Pierdoły

Dziś zaliczyłem bieg pełen przygód.

Zaczęły się szybko, bo zaledwie po przebiegnięciu 500 metrów. Podbiegły do mnie dwa psiaki, które już kilka razy zdarzyło mi się mijać. Tym razem nie poszło jednak gładko. Jeden z nich wbiegł w tor mojego ruchu i sprawdził smak mojego golenia.

W ten sposób zaliczyłem moje drugie biegowe ugryzienie. Nie jest źle, jak na prawie 7 lat i 20 tys. kilometrów, choć zero ugryzień satysfakcjonowałyby mnie dużo bardziej.

Żadna krzywda mi się nie stała. Rozważałem czy by nie wrócić do domu po telefon i zadzwonić na policję. Zrobię to następnym razem, jak zobaczę, że te psy biegają swobodnie.

Kilkanaście kilometrów dalej zobaczyłem wielką chmurę dymu snującą się po polach. Po jakimś czasie zorientowałem się, że jej źródłem jest dom. Ognia nie było widać, ale dymiło się, jakby pół chałupy się paliło. Gdy zbliżyłem się jeszcze trochę, zorientowałem się że to wszystko wylatuje z komina. Żadnego pożaru oczywiście nie było. Moja naiwność aż mnie rozbawiła. Zwyczajnie (niestety) palili w piecu, jakimś świństwem. Muszę przyznać, ze pomimo że mieszkam na osiedlu domków jednorodzinnych, to czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Gdybym tylko miał z sobą komórkę. ;)

Po kolejnych kilkunastu kilometrach trafiłem na jeszcze dziwniejszą scenę. Przy drodze, na podwyższeniu z sosnowych desek, zamocowano pal. Do pala przywiązany był chłopak, a dwóch innych wiązkami sznurów go biczowało. Całe zdarzenie obserwowało kilkadziesiąt osób, a spiker komentował przez przygotowane nagłośnienie. (np. jeszcze po nogach, po nogach jeszcze).

Wszystkie te wydarzenia w jakimś stopniu mnie zainteresowały. Nie zostałem jednak, by coś z nimi zrobić czy chociaż dowiedzieć się więcej. Trening był ważniejszy. Robiłem długie wybieganie i ciągłość biegu była dla mnie ważniejsza. (trening vs. bieganie).


 

Trening

Sam trening wyszedł dobrze. Pogoda była bardzo wietrzna i różnice w tempie poszczególnych kilometrów wychodziły znaczące.

Postanowiłem zacząć trochę wolniej i stopniowo się rozpędzać. Niby się udało, ale amplituda temp miała być sporo wyższa.

Do połowy dystansu stopniowo przyspieszając dobiegłem z średnią 4’12/km (15 i 16 km przez wiatr poniżej 4/km).

Dalej starałem się przyspieszać, ale nie chciało mi się bardzo męczyć intensywnością. Dystans sam w sobie miał mnie już trochę sponiewierać.

Na ostatnich 2 km wykrzesałem z siebie trochę energii i przyspieszyłem do okolic 3’55/km.

Trening był wymagający, ale obyło się bez kryzysów. Cieszy to tym bardziej, że biegłem na dość pagórkowatej trasie, a na 30 km zaliczyłem 500 metrowy podbieg. Dobrze, ze zrobiłem ten trening. Bardzo podbudował mnie psychicznie. Trochę przerażało mnie, gdy w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że to jeszcze 20 czy 25 km do końca. Dało się? Dało. Na maratonie też się uda.

Trochę po biegu jestem obolały. Jutro powinno być już dobrze. Będę musiał w końcu dokręcić 17 km, by dzisiejszy bieg stanowił 25% tygodniowego kilometrażu (tak by Hudsonowie się nie czepiali). :)

Dorobiłem się sporego bąbla na drugim palcu prawej stopy. To upewniło mnie, że maraton pobiegnę w NB vazee rush. Nike tempo run też są świetne, ale na tak długi dystans potrzebowałbym z 0,5 cm większy model.

Przebieg treningu

  • 32 km
  • HRśr – 151 bpm (77%)
  • HRmax – 165 bpm (84%)
  • vśr – 4’08/km
  • spadek tętna po minucie 69 bpm

Ćwiczeń siłowych raczej dziś nie będzie. Może 5-10 minut core.