Zgodnie z planem, z samego rana wybraliśmy się na stadion w Tambach. Meshack czekał już na nas przy matatu w centrum Iten. Na stadion można dojechać w kwadrans, za 50ksh, czyli pół dolara. Niestety nie każdego biegacza stać na taki wydatek. Miejscowość jest położona około 600 metrów niżej niż Iten, na wysokości mniej więcej 1800 mnpm. Łatwo można odczuć różnicę wysokości. Na miejscu byliśmy około 7:30 i szybko rozbieraliśmy się z kolejnych warstw ubrań. Było gorąco, a temperatura rosła niemal z każdą minutą. Stadion jest pięknie położony. Na tle gór. Prowadzi do niego droga pomiędzy budynkami mieszkalnymi, podobnymi do naszych bliźniaków. Przed każdym budynkiem był podjazd, a na nim osobowe auto. Z przodu domów małe ogródki, w nich bananowce, drzewa mango lub awokado.

Yacool zaplanował na dziś zrobić z Meshackiem trening szybkościowy. Założenie było 20x200m w 30″, przerwy 3′. Yacoolowi bardziej zależało, by sprawdzić jego obecną formę na tego typu treningu niż na piłowaniu prędkości. Spotkaliśmy dziś na stadionie poznanego rok temu chłopaka, który ze stoperem w ręku „selekcjonuje talenty” dla europejskich menedżerów, głównie RunCzechu. Pierwsze serie Meshacka były wolniejsze niż założone tempo, w granicach 32-31″. Razem z yacoolem zweryfikowali trening. Meshack przyznał, że ostatni speedwork robił w styczniu, przed zamknięciem Kamariny.

Na stadion przyjechały także inne, niezbyt liczne grupki biegaczy. To nie to samo co rok temu w Iten, gdzie na stadionie we wtorki można było oglądać kilkadziesiąt osób. Był nasz znajomy policjant Reuben, u którego byliśmy ostatnio na imprezie z okazji urodzin córki oraz Noah, młodszy brat Kipsanga.
Sam stadion bardzo nam się podobał. Wejście jest bezpłatne, każdy może z niego korzystać. Przy bieżni stoi budynek, na którego dach można wejść i z góry oglądać biegaczy. Z boku stadionu są ubikacje /latryny i kran z wodą, gdzie można się umyć po treningu. Tu też po stadionie chodzą zwierzęta, dla odmiany krowy. Bieżnia ma wyznaczone białą kredą tory. Jedyne co przeszkadza, to muchy, których tu było mnóstwo. Chcemy tu przyjechać jeszcze raz w sobotę rano i zrobić ostatni trening przed naszym wyjazdem z Iten. Yacool zauważył, że ze względu na odmienny klimat i temperaturę, trenowanie tu może być dobrym przygotowaniem do startów w Europie. Ponagrywał sporo materiału do późniejszych analiz.

Po powrocie do Iten poszliśmy z Meshackiem na chappatti i herbatę. Okazało się, że kabel do ładowania baterii w naszej kamerce jest uszkodzony. Meshack zna tu wiele osób, szybko udało się załatwić nowy. Fajnie, bo inaczej mielibyśmy problem z kolejnymi nagraniami.

Byliśmy dziś umówieni z Mary Keitany i jej mężem, Charlesem. Pojechaliśmy do nich motorkiem po 16. Brama była zamknięta, ale udało nam się otworzyć furtkę. Weszliśmy na podwórko, ale nikogo nie było. Postanowiliśmy trochę poczekać. Siedliśmy na schodach budynku, przyglądaliśmy się chodzącym po obejściu kurom. Wyglądają jak małe strusie, yacool zachwycał się mocą w nodze. Zwłaszcza u koguta, który stał na jednej łapce przez dłuższą chwilę i nawet się nie zawahał. Po pół godzinie na podwórze zajrzał sąsiad, który dogląda zwierząt. Przywitał się z nami i przyniósł dwa krzesła. Powiedział, że Mary jest w Eldoret i wróci około 17. Czekaliśmy więc dalej. Po kolejnej pół godzinie brama się otworzyła i wszedł chłopak z dziewczyną. Trochę się zdziwili na nasz widok. Chłopak zadzwonił do Mary i powiedział, że w ogrodzie czeka na nią dwoje mzungu. Przekazał mi słuchawkę, Mary przepraszała nas mówiąc, że zapomniała. W weekend ma kolejne wesele, które sponsoruje i lata za różnymi sprawami. Prosiła, byśmy na nią poczekali. Weszliśmy razem z dziewczyną do środka. Poprosiłam ją o czarną herbatę, nie mogła zrozumieć, że ma być bez cukru i mleka. Zaproponowałam, że sama mogę ją zaparzyć, ale ewidentnie temat ja przeraził. Nie nalegałam, a ona poczęstowała nas sokiem i poszła do kuchni gotować obiad. Po kolejnej godzinie przyjechał mąż Mary z dziećmi, ale bez niej. Zaczęliśmy rozmawiać o treningu, ostatnim rekordzie Mary, planach na przyszły rok, butach. Yacool zainteresował Charlesa swoim podejściem do treningu i tłumaczył co by zmienił w kenijskim systemie. Był z nami też tata Charlesa, którego poznaliśmy u nich rok temu. Córka, Samantha z zamiłowaniem próbowała zrobić mi z włosów koński ogon.
Około 20 przyjechała Mary. Od razu zaczęła krzątać się po domu, kursując między pokojem i kuchnią. Wkrótce stół zastawiła garnkami z jedzeniem. Dostaliśmy czubate talerze, a na nich ryż, ziemniaki, chappatti, makaron i mięso. Wszystko bardzo smaczne. Mary zaparzyła też dla mnie termos czarnej herbaty, oczywiście dziwiąc się jak mogę pić wodę, która smakuje jak lekarstwo. ;)
Jedząc rozmawialiśmy o biegowych tematach. Mary pokazała nam swoje Adidasy z kolekcji Sub2. Mary, tak jak i Kipsang jest wulkanem energii. Śmialiśmy się mówiąc im o dzisiejszej rozmowie w hotelu z jednym z braci Wilsona, Samim. Sami mądrze zauważył, że uzależnieni od biegania Kenijczycy powinni brać przykład z biegających kobiet, takich jak Mary Keitany. Mężczyźni boją się, że robiąc sobie dzień, dwa czy tym bardziej tydzień przerwy od treningów ich forma, wydolność wypracowana przez lata nagle zniknie z dnia na dzień. Sami retorycznie zapytał, jak się to ma do kobiet, które rodzą dzieci, idą na „urlop macierzyński”, po czym wracają do biegania po dwóch latach w jeszcze lepszej formie bijąc rekordy życiowe…

Wróciliśmy do naszego hotelu przed 23, najedzeni i bardzo zadowoleni ze spotkania.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+