Czy kompresja rzeczywiście działa? Myślę że w natłoku różnych opinii i koncepcji wypadałoby stanąć chociaż raz w prawdzie i powiedzieć coś bez ogródek. Oto jestem i nie zawaham się napisać całej prawdy i tylko prawdy, a więc jeśli jesteście jej żądni – zapraszam!

Pozwólcie że podążając za frazą Tytusa Liwiusza – słowa uczą ale przykłady pociągają – nie będę Was zanudzał teoriami, badaniami, naukową paplaniną ale postawię w stu procentach na własną empirię, a więc Fakty, Fakty i jeszcze raz – Panorama.

Czy kompresja działa? Naprawdę chcecie to wiedzieć? Ostrzegam, że świat od teraz już nigdy nie będzie dla Was taki sam jak wcześniej. Uczciwie mówię, żebym potem nie musiał rozpatrywać reklamacji.

No dobrze, ale czy ja w ogóle będę w temacie kompresji dostatecznie wiarygodną wyrocznią? Czy mogę powiedzieć, że na niejednym kaloryferze skarpetki suszyłem? W niejednej misce chleb maczałem?

Nie. Ale mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza. W końcu podążając za frazą jakiegoś anonimowego internauty – nie znam się to się wypowiem.

A więc do meritum. Sedna. Do rzeczy. Bo mam wrażenie że jednak trochę przeciągam ten wywód. Przeciągam? (piszcie w komciach).

Czy kompresja działa?

Tak. Opaski świetnie grzeją mi łydki w zimne dni.

fot. Roxey

fot. Roxey

Skoro tematy wagi ciężkiej mamy już załatwione przejdę do rzeczy miłych i przyjemnych. W sobotę skakałem przez parkan. To znaczy, to się jakoś inaczej nazywało…Parkowałem równolegle przy galerii. Też nie to…A już wiem – biegałem w pierwszym olsztyńskim Parkrunie! ;-)

Dzień wcześniej zupełnie nie chciało mi się latać tej piątki, bo wąska ścieżka, bo błoto na trasie, bo lubię sobie pomarudzić. Sławek mnie namówił. Z tym że to było tak, jak w starym studenckim kawale:

  • Cześć, idziemy na wódkę?
  • No dobra namówiłeś mnie.

Długo tej biegowej propozycji się nie opierałem i wyszło mi to na dobre. Trafiliśmy na wyjątkowo dobrą pogodę po całym tygodniu szarugi – słoneczko, lekki wiatr, wyżowo co się zowie (co się zowie – jest super!). Raczej chciałem machnąć piątkę żwawiej, ale z drugiej strony bez specjalnego ścigania – treningowo co się zowie (przesadzam?). Na linii startu poza mną i Sławkiem pojawiło się jednak jeszcze paru mocnych chłopaków i siłą rzeczy – ściganko wisiało w powietrzu. Od początku mocno wyrwał Daniel Mikielski, parę metrów za nim biegł Sebastian Wojciechowski i dopiero w trzecim rzędzie lecieliśmy równo ze Sławkiem. Trasa ciągnęła idealnie wzdłuż Łyny przez 2,5 km gdzie następowała nawrotka i powrót niemal w ten sam sposób do mety. Jeszcze przed nawrotem droga nagle się nam urwała i wylądowaliśmy w wysokiej trzcinie, przedarliśmy się jednak zwinnie przez zarośla i znów byliśmy na trasie. Liderzy mocno wytracili na tym etapie przez co mogliśmy ze Sławkiem dość łatwo zniwelować dystans. Na drugiej połówce zacząłem stopniowo przyśpieszać ale cały czas biegło mi się na fajnym treningowym luzie. Na 1,5 km do mety wyprzedziłem Sebastiana, a na 1 km do końca przyczepiłem się już do pleców Daniela. Znów pomyliliśmy trasę ale z moich obliczeń wynika że prędzej przez te nasze pomyłki nadłożyliśmy dystansu niż mielibyśmy cokolwiek zyskać. Ostatni kilometr napieraliśmy po wygodnym bruku przez co tempo znacznie wzrosło kręcąc się gdzieś zapewne w okolicach 3:15/km albo i szybciej (trudno mi to na podstawie mojego endomondo zweryfikować). Trzymałem się pleców Daniela do samej mety i znowu, po raz kolejny, to już staje się nudne…ale przegrałem końcówkę. Jeśli szukasz kogoś do ogrania na finiszu – polecam się:)

Moje krótkie kurrikulum z tej jesieni!

  • City Trail, 30 września, przegrywam końcówkę o 1 sekundę z Rafałem.
  • Runbertów, 8 października, przegrywam o setne sekundy z Kamilem już na samej linii mety.
  • City Trail, 28 października, przegrywam o 1 sekundę ze Sławkiem.
  • Parkrun, 4 listopada, przegrywam z Danielem o jakieś setne części sekundy, zapisują nam ten sam wynik – 17:12.

Niby robię dość przyzwoite wyniki, poprawiam życiówki ale te przegrane bezpośrednie konfrontacje psują mi dobre samopoczucie. I może i dobrze, przynajmniej widać jak na dłoni co jest do poprawy. Na osłodę jestem ex eaquo rekordzistą trasy Parkrun co najmniej do następnej soboty – co prawda trasy trzykrotnie przez nas pomylonej, ale…chyba nigdy wcześniej nie byłem żadnym rekordzistą. No może kiedyś pobiłem rekord w długości snu ciągiem – jak położyłem się o 22 tak spałem do 15 tej…ale to na studiach było, więc wiadomo ;-)

Po Parkrunie zrobiliśmy jeszcze 13 km ze Sławkiem po lesie miejskim, następnego dnia dokręciłem 17 km po lesie – gdzie mi kopią obwodnicę, cały tydzień domknąłem na poziomie 90 km objętości. To był jeden z lepszych tygodni od dawna jeśli chodzi o samopoczucie, latałem rozbiegania rekordowo szybko (w tym 15 km po 4:17/km nawet) także na kilka dni przed Olsztyńskim Biegiem Niepodległości forma wygląda przyzwoicie – co się zowie. :)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+