przede mną piąta biegowa jesień
ponad 9 tysięcy kilometrów treningów w każdej porze roku, przy każdej pogodzie
jakieś 60 zaliczonych zawodów w różnych warunkach, od upałów, po silne wichury i siarczysty mróz
i chociaż nie mam parcia na specjalistyczne treningi, bicie rekordów, czy sam udział w zawodach, to są takie, w których jednak muszę wystartować co roku i koniec kropka

któregoś września 2013 roku moja ulubiona pani doktor, której akurat robiłam krio na kolano, wyjęła z torebki medal z 35. Maratonu Warszawskiego i z dumą obkręcając go na wszystkie strony opowiadała mi, jakim przeżyciem jest maraton
ja wtedy zaczynałam karierę biegową, trenowałam AŻ miesiąc i w osłupieniu słuchałam relacji pani doktor, która była moim niedoścignionym wzorem sportowym, zastanawiając się, jak to jest możliwe przebiec 42 kilometry na raz, niewyobrażalne…
usłyszałam wtedy pierwszy raz o Nocnej Ściemie, do której udziału namawiała mnie pani doktor
wtedy było to moim WIELKIM marzeniem
mój zapał studziło jedynie zapalenie torebki stawowej stawu skokowego prawego, którego nabawiłam się niebawem po tej magicznej rozmowie, uniemożliwiając start w tych zawodach (dziękuję opatrzności, podejrzewam, że byłby to rychły koniec mojej 1 miesięcznej kariery, haha)
dzielnie brałam zastrzyki, stosowałam na sobie rozmaite zabiegi i ćwiczenia i po 3 tygodniach wróciłam do gry

zaczęłam mocno interesować się treningiem, kupiłam dużo książek, przeczytałam CAŁE forum bieganie.pl i przystapiłam ochoczo do trenowania
poznałam mnóstwo świetnych ludzi, tu, w internecie oraz nawet żywych, hihi
uważałam wtedy, że bieganie jest najlepszym hobby z możliwych i wszyscy musieli wiedzieć na fb i nie tylko, kiedy trenuję, ile kilometrów, oraz jakie wyniki uzyskuję w wyścigach (przepraszam… ;-) ) uff na szczęście euforia z biegiem lat przeszła w rutynę
po drodze wystartowałam w trzech edycjach Nocnej Ściemy, zawsze z osobistymi sukcesami, były to corocznie moje najważniejsze zawody

kiedy w tym roku nie udało mi się wystartować w Dębnie, oraz posypało mi się zdrowie i wisiało nade mną widmo NIE WYSTARTOWANIA w jakichkolwiek zawodach, wpadłam w przygnębienie
olałam bieganie w wakacje, czekając na wyniki badań jak na wyrok
coś tam zaczęłam truchtać pod koniec sierpnia
w połowie września, w wietrzny i zimny dzień, jechałam rowerem ze szpitala z wynikami, a łzy ciekły mi ciurkiem ze szczęścia
i chociaż nie było ze mną całkiem dobrze, bo dolegliwości, chociaż mniejsze, nadal się utrzymywały, wróciłam do domu, odpaliłam komputer i zapisałam się na maraton w Koszalinie
miałam mało czasu, żeby przygotować się solidnie, zaniedbałam treningi siłowe, trochę przytyłam, ale i tak miałam pewność, że nic i nikt mi wtedy nie przeszkodzi w starcie
starałam się zrobić kilka dłuższych wybiegań, udało się 3, czy 4 razy, w tym raz AŻ 24 kilometry, hihi
kilometraż lichutki, około 50km/tydz
mimo wszystko byłam spokojna, bo jakąś tam bazę w przeszłości wybiegałam, poza tym, moi biegowi przyjaciele utwierdzali mnie w przekonaniu, że dam radę

wszystko układało się doskonale, forma rosła, biegało mi się o dziwo coraz lżej
nie miałam już żadnych wątpliwości, że ukończę zawody
do czasu…

