W sobotę najwcześniej mogłem wyjść na bieg dopiero przed 15. Idealna pora, bo największy upał był akurat, a o to mi chodziło. Żeby przyzwyczaić się trochę do gorąca. Od samego rana byłem na dworze, prawie cały czas w ruchu. Mało jadłem i piłem – rano mi się nie chciało za bardzo, a później to już było za późno, bo bałem się kolki). Więc już przed biegiem najchętniej poszedłbym spać.

Ale założenie jest, chcę je zrealizować. 33 stopnie w cieniu. Zero chmur. Nie chce mi się . Jest idealnie.
Przy 3. kilometrze czułem spory dyskomfort w ciele. Ale nie, że nie miałem siły. Po prostu czułem, jakby cały mój organizm się wykręcał i kazał wracać do domu albo najlepiej zatrzymać się. Dopiero przy 6. kilometrze nie chciało mi się już biec. Ale wtedy zaczyna się bieganie głową. Upał konkretny. Niby na trasie mogę znaleźć czasami nieco cienia, ale od niego uciekam. Wybieram słońce, które towarzyszy mi przez większość trasy.

12km zrobione. Mimo że bieg spokojny, to ciężki. Szczególnie psychicznie. O takie coś mi chodziło. Po biegu piłem bardzo dużo. Sporo ponad litr. Najpierw woda, potem woda z miodem i cytryną.