Park Grabiszyński w roku pańskim dwa tysiące piątym. Wesoła grupka dzieciaków wraz ze starszym panem przemierza ścieżki z puszką brązowej farby i policyjnym kółkiem. Zatrzymują się co sto metrów i znaczą przebyty dystans na drzewach lub poniemieckich studniach cmentarnych (część obecnych terenów rekreacyjnych to dawny cmentarz).
To był chyba koniec roku szkolnego, bo pamiętam, że trenowaliśmy na tej pętli w trakcie wakacji – przez całe lato. Jeden z najlepiej przepracowanych okresów przygotowawczych w moim życiu. Przebieżki, rytmy, skip Harbiga, tempo na odcinkach, drugi zakres – to wszystko na kółku liczącym dokładnie tysiąc sto czterdzieści cztery metry. Do dziś pamiętam pieczenie w płucach po morderczych kilometrówkach, bieganych wraz z rówieśnikami praktycznie w formie wyścigu, nie na konkretne tempo, ale do odcięcia. Kto pierwszy ten lepszy. Nie robią na mnie wrażenia filmiki z Kenii o tamtejszych grupach treningowych, gdzie leci z pełną prędkością pociąg czarnoskórych biegaczy, a co jakiś czas ostatni wagonik się odczepia i zostaje. Przeżyłem to na własnej skórze. Oczywiście z poprawką na osiągane przez nas prędkości. Ale ambicji, woli walki, determinacji nikt nam nie mógł odmówić. Czas wolny od szkoły, a my o siódmej rano na trening. Najpierw rozgrzewka – dobieg do parku, gimnastyka. A później tylko ogień! Powtórzenie za powtórzeniem, skip za skipem, podbieg za podbiegiem. Zawsze na sto procent.

Park Grabiszyński w roku pańskim dwa tysiące osiemnastym. Zaspany, niespełna trzydziestoletni mężczyzna, w niedzielny poranek leniwie przemierza truchtem dobrze znane mu ścieżki. Nagle senność znika, a on zaczyna się nerwowo rozglądać w poszukiwaniu brązowych oznaczeń. Szóstka oznaczająca sześćsetny metr zniknęła ze studni, drzewo z siódemką zostało wycięte, a ósemka zarosła mchem. Biegacz co sto metrów wpada co raz głębiej w ramiona nostalgii. Kiedyś w grupie, dziś samotnie. Kiedyś z marzeniami o Mistrzostwie Polski, dziś o miejscu w środku stawki w biegu masowym. Kiedyś w tempie rakiety, dziś w majestatycznym truchcie. Kiedyś codzienne bieganie w trupa, dziś maksymalnie dwa akcenty w tygodniu.
Niby pięć lat w małżeństwie, niby dwójka dzieci, niby już nie pamiętam czasów szkolnych, niby powinienem mieć tego świadomość, ale pierwszy raz w życiu poczułem upływający czas. Może nie zrobiło mi się smutno, ale nostalgicznie na pewno.

week 3. 33,6km
pn   30min E(5,4km | 5:35/km) + 6ST   Σ6,1km
wt   rest
śr   10min E + 3,2km T(14:26 – 4:30/km) + 2min rest + 1,6km T(7:05 – 4:25/km) + 11min E   Σ8,9km
cz   rest
pt   10min E + 2×1,6km T(7:10 – 4:29/km, 7:05 – 4:26/km)/1min rest + 2×1km T(4:23, 4:26)/1min rest + 10min E   Σ9,3km
so   rest
nd   49min E(9,3km | 5:17/km)   Σ9,3km

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+