Dzień odpoczynku. Po sobotniej całodniowej imprezie wczoraj byliśmy wykończeni. Nie wiem czy to ta wysokość tak na nas działa, że po całym aktywnym dniu na dworze niedzielę w zasadzie przeleżeliśmy. Na zaręczynach spotkaliśmy Mary Keitany, która wstępnie zapraszała nas do siebie na niedzielne popołudnie. Zdzwoniłyśmy się jednak od rana i przełożyłyśmy spotkanie na wtorkowy wieczór. Zaprasza nas na kolację. Mary też przyznała, że jest zmęczona. Oni po wręczeniu prezentu Richardowi i Faith jechali z mężem na jeszcze jedno wesele. Mimo zmęczenia, Mary zrobiła w niedzielę 40 minut biegu, my sobie odpuściliśmy.

O 11 zgodnie z umową przyszli do nas Meshack i Daniel na kolejny trening ekscentryki. Zastali nas w restauracji, kończyliśmy śniadanie. Nasi kucharze też mieli tego dnia niedzielne tempo. Na zamówione śniadanie czekaliśmy 40 minut. Kelnerka nas przepraszała. My się uśmiechaliśmy mówiąc, że przyzwyczailiśmy się już do kenijskiego poczucia czasu. Faktycznie, cierpliwość i tolerancja na opóźnienia weszła nam już w krew. Jak po takim dłuższym czasie spędzonym w Kenii wracamy do Polski, i zawsze jest to w okresie przedświątecznym, to trudno nam potem odnaleźć się w tej ogólnej gonitwie i świątecznym chaosie.
Spotkana ostatnio znajoma Holenderka, która zatrzymała się w hotelu Kerio View, najbardziej ekskluzywnym w Iten, też narzekała na obsługę. Mówiła, że co rano nie może doprosić się masła, mimo że zamawia je codziennie, to zawsze jest z tym problem. Na kawę też zdarzało się jej czekać 50 minut. Zdziwiło nas to, bo hotel ten jest prowadzony przez Europejczyka, ceny są bardzo europejskie i spodziewaliśmy się, że taka też jest obsługa.

Meshack i Daniel pod okiem yacoola zrobili ekscentrykę. W przerwach między sesjami yacool masował im plecy. Zwłaszcza Meshack ma z nimi problem. Danielowi ciężko szły podskoki, noga mu się trzesła przy lądowaniu. Jest to zastanawiające, bo ja jestem w stanie zrobić 50 podskoków w serii i mnie to nie rusza. No może poza oddechem, bo oni kończą i nic, a my dyszymy jak parowozy. Yacool jest bardzo ciekawy, czy chłopaki po naszym wyjeździe będą kontynuować ćwiczenia i rozpisany trening i jak to się przełoży na siłę ich nóg i prędkość biegu. Zwłaszcza w przypadku Daniela, który nogi ma sporo chudsze niż ja, a biegał 2:15 w maratonie.

Po południu na patio usłyszałam głos Kipsanga. Wyjrzałam przez okno i zastosowałam kenijski sposób zwrócenia uwagi, dźwięk „ksyksy”. Podziałało, odwrócił się i spojrzał w górę. Przyjechał na lunch do hotelu, miał tu kolejne spotkanie, z pastorami. My też zeszliśmy na lunch (dziś tilapia, rybka z jeziora Wiktorii i frytki) i chwilę porozmawialiśmy. Kipsang powiedział, że do 4 rano balował jeszcze w dyskotece poprzedniej nocy. Skąd on bierze na to wszystko siły? Czasem czuję się jak stara babcia, gdy tak słucham jak wygląda jego dzień. No ale w końcu jestem od niego starsza, przynajmniej wg oficjalnych danych ;)

We wtorek będziemy od rana jechać na Tambach, on też planuje robić tam w tym dniu trening szybkościowy. Yacool chce mu dać do przetestowania Altry. Relacja z biegania w nich będzie niepubliczna, bo jest związany z Adidasem. Ale jak mu przypasują, to może w nich robić treningi. Ostatnio widziałam, że chodził w Salomonach. Tego mu kontrakt nie zabrania.

