Zapisałam się na ten bieg wieki temu, czyli jeszcze wtedy, gdy noga była 100% sprawna. To fajnie mieć pod nosem ultramaraton, gdy można się wyspać we własnym łóżku zarówno przed i po biegu. Poza tym dochodziły dobre opinie o organizacji. Niebagatelne znaczenie miał też historyczno-krajoznawczy wymiar wydarzenia. II Ultramaraton Powstańca w Wieliszewie odbył się w piękną, cieplutką niedzielę 31 lipca 2016 r.

Nic nie stało na przeszkodzie, abym wybrała się na wycieczkę do Wieliszewa i okolic. Odebrałam pakiet startowy: biało-czerwona opaska, numer z chipem, opaska na rękę uprawniająca do wejścia do strefy zawodnika na mecie, okolicznościowa kartka pocztowa i jeszcze baton lub żel na osłodę.
Dystans 63 km (tyle ile dni trwało Powstanie Warszawskie), ale poza startem indywidualnym można było też brać udziału w sztafetach (o dowolnej liczbie członków od 2 do 7). A skoro są punkty zmian, do których zawodnicy są przywożeni i odwożeni to znaczy, że co ok. 9 km można z trasy zejść i zabrać się na metę.

Mój plan był prosty – poruszać się do przodu jak długo pozwoli mi na to moja noga bez żadnego ciśnienia na wynik. Limit czasu 10 godzin, więc teoretycznie nawet szybkim marszem dałoby się to zrobić (tylko teoretycznie). Zabandażowałam kolano, żeby uzyskało dodatkową stabilizację i udałam się na linię startu.

Zanim ruszyliśmy wszyscy uczcili minutą ciszy pamięć poległych, odśpiewaliśmy też hymn państwowy. Kopnął mnie niezwykły zaszczyt, gdyż akurat w tym momencie stanęła obok mnie Mistrzyni Polski i Wicemistrzyni Świata w biegu 24h Partycja Berezowska. Uwierzcie, że stojąc obok Patrycji, gdy grają Mazurka Dąbrowskiego czułam się tak, jakbyśmy stały (obydwie) na podium jakiś mistrzostw w biegach ultra. Zamieniłyśmy ze sobą parę słów, trzasnęłam jeszcze selfie z Mistrzynią i tak przez nią namaszczona ruszyłam na trasę.

Na początku był asfalt, więc biegłam, ale od początku obstawiałam tyły. Po chwili nawierzchnia się zmieniła, były jakieś szutry, w końcu leśna droga. Po drodze zagadałam jeszcze jedną zawodniczkę Kamilę? (Vege Runners), która też miała jakiś problem zdrowotny i uprzedzała, że może nie zrobi całej trasy – jak się okazało zeszła dość wcześnie. Zaczęłam bieg przeplatać marszem. Szybko znalazłam się na pierwszym punkcie zmian (7,4km) z fantastycznym bufetem. Do wyboru owoce: banany i arbuz, ciasto drożdżowe i muffinki w 2 smakach – westchnęłam tylko z zachwytu, porwałam trochę arbuzów i czekoladową babeczkę i poszłam sobie dalej, bo nic mi noga nie doskwierała, a było jeszcze bardzo wcześnie.

Wkrótce zaczęłam się regularnie mijać z 2 chłopakami i Asią. Trasa była bardzo dobrze oznakowana, więc zgubić się nie sposób, a co około kilometr stał strażak (płci żeńskiej lub męskiej). Po drodze mijaliśmy też żołnierzy, którzy potwierdzali naszą obecność na punkcie odpowiednią „dziurką” na karcie kontrolnej z zaznaczoną trasą i punktami historycznymi oraz punktami zmian i bufetami. Gdy wybiegłam z lasu w okolice torów kolejowych (za 2 punktem zmian Uroczysko Bagno 16,4km) doznałam jakiegoś zniechęcenia do biegu, bo zrobiło się ciepło na odkrytym terenie i dłuższą część trasy maszerowałam. Wkrótce dogonił mnie ostatni zawodnik wraz z towarzyszącym mu quadem. Dotarliśmy akurat do Fortu Janówek (19,2km), gdzie był znów punkt historyczny i bufet (czekoladowe cuksy, w tym moje ulubione Trufle), ale warczenie motoru strasznie mnie denerwowało, więc postanowiłam się odłączyć, czyli znów pobiegłam zostawiając quad za sobą. FortJanówek
Nie trwało to jednak długo, wkrótce dotarłam do kolejnego punktu historycznego ruin Pałacu Poniatowskich w Górze (23,3km) i w samotności spokojnie sobie kontynuowałam swój marszobieg. Słońce przestało przygrzewać, niebo zasnuły chmury i nawet chyba trochę pokropiło. Kolejnym punktem zmian i bufetem był Krubin (25,8km). Tutaj też kusiły mnie muffinki i inne dobra, ale miałam ochotę iść/biec dalej. Przy punkcie znów małe zagęszczenie zawodników – minęłam się ze 2-3 razy z tymi, z którymi wciąż się mijałam (sorry chłopaki, nie pamiętam Waszych imion). Dalej długi odcinek, który pokonuję samotnie, ale gdy znikają chmury i znów robi się upalnie, to tracę chęć do biegu i znów zaczynam marsz. Aż tu nagle dobiegają do mnie Asia z jednym z chłopaków i mówią, że jest limit 5 godzin na połówce, a nie wiadomo jak do niego daleko. Robi się nerwowo (tzn. oni są nerwowi), bo zostało tylko 15 minut.

