No więc rozleniwiłam się. W ciągu siedemnastu dni w listopadzie przetruchtałam łącznie 57km, z czego w ciągu ostatnich dziewięciu z tej przerwy – całe 14km. W tym czasie:

– zaczął mnie boleć tyłek podczas dłuższego siedzenia
– zaczęło mnie boleć kolano podczas dłuższego leżenia
– zaczął mnie boleć achilles cholera wie dlaczego
– poczułam się gruba i ciężka (co zapewne ma trochę więcej wspólnego z prawdą niż zwykle, ale padła mi bateria w wadze, co za pech)
– …mimo że zdecydowanie rzadziej i słabiej jestem głodna

Niebieganie szkodzi. Jak człowiek przez pięć lat przyzwyczajał organizm do zwiększonych obrotów to nie da się przestać z dnia na dzień, ba! nawet znacząco zmniejszyć dawki, bo od razu syndrom odstawienia wchodzi. Straszna rzecz te nałogi.

Beesuję od tygodnia regularnie i już w normalnej ilości, bo dłużej na tyłku nie usiedzę. Potrwa to zapewne parę tygodni, tak żeby na nowo się ogarnąć. Poza tym 17.12 kolejny bieg do GP, więc wypada przestać zgrywać Snorlaxa i przynajmniej wrócić do poziomu podstawowego. Konkretniejsze akcenty wejdą zapewne w drugiej połowie grudnia, jak poczuję się gotowa, zobaczymy.

Ludzie mówią, że po roztrenowaniu mają lekką nogę i biegają szybciej. Ja zaczynam czuć się ciężka i wtedy wiem, że czas wrócić na zwykłe tory. Przebiegnie się raz i drugi po te 45 minut i od razu lepiej.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+