Odkąd pamiętam najlepiej biegało mi się w nocy, gdy nikt nie myślał nawet żeby wyjść zewnątrz. Ja czekałam aż zapadnie zmrok i będę mogła iść co potruchtać. Nigdy nie umiałam się zmotywować do biegania za widoku – tłumy ludzi, miliony oczów na Tobie, palanci trąbiący swoimi lamborghini, maybachami, bentleyami i innymi golfami III i duże prawdopodobieństwo, że spotkasz kogoś znajomego, kto Cię zagada i nici z treningu. A jeszcze oceni Twoją formę…

Z wielu rozmów z ludźmi dowiedziałam się, że nie biegają właśnie ze względu, „że ktoś zobaczy”. Stresują się tym, że nie biegają super dobrze, a co jeśli jeszcze będą musieli się zatrzymać złapać oddech, a ktoś za nimi wszystko widział – dokładnie ile biegł, ile szedł, zadyszkę. Nie każdy ma łatwość wyjść i biec, nie zważając na to co się dzieje dookoła.

Osobiście znam wiele takich osób i wiele razy chciałam namówić je na truchtanie i wiele razy usłyszałam odmowę, że nie, bo:”nie mam kondycji, biegam wolniej, ludzie się będą śmiać”. Raz usłyszałam – „Tak naprawdę to chciałabym iść pobiegać, zajechać się na jakimś dobrym treningu, żeby poczuć, że był wycisk, ale w sumie to mam za duże cycki i jak będą skakać to się ludzie będą gapić”… A gdzieś w środku spora część tych osób chciałaby spróbować, ale nie mają odwagi.

Zanim zaczęłam przygodę z bieganiem dużo ćwiczyłam. Rower, rolki, siatkówka albo zwykły spacer – codziennie przynajmniej jedna z tych rzeczy musiała znaleźć się w planie dnia. Ale zawsze fascynowało mnie bieganie. Ciekawiło mnie to, czemu biegacze są tak szczęśliwi, gdy sobie pobiegają. Tylko, że kiedyś byłam jedną z tych osób które bały się wyjść pobiegać, bo… „Nie mam kondycji i ludzie będą się śmiać”. Raz postanowiłam – co tam, wyjdę sobie w środku nocy na jakieś bezdroża. Ciężko mi było uwierzyć w swoje możliwości więc zaczynałam od 10minut spokojnego biegu. Wracając zastanawiałam się tylko czy ktoś przez okno mnie nie widział, bo głupio tak iść i po 10minutach wrócić. Pierwsze trzy treningi i ‚zero fajerwerków’. Nie czułam się jakoś bardziej szczęśliwa. I nadszedł ten kolejny, czwarty już trening gdzie w planie było 15minut biegu. Wychodziłam bez entuzjazjmu i z myślą, że nie, nie dam rady, przecież ledwo te 10minut i wypluwam płuca. Ale było inaczej. Kiedy stoper wskazał 00:15:00 od razu banan na twarzy, dziwne szczęście, a w głowie-„eeeej, udało się, nie wierzę, hmmm… w sumie to może jeszcze bym dała radę co pobiec z tego szczęścia!” Ale nie, pozostawiłam lekki niedosyt. I tak to stało się uzależnieniem. Wychodziłam na każdy trening z myślą- „Tak, dziś pobiegnę więcej, szybciej, ten podbieg jest dziś dla mnie”. Każdy mały kroczek cieszył tak, jak nowa zabawka w dzieciństwie. I taki prezent fundowałam sobie za darmo na każdym treningu. A ponadto +50 do pewności siebie. Nie bałam się już minąć przechodnia – mijałam ich z podniesioną głową i myślą – „Ha! Nie wiesz ile ja już przebiegłam, frajerze. A gap się…” I tak stawało się to rutyną, moim małym uzależnieniem. Odkryłam tajemnicę biegaczy i ‚runners high’.

Więc jeśli jesteś jedną z tych osób, które chcą, ale nie potrafią zacząć ze względu na otoczenie to pamiętaj – prawdziwi wojownicy wychodzą z piwnicy! Zaszyj się lesie, na opuszczonym terenie, czy choćby na bieżni. Po prostu – zrób to. Początek nie będzie łatwy. Potem też nie będzie łatwo, ale fakt, że osiągasz te niełatwe cele będzie cholernie satysfakcjonował. A po pewnym czasie, staniesz się lepszy, osiągniesz coś więcej i sam będziesz chciał wyjść do ludzi i pokazać im swoje osiągnięcia.