Akurat pojawia się punkt z wodą i obsługa twierdzi, że do punktu zmian Sikory jeszcze 3 km. Ta informacja działa na mnie mobilizująco, więc już się nie snuję, a znów biegnę posilona świeżą wodą z punktu. Biegnę, ale w głowie kalkuluję, że właściwie nie mam żadnych szans zrobić 3 km w 15 minut. Biegnąc myślę sobie i myślę i wychodzi mi, że zrobiłam już całkiem spory kawał drogi, tyle się nie spodziewałam, więc może lepiej byłoby już to skończyć, bo żadnych ambicji na pełne 63 km nie mam. I gdy tak sobie dobiegam do punktu żołnierz oświadcza, że limit czasu się skończył. A więc ja szczęśliwa, że tu dotarłam (36,3km w nieco ponad 5 godzin) zabieram się za owoce, ciastka, napoje, myję się i rozwiązuję bandaż. Po mnie przybiegło jeszcze czworo zawodników, a na ławce czekało dodatkowych dwóch, którzy zeszli z trasy ze względu na kontuzję. Wkrótce nadjeżdża autobus i zabiera nas najpierw na kolejny punkt odżywczy Poddębie, a potem na metę.

Ale na chwilę zatrzymamy się jeszcze w Poddębiu, na tamtejszym punkcie odżywczym. Wszystkie bufety były świetnie zaopatrzone, na trasie były też spontaniczne punkty z napojami typu „niebo w gębie” (woda + miód + świeża mięta + cytryna), które przy swoich posesjach wystawiali wspaniali mieszkańcy okolicznych miejscowości, ale to co uczestnicy ultramaratonu mieli przyjemność skosztować w Poddębiu wymaga dodatkowego szczegółowego opisu. Poza tymi wszystkimi wcześniej opisanymi owocami, ciastami, babeczkami Pani Sołtysowa wystawiła też swoje domowe ciasta – drożdżowe oraz murzynka z czekoladową polewą, a jako napój zaserwowała domowy sok z winogron, które rosną przy płocie obok punktu. Powiem Wam, że ten sok z winogron to był pierwsza klasa i strasznie żałowałam, że wcześniej wypiłam wodę, bo rzuciłam się na niego jak wariatka. Zresztą nie tylko ja, bo biegacze również ochoczo korzystali. Ponoć ciasta były pieczone do późnych godzin nocnych poprzedniego dnia. Taką Sołtysową (a może Sołtysa-kobietę?) mają w Poddębiu!

bufetPoddębie bufetPoddębie2

A na mecie znów rarytasy. Przede wszystkim 2 baseny z lodowatą wodą. Moje kolano i całe nogi były zachwycone. Obok stały też prysznice z ciepłą wodą (w środku prawie sauna). Tuż obok uwijali się masażyści. Dla strudzonych przygotowane były leżaki w namiotach wojskowych. W odległości 5 kroków był też bufet z ciepłą strawą – tu jedyny mały minus, bo jedzenie wyłącznie mięsne: makaron z sosem bolognese oraz kiełbasy z grilla, ale po jakimś czasie spłynęły z punktów muffinki i banany, więc od biedy coś można było skubnąć. Ja, nauczona doświadczeniem, i tak zabieram swoje (kasza gryczana z fasolką i natką pietruszki + jabłko). Ogólnie na mecie atmosfera piknikowa tym bardziej, że cały czas obok organizowane były liczne atrakcje dla mieszkańców. Miałam okazję dłużej porozmawiać z Patrycją, a także wieloma innymi znajomymi biegaczami. Tam dowiedziałam się, że jedną z atrakcji drugiej części biegu była wspinaczka po schodach na wieżę kościoła w Wieliszewie zakończone zejście z wieży. Sama nie wiem, czy cieszyć się czy też nie, że mnie to ominęło.

medal II Ultramaratonu Powstańca

Przyznam się, że gdy tak sobie samotnie biegłam przez las, to czułam się nadzwyczajnie szczęśliwa. Czułam wolność, młodość, radość, zachwyt nad otaczającą mnie przyrodą. Bardzo udana impreza. Bardzo mi była potrzebna.

Na koniec jeszcze tylko mała ciekawostka – opłata startowa za udział wynosiła… 15 PLN. Jeśli mi nie wierzycie, to zajrzyjcie do regulaminu.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+