Przyjemną mamy pogodę u schyłku tegorocznego lata. Rano, gdy wychodzę na biegowe ścieżki, wita mnie miły chłodek, rośliny pokryte delikatnie rosą, a czasem nawet niewielka mgła. Można by powiedzieć, że czuć już jesień w przyrodzie. W związku z tym zaczęliśmy w domu bardziej o siebie dbać – podnosić próg odporności. Syn miał przerwę między żłobkiem i przedszkolem – ponad osiem miesięcy. Cały ten czas spędził w domu z mamą oraz młodszą siostrą i był zdrowy. Zimowe mrozy i wiosenna plucha bez kataru, temperatury i innych przypadłości. No, a tu wrzesień i znów chłopak wpada w wir kontaktów z rówieśnikami. Baza bakterii i wirusów się aktualizuje. Mamy na szczęście broń, którą mimo dobrej pogody za oknem, już zaczynamy wytaczać naprzeciw ewentualnym zagrożeniom naszego układu odpornościowego.
Od ponad roku jesteśmy dzierżawcami parceli w Rodzinnym Ogródku Działkowym. W tym sezonie plony były obfite, więc będziemy się raczyć sokami z jeżyn, malin, a także aronii. Bomba witaminowa dla małych i dużych. Dodatkowo, dla grupy starszaków w wieku osiemnaście plus, są gotowe naleweczki z roku ubiegłego, a tegoroczne już w przygotowaniu. Mamy przerobione jabłka, śliwki i brzoskwinie, czyli smaki lata pozamykane w słoikach.  Do tego zdrowe kiszonki – ogórki i cukinia. Będę próbował jeszcze zrobić koreańskie kimchi. Na poletku czekają gotowe do zebrania dynie. Mamy też naturalny antybiotyk w postaci czosnku, który był dla mnie zagadką, bo pierwszy raz sadziłem coś w odmianie zimowej i zwyczajnie nie dowierzałem, że wzejdzie na wiosnę. Spiżarnia jest wypchana po brzegi do tego stopnia, że musieliśmy usunąć z niej stary regał i wstawić system półek po sam sufit (jak w magazynie), zakupiony oczywiście w popularnej szwedzkiej sieci sklepów z meblami. Krótko mówiąc, jesteśmy gotowi na zimę. Mam nadzieję, że dzięki temu żadna choroba nie okaże się progiem zwalniającym dla mojego biegania.

A w samym treningu to właśnie progi grają pierwsze skrzypce. Bo na cztery jednostki biegane w tygodniu, dwie to wspomniany threshold – na razie w postaci interwałów. Na tych progach nie zwalniam, akcenty wykonuje mi się przyjemnie, tak jak przyjemna jest obecnie pogoda. Czyli czuć już lekki chłód (trzeba się delikatnie zmęczyć), ale cały czas jest słońce (to jest bardzo przyjemne zmęczenie i daje sporo satysfakcji na koniec treningu). Jedyne co mi nie pasuje, to fakt, że między najszybszym i najwolniejszym powtórzeniem jest duży rozstrzał czasowy (5-10 sekund na jednym kilometrze). Taki brak wyczucia tempa oznacza u mnie brak formy. Gdy jestem w przysłowiowym gazie, to takie powtórzenia wykonuję z dokładnością do plus-minus jednej sekundy. Ale czego ja się spodziewam na tym etapie przygotowań, po siedmiu miesiącach przerwy?

Czekam cierpliwie na biegowe postępy i możliwość skosztowania przetworów.

week 2. 34,2km
pn   30min E(5,6km | 5:24/km) + 6ST   Σ6,3km
wt   rest
śr   10min E + 3×1,6km T(7:20 – 4:35/km, 7:10 – 4:29/km, 6:56 – 4:20/km) /1min rest + 10min E   Σ8,9km
cz   rest
pt   10min E + 6×1km T(4:28, 4:20, 4:28, 4:25, 4:27, 4:27) /1min rest + 10min E   Σ10,3km
so   rest
nd   46min E(8,7km | 5:19/km)   Σ8,7km

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+