Cześć. Jest dobrze.

Dwa lata temu obraziłam się na Półmaraton Warszawski. Nie byłam wtedy w formie, szło bardzo źle, a wąska, kręta trasa po kostce na pierwszych kilometrach w połączeniu z tłumem spowodowały, że mocno zniechęciłam się do tych zawodów. Dlatego rok temu wystartowałam w Wiązownie. Poszło dobrze, więc w tym roku postanowiłam zrobić tak samo.

Z niepokojem patrzyłam na prognozy pogody. Cały poprzedni tydzień to tęgie mrozy, temperatury rzędu -10 i -15, niezbyt dobre na ściganie. Miałam sporo szczęścia, koniec końców w niedzielne południe było ledwo kilka stopni poniżej zera, a świecące słońce dodatkowo poprawiało komfort termiczny. Jednak o piętnastu stopniach na plusie i krótkim rękawku, z jakimi miałam do czynienia w zeszłym roku, można było pomarzyć.

Ledwo zdążyłam na autobus podmiejski linii 722. Zgarnęłam ostatnie siedzące miejsce. Kierowca musiał być zdziwiony taką liczbą osób w niedzielny poranek. Potem jeszcze godzina kwitnięcia na szkolnych korytarzach i można ruszać.

Ogólnie od pewnego czasu nie startuję już „na złamanie xx:xx”. To zwykle nie kończy się dobrze, człowiek narzuca sobie od czapy tempo, niekoniecznie pasujące na dany dzień. Startując biegnę raczej na wyczucie – z intensywnością, którą, jak sądzę, jestem w stanie utrzymać na danym dystansie, czy też może raczej przez czas, w jaki mniej więcej zamierzam dany dystans pokonać. Po paru latach takie wyczucie przychodzi i działa lepiej niż zegarek. Wnioskując z treningów zakładałam, że owa intensywność zamknie się w granicach tempa 4:30-40 i nie pomyliłam się.

Pierwsze kilometry szły zadziwiająco lekko. Trzymałam tempo 4:30-32 bez większego wysiłku. Bałam się trochę, że przyjdzie za to zapłacić, ale jakoś nie chciało mi się zwalniać. Pierwsze 10km pokonałam bez historii i na luzie, w jakieś 45:15. Po nawrotce przekonałam się, dlaczego było tak lekko, otóż, biegłam z wiatrem, co niechybnie oznaczało, że drugą połowę przyjdzie biec pod wiatr, dokładnie tak samo, jak rok temu. Do tego jeszcze może 500m za nawrotką zaczynał się jedyny znaczący na trasie podbieg, co dobiło dość mocno zarówno moje morale, jak i tempo, które chwilowo spadło do okolic 5 min/km.

Próbowałam się wygrzebać. Dwunasty kilometr z podbiegiem w 4:44, najwolniejszy. Wiatr ciągle daje. W pewnej chwili widzę przed sobą dość szerokie plecy w czerwonej bluzie i słyszę „schowaj się za mnie, będzie ci łatwiej!”. Schowałam się. Pociągnęłam tak jakieś 3-4km, facet trzymał dobre 4:30 i pozwolił mi wrócić do równowagi. Trzymałam się tak jakoś do 16km, potem nieco osłabłam, mój zając odjechał i później już go nie widziałam. Są małe szanse, że to czyta, ale jeśli tak, to dziękuję – to była nieoceniona pomoc. ;)

Ten szesnasty kilometr to w ogóle chyba jakaś samospełniająca się przepowiednia, rok temu też mocno osłabłam dokładnie w tym miejscu. 300m truchtu po 5:00, ale kurczę, no trzeba było się ogarnąć, kilometr znów wyszedł w 4:44. A potem to już zostało 4km do mety. Wyszło mi, że choćbym w ten sposób truchtała przez pozostały dystans, to życiówka będzie. Zyskałam więc luz psychiczny, odblokowałam się i biegłam w granicach 4:30-35 aż do mety. Sama. Zdecydowanie wolę na drugiej połowie mieć zapas, niż walczyć – wtedy przyspieszam. Świadomość, że przyspieszyć muszę, by mieć dobry wynik kompletnie mnie dobija. Finiszowałam spokojnie, też samotnie, zatrzymując zegarek po 1:36:33 – ponad dwie i pół minuty wcześniej, niż jesienią w Lublinie. No i cztery minuty wcześniej, niż rok temu.

Teraz słowo o treningu. Koncepcja bez zmian, bazująca na tygodniowych zapętlonych planach z bieganie.pl. Na tygodniu jeden akcent w stylu ciągły/BNP, trwający 55-65 minut łącznie z rozgrzewką i schłodzeniem, w weekend long 16-20km z mocnymi 5-8km w drugiej połowie (albo czasami bez, szczególnie, jak był śnieg). W niektórych tygodniach dodatkowo przebieżki/podbiegi, reszta BS. Bez dzielenia na fazy czy inne cuda, zaczęłam na serio w połowie grudnia, wyszło 12 tygodni – idealnie jak dla mnie. W styczniu przebiegłam 233km, w lutym 217km, czyli jakieś 55-60km tygodniowo. Wszystkie akcenty z grupy „na tygodniu” z wyjątkiem bodajże dwóch wykonałam na bieżni mechanicznej. Mrozu i śniegu nie lubię zdecydowanie bardziej niż nudy i gapienia się na ścianę. Ostatnie dwa główne akcenty nieco eksperymentalnie zamieniłam, bo przerażała mnie nieco wizja godzinnego BNP na bieżni – otóż, jako że regularnie czytuję forum, wprowadziłam TWL (więcej o temacie tutaj: https://bieganie.pl/forum/viewtopic.php?f=12&t=56407&start=0). Oba 11km, pierwszy asekuracyjnie na tempach 4:32/5:02, drugi 4:26/4:56. Podstępny trening, zaczyna się łatwo, ale zmęczenie znacząco narasta z czasem. Cóż, nie zaszkodziło, a zmiana tempa co kilometr ułatwia sprawę, gdy trenuje się na kołowrotku.

Dla porządku należy dodać, że w styczniu wystartowałam w Biegu Chomiczówki na 15km. Nawet zrobiłam życiówkę (w końcu, po trzech latach się poszczęściło na tym dystansie!) – 1:09:57, pogoda względnie sprzyjała, ale to nie było to, brakowało mi lekkości w nodze, a tempo 4:40 też jakoś nie pasowało do tego, co biegałam jesienią. Zresztą w Wiązownie znacznik 15km minęłam blisko minutę wcześniej.

Teraz właśnie skończyłam pakowanie na wakacje, gdzie czeka mnie bieganie w warunkach kanaryjskiej wiecznej wiosny, czyli jakichś 20-24 stopni. A potem ruszam w kierunku dwudziestu minut.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+