Do pracy jeżdżę autem lub na rowerze. Widzę na drodze zarówno łamanie przepisów ze strony kolarzy, jak i brak szacunku do ludzkiego życia ze strony kierujących samochodami. Wspólnym mianownikiem jest często brak wyobraźni. Sam nie mam uprzedzeń do żadnej z grup, ani nie ustawiam się po jednej ze stron barykady w wojence pomiędzy cyklistami i właścicielami czterech kółek. Nie patrzę na sytuacje drogowe stereotypowo, tylko jednostkowo – każdy przypadek to inna historia. Moja była taka:
Późną jesienią zeszłego roku jechałem dobrze oświetlonym jednośladem, w kasku i kamizelce odblaskowej, zgodnie z przepisami, z prędkością zbliżającą się do 40km/h. Jadące za mną auto rozpoczęło manewr wyprzedzania, zrównało się ze mną. Z naprzeciwka pojawił się inny użytkownik drogi, więc próbujący mnie minąć zamiast wyhamować i się za mną schować, postanowił zepchnąć mnie z drogi. Próbowałem wskoczyć na chodnik, żeby nie zostać potrąconym, ale zahaczyłem przednim kołem o krawężnik, przeleciałem przez kierownicę i zatrzymałem się dopiero na płocie jakiejś posesji. Sprawca odjechał.

Konsekwencje
Teoretycznie nic mi się nie stało. Złamań nie miałem, głowa cała, siniaki poschodziły dość szybko. Ale niestety zaczęły się problemy z tym, co doskwierało mi kilka lat wcześniej – odezwał się kręgosłup. Dał znać o sobie pośrednio, bo bolały mnie pięty i to na nich się skupiłem. Nie powiązałem tego dyskomfortu z plecami, a bolało rano przy wstawaniu, przy bieganiu, przy chodzeniu, pod prysznicem, czasem nawet jak poruszyłem stopą leżąc w łóżku. I tak nauczyłem się z tą dysfunkcją żyć. Ale, że nastał nowy rok, więc „nowy ja” postanowiłem z tym skończyć i wybrałem się do fizjoterapeuty. Pan polecany często na grupach mam z Wrocławia na Facebooku (namiar dostałem od żony), nie mogło być mowy o konowale, bo matki nie wybaczają błędów. Rzeczywiście miałem dużo szczęścia i trafiłem na prawdziwego fachowca. Żeby nie było jednak zbyt kolorowo, to już na pierwszej wizycie dostałem zakaz biegania i siłowni do końca terapii. Spotykaliśmy się 2-3 razy w miesiącu, przez pół roku. Mógłbym opisywać swoje zmagania z własnym ciałem, ale wymienię tylko to co przyjemne. Pozbyłem się wad postawy, z którymi walczyłem całe dzieciństwo na gimnastyce korekcyjnej i basenie – mam lepiej ułożony kręgosłup, zmniejszyłem płaskostopie.

Wracam z ambitnym celem
Po siedmiu miesiącach od otrzymania biegowego bana, dziewiątego lipca wróciłem do treningu. Nie umiem jednak biegać bez celu. Może on być nawet bardzo odległy, ale musi być. W czerwcu minęły już dwa lata od uzyskania życiówki w półmaratonie. W przyszłym roku będę już startował w kategorii M-30. Dlatego wymyśliłem coś ambitnego, ale możliwego do zrealizowania przy dwójce dzieci i wielu domowych obowiązkach. Celem jest nowy PB w Półmaratonie Ślężańskim. Chciałbym, żeby historia zatoczyła koło – problemy zdrowotne, brak satysfakcjonujących rezultatów od dłuższego czasu, półroczny bobas w domu, a tu świetny wynik na wymagającej trasie. W całej tej układance, żeby było jak dwa lata temu, brakuje mi tylko bloga. Dlatego powracam z regularnymi wpisami, tym razem o drodze do pierwszego startu w M-30.

Dawno się nie widzieliśmy Jacku Danielsie
Ostatnie sześć tygodni, to głównie trening ogólnorozwojowy o charakterze siłowym – trzy jednostki w tygodniu. Drugie tyle mobilności, bo bez niej problemy z piętami i kręgosłupem powracają jak bumerang już po dwóch tygodniach. Wciąż muszę utrwalać efekty półrocznej terapii. Dwa razy w tygodniu wychodziłem na bieganie, wykonując ćwiczenia motoryczne (skipy, wieloskoki) i dużo przebieżek. Wszystko to pozwoliło mi zbić wagę, która w czasie przerwy od treningów tylko rosła. Zszedłem z 76,5kg na 72kg. Nieźle, chociaż to i tak cztery kilo więcej od wagi startowej. Gdy poczułem, że jestem gotowy na bieganie minimum trzydzieści minut bez przerwy (we w miarę rozsądnym tempie), postanowiłem wykonać test Coopera. Wynik: 2900m. Jestem z niego bardzo zadowolony, w końcu miałem siedem miesięcy bez jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Do Półmaratonu Ślężańskiego będę się przygotowywał z Jackiem Danielsem. Z góry przepraszam za wtrącenia z języka angielskiego, ale najnowsze wydanie posiadam tylko w tej wersji językowej. Najpierw Fitness Training – RED INTERMEDIATE PLAN, w którym poszczególne fazy poskracałem z czterech do dwóch tygodni. Powinien mi pomóc przyzwyczaić się do biegania minimum cztery razy w tygodniu. Później 5 WEEKS CYCLE zapętlony czterokrotnie, z kilometrażem pod połówkę, a nie maraton. Nie ma w nim zadanych konkretnych jednostek, jest jedynie podany rodzaj akcentu i procent tygodniowej objętości jakiej nie powinno się przekroczyć wykonując go. A na koniec trzy tygodnie taperingu. Z VDOT 45.9 trzeba się będzie przesunąć w okolice 52.5 – ciężko, ale do zrobienia.

Mam nadzieję, że pozostawię tu masę wspaniałych wspomnień w drodze do pierwszego startu w M-30.

Buen Camino!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+