Ostatnio zauważyłem, że moje życie, nawet przy monotonii dnia codziennego (szczególnie tej w pracy), jest świetne dzięki „małym smaczkom”, które dają mi dużo energii i radości, choć łatwo je zaniedbać i zwyczajnie odpuścić. Bo przecież jest tyle do zrobienia w domu, tyle do załatwienia różnych spraw, jestem taki zmęczony robotą. Ja na przekór różnym pokusom, popołudniami i wieczorami, zamiast siedzieć przed telewizorem, często wyciągam całą rodzinkę na spacer. Maszerujemy wśród okolicznych pól, czasem idziemy na lody, podziwiamy piękne zachody słońca. Przy gorszej pogodzie wybywamy z domu na spotkania ze znajomymi, do restauracji. A jeśli zostajemy w domu, to nie ma mowy o nudzie, bo prym wiodą kolorowanki, klocki, wyklejanki, gra w berka w salonie. No i są jeszcze drobiazgi kulinarne. Te uwielbiam. One stały się powodem do napisania tego posta. Większość tekstu została napisana przy popijaniu własnej roboty cydru, w oczekiwaniu, aż skończy się piec domowy chleb.

Tak jak nie lubię monotonii w życiu, tak nie lubię jej w treningu. Tyczy się to zarówno jednostek treningowych jakie biegam, ale przede wszystkim wybieranych przeze mnie tras. Dlatego bardzo się ucieszyłem na wyjazd weekendowy do Krakowa. Dostałem świetną okazję do zmiany biegowego otoczenia. Wynajęliśmy apartament na Kazimierzu. Wszędzie blisko, dużo dobrego jedzenia, zapach naftaliny i muzeum unoszący się w tej części grodu Kraka i klezmerska muzyka nocą. Czego chcieć więcej?

Oczywiście porannej wycieczki biegowej po centrum. W mniej niż godzinę zobaczyłem wszystko, co w byłej stolicy jest dla turystów najważniejsze. Zacząłem w okolicach placu Wolnica i dobiegłem do Wisły. Bulwary Inflancki i Czerwieński gwarantują piękne widoki. Przebiega się tuż obok Kościoła na Skałce, można też podziwiać monumentalny Wawel. Po nawrocie przy moście Dębnickim kontynuowałem zachwyt nad murami siedziby naszych królów przemieszczając się ulicą Podzamcze. Dalej Grodzką i wbiegłem na Rynek – rzut oka na Bazylikę Mariacką i rundka dookoła Sukiennic. Później niekończące się Planty (z Barbakanem i bramą Floriańską) i przez Stradom na Kazimierz. Tutaj oczywiście plac Nowy i słynny okrąglak, ulica Szeroka i… osiem i pół kilometra w nogach w czterdzieści pięć minut.

Jedyne na co mógłbym ponarzekać to multum pijanych wyrostków wracających o szóstej rano po imprezie, w których budzi się nagła chęć rywalizacji. A gdy po trzydziestu metrach luźne tempo truchtacza okazuje się nie do utrzymania, zaczynają lecieć bluzgi i wyzwiska. Takich grup mijałem po drodze cztery, czyli średnio co dwa kilometry.

Ale Kraków kocham – z jego gastronomią, gołębiami, kwiaciarkami, menelami na każdym rogu, zabytkami, preclami i wspomnianym już wcześniej zapachem naftaliny. To miasto ma swój klimat i wiele małych smaczków – dlatego lubię tu wracać.

week 1. 33,7km
pn   30min E(5,4km | 5:36/km) + 6ST   Σ6km
wt   rest
śr   10min E + 3×1,6km T(7:17 – 4:33/km, 7:09 – 4:28/km, 7:10 – 4:29/km) /1min rest + 10min E   Σ9km
cz   rest
pt   10min E + 6×1km T(4:26, 4:30, 4:29, 4:31, 4:32, 4:22) /1min rest + 10min E   Σ10,3km
so   rest
nd   45min E(8,4km | 5:24/km)   Σ8,4km

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+