szatnia damska, po zawodach….
przebieramy się, bierzemy prysznic, ubieramy na dekorację
-hej, a ty który jesteś rocznik?
-79ty, a co? Pytam zdziwiona.
-a żresz słodycze? pewnie nie, co?
-nie no, jem, słodycze to 60% mojej diety, mam z tym problem. Przyznaję, że dzień bez czekolady jest dniem straconym.
-patrz k.rwa, i ona nie ma celulitisu! gdzie tu sprawiedliwość?
-no, ale zobacz, my przynajmniej mamy większe cycki!

***

Pamiętacie jak rok temu przegrałam o 2 sekundy 3 miejsce w kategorii? ;-) Nie? a ja pamiętam!
Strasznie mi było wtedy żal tych kilku sekund i nieosiągniętej satysfakcji z wygranej. Tak mi było żal, że w ostatniej chwili (po sprawdzeniu meteo ;-) ) postanowiłam się odgryźć i oznajmiłam chłopakom, że jadę w tym roku po nagrodę ;-) :D może i było to lekko zuchwałe, ale pomna wyników z ostatnich dwóch dyszek, oraz doskonałej pogody-12stopni i deszcz, miałam poważne podstawy ku temu, żeby poprawić czas z zeszłego roku i powalczyć z innymi dziewczynami o dobrą lokatę.
Umówiłam się z Piotrkiem i Andrzejem, jako, że byliśmy na podobnym poziomie biegowym, że pobiegniemy początek razem, a potem się zobaczy ;-) Lekki był kłopot z ustaleniem, kto ma wziąć klucze od auta, żeby reszta nie musiała czekać za długo w zimnie ;-) ja ich nie wzięłam, bo myślałam, że przylecę za chłopakami :D
Oni nie znali kompletnie trasy, ja natomiast czułam duży respekt, szczególnie do pierwszych 600metrów, gdzie od razu był 19metrowy podbieg ;-) może wydać się to zabawne, ale dla kogoś z nizin, każdy pagórek na trasie to powód do poważnych zmartwień, heheh. Plan był prosty-napierać pod górki, nadrabiać z górki, nie patrzeć na tempo.
Zaczynam dość śmiało, poniżej 5.0min/km, czuję się dobrze, więc postanawiam trzymać tempo, na razie nie myślę o tym, że są 2 pętle i że na drugim powtórzeniu na bank gdzieś spuchnę ;-) na 8km zostawiam chłopaków z tyłu i zaczynam pościg za dziewczynami :-) nie jest ich dużo przede mną, spokojnie odhaczam jedną, drugą, trzecią aż nadchodzi 11km z tym straszliwym podbiegiem, gdzie u szczytu tracę oddech i na chwilę przechodzę do marszu. (Spokojnie Kasieńko, dasz radę, nie musisz tak szybko ;-) wystarczy po 5.0-powtarzam w myślach)
Niestety na 15km przychodzi jakieś załamanie, czuję, że nogi nie dadzą rady, znów odpoczywam, tym razem na punkcie odżywczym, kalkuluję, że i tak mam sporo nadrobionych sekund, bo wszystko do tej pory wchodzi w okolicach 4.40-4.50, w pamięci mam też ostatnie magiczne 3kilometry, gdzie wiem, że można i trzeba szybko gnać do mety. Od 15 do 18km oszczędzam się i tempo troszkę spada.
Zbieram się w sobie wraz z tabliczką 18km i mocno napieram końcówkę. 4.30, 4.40, 4.24 i jeszcze 600m przed metą ogrywam jedno, młode dziewczę i wpadam z impetem na metę. Na szyi wieszają mi bardzo ciężki medal, w rękę butla wody, siadam na ławce i czuję, że się zmęczyłam ;-)
Zdejmuję czip, sprawdzam wynik, bo na zegarze były jakieś głupoty, a tam 1.42.18, 12msc Open K, i 2msc K35, aż zapiałam z wrażenia i z uśmiechem na ustach czekałam na chłopaków.

Udało się.
„Wygrałam” :D

Idziemy pod gorący prysznic, bo mocno zmarzliśmy, a tam wygrywam jeszcze raz-patrz wyżej (brakiem celulitu :D)
Trochę naczekaliśmy się na dekorację, nigdy w życiu nie widziałam tylu kategorii w jednym biegu (Mistrzostwa Leśników, Mistrzostwa Wojska Polskiego, Mistrzostwa Klubu Biegacza Goch, kategorie wiekowe co 5 lat, kategoria par, więcej nie pamiętam ;-) )

To był bardzo udany wyścig, raptem 2 minuty gorzej od starego rekordu życiowego (z 2015roku na asfalcie) co na tej ciężkiej trasie jest moim zdaniem niezłym wyczynem jak dla starej kury domowej z lekką nadwagą :D

acha
przypomniało mi się, że biegłam bez oryginalnych wkładek do Energy Boost, bo przed zawodami mam zwyczaj prania butów i zwyczajnie ich zapomniałam zabrać :D troszkę mi się stopy ślizgały, no, ale z pożyczonymi wkładkami z trampek też można ukończyć ściganie :D

do zobaczenia!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+