Trochę późno się dziś obudziliśmy, ale po dwóch dyskotekowych nocach, tej nocy było znacznie ciszej i lepiej nam się spało. Zrobiliśmy trening biegowy i potem ekscentrykę w pokoju.

Podczas, gdy my jedliśmy śniadanie pracownicy hotelu mieli swoją przerwę na herbatę. Kipsang zapewnia obsłudze kilka posiłków, za free. Zaczynają herbatą o 7:30, kolejna przerwa herbaciana jest o 10:30, następnie lunch o 14, o 16:30 kolejny tea time, a na koniec obiad około 19.
Dziś postanowiłam się trochę powłóczyć po okolicy. Najpierw zaszłam do sklepiku z pamiątkami Olimpic Corner. Spotkałam tam znajomego właściciela, Johana. Zamówiłam kilkanaście bransoletek, będą gotowe za parę dni. Johana też jest biegaczem. Wrócił właśnie do Iten od rodziców. Zamierza się tu przygotowywać do przyszłorocznych startów. Ma w planie dwumiesięczny wyjazd na biegi do Kanady. Ma tam znajomych. Z tego co opowiadał udało mu się nawiązać dobre relacje z Ambasadą Kanady w Nairobi, to mu pomaga przy procedurach wizowych.
Poszłam się przejść na punkt widokowy przy hotelu Kerio View. Po drodze mijałam bramę wjazdowo /wyjazdową z Iten. Jest w coraz gorszym stanie, chyba nikt jej nie maluje i nie dba o tą wizytówkę miasteczka. Po drodze do Kerio znajdują się też inne miejsca noclegowe, Elgon Valley, to hotel podobny do Keellu. Belio Camp, to z kolei tanie pokoje do wynajęcia o niskim standardzie, głównie skierowane na biegaczy.
Idąc mijałam dzieciaki rzucające i kopiące jakieś owoce. Zapytałam dlaczego to robią. Okazało się, że to owoce nie do jedzenia, tylko do zabawy, służą im za piłkę.
Posiedziałam trochę przy Kerio View, lubię ten widok. Słońce jednak mocno paliło, a ja nie miałam żadnej czapki. Z polany odchodziła ścieżka wzdłuż uskoku. Nigdy nią nie szłam, więc postanowiłam zobaczyć dokąd prowadzi. Po drodze co kilkanaście metrów były wielkie głazy, z których roztaczały się widoki na całą dolinę leżąca 1000 metrów poniżej. Przychodzą tam i dorośli i dzieci, posiedzieć, popatrzeć, pomyśleć. To ich sposób spędzania wolnego czasu. Wcale im się nie dziwię, ja też mogę tam siedzieć godzinami. Doszłam do domu byłej biegaczki Lorny Kiplagat, która ma w Iten także swój hotel. Cała posiadłość jest otoczona wysokim kamiennym murem. Widać było zza niego jedynie fragment domu. Dalej droga zaczynała prowadzić mocno w dół. Spotkany chłopak powiedział mi, że dojdę nią do asfaltu. Jednak na moje oko doszłabym daleko za Iten, dużo niżej i potem czekałby mnie spory marsz pod górę i przez całą miejscowość, przynajmniej z 1,5h. Tym razem odpuściłam.
Wracając zauważyłam na niebie paralotniarzy. Rozpoczęli sezon. Dzieciaki i dorośli z zaciekawieniem obserwowali ich na tle nieba. Przynajmniej do czasu pojawienia się mnie. Trójka Kenijczyków, dwie dorosłe kobiety i jeden mężczyzna poprosili o możliwość zrobienia sobie ze mną zdjęcia. Zgodziłam się, ale sesja trwała z dobry kwadrans. Zapytałam co jest dla nich większą atrakcją, paralotnie czy mzungu. Odpowiedzieli, że jedno i drugie ;)
W budkach na krzyżówce do Keellu tradycyjnie kupiłam cały plecak owoców. Ostatnio rozmawiając o jedzeniu poruszyłam też temat jedzenia owoców. Często w hotelu jest problem z ich dostępnością. Dziwi nas to, bo na każdym kroku są sklepiki, gdzie za parę groszy można kupić mango, banany, pomarańcze. Trochę droższe i trudniej dostępne są ananasy i arbuzy. Meshack powiedział ostatnio, że tu owoców nie uznaje się za posiłek. Poza tym są drogie w porównaniu z ugali czy chappatti, którym bardziej można napełnić brzuch. Kelnerka też się dziwiła, gdy opowiadałam jej, że u nas zaleca się jedzenie warzyw i owoców kilka razy dziennie, także w ramach przekąski. U nich za przekąskę czy podwieczorek robi czai. Wydaje się, że tak jak w Tanzanii tak i tu owoce są zupełnie niedoceniane.

 

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+