27 października zawitał do Polski orkan Grzegorz, przynosząc oprócz ogromnej siły wiatru, obfite opady deszczu i zimno
zaczęły mną miotać różne uczucia, od euforii, po totalny dół i zniechęcenie, czy jest jakikolwiek sens ryzykować zdrowie biegnąc w taką pogodę…podczas rozmów z chłopakami na czacie już prawie zrezygnowałam z wyjazdu, największe uderzenie huraganu miało nastąpić właśnie w nocy, podczas startu…
usłyszałam też wtedy, że nie jestem gotowa na maraton
obudziło to we mnie jakąś złość oraz pytanie, co to znaczy nie gotowa??????
fizycznie, mentalnie, zdrowotnie, czy jak??????
nie uzyskawszy odpowiedzi, przekornie postanowiłam, że JESTEM GOTOWA I JAKIŚ GŁUPI GRZEGORZ nie będzie decydował o tym, czy mam startować, czy nie
w ciągu 15 minut byłam już gotowa do wyjazdu,a o północy byliśmy w drodze
wszyscy przestraszeni warunkami głupkowato śmieszkowaliśmy w aucie
procedura pakietowa, ubraniowa, toaletowa i o 1.54 poszliśmy w rzęsistym deszczu na Bałtyk, gdzie wśród fajerwerków i głośnej muzyki ruszyliśmy

powiem wam, że kiepsko się zaczyna bieg, kiedy buty ważą po 2 kilo więcej, bielizna mokra, plecy zimne…
do pokonania 6 kółek po 7km
postanowiłam nie patrzeć na tempo, ponieważ wiatr miotał mną raz z tyłu, raz z przodu, trochę z boku, trzymanie się więc określonych założeń mijało się z sensem
do 9km szło dobrze, wtedy musiałam niestety po raz pierwszy skorzystać z krzaków
ale jakoś się tym nieszczególnie przejęłam, do chwili, kiedy konkretnie zaczął boleć mnie brzuch, zdecydowałam nic nie pić i nie zjadać wszystkich żeli, po których było mi niedobrze
wiało okrutnie, i padało, ciągle lało, po 3 godzinach wicher i opady były już konkretne
kilka razy przeszłam więc do marszu, co nie było dobrym rozwiązaniem, bo wtedy mocno czułam łydki, ale nie dało rady inaczej, pojawia się myśl o zejściu z trasy…ale szybko się karcę w myślach, wyzywam siebie od pierdoł i mazgajów, daję z liścia w policzek, otrząsam się i na 33 km brzuch niespodziewanie odpuszcza
zaczynam ostatnie kółko, jest mi już cholernie zimno, tracę czucie w prawej ręce, mimo rękawiczek
o dziwo nie czuję jakiegoś zmęczenia, żadnej ściany, czy większych problemów z nogami
mijam ludzi, wyprzedzam chyba z 5 kobiet, niektórzy idą krzywiąc twarz i wycierając twarze mokre od deszczu
jakoś mi głupio ich tak wszystkich mijać, ale chcę już to skończyć, marzę o gorącym prysznicu, śpiworze i kawie z termosu
równym tempem docieram do mety, patrzę na zegar-jest poniżej 4h, ale mam gdzieś to, jaki jest wynik
wolontariusze pomagają założyć mi folię oraz odwiązać czip, bo ręka zupełnie niewładna
czuję niesamowitą ulgę powłócząc do biura zawodów z medalem na szyi

zostajemy do 7.30 rano na dekorację
nie mamy zielonego pojęcia z Bartkiem (3.17, pb poprawione o 7 minut :O ) że staniemy na podium
naprawdę, miła niespodzianka
potem losowanie nagród, wygrywam ksiażkę,
śniadanko w kfc ;-) i do domu spać
całą niedzielę miałam lekką gorączkę, zimno dało się we znaki, bałam się zapalenia płuc, ale doszłam do siebie po lekach na grypę :-)

ten bieg nie miał wymiaru sportowego, a raczej duchowy…nie ścigałam się, chciałam tylko udowodnić samej sobie, że
*dam radę
*byłam gotowa
*jestem silniejsza, niż myślałam

ale jak w uszach taka muzyka, to można wszystko!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+