Od mojej najwyższej wagi, którą zanotowałem podczas leczenia kręgosłupa i innych dolegliwości po wypadku na rowerze, udało mi się urwać już pięć i pół kilograma. Postarałem się wypracować ten efekt bez katorżniczej diety, rozłożyłem wszystko w czasie. Cały proces trwa obecnie około osiem, może dziesięć tygodni. Trudno mi to sprecyzować, ponieważ nie odnotowałem punktu zwrotnego, momentu powiedzenia sobie „dość obżarstwa”. Wiedziałem, że jeśli chcę wrócić do biegania bez ryzyka kontuzji, to trzeba pozbyć się zbędnego balastu. Powalczyłem trochę z odstawieniem napojów ze słodem – piwa do meczu, czy jego bezalkoholowych odpowiedników do wieczornego serialu. Nie objadam się już fast-foodami ze znanych sieci, które napotkać można w każdej galerii handlowej lub na autostradowym postoju. Ale nie poświęcam się całkowicie. Na przykład nie zrezygnowałem z mojej kulinarnej miłości – pizzy.
Część sukcesu przyszła niespodziewanie. Zdecydowaliśmy się z żoną na domowy wypiek chleba. Pociągnęło to za sobą sporo pozytywnych konsekwencji. Po pierwsze, wiemy co jemy. Pieczywo jest bez ulepszaczy, spulchniaczy i innych zbędnych dodatków. Kwestia druga – żeby się najeść nie muszę już zjadać sześciu bułek lub pół bochenka na raz, wystarczą trzy kromki i jestem syty. Trzecia sprawa, to oszczędności finansowe ze względu na brak zbędnych zakupów (w tym śmieciowego jedzenia). Zazwyczaj było tak, że wypad do sklepu po bułki kończył się powrotem z siatką wypchaną chipsami, piwem, czekoladą, ciastkami, etc. Teraz problem zniknął, bo jak pieczywa nie ma, to się je piecze na bieżąco. A w portfelu zostaje sporo pieniędzy. Bo jak się przemnoży ilość wizyt w dyskoncie razy wartość reklamówki pełnej łakoci, to miesięcznie wychodzi niezła suma. I walka ze śmieciowym jedzeniem jest prostsza, gdy brakuje go w spiżarni.
Do wagi startowej z okresów świetności, przy której nie choruję i czuję się pełen energii, zostało mi jeszcze dwa i pół kilograma. Procesu zbijania nie przyspieszam, choć bardzo mnie kusi. Ostatnio, bez względu na pogodę, jest mi cały czas zimno, a to nie jest dobry znak.

W treningu wszystko zmierza dobrą stronę. Zakończyłem część wprowadzającą – jestem rozruszany. Czeka mnie jeszcze próba na pięć kilometrów podczas sobotniego parkrun’a i zaczynam pełny cykl przygotowań do półmaratonu według Jacka Danielsa (dwadzieścia cztery tygodnie). Będą tylko dwie modyfikacje. Część treningów Repetition będę robił na podbiegu. Natomiast Threshold w formie powtórzeń krótszych niż trzy kilometry będę wykonywał na górce, na której wyznaczyłem pętlę (około siedemset pięćdziesiąt metrów długości). Powód tych zmian jest prosty – biegając tylko po płaskim ciężko się przygotować do Półmaratonu Ślężańskiego.

week 6. 35,6km
pn   32min E(6km | 5:21/km) + 6ST   Σ6,7km
wt   rest
śr   10min E + 5×3min H(ca. 4:04/km) /2min rest + 12min E   Σ9km
cz   rest
pt   10min E + 4,5km T(20:02 – 4:27/km) + 14min E   Σ8,8km
so   rest
nd   58min E(11,1km | 5:14/km)   Σ11,1km

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+