Ponad miesiąc temu z niepokojem patrzyłam na termometr, zastanawiając się, czy kilkunastostopniowy mróz odpuści do dnia półmaratonu. Udało się. Niedługo po tym starcie zapisałam się na lubelską dychę na ósmego kwietnia. „Nie no, na początku kwietnia, to na pewno pogoda będzie sprzyjać” – myślałam.

Po wspomnianym półmaratonie urlopowałam. Jak to na urlopach bywa, biegało się fajnie, zwiedzało okolicę, ale z treningiem nie miało to zbyt wiele wspólnego, zresztą takie było założenie. Wybrałam się na Teneryfę, a potem w polskie góry. Trochę za dużo jadłam i piłam, trochę za szybko biegałam zwiedzając okoliczne górki – a o płaski fragment było ciężko! – dość, że o ile psychicznie odpoczęłam bezdyskusyjnie, o tyle fizycznie nogi raczej dobiłam niż zregenerowałam. Obudziłam się dwa tygodnie temu, wraz z powrotem do pracy. W środę półtora tygodnia temu poleciałam ciągły 5,5km średnio po 4:23 – ale tempo równe nie było, było za to rzeźbienie, ogólnie w biegu czułam się raczej jak krowa niż jak gazela. Dałam więc sobie czas na regenerację.

W minioną środę machnęłam interwały 5x800m p. 3′, wyszło na tempach 4:00-4:04, czyli nogi odpoczęły, pewność siebie została podbita, no nic tylko startować po życiówkę. W ogóle w piątek i w sobotę czułam się bardzo lekko.

No i co? No i pogoda zrewidowała moje śmiałe plany. Wiatr 20km/h, 22 stopnie i pełne słońce. Wiatr jeszcze bym zniosła, nad zalewem rzadko kiedy nie wieje, ale poza tym pogoda nadawała się raczej do tego, by nad tym zalewem usiąść z dobrym piwem, a nie biegać. Mimo to, stwierdziłam, że warunki są przecież dla każdego takie same i trzeba powalczyć, wycisnąć z tego dnia tyle, ile się da.

Przeczytałam to, co napisałam powyżej i stwierdziłam, że brzmię jakbym nie lubiła lata. Otóż jest to nieprawda, lato uwielbiam i ciągle wzdrygam się na wspomnienie padającego śniegu w drugi dzień świąt. Po prostu bieganie w tym czasie jakoś zdecydowanie lepiej wychodzi o szóstej rano. Rozumiecie.

Start. Śmiało, pierwszy kilometr z górki w 4:20. Kolejne trzy kilometry zaliczałam w przedziale 4:25-30, dzielnie walcząc z wiatrem. Koło połowy zesrało się całkiem i parłam do przodu jakimś smętnym 4:40, łeb mi parował i miałam wszystkiego dość. A najbardziej biegania. Chciałam nawet złapać kubek z wodą, czego nigdy nie robię na 10km, guzik, nie udało się, szurałam dalej. W zasadzie przed totalnym odpuszczeniem ratowała mnie tylko świadomość tego, że zbieram punkty do GP. Pod tym względem nie było źle, widać nie tylko mnie tego dnia ścięło. Nie licząc standardowych przetasowań na pierwszych dwóch, trzech kilometrach, koło połowy wyprzedziłam dwie kobiety i potem już żadnej nie widziałam ani za ani przed sobą.

Ostatni kilometr. Czasem na tym etapie relacji pojawia się opis heroicznej walki o urwanie jeszcze kilku sekund bądź wyprzedzenie jeszcze jednej kobiety. Czy tym razem mogło być podobnie? Nic bardziej mylnego! Znacznik dziewiątego minęłam na początku tamy, gdzie uderzył we mnie potężny wmordewind, który towarzyszył mi jakieś 500m… aż do podbiegu. Wtedy byłam bliska przejścia w marsz. Tempo prawie 5:00. No a potem to już tylko jakieś 400m drogą rowerową do mety, na której odrobiłam trochę sekund, dzięki czemu czas ostatniego kilometra był przynajmniej zbliżony do średniej z zawodów. Doturlałam się w czasie 45:45, czyli wyszło równo tempo półmaratońskie.

Na mecie byłam na siebie zła, ale potem dotarły do mnie komentarze innych zawodników po biegu i okazało się, że – w skrócie rzecz ujmując – słoneczko wszystkim dopiekło. A że człowiekowi zawsze lepiej, gdy może z kimś dzielić niedolę, trochę mnie to pocieszyło.

K16: 9/129
Open K: 16/397

Mam teraz dylemat. Mogę próbować ugryźć dychę jeszcze raz na Orlenie 22.04. Ale po pierwsze, nie ma gwarancji, że pogoda będzie bardziej sprzyjająca, a po drugie, istnieje pewne ryzyko, że tłum mnie zadepcze i pierwszy kilometr zaliczony w 6:00 też zaprzepaści szanse na dobry wynik. No i nie wiem, czy mi się chce. Pomyślę.

W najbliższą niedzielę 5km na biegu SGH. Co będzie to będzie.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+