W szkole mieliśmy trzech wuefistów. Poza panem Henrykiem był jeszcze pan Tomasz i pan Piotr. Najbardziej „sportowy” był ten ostatni. W przerwach między lekcjami gromadziliśmy się przy wąskich drzwiach sali gimnastycznej, żeby podziwiać pana Piotra skaczącego wzwyż flopem. Widzieliście kiedyś magistra skaczącego plecami na materace? Ja widziałem. Pan Henryk nawet do mięsnego po salceson nie był w stanie podskoczyć kilku schodków…Wiem, bo mnie wysyłał i swoją drogą traktowałem to jako dużą nobilitację. Powierzyć pieniądze i wałówę uczniakowi z podstawówki – musiał mi ufać.

Na moich pierwszych zawodach byliśmy właśnie z panem Piotrem. Z całej szkoły pojechałem tylko ja i Paweł z rocznika wyżej. Szkolna legenda. Jako pierwszy zapisał się do lokalnej szkółki piłkarskiej. Jak zaczynał kiwkę z pierwszym gwizdkiem sędziego, tak kończył dopiero 10 minut po meczu. Kleił piłkę tak blisko nogi, że Ronaldo Luis Nazario de Lima mógłby chodzić do niego na korepetycje. Żelazne płuca – szybki i wytrzymały. Paweł jak 90 procent populacji mojego miasta był za Widzewem, ja za Legią. Ale mnie nie bił, bo nieźle biegałem i wygrałem z Szychą. To były moje pierwsze profity z uprawiania sportu.

Tego dnia w powietrzu było tak wilgotno, że można by łyżką zbierać wodę i przelewać do naczynia. Chłód, potęgowany jeszcze przez wilgoć. Taka aura miała mi potem towarzyszyć dość często na wielu kolejnych zawodach.

Co to w ogóle była za impreza? Nie mam pojęcia, ale było dość dziwnie, bo wystartowaliśmy razem z dziewczynami. Chyba 600 m, start z wirażu, finisz na prostej, więc mógł to być ewentualnie kilometr, ale bieg pamiętam jako dość krótki. Od początku prowadziłem, a z każdym metrem przewaga się powiększała. Na ostatnim wirażu spojrzałem jeszcze kontrolnie przez ramię, a tam pusto, następna osoba jakieś sto metrów dalej. Spokojnym krokiem dobiegłem do mety.

Szczerze powiem, że coś mi w tych zawodach nie pasowało. Bo jak to jest, że w klasie tnę się do ostatniego metra z Szychą, a na miejskim stadionie przybiegam niezagrożony?

Na koniec jeszcze pan Piotr zaczął zadawać mi dziwne pytania

  • Miałeś jeszcze siły?
  • Tak!

Odpowiedziałem z dumą.

  • To dlaczego nie przyśpieszyłeś?

Zamilkłem. Nie zrozumiałem tego pytania. Po co przyśpieszać, skoro nikt nie goni?

Po całych zawodach staliśmy z Pawłem w klubowym budynku, żeby nie marznąć na zewnątrz. Podszedł do nas jakiś dziadek i powiedział, żebyśmy przychodzili do niego na treningi. Paweł go kojarzył, bo już rok wcześniej ten sam dziadek zwrócił się do niego z tą samą propozycją. Facet robił wrażenie trochę dziwnego, ostrego, raczej nie był atletycznej budowy ciała. Nosił charakterystyczną czerwoną czapkę z daszkiem, spodnie od garnituru a do nich białe adidasy. Całości obrazka niech dopełni jeszcze mały i krzykliwy sznaucer na smyczy, przy jego nodze.

Ów starszy człowiek odszedł, a ja pomyślałem, że owszem fajnie byłoby gdzieś zacząć trenować te całe bieganie. Chodziłem do 4 klasy, miałem 11 lat i generalnie potrzebowałem kogoś kto by mnie trochę poprowadził za rękę. Stwierdzenie, „chodź do mnie na treningi” – gdy nawet nie wiedziałem gdzie, kiedy i kim ty w ogóle człowieku jesteś – nie trafiło na podatny grunt.

Potem dowiedziałem się, że ten starszy mężczyzna to pan Janusz. Lokalny trener LA z całkiem dobrą renomą. Miał wielu wychowanków z tytułem mistrza Polski, uczestnika mistrzostw świata juniorów, a w 2004 roku jedna z jego dawnych podopiecznych wystartowała w Igrzyskach.

Co do wuefisty Piotra to nadal jest aktywny sportowo. Przeglądałem parę dni temu wyniki z Maratonu Wrocławskiego, a tam jego nazwisko.

I już chyba rozumiem po co cisnąć do końca, nawet jeśli nikt nie goni.

11703102_10204483087395568_3429327098321971065_n

Tutaj przeżyłem swój pierwszy raz. Dużo się zmieniło – zamiast żużlu jest tartan.