Już myślałem, że w tym tygodniu nic mnie nie zainspiruje do napisania choćby kilku zdań. Ale dotleniłem głowę na treningu i temat sam się znalazł. A jak nad nim zacząłem rozmyślać, to okazało się, że może wyjdzie z tego mały cykl.

Są takie miejsca i sytuacje, które albo inspirują do nauki geografii, albo sprawiają, że dawno nieużywane szare komórki wypluwają do świadomości porcję zdobytej niegdyś, lecz zapomnianej wiedzy. Nauka zawsze stawała się dla mnie przyjemnością, gdy mogłem teorię zastosować w życiu codziennym lub zjawisk opisanych w książkach doświadczyć w na własnej skórze. Dlatego bardzo szybko rozmiłowałem się w pogłębianiu znajomości zagadnień z dziedzin przyrodniczych, zwłaszcza geografii. Rodzice często zabierali mnie i moją siostrę na weekendowe wypady w góry, do tego wakacje nad morzem lub jeziorem. W bezpośrednim kontakcie z naturą mogłem poznawać to, o czym dane mi było czytać przez cały semestr. Żeby nie być gołosłownym, to pamiętam, że już w czwartej klasie podstawówki poznałem co to suchoadiabatyczny gradient temperatury. Wiedzę wykorzystałem od razu na wędrówce z rodzicami w Masywie Ślęży. Oznajmiłem, że trzeba mieć w plecaku czapkę i rękawiczki, bo choć na parkingu było piętnaście stopni to na szczycie, wraz ze spadkiem o jeden stopień na każde sto metrów wysokości, czeka nas maksymalnie dziesięć kresek powyżej zera.

W lecie dwa tysiące czternastego roku, już nie jako wygadany nastolatek pod skrzydłami mamy i taty, ale jako dorosły facet pod pantoflem żony, trafiłem do geograficznego raju. Spełniając jedno z marzeń ukochanej, polecieliśmy na Islandię. Codziennie czułem jak synapsy łączą się na nowo i informacje zdobyte na lekcjach geografii znów stają się przydatne. Choć wybierałem się tam z pewną dozą niepewności, nastawiony raczej mało entuzjastycznie, bo w głowie miałem dwa stereotypy o tym kraju – drogo i zimno. Oba okazały się prawdą, ale wyspa swym pięknem to wszystko wynagradza i pozbawia wszelkich uprzedzeń wobec niej. Fiordy, gejzery, wodospady, wulkany, lodowce, pola lawowe, góry, morze i te wszystkie cuda natury okraszone niezwykle zmienną pogodą. Dynamiki zmian nie da się opisać, tego trzeba doświadczyć. Stare, miejscowe przysłowie mówi, że jeśli nie podoba Ci się to, co aktualnie dzieje się za oknem (np. deszcz), poczekaj piętnaście minut – przewieje, przejdzie i możesz iść na dwór. Po trzech tygodniach pobytu nie byłem zdołowany faktem drożyzny i chłodu, ale koniecznością powrotu. Tęsknię do dziś.

Jeden z ostatnich poranków na wyspie. Śpimy w aucie, na parkingu obok Jökulsárlón. Przyjechaliśmy zbyt późno, by rozbić namiot, do tego padał deszcz. I tu zaczyna się właściwa dla tego wpisu lekcja geografii – o najzimniejszym momencie w ciągu doby. Piękniejszej klasy do nauki nie mogliśmy sobie wymarzyć, choć doświadczenie było wręcz bolesne. Budzimy się oboje z zimna, mimo że jesteśmy ubrani w ciepłe ciuchy, na głowach mamy czapki i oczywiście opatuleni jesteśmy śpiworami. Dookoła jeszcze ciemno. Przekręcam kluczyk w stacyjce, deska rozdzielcza się podświetla. Na zegarze dziesięć minut do wschodu słońca. Rzut oka na termometr – wyświetlacz mruga pokazując okrągłe zero! Zapada decyzja – wstajemy.wschód słońca
Po chwili na horyzoncie pojawiają się pierwsze promienie i wyłania się tarcza najbliższej nam gwiazdy. Nie dość, że przez noc ziemia zdążyła oddać całe swoje ciepło do atmosfery, to jeszcze masy powietrza ogrzane już przez wschodzące słońce wypierają te chłodniejsze i powiewa przenikliwy, mroźny wiatr. Gdy patrzę na zdjęcia, które wtedy robiłem, czuję zgrabiałe palce odmrożone od podtrzymywania obiektywu. A było co fotografować, bo znajdowaliśmy się nad laguną z krystalicznie czystą wodą. Stanowi ona ujście przepięknego w swym ogromie lodowca do oceanu. Między dryfującymi bryłami lodu pływają foki. Okoliczne plaże są natomiast kruczoczarne, bo zamiast piasku, pokrywa je żwir z wulkanicznych skał.lodowiec i auto

Dlaczego wróciłem myślami do tego wydarzenia? Nadeszła jesień, dzień staje się co raz krótszy, a co za tym idzie godzina wschodu słońca się zmienia. Dla mnie na niekorzyść. Niestety, w chwili obecnej wychodzę na trening właśnie w okolicy najzimniejszego momentu w ciągu doby.

week 5. 34,1km
pn   30min E(5,8km | 5:16/km) + 6ST   Σ6,6km
wt   rest
śr   10min E + 6ST + 5×3min H(ca. 4:04/km) /2min rest + 11min E   Σ9,2km
cz   rest
pt   10min E + 4,5km T(20:07 – 4:28/km) + 11min E   Σ8,2km
so   rest
nd   55min E(10,1km | 5:29/km)   Σ10,1km

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+