojnej jazdy bardzo było mi potrzebne. :) Po drodze upajałem się zapachem lasu, pięknymi okolicami przyrody.