Minął tydzień od operacji. Byłam 3 razy na rehabilitacji – kinezyterapia i elektrostymulacja. Miałam też raz krioterapię częściową, ale to jakiś pic na wodę – 10 minut kosztuje 23 zł i efekt taki sam (jeśli nie gorszy), niż przykładanie zmrożonego coldpacka. Zaprzyjaźniony fizjoterapeuta odradza wyrzucanie pieniędzy w błoto, więc rezygnuję z tej przyjemności.

Nogę powoli, bez obciążenia zginam do kąta 90o i całkowicie prostuję. Idzie to powoli i opornie, bo mi strasznie to wszystko tam puchnie, ale daję radę. Ćwiczę. Wzmacniam czworogłowy i jakieś jeszcze inne mięśnie też, żeby być gotową do chodzenia, jak już przyjdzie mój czas. Fizjoterapeuci co chwila znajdują jakieś bolące miejsce w mojej nodze i dawaj wyżywać się na nim! Wciskają te swoje kłykcie w moją obolałą kończynę i dziwią się, że ja się skręcam z bólu. Gdybym miała zdrową nogę, to bym ich kopnęła.

Śpię tak sobie. Budzi mnie ból nogi, bo trudno mi znaleźć dobrą pozycję, żeby nie bolało. No i wiadomo, w nocy trochę się wiercę, więc raz dobrze ułożona noga po jakimś czasie potrzebuje zmiany, a zmiana nie zawsze jest lepsza.

Na ranach wciąż mam szwy, ale goi mi się dziura w udzie, przez którą przeciągali mi ścięgno (bez szwu). Kąpałam się już, więc w większości zmyłam ten żółty kolor z nogi. Robię sobie codziennie zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch – to dla mnie żadna nowość – rok temu też to robiłam.

Udało mi się dotrzeć w sobotę na parkrun (dziękuję, Sebastianie!), więc moje życie zbliża się do normy. Jeszcze nie pojadę na zakupy na bazarek, jeszcze nie przetruchtam parkunu, jeszcze nie pójdę na jogę, ale już jestem tu i tam.

c.d.n.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+