Teraz może trochę o samej operacji opowiem.

Mam ją (jak może pamiętacie) zaplanowaną na styczeń 2018. A tymczasem dzwonią do mnie w piątek ze szpitala (innego, niż ten w którym czekam na swoją styczniową kolej), że mają wolny termin na poniedziałek i pytanie, czy się decyduję. No żeż to!
W pracy totalny kocioł, w domu zaplanowany wypad do Bratysławy-Wiednia od poniedziałku, mnóstwo spraw, w które się angażuję i które mam porzucić. Co Wy byście zrobili?

Ja zadzwoniłam najpierw do córki, z którą miałam mieć wycieczkę, czy mi wybaczy nieobecność. Po długich pertraktacjach ustaliłyśmy, że leci z koleżanką zamiast mnie – git. Kocioł w pracy po moim odejściu będzie jeszcze bardziej piekielny, więc pytam mój zespół – mówią, żebym się decydowała jak najszybciej, bo zdrowie najważniejsze. No dobrze, skoro tak twierdzą, to oddzwaniam i umawiam się na przyjazd w niedzielę po południu do szpitala z kompletem badań.

W niedzielę od godz 15 do poniedziałku godz. 13 jestem na czczo i czekam na operację. Dostałam znieczulenie podpajęczynówkowe, co oznacza, że mam zupełnie odcięte czucie poniżej pępka i pełną świadomość w głowie. Wiecie, jak się zamartwiałam tym, żeby mi to czucie wróciło? Chyba bardziej, niż to, żeby operacja w ogóle się udała. To naprawdę niefajne szczypać się w udo i NIC – ZUPEŁNIE NIC nie czuć. Niefajnie widzieć, jak ruszają Twoją nogą, a ty nic nie czujesz. Noga robi spacer beze mnie…
W czasie operacji słuchałam kawałów niezbyt wysokich lotów opowiadanych sobie przez lekarzy i sanitariuszy i trochę się nudziłam, więc widząc moją drętwą minę pani anestezjolog odsłoniła mi kawałek zasłonki, abym mogła obserwować co pokazuje kamera wewnątrz mojego kolana. Od teraz czas już się tak bardzo nie dłużył, bo byłam świadkiem operacji, a nie tylko mięsem położonym na podgrzewanej leżance. Wszystko trwało 50′ i potem zostałam przewieziona do sali pooperacyjnej.

Akurat poczułam znużenie i senność, więc miałam ochotę się zdrzemnąć, ale cały czas byłam podłączona do aparatury – co chwila mierzone było ciśnienie krwi i na bieżąco badane tętno. I tu zaczął się cyrk. Jak tylko zaczynałam wpadać w miłe, senne odrętwienie, to włączał się alarm, bo tętno spadało poniżej 40 Hz. Jak wył alarm i przychodziła pielęgniarka, to tętno trochę wzrastało, ale tylko po to, aby po chwili znów sobie opaść. I tak chyba z 10 razy. Sami rozumiecie, że w tych warunkach przespać się nie mogłam.

Gdy wróciłam na salę i mogłabym już spać, to… nie mogłam zasnąć. Ciągle myślałam o tym braku czucia nóg i całej dolnej reszty. Chciało mi się pić, bo od rana ani kropli w gębie nie miałam (nawodnienie przez kroplówkę), a miałam czekać z tym do godz. 17, czyli jeszcze kolejne 2 godziny.

Oczywiście byłam też głodna, bo minęło już ponad 24 godziny od ostatniego, niezbyt obfitego posiłku. Jeść mogłam od godz. 20. i wtedy właśnie zaczynało mi wracać czucie. Wraz z czuciem pojawiał się ból, więc choć trochę drzemałam, to jednak obudziłam się w środku nocy i musiałam prosić o przeciwbólowe. Dotrwałam jakoś do rana i zaczęło się – pielęgniarki kręciły się przy mnie i 2 innych pacjentkach z mojej sali, które miały zabiegi tego samego dnia, a były w gorszym stanie.

W końcu przyszedł sam lekarz, wyciągnął mi dreny z kolana, pozaklejał plastrami i powiedział, że jak chcę to już mogę iść do domu. Poczekałam jeszcze na śniadanie, wypis, zwolnienie z pracy i kolegę, który przyjechał po mnie samochodem i z ortezą na nodze, za pomocą dwóch kul wlazłam na swoje piąte piętro bez windy we wtorek około południa.

c.d.n.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+