od samego rana dzisiaj byłam bardzo podekscytowana wieczornym treningiem z Michałem
wiecie, koniec sierpnia i początek września to u mnie, od kilku lat, powrót chęci po alergicznym lecie do regularnych treningów…
lato jak to lato….
…przebalowane jak zwykle cały lipiec, z siostrą, szwagrem, z drugą siostrą i ich dziećmi
alkohol, jedzonko, jakieś papierosy i zero, ZERO aktywności biegowej, no chyba, że plażing uznamy za dyscyplinę lekkoatletyczną, ale tak się chyba nie da ;-)

kiedy sięgnęłam sportowego dna, w postaci nie wzięcia udziału w zawodach we wsi obok, spakowałam w sierpniu walizkę, a w nią sprzęt do biegania i z zamiarem zmiany życia (haha) ruszyłam na Podlasie, do mamusi, na urlop…
i owszem, biegałam tam, nawet pomimo tego, że upały były drastyczne….a kochana mamusia dbała o suplementację…wiecie co to oznacza ;-) mamusi podlaskie przysmaki! ech…z rozrzewnieniem wspominam…

to był bardzo udany urlop, wykorzystany na maximum możliwości, najbardziej ciesze się z tego, że porządnie wygrzałam tam stare kości :D
wraz z powrotem do pracy wróciła jesień
w powietrzu było czuć tą charakterystyczną wilgoć i niespokojny wiatr
ale ja zatarłam ręce! uwielbiam taką pogodę, do biegania, rzecz jasna :-) dlatego od jakichś 2 tygodni wychodzę z domu prawie się nie zmuszając, hahah
z nadzieją oczekuję przypływu mocy oraz chęci do walki w 2018 roku
jeśli dobrze przepracuję zimę, to będę startować… kurcze, no nie oszukujmy się, ta sława, hajs, puchary i koperty…. ;-)

dlatego dziś, bez żadnych wyrzutów sumienia pożarłam czekoladę na poczet wieczornych ćwiczeń z Michałem-energia ważna sprawa!
a potem ochoczo zadzwoniłam do klubu, żeby się zapisać na zajęcia….
i wiecie co?

zajęcia odbędą się dopiero 18 września….
pierwszy raz mam przeczucie, że zmarnowałam dziś drzemiący we mnie potencjał ;-)

a w międzyczasie taco wydał płytę…

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+