Czy Ronaldo zagra mecz życia przy Łazienkowskiej, Kałuży, Reymonta, albo Bułgarskiej? No nie. Wielkie występy potrzebują odpowiedniej oprawy – Camp Nou, Santiago Bernabeu, Wembley czy od biedy San Siro. Dlatego chcąc zaatakować rekord życiowy na 5 km postanowiłem pojawić się w Warszawie, a konkretnie na Rembertowie gdzie stanąłem w szranki z mocną stawką podczas zawodów Runbertów.

Pisałem w zeszłym tygodniu o 5 sekundowej życiówce na olsztyńskiej trasie City Trail. Może dwie, może trzy godziny po tamtym biegu postanowiłem sprawdzić jak przelicza się przełajowe 17:24 z Olsztyna, na atestowany asfalt w stolicy.

W niedzielę obudziłem się o 4:40 rano i dojeżdżając tramwajem na PKS pomyślałem, że ludzie dzielą się zasadniczo na dwie grupy – tych co śpią w niedzielę o piątej rano i tych, którzy muszą gdzieś zaiwaniać o tej nieludzkiej porze. Ja musiałem zaiwaniać. Do Wawy dotarłem po 9 – tej, a na oddalony nieco od śródmieścia Rembertów dojechałem SKM-ką przed 10 – tą. Godzina wyczekiwania, godzina rozgrzewki i czułem że będzie dobrze. Noga nosiła podczas rytmówek tak pięknie, jak nigdy wcześniej.

Plan na bieg był prosty, tak prosty jak kąt jest prosty i jak proste jest to, że lew to król dżungli a szczupak to król wody – zmasakrować się na maksa. Najlepszy plan na bieg jaki znam.

START!!!

Od początku dzida i nawet przez chwilę lecę pierwszy. Po kilkuset metrach spadam jednak na drugie miejsce, a w połowie pierwszego kilometra jestem już piąty i zamykam czołową grupę. Przed nami jedzie już tylko samochód z zegarem na dachu. Myślę sobie – no i fajnie, przyczaję się na tyłach, schowam przed wiatrem i zobaczymy co wydarzy się dalej. Od początku drugiego kilometra grupa zaczyna się rwać. Klaruje się dwójka liderów, za nimi w pojedynkę leci zawodnik numer trzy, przerwa, numer cztery, przerwa, no i ja. Oddech podczas pierwszych metrów miałem dość ciężki, ale od drugiego kilometra nieco cichnie. Aerobowo – że się tak wyrażę – jest okej, mam jednak wątpliwości jak poradzę sobie mięśniowo przy tak szybkim biegu. A pędzimy zawrotnie. Na 3 km postanawiam zacząć odrabiać straty i stopniowo zbliżam się do gościa przed sobą. Wyprzedzam przy znaczniku z kilometrem numer 4 i czuję, że to jest ten moment, żeby położyć wszystko na szali. No więc puszczam nogi, pozwalam im gonić, choć co któryś krok czuję, że robi mi się miękko w czwórkach. Nic to. Jest już za późno by rezygnować. Do mety 700m – 600 m i ciągle jestem czwarty. Długa prosta a potem już tylko odbitka w prawo i przywita nas mata pomiarowa. Cisnę! Widzę całą trójką przed sobą i jakby się zbliżali. 400 m do mety, wyprzedzam i wskakuję na podium! Kiedy ten skręt?! Czy to już teraz? Tak! Skręcam i gonię chłopaka w zielonej koszulce!

fot. warszawabiegnie.pl

fot. warszawabiegnie.pl

200 metrów – 100! 50 metrów – zrównujemy się! Przeciwnik orientuje się, że ktoś go goni i odruchowo dostawia jeszcze kilka mocniejszych kroków. 40 metrów! Mam miękko w nogach. Spinam się i usztywniam. Biegnę jak Robocop ale wciąż ramię w ramię! 20 metrów! 10! Meta! Wlatujemy praktycznie równocześnie. Zbombiony szukam tyłkiem kawałka ziemi. Jaki czas?! Podczas finiszu zupełnie straciłem z oczu zegar. Siedzę. Szukam wzrokiem zegarka na ręku.

fot. Łukasz Rosiek (maratonczyk.pl)

fot. Łukasz Rosiek (maratonczyk.pl)

16:24!!!

Opisałem cały bieg dość lakonicznie, ale nie byłem w stanie oddać tego co tam się działo. Posłużę się trochę cyferkami – na 3 km biegnę piąty i tracę do 1 i 2 miejsca 16 sekund, na 600 metrów do mety tracę do lidera już tylko 10 sekund, ostatecznie stratę niweluję do 2 sekund i wpadam jednocześnie z drugim ;-) Ogień!!!

To był mój bieg życia, jak w jakimś amoku. Życiówka poprawiona dokładnie o 49 s względem tego co pobiegłem w czerwcu w Olsztynku. Wróciłem z dalekiej podróży, bo jak sobie przypomnę tamten start, a potem wrześniowe rozczarowanie w Braniewie, gdzie wracałem do domu jak zbity pies, przemoczony, zmarznięty, rozczarowany wynikiem 36:17 na początek jesieni, to…Wróciłem z dalekiej podróży.

Ostatecznie fotofinisz wskazał, że zająłem 3 miejsce OPEN z wynikiem takim samym jak miejsce drugie i stratą do zwycięzcy jedynie 2 sekund.

PS. Udało się spotkać przy okazji Bartosza i zamienić parę słów, także – świat jest mały :) Ale jeszcze lepsza akcja była jak spotkałem mojego najlepszego kumpla z drugiego końca Polski, którego widuję normalnie może ze dwa razy do roku – tyle dobrych rzeczy jednego dnia się zdarzyło. Warszawa da się lubić! Tutaj kumpla można spotkać i PB zrobić!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+