Rano zrobiliśmy longrun na miarę naszych możliwości. Wyszła ponad godzina spokojnego biegu. Droga, którą biegamy jest w coraz lepszym stanie. Chińczycy wzięli się ostro do pracy i codziennie jest wyrównywany kolejny odcinek. Aż szkoda, że wkrótce położą tu asfalt, bo teraz podłoże jest idealne do biegania. Z drugiej strony pewnie wystarczyłby dzień porządnych deszczów i wszystko by się rozjechało.

Przed południem przyszedł Meshack i Daniel na ekscentrykę. Meshack mówił, że czuje pośladki po środowym treningu na Tambach. Meshack robił dziś ćwiczenia z podskokami, przytulił też do biodra cegłę jako dodatkowe obciążenie. Zrobił 9×50 podskoków, ostatnia seria 75 podskoków. Daniel, który ma za sobą mniej tych treningów zrobił podskoki bez cegły i mniej powtórzeń w serii, po 25.

Po treningu zeszliśmy z chłopakami na patio na herbatę. My zamówiliśmy sobie po piwie. Poza tradycyjnym Tuskerem, przetestowaliśmy też Tuskera cydrowego, bardzo smaczny. Yacool dostał dzień wcześniej zlecenie na przeróbkę butów od Mary. Szybko się z nimi uporał.

Do restauracji przyszła na lunch żona Kipsanga z trójką ich dzieci. Chłopaki są w wieku 13, 9 i 7 lat. Najmłodszego, Ariela, poznaliśmy trzy lata temu na zawodach w Austrii. Wilson zabrał go z sobą na tamtejszy półmaraton. Yacool zrobił mu wtedy samolot z papieru. Ariel pamiętał to. Teraz chłopiec jest starszy i yacool uczył go samodzielnego zrobienia samolotu. Zrobili kilka wersji i zaczęli się nimi bawić. Starszy syn Wilsona, David jeździł w tym czasie na za małym już dla niego samochodziku ;)
Potem przyłączył się do zabawy. W pewnym momencie samoloty wylądowały na dachu. Z pomocą przyszła jedna z pokojówek, Florence, która długim kijem ściągnęła zabawki. Oczywiście yacool przetestował też na chłopakach swoją starą magiczną sztuczkę z kijem „przyklejonym” do ręki. Wszyscy trzej świetnie się bawili.
Dzieciaki są bardzo podobne do Kipsanga. Mają fantastyczne proporcje. Długie, proste nogi, małe głowy i są bardzo szczupli. Przyszli rekordziści..?

Pożegnaliśmy się z Meshackiem i Danielem, którzy byli zmęczeni treningiem i zamówiliśmy sobie lunch. Kelnerka Caro pękała ze śmiechu słuchając naszego zamówienia. Przyniosła nam pełne talerze, managu, kapusty, groszku, surówki u mnie z ryżem, u yacoola z frytkami. Wylizaliśmy talerze do czysta ;)

Rozmawialiśmy z Benem, jednym z menedżerów o planach rozbudowy hotelu. Zauważyliśmy też, że z tyłu, za Keellu jest jakiś mały domek. Ben pokazał go nam. Jest to niezależny budynek. Obecnie mocno zaniedbany, ale planują go wkrótce odremontować. Składa się z dwóch mieszkań. Obejrzeliśmy większe, był w nim salon, sypialnia, łazienka z ubikacją i prysznicem, kuchnia. Jeśli faktycznie go odnowią, to będzie to super opcja na kolejny przyjazd. Na pewno będzie tu dużo ciszej i spokojniej niż w samym hotelu. Ma tu też być dostęp do Wi-Fi.
Ben powiedział, że Kipsang zainwestował sporo pieniędzy w kogoś kto ma mu zaprojektować ogród. Chwilowo jest mocno zaniedbany. Rosną w nim bananowce, które niestety chcą wyciąć. Prosiliśmy, by ich nie usuwali, bo tworzą egzotyczny klimat. Oni tego niestety nie czują. Obawiam się, że za rok jak przyjedziemy, to wszystko będzie wyłożone kostką brukową, albo zalane betonem…

Ben wspomniał też, że Keellu Kipsang budował na prędce, po pierwszym wygranym maratonie w Nowym Jorku. Wie, że jest tu sporo niedopracowanych rozwiązań. Dlatego powstał plan budowy drugiego obiektu, konferencyjnego. Być może z czasem obecny Keellu wyburzą i postawią go wg nowego projektu od nowa.

Wieczorem przez motorowego kuriera posłaliśmy Mary przerobione buciki. Miała je przetestować i dać nam znać jak się jej w nich biegało. Czekamy na jej feedback.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+