Dziś w planie był BS, ale stwierdziłem, że skoro tydzień nie biegałem nic szybkiego, to warto w końcu to zrobić. Szybkie spojrzenie na plan, co tam wpisane mam na środę. Byłem pewny, że tempo maratońskie, a się okazało, że 40 minut biegu progowego. Trochę się przestraszyłem, że nie dam rady teraz albo że będzie mi bardzo ciężko. Po pierwsze czułem lekkie zmęczenie wczorajszym biegiem 24km, a po drugie byłem trochę niedospany, bo wcześniej wstałem, żeby pojechać na działkę, podlać co nieco i zebrać plony.
Także wybiegłem dopiero przed 10. Ciężko mi nawet powiedzieć czy było już gorąco, czy nie, bo jakoś inaczej odczuwam temperaturę. Mi było ok.
Na początku znów trochę ciężki oddech, trochę ciężkie nogi i już się zastanawiałem czy po prostu nie zrobić jednak spokojnego biegu. Ale stwierdziłem, że biegnę swoje, najwyżej zwolnię, skrócę, w trakcie przejdę do spokojnego tempa. Po 2 km wrzuciłem szybsze tempo 4:08. Po 10 minutach zastanawiałem się czy na pewno dam radę, że może być ciężko. Ale musiałem chyba rozgrzać maszynę, żeby złapać właściwy rytm i poczuć luz w biegu. Po 20 minutach progowego nawróciłem. Pojawiła mi się jeszcze myśl, że dobiję do 30 minut i koniec, ale to był tylko moment zwątpienia, bo po tych 30 minutach biegłem dalej i nawet minimalnie przyspieszyłem.
Samą końcówkę biegłem już na zmęczeniu, z suszą w buzi. Oj, pić mi się chciało.

W domu przy rozciąganiu kapało ze mnie konkretnie. Dawno nie byłem tak spocony. W ogóle bieg zacząłem w koszulce, ale zaraz ją zdjąłem, bo było mi za ciepło. Chyba będę biegał na razie bez niej, póki są takie wysokie temperatury. Po co mam się z nią męczyć.

Jeszcze zrzut z Garmina:
tempo progowe