Dziś w planie było 18km, w tym 14km tempem maratońskim. Jednak przeziębienie mnie mocniej chwyciło, nieco osłabiło. Wczoraj padłem już po 21 i spałem 10h, co jest dużo jak na mnie. Ale to mnie trochę zregenerowało. Dodatkowo najadłem się wczoraj czosnku, cebuli, chrzanu. Piłem wodę z imbirem. Płukałem gardło wodą z solą i naparem z czystka (za poradą Aniad1312). Zrobiłem inhalację majerankiem i olejkiem eukaliptusowym.
Po takiej kuracji i dłuższym spaniu miałem więcej energii dziś rano. Jedynie wielki katar – co chwilę smarkam. Znak, że organizm się oczyszcza. Ale że ta energia nie była 100%, to miałem dylemat czy wychodzić czy czekać jeszcze do jutra. Jednak ciągnie wilka do lasu i wyszedłem. Zmieniłem tylko dystans – z 18km, na 16km, ale zostawiając 14km M.

W trakcie biegu nie czułem jednak komfortu. Męczyłem trochę ten bieg, więc zmieniłem sobie na 13km M. Ale im dłużej biegłem, tym mniej mi się chciało. Znów więc zmniejszyłem dystans. Mówię sobie – dobra, dobij do 10km M i dalej polecisz spokojnie. Przy 9km M poczułem, że to wystarczy. Nie ma sensu na siłę się katować.
Dobiegłem spokojnie do końca.

Podsumowując:
15 km przebiegnięte, w tym 9,12km M w tempie 4:20, a całość w tempie 4:45.
Nawet po tempie M widać, że nie był to optymalny bieg. Tak to jest, jak na siłę chcę robić założenia.

Co dalej na ten tydzień, to pokaże mi organizm. Czy będzie bieg progowy, czy same spokojne, czy może w ogóle.
No i dalej się kuruję.