Znajoma pytała mnie ostatnio o szkolnictwo i żywienie dzieci w kenijskich szkołach. Zrobiłam mały research.
Szkoły dzielą się na publiczne i prywatne. Szkoła podstawowa to 8 lat nauki, jest obowiązkowa i kończy się egzaminem, do którego przykłada się tu olbrzymią wagę. Pisałam o tym wcześniej. Później jest szkoła średnia, 4 lata.
Rok szkolny zaczyna się w styczniu i kończy w grudniu. Po drodze są trzy przerwy wakacyjne, miesiące wolne od nauki to kwiecień, sierpień, listopad i grudzień.
Szkoły dzielą się także na „day school”, do których dzieci przychodzą codziennie oraz szkoły z internatem „boarding school”, w nich dzieci mieszkają i wracają do domów na przerwy wakacyjne. W szkołach prywatnych w grudniu rodzice dostają rozpiskę wszystkich kosztów jakie będą musieli ponieść, w tym opłatę za szkołę, jedzenie, książki, zeszyty i długopisy, kierowcę. W styczniu, przed rozpoczęciem nauki rodzice muszą uiścić opłatę.
W klasach szkoły podstawowej średnio jest około 30 dzieci. Lekcje trwają codziennie od 8 do 16. Między zajęciami nie ma typowych jak u nas przerw. Jak jeden nauczyciel skończy temat, do do klasy wchodzi kolejny. Przerwa jest o godzinie 10:00-10:30, tak zwana „tea brake”. Jednak, to czy dzieci dostaną herbatę zależy od szkoły, czy ją na to stać, albo od rodziców, czy zgodzą się na pokrycie jej kosztów. Druga przerwa, na lunch jest o godzinie 12:40-14:00. W tym czasie dzieci idą do domów na posiłek. Jedynie w klasach 7-8, lunch jest serwowany w szkole, a rodzice obligatoryjnie muszą za niego płacić.
Inaczej jest w szkołach prywatnych, gdzie koszty posiłków są ujęte w czesnym.
Najczęstszymi posiłkami na lunch są gideri – fasola z mąką lub porich – płynne ugali z cukrem. Czasami też dzieci dostają sogham, to rodzaj zboża, przyrządza się z niego papkę podobną do ugali. Herbata oczywiście typowa, kenijska, tzw czai, czyli dużo cukru i mleka. Na wiele osób, które pytałam, nikt nie próbował nigdy pić czarnej, gorzkiej herbaty. Ktoś się nawet mocno zdziwił, jak to pić „liście z wodą”???
W szkołach typu „boarding” dzieci mają także kolację, z reguły ugali i cabbage (duszona kapusta), ugali z sukumą lub managu, albo ryż z sukumą.
Boarding school mogą być zarówno publiczne jak i prywatne. Jednak często zdarza się, że nie każda szkoła ma takie zaplecze i dzieci, nawet te, które mieszkają daleko muszą codziennie pokonywać drogę do i ze szkoły.
Lekcje w-fu są dwa-trzy razy w tygodniu. Trwają około 40 minut. Dzieci w tym czasie wybiegają na podwórko i grają w gry zespołowe. Zdziwiło nas to, że między lekcjami nie ma typowych przerw. Oznacza to, że jednak dzieci kenijskie w szkolnych ławkach spędzają jednorazowo więcej czasu niż nasze europejskie. Yacool ma teorię, że mimo tego zbawiennie na ich stawy działa brak toalet, muszli klozetowych. Oznacza to, że codziennie kilka razy muszą kucać, a przez to rozciągać staw biodrowy. Poza hotelem, we wszystkich prywatnych domach kenijskich, w których byliśmy są zastosowane właśnie takie rozwiązania – toaleta jest wkomponowana w posadzkę łazienki. I czy masz lat 5 czy 85 musisz przykucnąć na dwóch nogach. Myślę, że większość z nas miałaby z tym problem i czułaby zakwasy po dwóch dniach takich „ćwiczeń”.

Wieczorem zamówiliśmy sobie do pokoju chappatti na kolację, to jest naprawdę genialny posiłek.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+